Możemy
spokojnie pominąć powrót do naszego uniwersum. Magiczne portale i te sprawy, nie
będziemy się w to zagłębiać. Zorientowałem się tylko w pewnym momencie, że nie
mam ze sobą mojego kuferka. Został w Australii. Był w nim i tak tylko ten stary
pluszak. Cóż, wrócił tam, gdzie jego miejsce, ja go nie potrzebuję.
Szedłem powoli krętą drogą, prowadzącą między wielkimi, sędziwymi drzewami.
Dawno wyczułem znajomy zapach watahy, szczególnie mocny na granicach
terytoriów, odstraszający potencjalnych włóczęgów. Niektórym i tak chciało się wchodzić,
na przykład mnie.
Kilka kroków naprzód i już atmosfera się zmieniła. Wiedziałem teraz, gdzie
jestem; to był mój rodzinny lasek, jeżeli można tak nazwać kupę drzew, którą
spalili niegdyś moi rodzice (długa historia). Odrosła. Ten fakt w okropnie
irytujący sposób niemal usiłuje wepchnąć mi do gardła informację, że z każdej
klęski można się podnieść. Ale jest dokładnie tak samo motywujący jak (z nazwy)
motywujący cytat, czyli wcale.
Miłe aromaty stawały się coraz silniejsze. Byłem już w miejscu, w którym kiedyś
z Kii i Igazi łapaliśmy myszy. Zmrużyłem oczy, by przypadkiem się nie
rozbeczeć. Ignasia… Ciekawe, co u niej?
Zauważyłem, że przyspieszam. Po chwili byłem już w pełnym galopie, gałązki
smagały mnie po twarzy, ale nic to. Chciałem być już w domu. Bardzo chciałem.
Wreszcie. Spokój.
Przedarłem się przez ostatnie krzaki i wypadłem na polanę. Dyszałem ciężko. Przed
sobą miałem skalną ścianę, a pośrodku – jaskinię, w której się wychowałem.
Miałem ochotę po prostu tam wbiec i rzucić się na łóżko, ale coś mnie
powstrzymywało. Powoli zbliżyłem się do wejścia. Bałem się reakcji rodziny,
tego, co powiedzą… Ale, jasny gwint, musiałem
tam wejść. Potrzebowałem tego.
Ojca pewnie nie było w domu, jak zwykle, ale za nim nigdy specjalnie nie
tęsknię. Pierwszą osobą, którą zobaczyłem, była Luna. Nie zauważyła mnie, zatrzymałem
się niepewnie.
- Cześć, mamo – powiedziałem, starając się uśmiechnąć. Zabrzmiało to dziwnie –
słowa, które wypowiada się po powrocie z szkoły w piątkowe popołudnie, po tak
długiej rozłące.
Odwróciła się, jak rażona piorunem.
- Ma…Mateo? – wykrztusiła po chwili, jakby mnie nie poznawała. Czekałem, nie
wiedząc, co ze sobą zrobić.
- TY ŻYJESZ! – krzyknęła wreszcie, rzucając się na mnie i zamykając w uścisku.
Prawie się udusiłem.
- Gdzie ty byłeś tyle czasu?!
- Khe… W Australii – wykrztusiłem, kątem oka rejestrując jakiś ruch. Znajoma
istota podbiegła bliżej. – Bobslej! – zawołałem radośnie, kiedy dołączył się do
przytulasa, chociaż to nie w jego stylu.
- A z matki to już się nie cieszysz, tak? – Luna zmieniła ton głosu na
groźniejszy. Spojrzałem na nią z zaskoczeniem. – Jak można tak sobie nagle wyjeżdżać
i zostawiać matkę z piątką bachorów i ojcem alkoholikiem?! JAK MOŻNA!? NAWET
POCZTÓWKI ŻEŚ NIE WYSŁAŁ!
- Yhm…
- Co się tu dzieje? – zapytał zaspany głos.
Odwróciliśmy się wszyscy. W przejściu do innej partii jaskini stała jakaś
postać – nie byłem pewien, kto to taki, chociaż pachniał znajomo.
- Twój kochany braciszek – syknęła Luna – postanowił, że zrobi nam tę łaskę i
wróci do domu.
- Wcale nie… - urwałem w pół zdania. Braciszek?
Wybałuszyłem oczy. – Kalli!?
- Eee… Tak? – odpowiedziała, po czym spojrzała na mamę, jakby szukała
odpowiedzi na pytanie „jesteś pewna, że to coś jest moim bratem?”.
- Nic, po prostu… wyrosłaś. – To było jedyne, co przyszło mi do głowy.
Zabrzmiało głupio.
Zanim się obejrzałem, skądś wyłoniła się reszta rodzeństwa, zamieniając salon w
salę konferencyjną. Temat spotkania: „Potępiamy syna marnotrawnego”. Ślicznie.
Widok ich pysków, niemal dorosłych wprawiał mnie w osłupienie. Ile czasu mnie nie
było? Jak mogłem przegapić aż tak długi okres życia rodziny? Dureń. Łapserdak,
pasztet jeden.
Podniosłem głowę, bo przypomniałem sobie o rzeczy, która nie dawała mi spokoju.
- Gdzie Ignasia?
- A ten już… - prychnęło coś, co kiedyś było tym ciemniejszym niesfornym
szczeniaczkiem, a teraz wyrastało na basiora, którego omijałbym na ulicy
szerokim łukiem. Szybko został uciszony przez siostry.
Z Luny, która stała przede mną nadąsana, jakby uszło powietrze. Uciekła
spojrzeniem gdzieś w bok. No nie.
- Wyszła… po jedzenie. – odparła. – A co tam u Kiiyuko?
Myśli pełne obaw zniknęły jak smagnięte biczem, zastąpione przez ból. Zacisnąłem
szczęki, starając się za wszelką cenę odgonić wspomnienia. Musiałem
odpowiedzieć.
- Nie żyje.
Przez rodzeństwo, jak i mamę, przeszło westchnienie zaskoczenia. Spuścili
głowy. Śmierć wilka była tragiczna, ale… wydawało mi się, że było coś jeszcze.
Mimo cierpienia i łez cisnących mi się do oczu, dałem radę zapytać:
- Co z Igazi? Powiecie mi czy nie? – Mój głos wybrzmiał wyżej, niż powinien.
Matka wbiła wzrok w ziemię jeszcze mocniej. Czyli jednak. Wzięła głęboki wdech.
- Nie wiemy. Zniknęła. Odeszła. Trop urywa się przy granicy.
Zakręciło mi się w głowie, nogi miałem jak z waty. Mózg nie miał siły przetwarzać
usłyszanych słów.
- Muszę się położyć – wydukałem, po czym na ślepo przepchnąłem się przez
rodzeństwo, odnalazłem swój pokój i padłem na czekające już na mnie posłanie.
Od teraz Metło jest ku-ku! *zatacza
palcem wdzięczne kółeczko przy łepku*, więc przechodzę na narrację
trzecioosobową. Trzymajcie się, misiaczki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz