14.08.2022

Od Vitanii cd. Wichry

— Nie zagoniła mnie tu burza — odpowiedziałam. — Tylko twoja rozmowa.
— Co, jaka? — odpowiedziała nadzwyczaj spokojnie.
— Słyszałam, że z kimś rozmawiałaś — powiedziałam zniecierpliwiona.
Ten wilk to chyba Wichna, ale nie miałam pewności, a wiedziałam, że dalsze dopytywanie się, co do rozmowy nie ma sensu, wiesz, zmieniłam temat.
— Masz na imię Wichna?
— Tak — odpowiedziała.
— Widziałam, jakieś pioruny więc tutaj przyszłam.
— Tak to mój rytuał, widzę, że chyba działa.
Popatrzyłam na nią ze zdziwieniem. Co ja mogę wiedzieć o takich rzeczach? Od kiedy przybyłam do watahy, chciałam się nauczyć rytuałów i podobnych rzeczy, ale nie miałam się od kogo nauczyć. Muszę ją zachęcić do współpracy, ale jak...
— Dałam Ci odpowiedzi, z nikim nie rozmawiałam, po co tu jeszcze stoisz? — odpowiedziała nagle Wichna
— No, bo ja... No hmm...
— Wysłów się — syknęła Wichna.
— Chciałam, bym się nauczyć rytuałów. Od ciebie.
Zdziwiłam się głosem Wichny, jakby chciała mnie się pozbyć jak najszybciej, jakby rozmowa ze mną to była dla niej kara.
— Zbyt szybko oceniasz nasze stosunki — powiedziała jakby spokojniej. — Najpierw przychodzisz, bo niby coś słyszysz, a później oczekujesz, że zostanę twoją nauczycielką.
Byłam w ciężkim szoku. Czyżby to był koniec? Czy mi się nie udało? Siadłam, jakbym została zaatakowana i bym przegrała.
— Wyglądasz, jakbyś przegrała bitwę. Zastanowię się nad propozycją, ale nie rób sobie nadzieję, bo nie obiecuję.
Wstałam, jakbym odzyskała siły. Jak to się dzieje? Czuję się, jakbym rozmawiała z dwoma wilkami nie z jednym, ale powinnam chyba dać Wichnie zastanowić się samej.
— Dobrze to ja idę, do widzenia.
Odpowiedzi nie dostałam, pognałam do sierocińca, żeby odpocząć w ciszy.

8.08.2022

Od Kennego

Od trzech dni przerzucałem przedmioty z miejsca na miejsce, szukając czegokolwiek, co wydawałoby się podejrzane. Każda drobna zmiana... czy to ciemniejszy kolor, czy to plamka, której wcześniej nie było, sprawiała, że rzecz lądowała w ognisku. Zdenerwowany wrzucałem większość swojego dobytku w płomienie, które w końcu po kilku godzinach zgasły. W jaskini panował bałagan, a ja nie czułem żadnej zmiany. Nie wiedziałem, czy mogę już zasnąć, czy dalej groziło mi niebezpieczeństwo. Nie mając ochoty na sprzątanie, postanowiłem wyjść z jaskini i się przejść. 
Słońce zachodziło za drzewami, którymi kołysał lekki wietrzyk. Kroczyłem wolno przed siebie, rozglądając się uważnie. Może miałem nadzieję, że zauważę coś niezwykłego, coś, co by doprowadziło mnie do przeklętego obiektu. Ku mojemu zdziwieniu właśnie to się stało. Na ziemi pojawiły się dziwne, wyglądające jakby ktoś rozlał atrament plamy. Pełen nadziei postanowiłem za nimi podążyć. Plamy doprowadziły mnie do jaskini, przed którą czekał już mój towarzysz Haku. Zdziwiony zawołałem go, jednak ten nie zareagował, a kiedy się zbliżyłem, wąż wleciał do środka ciemnej jaskini. Bojąc się, że coś mu się stanie, bez namysłu pobiegłem za nim. W jaskini panował mrok i chłód. Nie widziałem kompletnie nic, nawet po użyciu magii jedyne co mogłem dostrzec to swoje łapy. Kiedy się odwróciłem, zauważyłem, że wejście do jaskini znikło. Stałem pośrodku ciemności całkiem sam. Próbowałem krzyczeć, ale niczego nie było słychać. W panice zacząłem biec. Szukałem wyjścia. Zupełnie zapomniałem o poszukiwaniach przyjaciela. Po kilku minutach biegu nie potrafiłem złapać oddechu i miałem wrażenie, że serce zaraz wyskoczy mi z piersi. Oddychało mi się coraz gorzej, aż w końcu dopadła mnie ciemność. 
Otworzyłem oczy. Jakim cudem się obudziłem? Czyżby klątwa została zdjęta? Podniosłem się i zobaczyłem wielki napis "Nie ufaj mu" napisany krwią, prawdopodobnie lisa, który leżał niedaleko. Co to miało znaczyć? Komu miałem nie ufać? Przy zwierzęciu leżało coś jeszcze. Poszedłem to sprawdzić. Był to mój towarzysz, który na szczęście był cały. Trąciłem go łapą, a kiedy się obudził, schyliłem się na tyle, by mógł wlecieć na mój grzbiet. Na ziemi pojawiły się ślady łap. Nie wiedziałem, czy mogę temu ufać, ale co innego mi zostało? Szukanie na ślepo wyjścia ostatnim razem skończyło się źle. Ruszyłem za pojawiającymi się śladami, które doprowadziły mnie do wyjścia. Przed opuszczeniem tego dziwnego miejsca pod moimi łapami pojawił się kolejny napis: "Sen".  Sen? Mam iść spać? Sen jest zły? Na te pytania odpowiedzi nie znajdę, ponieważ po wyjściu jaskinia się zawaliła.
-Chyba muszę wrócić i przeszukać resztę rzeczy. - powiedziałem sam do siebie, ruszając w stronę swojego domu. 

<CDN> 

Od Vitati – Ucieczka

Nudziło mi się. Szukałam ciekawego zajęcia, lecz go nie znalazłam. Biegałam tu i tam, skakałam, odpoczywałam i znowu...
Znalazłam jakiś krzaczek, i do niego weszłam, był pusty. Dziwiłam się, że nikt mnie nie znalazł, ale w sumie to chciałam osiągnąć. Posiedziałam tak z godzinę. Totalnie bez zajęcia. Przypomniałam sobie to jeziorko, które kochałam. Postanowiłam go poszukać, ale gdzie ono było? Z której strony przybyłam? Śladów już nie ma. Pamiętałam jednak gdzie spotkałam tego wilka, więc poszłam tam. Teraz tylko, czy nikt mnie nie śledzi? Rozglądam się. Chyba nie. Dobra, teraz tylko prosto w stronę mojego starego domu. 
O! To tutaj! Nareszcie! Już za jakąś godzinę z powrotem do watahy i nikt nie zobaczy. Co to!? To jest pegaz! Niestety, Pegaz uciekł w krzaki. Oj, zapomniałam o ciszy. Teraz sobie posiedzimy. 
Aaaaaaaa... Która godzina... Z... Z... Zachód! No i zobaczą moje zniknięcie.
- Widzę, że się dobrze spało.
- Przepraszam.
- Wracaj do watahy.
Nie pamiętam go. Ale wiem, że jest z watahy. 
- Jak mnie znalazłeś?
- Usłyszeć ciebie można chyba z odległości kilometra.- Zaśmiał się. - Wyczuć też.
Powrót do watach odbył się w ciszy, a ja wróciłam do sierocińca.

7.08.2022

Od Antilii cd. Lait

Cholerna książka…! – przeklinałam głośno w myślach. Na szczęście miałam na tyle rozumu żeby nie mówić tego na głos. Mam jeszcze resztki wychowania w sobie, nawet po takim… wypadku.
Spowodowanym głupią, starą księgą – dalej grzmiłam, wyładowując złość na stercie pożółkłego przez czas pergaminu i kartek. Ostrożnie wstałam i zaczęłam wychodzić z tej sterty ksiąg, uważnie patrząc gdzie stawiam łapy. Bibliotekarka przyglądała się moim zmaganiom z neutralną pozycją oraz emocjami. W tamtej chwili nawet ucieszyło mnie, że milczy, ponieważ mogłam być dla niej nieco złośliwa. Gdy w końcu wyszłam z książkowej zaspy, wadera zapytała głosem spokojnym ale jednoczenie kojącym:
– Wszystko w porządku?
Rozłożyłam skrzydła, żeby sprawdzić co z nimi. Spojrzałam na wilczyce, obserwującą mnie swoimi niebieskimi oczami.
– Tak, tak… dziękuję… – odparłam szczerze. Po krótkiej chwili dodałam: – Przepraszam za bałagan… Lait, bo chyba tak miała na imię ta wadera, spojrzała ulotnie na stertę ksiąg, a następnie na mnie.
– Nic nie szkodzi… Zaraz to posprzątam.
– Pomogę Ci! – wypaliłam z propozycją pomocy niczym strzała puszczona z objęć cięciwy łuku, i nieco za głośno jak na miejsce, gdzie obecnie się znajdowałam. Lait uśmiechnęła się ciepło, dziękując.
Już wiem dlaczego Sokar ją lubi…

Gdy ostatnia książka stała już na swoim miejscu (które było na półce a nie na podłodze czy na mojej głowie), wylądowałam obok opiekunki księgozbioru. Ona wskazywała miejsca a ja odkładałam wybrane księgi na wskazane miejsce i tak, dopóki każdy tytuł wrócił na regał. Lait przyjrzała się każdemu grzbietowi, upewniając się, że jest tak jak przedtem.
– Okej, wszystko jest na swoim miejscu – oznajmiła wesołym głosem. Uśmiechnęłam się i już chciałam otworzyć pysk, by pożegnać się, ale Lait zapytała:
– Masz ochotę na kawę? Byłam troszkę zaskoczona propozycją i lekko zmieszana. Chciałam znaleźć pewną starą księgę, o której mówiła mi Tsumi, i wrócić szybko do siebie, aby móc zająć się przeglądaniem tego tomiszcza. Twierdziła, że to stara księga w której zapisano drzewa genealogiczne wilków, które tu były a ich potomkowie nadal chodzą po tych ziemiach. Dodatkowo chciałam pożyczyć atlas ziół i jeszcze pewny tom o lekach. Czyli wieczorek czytelniczy.
– Chętnie się napije! – odpowiedziałam, idąc na żywioł. Sokara nie ma ze względu na misję, na którą został wysłany przez Radę, czyli też poniekąd przeze mnie… Brakowało mi towarzystwa innych wilków. Ostatnio zalała mnie papierkowa robota, a głównie widuje się z Alfą przez góra minutę dziennie, żeby dowiedzieć się w jakiej kondycji jest nasza wataha…
Poszłam za Lait, która kierowała się do pomieszczenia socjalnego. Zapaliła światło, a żarówka zaczęła cicho syczeć, gdy energia zaczęła przepływać przez pręt wewnątrz szklanej bryły. Było tutaj czysto i schludnie, ale bez okien, przez co dziwnie się czułam. Było, oczywiście, kilka książek na półkach, ale coś czułam że te pochodzą z prywatnych zbiorów. Spojrzałam przelotnie na nie a Lait uchwyciła spojrzenie i podążyła za nim swoim wzrokiem.
– Te książki należą do Sokara… – powiedziała, idąc gdzieś zza ścianę. Ja natomiast przyjrzałam się grzbietom, czytając litery zawarte na nich. Hm… Dosyć ciekawe, tytuły.. Ciężkie, ale refleksyjne… – pomyślałam. Usiadłam do stolika, który stał niemal na środku pomieszczenia, czekając na bibliotekarkę. Kawowa wadera pokazała się chwilę później, niosąc tacę z imbrykiem i dwiema filiżankami. Nalała naparu mi oraz sobie, po czym podsunęła filiżankę. Spojrzałam na ciemny napój, zastanawiając się jaki może mieć on smak (podejrzewałam, że to nie była taka zwykła kawa którą piję od czasu do czasu). Wzięłam wdech przez nos, chcąc zbadać kawę swoim zmysłem węchu. Pachniała bardzo dobrze. Wzięłam łyk i…

– …nawet nie masz świadomości jakim jest bałaganiarzem…! – powiedziałam wesołym, roześmianym głosem, po chwili biorąc łyk z trzeciej już filiżanki. Lait chichotała.
– Właśnie nie mam, bo zawsze chodzi taki schludny i układa wszystko niemal z idealną precyzją… – przyznała wadera.
– Mhm! – odstawiłam filiżankę a sama przełknęłam łyk kawy. – Tak! Ale jakbyś znalazła się w jego sypialni, zwłaszcza gdy się pakuje w delegacje czy inne wyprawy, to jego pokój przypomina pole bitwy… Normalnie nie idzie znaleźć dosłow… Urwałam, gdy poczułam jakąś dziwną, niepasującą do tego miejsca woń.
– Ty też to czujesz? – zapytała moja rozmówczyni.
Kiwnęłam głową. Dym.
Wstaliśmy szybko i poszłyśmy do wyjścia. Spod drzwi unosiła się smużka dymu.
Otwarłam a nas powitały gorące języki ognia.
– Jasna cholera! – zawołałam, wznosząc się w powietrze. Biblioteka miała bardzo wysoki sufit, co pozwalało mi na uniesienie się ponad ziemię. Płonęła jedna część biblioteki.
Ta która miała w sobie księgę rodów i drzew genealogicznych.
– O bogowie…
Zaczęłam tworzyć źródło wody, chcąc ugasić szalejący ogień… Lait natomiast…

Lait? Wybrałam gryla. Stawiasz paruwy i browara :3

1.08.2022

Nowy członek! - Vitani



Imię: Vitani 
Właściciel: Valenty#0576 (DC)
Wiek: 1 rok
Płeć: Wadera.
Cechy fizyczne: Silna, umięśniona wilczyca z 2cm. pazurami, oraz niezwykle długim ogonem. Cała zielona, nie licząc brzucha o kolorze białym. 
Cechy charakteru: Zazwyczaj cicha, stara się unikać kłopotów, jednak podczas irytacji, bezmyślnie chce się pozbyć tego, co ją tak zirytowało, nawet jeśli grozi jej śmierć. Zazwyczaj nie słucha rozkazów, jeśli wydają jej się nie słuszne. Mimo jej wad, jest wierna i pomocna. Lubi przebywać sama w cichym i spokojnym miejscu, Jednak zabawa z innymi szczeniakami jest dla niej ukojeniem po ciężkiej traumie.  
Lubi: Alphę, spokój, pływanie oraz udział w bitwach. 
Nie lubi: Być poniżana, zaczepiana, być w centrum uwagi. 
Boi się: Wspominania o jej przeszłości, obcych wilków, hałasu oraz ognia.
Historia: W wieku sześciu tygodni Vitani postanowiła samodzielnie pozwiedzać świat. Nie namyślając się nad tym długo, ruszyła w stronę jeziorka, które pokazywał jej ojciec w ubiegłym tygodniu. Spędziła nad nim szmat czasu, może nawet dwie godziny, gdy nagle w jej głowie zawitała myśl, że jej rodzice zmartwieni mogą mieć jej za złe niezapowiedzianą "ucieczkę". Szła smętnie i powoli w stronę swojej kryjówki. Gdy była już niedaleko domu, usłyszała głośny krzyk, przez który zatrzymała się na chwilę. Odczekawszy kilka minut ruszyła niepewnie z miejsca, ale to, co później ujrzała zmieniło ją nie do poznania. Wszędzie była krew jej rodziny. Przerażona szukała ich, ale za Wielkim Dębem ujrzała ich martwych i poszarpanych. Uciekała przez wielki las nie patrząc za siebie, nagle ujrzała nieznajomego wilka, który powiedział ,,chodź za mną". Vitani doszła za nieznajomym do wielkiego silnego wilka. Obydwaj nieznajomi rozmawiali przez długi czas. Większy wilk odezwał się w końcu: ,,Witaj w watasze Mrocznych Skrzydeł".
Zauroczenie: Brak
Głos: Typowy głos nastolatki :)
Rodzina: Dawniej: matka: Liściowe Futro; ojciec: Srebrny Pazur.
Teraz nie posiada nikogo.
Jaskinia: sierociniec

30.07.2022

Od Wichny do kogoś (seria?)

Na okres lipca i sierpnia przypadają zwykle największe upały. Długie gorące dni, krótkie noce, których cień nie nadąża ochładzać ziemi i stojącej wody. To również najbardziej majestatyczne zachody słońca i czyste niebo, po którym ślizgają się tysiące spadających gwiazd. To czas, kiedy z ukrycia wychodzą świetliki i wirują godzinami nad kręgami wiedźm i szamanów, zbierających się w sabaty. Dwa miesiące gorących miłości w oczekiwaniu na chłód, który nadejdzie jesienią, poszukiwania towarzystwa na zimę.
Wichna wiedziała, że ma do odprawienia kilka potrzebnych rytuałów jeszcze przed sezonem burz. Upały przekraczające trzydzieści stopni zwiastowały nieuniknione przeciążenia pogodowe i niejako obowiązkiem wadery jest zabezpieczenie wilków przed ich skutkami. Nawet jeśli nikt o to nie prosi i to nie jest jej pracą. Uważa, że skoro posiada umiejętności przydatne przy zaklinaniu pogody, równie dobrze może ich użyć. To przy okazji dobry trening. Jednak przez panującą temperaturę, zdolną zapalić drewno na łące, jedynym, co robiła wilczyca przez ostatnie tygodnie było leżenie i picie zimnej wody, którą usłużnie podawał jej demon. Ego - jak kazał się jej nazywać, twierdząc, że to jego imię - nie czuł żaru lejącego się z nieba i chociaż początkowo nie mógł znieść tego, że ktoś każe mu się obsługiwać, ostatecznie zgodził się pomagać Wichnie.
Minęło wiele czasu odkąd Wichna szukała przygód z kimś z watahy. W ogóle mało kto ostatnio do niej przychodził i zaczynała się martwić, czy ze stadem nie dzieje się coś złego. Jak długo jeszcze potrwa ta sielanka? Myślała czasami, zastanawiając się, czy nie będzie musiała niedługo szukać nowej siedziby. Mimo wszystko pilnowała, żeby zawsze mieć na stanie niezbędne zioła, oleje i lekarstwa, jeśli ktoś przyszedłby do niej z codziennymi dolegliwościami. Jednak zaczął się lipiec i klienci przestali przychodzić, tak jakby nagle cała wataha wyparowała.
Sterta szmat poruszyła się, pozwalając, by wpadło pod nią świeże powietrze. Błysnęło białe futro.
— Ego? — spod materiału wysunął się nos, a zaraz za nim szare oczy — Ego, jesteś tu?
W kącie jaskini coś zamigotało. Nie, to raczej cień się poruszył, zasłaniając promienie słońca padające na ścianę.
— Jestem.
— Przynieś mi wody.
— Może tym razem sama po nią pójdziesz? — zamruczał cień — Od leżenia w końcu odpadną ci nogi, a wtedy już zawsze będziesz na mnie skazana.
Nastała cisza. Biały nos znowu zniknął pod kocem.
— Ego? — tym razem kobiecy głos był przytłumiony przez zwały tkaniny.
— Co tym razem? — wysyczał demon.
— Przynieś mi wody.
Cień nie odpowiedział. Poruszył się i wypłynął z jaskini. W świetle nie wyglądał już jak cień. Bardziej przypominał chude ciało oblane smołą. Wrócił z miską wody.
— Zrób coś ze sobą, wilku — syknął, układając się w posłaniu przy jej boku — Niedługo zaczniesz gnić.
— To mam już za sobą — odpowiedziała — Ale masz rację, muszę coś zrobić. Zresztą nawet wiem, co mam do roboty. Czas na moje ulubiony rytuał.
— Rytuał? — zaciekawiła się istota — To na co czekamy? Wstawaj.
— Chyba nigdy nie widziałam cię tak podekscytowanego. Od kiedy to obchodzi cię moja praca? Albo to co robią inne wilki?
— Nigdy nie wiesz, kiedy wpadniesz na nową pasję.
Wichna wygramoliła się z posłania, zastanawiając się, czego tak naprawdę chce Ego. Może liczył na krew i ofiary składane na ołtarzu?
Rytuał, który planowała przeprowadzić był prosty w założeniach, jednak dość trudny do wykonania. Wichna doświadczyła go kilka razy i za każdym coś szło nie tak, jak powinno. Wystarczył tylko odpowiednio ułożyć kamienie, naczynia z wodą i drewno, ale tak to już jest, że z burzą z piorunami ciężko się dogadać. A mniej więcej na tym polegała cała operacja. Wilczyca zaczęła od ułożenia ogniska, a wokół niego trzech okręgów w kamieni i miseczek z wodą. Podczas gdy napełniała ostatnie naczynka, poczuła na nosie pierwsze krople deszczu. Ego uwijał się wokół, rzucając jej pod nogi kolejne otoczaki.
I przyszedł czas na sam rytuał. Nad głowami wilka i demona zebrały się ołowiane chmury, z których spadały pojedyncze wielkie krople. Szalał wiatr, zrywając z ziemi chmury pasku, kwiatów i suchej trawy. Wichna popatrzyła na Ego, który stał w cieniu jaskini, a ten kiwnął głową na znak, że pilnuje jej pleców. Wadera potarła trzymanym w pysku nasiąkniętym żywicą i prochem siarkowym drewienkiem o kamień. Szczapka strzeliła, z nieba posypały się iskry i gromy. Błyskawica. Zapłonęło wielkie ognisko, wokół kręgów roztańczyły się duchy pogodowe i latawce. Słońce zniknęło całkowicie za chmurami i nagle płomień stał się jedynym źródłem światła. Wichna rozpoczęła rytuał. Tańczyła po kręgach, wypowiadała niezrozumiałe zaklęcia, których uczyła się od czarownic mieszkających w górach. Na wyżynach przeżycie wilków często zależało od powodzenia rytuałów takich jak ten. Kiedy miseczki dopełniły się wodą deszczową, upiła łyk z każdej z nich, a resztą polała ognisko i wrzuciła do niego naczynia. Wilczyca wyrwała jedną nitkę ze swojej czerwonej chusty i ją również puściła w dziki wir płomieni. Następnie burza ustała i na niebie znów pojawiło się słońce.
Wichna spuściła głowę do ziemi, ciężko dysząc. Zamknęła oczy, żeby nie wpływała do nich ściekająca jej po sierści woda.
— Zadowolona? — usłyszała zniecierpliwiony głos dobiegający od strony jamy.
— Bardzo — mrugnęła, ledwo mogąc wydusić słowo ze zmęczonego gardła — Nadrobiłam tym ostatni miesiąc bezrobocia. Teraz czas na drzemkę.
Jak gdyby nigdy nic, wadera, powłócząc nogami, ruszyła do jaskini. Zostawiła za plecami okręgi, żarzące się nadal ognisko i pobojowisko, które powstało podczas rytuału. Ale nie dane jej jeszcze było odpocząć.
— Jest tu kto? — usłyszała, gdy stawiała łapę w progu nory — Halo?
— Ktoś jest — odpowiedziała natychmiast, jednak nie odwracała głowy w tamtym kierunku — Zależy kogo, albo czego szukasz. Mogę jedynie zgadywać, że wykurzyła cię tutaj burza? — Wichna już nieraz witała wilki, które znajdowały schronienie w zacisznym, odosobnionym zakątku, w którym się urządziła. Na otoczonym lasem i skałami terenie była tylko jedna niewielka polana, otwarte pole idealne, by trzaskały w nie pioruny.

Zapraszam kogoś chętnego do kontynuacji ^u^ chętnie ruszę z jakąś serią

*(Opowiadanie otrzymuje dodatkowe 20 cs)

22.05.2022

Od Antilii cd. Ziyoł

Zaczęłam się zastanawiać czy dobrze w ogóle robię. Obawiałam się, że może nie tylko sobie zrobić krzywdę ale również i mi. Niechcący, oczywiście. Jednak z drugiej strony lepiej, żeby była ze mną, bo dzięki temu szybko zajmę się ranami. Dodatkowo czuję, że ma jakiś nieodkryty talent…
Choć mogłam się mylić.
– Powoli… Zanim zacznę Cię uczyć walki musisz powiedzieć mi jak u Ciebie z kondycją.
– Co masz na myśli? – Ziyoł uniosła brew i lekko przekręciła głowę.
– Jak szybko się męczysz, ile jesteś w stanie unieść, jak bardzo masz elastyczne i giętkie ciało… – zaczęłam wyliczać.
– Aha… – Ziyoł wydawała się lekko zawiedziona.
– Spokojnie, nie powinno nam to długo zająć, góra dzień – pocieszyłam waderę, a na jej pyszczku znowu zawitał wesoły uśmiech. A przynajmniej mam nadzieję, że tyle to zajmie.
Cóż… Jakoś to było…
Owszem, zajęło nam to jeden długi dzień, do tego tak… A zresztą sami przeczytajcie.

Leciałam tuż nad Podniebnymi Ścieżkami obserwując zmagania Ziyoł w wspinaczce na pewną niewielką, ale stromą górę niedaleko mojej jaskini. Radziła sobie dobrze, ale widziałam, że powoli opuszczały ją siły. Widząc jednak jej zawziętość pozwalałam kontynuować wspinaczkę, asekurując ją. Kilka kamieni, o które chciała się oprzeć, były zbyt luźne, tak więc część z nich stoczyła się dół, znikając w chmurze zakrywającej podnóże góry poniżej nas. Po kilku minutach była już na szczycie, uśmiechnięta od ucha do ucha, że udało jej się właśnie pokonać pierwsza przeszkodę, zaliczając test. Jeden z kilku testów, ale jeszcze o tym nie wiedziała…
Stała pewnie na lekko drżących nogach, jednak starała się nie dawać po sobie poznać, że jest zmęczona. Ja natomiast dalej byłam w powietrzu, rytmicznie machając swoimi skrzydłami, utrzymując się w powietrzu.
– To co, zaczynamy trening? Wylądowałam obok, myśląc, jak jej powiedzieć, że jeszcze trochę zostało do tego treningu. Wybrałam opcje bezpośredniego komunikatu.
– Przed Tobą jeszcze dwa testy. Na razie zaliczyłaś test siły oraz wytrwałości, dzięki czemu wiem, że będziesz chciała ukończyć je wszystkie…
Ziyoł przybrała minę smutnego szczeniaka. Z jednej strony nawet działająca na mnie sztuczka, lecz z drugiej perspektywy muszę być pewna, że się nadaje i nie zrobi sobie krzywdy. W takich kwestiach wolę być stuprocentowo pewna.
– Jak będziesz gotowa, przejdziemy do drugiego testu.
– Urodziłam się gotowa! – zawołała bojowo. Uśmiechnęłam się.
Byłam naprawdę ciekawa jak poradzi sobie z tym testem, znając żywiołowość mojej adeptki.

– Długo jeszcze? – zapytała po raz kolejny wadera.
– Stoisz dopiero od kilku minut… – odpowiedziałam cierpliwie, siedząc naprzeciw Ziyoł.
Dalej byłyśmy na szczycie góry, na którą wilczyca miała się wspinać. Miałam tam przygotowany cały sprzęt i niezbędne materiały do pozostałych testów.
Wilczyca stała na kładce umieszczonej na okrągłym kamieniu, stojąc na tylnych nogach. Ma przednich łapkach miała kilka lekkich kamieni, podobnie jak na głowie. Jej zadanie było proste – miała wytrzymać w takiej pozycji co najmniej godzinę.
Narazie trzymała się, lecz dopiero co zaczęła. Byłam pełna nadziei, że uda jej się przejść i ten test.
Cóż… I tak i nie.
Nie wytrzymała godziny, lecz dobiła ponad jej połowy. Chciała lepiej postawić stopę, ale to zaburzyło delikatną równowagę i cała konstrukcja wraz z samą wilczycą runęła. Szybko podeszłam do niej i upewniłam się, czy wszystko w porządku. Nawet niewielki uraz może mieć straszliwe konsekwencje…
– Ech… – westchnęła Ziyoł. – Pewnie to już koniec…?
– Zobaczymy jak pójdzie ci ostatni test. – Uśmiechnęłam się szczerze i ciepło. Sądziła, że ją przekreśliłam, ale tak nie było. Ma jeszcze szanse.

– Zasady są proste – musisz unikać lecących kuli wodnych. Gotowa? – zapytałam.
Ziyoł kiwnęła głową. Ja stanęłam obok niewielkiego źródełka, które było na tej górze. Potrzebowałam stałego źródła wody, aby móc tworzyć pociski. Przymknęłam oczy i zaczęłam słuchać pieśni wody, jednego z czterech moich żywiołów. Otworzyłam je, formując już gotowe kształty.
Zaczęłam od niewielkich rozmiarów, by stopniowo je zwiększać. Od niewielkich kropelek po kule wielkości dużego arbuza. Ziyoł jednak dzięki swojej zwinności udawało się unikać trafienia. W pewnym momencie jednak zaczarowana woda dotknęła jej sierści, co było równe z końcem testu.
– Dwa razy oblałam… – powiedziała smutno. – Pewnie nie będziesz chciała mnie uczyć…
– Co Ty wygadujesz? – spodziewałam się wszystkiego ale nie tego. – Dlaczego tak pomyślałaś?
– Bo dwa razy oblałam…
– Ale wytrwałaś końca! Nie poddawałaś się! A to właśnie chciałam sprawdzić… Nie tylko Twoją siłę, zwinność i równowagę ale również cierpliwość, wytrwałość oraz zaufanie do mnie… – wyjaśniłam. Żebyście widzieli minę Ziyoł. Była zachwycona.
– To kiedy, tak naprawdę, zaczynamy?
– Nawet teraz. – Teraz to ja się uśmiechałam od ucha do ucha.

Skoczyłam do swojej jaskini po włócznie treningowe, które miałam ze sobą zanim jeszcze dołączyłam do Watahy Mrocznych Skrzydeł. Były wykonane z połączenia ciemnego, dębowego drewna i srebrzystego metalu. Lekkie, ale wytrzymałe. W sam raz na sparingi czy treningi nowych uczniów.
– Okej, zacznijmy od postaw… – powiedziałam i przybrałam pozę gotową do ataku. Ziyoł zrobiła tak samo. Kolejna pozycja. Wadera ja przybrała… I tak do zachodu słońca…

Następnego dnia umówiliśmy się we wnętrzu góry skrywającej mój dom. Ziyoł, cała w skowronkach, przyszła na dzisiejszy trening.
– Dzisiaj będziemy ćwiczyć obronę. Czujesz się na siłach czy wolisz jeszcze na spokojnie poćwiczyć pozycje? – zapytałam szczerze. Nigdy nic na siłę…
– Chce to dzisiaj zrobić! – zadeklarowała Ziyoł.
– Przygotuj się… – poleciłam. Gdy przybrała pozycje gotową do obrony, zaatakowałam czlonkinię własnej watahy…

Zi? Jesteś dobrze przygotowana ale dużo jeszcze brakuje Ci do perfekcji, bo znasz jedynie podstawy, a Anti jest ostrą nauczycielką, zupełnie jak te co uczą matmy, więc będzie Cię ścigać

12.05.2022

Od Antilii cd. Shiry

Przypomniałam sobie minę tego małego smoczego łobuza, który zaczął demolować mi kuchnie. Nie był świadomy tego, że robił mi totalny chaos w mojej jaskini, lecz był… szczęśliwy, że znalazł jakiś skarb.
W postaci moich garnków i innych przyrządów kuchennych.
– No dobrze… Pomogę Ci – powiedziałam i gdy Shira już otworzyła pysk, żeby (najprawdopodobniej) przedstawić listę rzeczy bądź usług do wyboru w gestii wdzięczności, podniosłam łapę i dodałam: – Nie musisz się odwdzięczać.
Ponownie chciała spróbować, jednak również jej przerwałam, ponownie zapewniając, że nie musi nic dla mnie robić za pomoc w odnalezieniu Roja.
– Powiedz mi co się stało…
Wadera wzięła głęboki wdech i zaczęła opowiadać. Zajmowała się innymi zwierzętami, które miała pod swoją opieką, kiedy Roja najpewniej zauważył kilka błyskających się bibelotów, jakie znalazł i przyniósł do swojego gniazda jeden z ptaków mieszkających nieopodal. Ich legowisko znajdowało się blisko wejścia do jaskini Shiry, na najbliższym dębie. Karmiła akurat swoich podopiecznych, tak więc była tak skupiona, że nie zauważyła jak zielony smok wymyka się ze swojego gniazda i po prostu ruszył na łowy…
– Naprawdę nie wiem, gdzie on może być… – Głos Shiry zalamywał się, zdradzając niepokój. – To tylko mały smok… A jeśli coś mu się stanie?! Zaatakują go inne stworzenia..?! I… i…!
– Uspokój się… – powiedziałam łagodnie do wilczycy, lekko nią potrząsając. Na szczęście zadziałało, tak więc atak histerii chwilowo został odwołany. – Zacznijmy szukać – poleciłam, po czym powiedziałam, że zaraz wrócę. Skoczyłam po torbę do swojej jaskini z najpotrzebniejszymi i niezbędnymi akcesoriami medyka, tak w razie czego. Shira kręciła niespokojnie ale cierpliwie czekała na mnie. Szybkim krokiem wyszliśmy z Podniebnych Ścieżek, po czym poleciałyśmy do jaskini hodowczyni, szukając jakiś śladów…
– Tam jest jego legowisko… – wskazała, pokazując legowisko uwite z słomy i mający mnóstwo świecidełek. Ostatnio się tutaj nieco zmieniło… Przede wszystkim nie było już klatek czy innych takich… Jaskinia również się mocno powiększyła, sprawiając, że każdy zwierz miał swój kąt, bez metalowych prętów czy innych takich. Szczerze? Ta zmiana bardzo mi się podobała… Zwierzakom chyba również.
– Widzę, że zrobiłaś remont… – powiedziałam na głos, podchodząc do legowiska smoka.
– A… No tak… Od dawna miałam pomysł na powiększenie jej, ale dopiero ostatnio udało się to zrobić i w końcu sprawić, że moi podopieczni mają większą przestrzeń…
Kiwnęłam głową na znak aprobaty. Widać było, że służyło to zarówno Shirze jak i zwierzętom, którymi się zajmowała.
Podeszłam do smoczego gniazda, gdzie błyskało mnóstwo lusterek, srebnych przyrządów czy inne świecidełka. Wzięłam głęboki wdech przez nos, starając się wychwycić smoczą woń. Była ona dosyć subtelna, lecz na szczęście wyraźna.
Zapamiętałam ją, starając się podążać za cienką nitką, która podążała na zewnątrz. Subtelnie wzniosłam się w powietrze, śledząc drogę małego smoka.
Nić urwała się tuż nad gniazdem ptaka, który odzyskiwał swoje drogocenne łupy. Sroka, która tam była, zaczęła niemiłosiernie krzyczeć, oznajmiając, że moja obecność nie jest mile widziana. Spojrzałam w dal, szukając czegokolwiek, lecz niczego nie znalazłam.
– Również tego próbowałam… – zawołała z dołu biała wadera. Zleciałam do niej. – To do niczego nie prowadzi…
– Warto było spróbować… – przyznałam szczerze. – Naprawdę nie masz pomysłu gdzie mógł on polecieć…?
Wadera zaprzeczyła, kiwając głową na boki.
– Może przelecimy nad okolicą? – zaproponowałam. Tylko tyle mogę zaproponować… 
– Dobrze. 
Obie wzniosłyśmy się w powietrze, lecąc na południe.



– Masz coś? – zapytałam, lecąc nad pewnym lasem. Shira była tuż obok, na wyciągnięcie moich skrzydeł. Szybko odparła:
– Nie. – Machnęła kilka razy skrzydłami. – A ty coś masz?
Również zaprzeczyłam.
Leciałyśmy w milczeniu. Mijałyśmy granicę lasu, by widoki korony drzew zmienić na trawiastą łąkę pełną rozwijających się pąków kwiatów. Wyglądałyśmy małego, zielonego smoka ale poszukiwania nie przynosiły skutku. Mnie odpuszczała już nadzieja, podobnie jak Shirę. Widać było w jej spojrzeniu, że nie mamy czego tutaj robić. Roja przepadł…
– Wracajmy… – powiedziałam i zaczęłam już nawracać. – Jutro znowu spróbujemy…
Gdy Shira już otworzyła kufę, żeby coś powiedzieć, na nas obie spadł duży cień, który pokrył również część łąki. Obie spojrzałyśmy w górę i…
…zobaczyłyśmy ogromnego smoka!
Latający gad nawet nas nie zauważył, lecąc leniwie w swoim kierunku. Z początku sam widok tego stworzenia o szmaragdowych łuskach był zaskakujący i lekko niepokojący ale dopiero widok pasażera na grzbiecie smoka sprawił, że o mało nie zaczęłam spadać.
– Roja! – krzyknęłam, ale cicho, nie chcąc, aby smok zainteresował się nami. Shira była również w szoku. Roja natomiast, cały w skowronkach, podróżował na grzbiecie olbrzymiej bestii.
– Lećmy za nimi!



Shira? Roja znalazł se nową mamusie?

9.05.2022

Od Lait do Antilii

Lait w spokoju popijała kawę w przerwie między ogarnianiem dokumentów. Nie było ich wiele tak jak dotychczasowych obowiązków. Przez to, nieobecność Sokara w bibliotece, wydawała się być nie tak zła. Chociaż i tak czuła się z lekka samotna, ale była już zaprzyjaźniona z tym uczuciem. Co do kawy... To była — jak zwykle — już któraś z kolei dzisiaj, ale nie przeszkadzało jej to. Nigdy nie przeszkadzało, mimo tego jak niezdrowe to było. Uwielbiała smak ciepłego napoju i fakt, że był pobudzający, co zdecydowanie pomagało jej w swoim hobby jak i pracy. Jednak, jak wszystko, i ten „niebiański” napój miał jakieś wady. Po długim uzależnieniu do niego, niebieskooka wadera zaczęła miewać problemy ze snem. Czego innego, by się spodziewać po kawoholiźmie jak nie tego? Czasem przesypiała całą noc, czasem godzinę, a czasem nie mogła zasnąć w ogóle. Zaskoczeniem było, że to nieobecny basior był pierwszym, który przysnął w pracy, a nie ona z jej systemem spania (chociaż może nie do końca, patrząc na stan, w jakim był wilk). Na początku nieprzesypianie nocek jej przeszkadzało, zależało jej wtedy na chociaż trochę zdrowym trybie życia. Po jakimś czasie przestała widzieć w tym sens i po prostu pogodziła się z problemem, jaki ją nęka. Miała do wyboru porzucenie kawy lub akceptację — oczywiście nigdy nie umiałaby wyjść z uzależnienia. 

Miała właśnie wziąć kolejny łyk z ulubionego kubka, gdy usłyszała huk w innej części biblioteki. Wyrwało ją to z zamyślenia, jednak doprowadziło to też do momentowego przerwania używania mocy. Szybko wróciła do tej czynności, kubek się nie zbił, ale trochę kawy wyleciało z niego podczas gwałtownego ruchu. Kartka, którą wypełniała została poplamiona brązową cieczą. Lait westchnęła ciężko, nie wiedząc, czy bardziej żałować rozlanego napoju, czy prawie uzupełnionego dokumentu. Wilczyca jednak się opamiętała. Coś się stało w bibliotece! Pobiegła szybko w stronę odgłosu, zostawiając kawę na biurku. Źródło znalazła całkiem szybko — kupka książek na leżącej jasnosierstnej. Lait podeszła bliżej zmartwiona. Wadera będąca prawdopodobnie sprawczynią sytuacji przez chwilę nie wydawała z siebie żadnego dźwięku. To pośpieszyło bibliotekarkę do działania. Szybko ściągnęła z niej książki, w czym wspomogła się mocą. Skrzydlata wilczyca jęknęła z bólu cicho i podniosła łeb, czego widocznie wcześniej nie mogła zrobić.

— Wszystko w porządku? — powiedziała z troską w głosie. — Coś ci się stało?

Szybko zorientowała się też, kim była, dotychczas niby nieznajoma. Kojarzyła ją z rozmów z Sokarem. Antilia? Opis zgadzał się z tym, kogo widziała teraz przed sobą. Lait widziała ją parę razy w bibliotece, ale raczej nie zamieniały ze sobą zbyt wielu słów, dlatego nie kojarzyła ich z takich spotkań, a z opisu współpracownika. Myśl, że to ktoś z otoczenia kogoś, kogo lubi (po przyjacielsku) dodatkowo ją lekko zestresowała. 

— Dobrze tylko, że Sokara nie było — westchnęła cicho, będąc gotowa do pomocy wilczycy w razie potrzeby i nie ukazując tego jednego uczucia, które pojawiło się tuż przed chwilą...


<Antilia? Dostałaś książką po głowie tak jak chciałaś>


14.04.2022

Od Tsumi do Kareis

Ulubiona rzecz wiosenna, to możliwość pobierania soku z brzózek. Zbieranie żółtych kwiatków na syrop, cieszenie się słońcem oraz moment, w którym zdajesz sobie sprawę, że jedzenie suszonych korzonków by utrzymać w ryzach swoje zdrowie, nie będzie już konieczne. Albo raczej nie będzie konieczne za jakiś czas, gdyż jak się okazało, moja licha odporność i głupota spowodowana wczesnym wyjściem słoneczka, doprowadziła do wytworzenia w moim nosie kataru, przez który czułam się trochę jak ten dzieciak z sąsiedztwa, co biega z wiecznie długim smarkiem w nosie i zamiast się wysmarkać, to wyciera to o rękaw w swojej bluzie. Uh... aż powstały na tą myśl dreszcze obrzydzenia. Tak więc, z chustką w kwiotki owiniętą wokół szyi i zapasem czegoś, w co mogłam wysmarkać nos, skierowałam się w stronę lasu i górskich polan, w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby mi pomóc. Znaczy, w teorii mogłam się udać po coś do zielarzy, ale po co, skoro sama mogłam coś znaleźć? No i oczywiście był to pretekst by wyjść poza ściany pałacu i myśleć nad tym, jak to kolejna mutacja jakiegoś owada z zachodu może wpłynąć na uprawę ziół. Chociaż sprawa z tym owadem rzeczywiście była ciężka, bo lubił pożerać liście pewnej roślinki, której zielone części właśnie były najbardziej potrzebne. Jako przyprawa, jako roślina lecznicza, czy jako cokolwiek innego. A to latające źródło białka chciało to jeść. Upierdliwość. Jednakże wracając! Przeszłam przez suchą kępkę trawska, by zaraz potem obwąchać teren. Tak, tu było dobrze. Odstawiłam koszyk na bok, by wyciągnąć szyję z zamiarem zerwania wierzchniej części kwiatka. Gdy już to zrobiłam, czas było wykopać korzonki. Obok rósł kolejny, więc pozbycie korzonków jednego z nich nie powinno stanowić problemu. Ziemisty zapach wypełnił mój nos, wraz z lekką goryczką roślinnych pędów. Nic więc dziwnego, że dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z obecności innego psowatego. W dodatku dlatego, że po prostu jego futro rzuciło się w oczy, a nie dlatego, że mam taki świetny węch i wyczułam go z kilometra. Zaraz więc przywarłam do podłoża, mając nadzieję, że wysoka łąkowa uschnięta trawa mnie jakoś ukryje, a obcy sobie po prostu przejdzie obok i opuści watahowe tereny. 


<Kareis?>

28.03.2022

Od Antilii cd Sokara

Kwiat, który zerwał, był niemal zwyczajnym przebiśniegiem, ale nie dla mnie. Był niezwykle delikatny, liście miały soczyste kolory, które kontrastowały z nadal zimowym otoczeniem a kwiaty dojrzałe, rozwinięte oraz pachnące słodką, kwiatową wonią. Chwyciłam ostrożnie podarunek, czując jak wzruszenie ściska mi serce. Udało mi się jakoś powstrzymać łzy, choć łatwe to nie było. Czułam, jak przyjemne ciepło rozchodzi się po moim ciele, sprawiając, że przestałam czuć otaczający mnie późnozimowy chłód. Wiatr zaczął szarpać naszym futrem, ale niemal go nie odczułam. Czułam natomiast jak serce tłucze mi się w klatce piersiowej, chcąc wyrwać się z kościstego więzienia i wykrzyczeć to co głęboko ukryłam na jego dnie. Stałam przez chwilę, bijąc się z myślami. Wzięłam głęboki wdech nosem…
…i przytuliłam się do zaskoczonego Sokara. Objęłam go mocno i lekko rozłożyłam skrzydła, zupełnie jakbym chciała ochronić nas przed resztą świata. Przez ten moment, gdy czułam miękkość jego futra, jego ciepło, jego zapach…
…czułam się naprawdę szczęśliwa.
Musiałam jednak odsunąć się, mimo, że miałam ochotę trwać tak do końca świata. Czułam też, że Sokar zaczyna się czuć… niezręcznie.
– Dziękuję, że wierzysz we mnie… – powiedziałam, patrząc wilkowi w oczy. Uśmiechnął się, a w jego oczach pojawiła się pewna iskierka, która zgasła wraz z znalezieniem go po Próbach… Była nieśmiała, ale pojawiła się. Jednak nie była ona taka jak wcześniej. Była inna. Nadal skrywała ból, który krępował Sokara. Nie chciałam naciskać czy nawet poruszać tematu, wiedząc, że wejdę na bardzo cienki lód. Widziałam, że musi chcieć zrobić krok do przodu…
Ufam Sokarowi jak on mi.
Ruszyłam bez słowa, gdyż te były zbędne, przed siebie, w stronę naszego celu – Smoczej Jaskini.
Nim ruszyłam, włożyłam kwiat za ucho, uważając, żeby nie zniszczyć najpiękniejszego prezentu jaki otrzymałam w swoim życiu.

– Oto i ona… – powiedziałam cicho, przypominając sobie momenty, kiedy ostatnio tu byłam. Widok wychudzonego, wyniszczonego pomorem księżycowym ciała Nuty znowu stanął mi przed oczami. Nigdy tego nie zapomnę, ale próbowałam przynajmniej tego nie rozpamiętywać. Suche gałęzie drzewa posiane młodymi, wczesno–wiosennymi pączkami szeleściły cicho w rytm nadal zimnego wiatru. Strumyki dalej zasilały główne koryto, kończące się na krawędzi klifu, by dalej stać się wodospadem. Białe skały nadal tworzyły jaskinię, w której stałam wraz z bratem zmarłej czerwonej wadery.
Nic się nie zmieniło.
Natura trwała, podobnie jak nasze życie…
Przynajmniej tych, którzy nie mieli w sobie krwi boga zemsty, nie licząc Sokara.
Mimowolnie podeszłam do krawędzi, patrząc na krajobraz. Teraz wyglądał nieco smutno i przytłaczają lecz wiosną, gdy kwiaty rozwinęły swoje piękne, barwne pąki, czy latem, kiedy owoce dojrzewają wśród soczystej zieleni, widok zapiera dech w piersiach. Już niedługo gołe gałęzie ubiorą swoje zielone, liściste suknie, tworząc dom dla leśnych zwierząt oraz darząc inne jedzeniem. Wystarczyła jedynie szczypta cierpliwości… Wiosna zbliżała się coraz szybciej, jednak jej chłodna siostra nie zamierzała odpuścić swojego mroźnego uścisku.
Westchnęłam a silniejszy wiatr zaczął szarpać moją sierścią, lecz ja, niczym martwy posąg, stałam niewzruszona. Kwiat za uchem delikatnie kołysał się w rytm wietrznej pieśni.
Odwróciłam się na dźwięk poruszonych, toczących się kamieni oraz coś w rodzaju stętknięcia. Sokar położył się pod drzewem, przymykając lekko oczy oraz pozwalając, by skrzydła zsunęły się bezwładnie na ziemię. Podeszłam powoli i usiadłam obok, a potem również położyłam się na surowej skale.
Czułam przepływającą energię Starego Drzewa, która miała zdolności uzdrowicielskie. Czasami korzystałam z właściwości tego niezwykłego drzewa by pomóc moim pacjentom.

Choć jednemu nie udało się w jakiekolwiek sposób pomóc.

Mimowolnie przymknęłam oczy, gdzie znowu zobaczyłam Nutę. Jej gęste futro mieniło się delikatnie a jej uśmiech był bardziej niż zaraźliwy. Wszędzie jej było. Potem zobaczyłam ją, jak choroba zaczyna toczyć jej ciało, zmieniając ją z wesołej i energicznej wadery w prawdziwy wrak, szkielet pokryty suchą, bladą skórą i przerzedzoną, zniszczoną sierścią. Iskierki w jej oczach zgasły, śmiech ucichł aż w końcu… odeszła. Starałam się i to bardzo, aby nie czuła bólu.
Tylko tyle mogłam zrobić.
– Mam nadzieję, że są w lepszym miejscu… – powiedział nagle Sokar, przerywając milczenie. Otworzyłam gwałtownie oczy, lekko zamroczona wyrwana ze swoich przemyśleń.
– Hm?
– Moje rodzeństwo. – Nuta żałoby przeniknęła jego idealny głos. Najchętniej bym go przytuliła, znowu, ale powstrzymałam się. Pozwoliłam mu mówić, nie ingerując w żaden sposób. – Że są w miejscu, gdzie nie czują… – Zacisnął mocno zęby, a po chwili pociekła mi strużka krwi. Powstrzymałam się przed zwróceniem mu uwagi, aby się nie krzywdził.
Ani że to nie jest jego wina.
Przymknął oczy i wziął oddech przez nos. Jego płuca dalej świszczały, lecz były w zdecydowanie lepszym stanie niż wcześniej.
– Podziwiam cię również za to, że byłaś z moją siostrą do samego końca… – Spojrzał na mnie, nadal mając pustkę po stracie części swojej jedynej rodziny, ale szczerość oraz… dumę. Czułam, jak moje policzki zaczęły promieniować ciepłem.
Brawo, spal buraka w takim momencie, geniuszu.
– Jednak… ja nie byłem wystarczająco… silny… by z nią… być… – Głos zaczął mu się coraz bardziej łamać. Poczułam, że to moment, w którym mogę wyrazić swoje wsparcie oraz zdanie.
– Dobrze wiesz, że to nieprawda. Nuta wiedziała, że jesteś z nią myślami oraz duchem. – Położyłam mu łapę na jego łopatce, patrząc mu głęboko w oczy. – Czuła to.
Kiwnął delikatnie głową, odwracając ją, zupełnie jakby analizwał moje zdanie. Zastanawiał się, czy naprawdę tak było.
– Teraz również możesz być z nią swoimi myślami, pielęgnując pamięć o niej oraz Tsurim i Hirvim… –Mówiłam szczerze, prosto ze swojego serca. Położyłam swoją głowę na jego futrze, przymykając oczy, mając poczucie bezpieczeństwa w jego obecności. Poczułam, jak basior kładzie swój łeb na moim. Rozkoszowałam się każdą chwilą, czując jego ciepło oraz moc Starego Drzewa w Smoczej Jaskini, które nie tylko pozwalało ciało zagoić rany jak i umysłowi, kojąc mroczne myśli.
– Anti?
– Tak? – Nawet nie zauważyłam, że użył zdrobnienia.
– Pomodlisz się ze mną za moje rodzeństwo?
– To będzie dla mnie zaszczyt.

Po skończeniu zwrotki do bogini Nadziei,Kireny, oraz boga Śmierci, Nestera, przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Słońce powoli zaczęło wstawać, oblewając wzgórza, nagie lasy oraz jaskinię, w której się znajdowaliśmy, ciepłymi kolorami swoich promieni.
Wstawał kolejny dzień.
Niespodziewanie Sokar wziął głęboki wdech, po czym zaczął lekko kaszleć, co mnie zaniepokoiło.
– Wszystko w porządku? – zapytałam, gotowa zareagować niemal natychmiast.
– Tak… Ja… – zaczął, po czym wziął głęboki wdech i…



<Soczek? Ur mov>

23.03.2022

Od Lait CD Sokara

— Mówiłam, żebyś się nie przejmował, pójdę po książki — uśmiechnęła się lekko, maskując to, że mówiła o czymś innym.
Gdyby usłyszał to, że zależy jej na tej relacji, byłoby niezręcznie. Może lepiej, że nie usłyszał... Co nie zmienia tego, że rzeczywiście był on jakoś ważny dla niej. Jako przyjaciel oczywiście. Lub raczej, kolega. Dobry kolega? Nie wiedziała, nie rozmawiali na ten temat i czuła się zbyt niepewnie, aby o to zapytać. Była słaba w relacje, mimo że żyła w sporym społeczeństwie watahy. Nie miała bliższych sobie wilków, no cóż, oprócz Sokara, którego nie wiedziała jak określić. Mówiła innym wilkom „dzień dobry” czy „miłego dnia” i tak dalej, no i zdarzało się jej plotkować, przez co wydała się być dość towarzyską waderą, ale... prawda była inna.
W rzeczywistości większość czasu po prostu spędzała sama, z książką i kawami, pitymi raz po raz. Unikała trochę innych, jednocześnie pragnąc posiadać jakiegoś znajomego. Nie chciała prosić Sokara o spędzanie czasu wspólnie, basior był raczej wyczerpany ciągłą pracą i możliwe, że miał inne wilki, które potrzebowały jego uwagi.
W głębi duszy bolało ją to, ale myślała tylko o tym, że musi się z tym pogodzić.
— Skoro tak mówisz... — odpowiedział po dłuższej chwili ciszy. Zauważył zawiechę, która dopadła również Lait.
— Jasne... I ten, jakbyś potrzebował pomocy jeszcze w czymś, to możesz się odezwać do mnie, czy coś — napomknęła, natychmiast żałując. Ufanie chwilowej odwadze to zły pomysł. — A teraz leć, spieszyłeś się.
— Ah, tak!
Obgadywanie wilków z watahy było zdecydowanie łatwiejsze niż utrzymywanie relacji w dobrym stanie.

✧─── ・ 。゚★: .✦ . :★. ───✧

Lait weszła do środka sierocińca, rozglądając się dookoła. Bywała tu... raczej rzadko. Nie, że nie lubiła szczeniąt ani tak dalej. Po prostu patrzenie na nie przywracało złe wspomnienia. Te dzieciaki były jak ona w przeszłości. Znaczy, nie do końca — Nie muszą się martwić o jedzenie i miejsce do spania, nie są takie samotne. W tej chwili, patrząc na dwójkę bawiących się wilczków, myślała o... rodzinie. Nie pamiętała zbyt wiele o niej, czasem jedynie przemknęła jej myśl o bracie, który bawił się z nią. Reszta? Zupełnie nic. Nie kojarzyła nawet imion i pewnie gdyby ktoś chciał jej wmówić, że jest jej rodziną, mogłaby uwierzyć szybko.
Szybko odebrała książki, nie wdając się w dłuższą rozmowę z opiekunem. Wyszła z budynku— GAH. Przed jej nogami przebiegły szczeniaki, które żyły swoim życiem, nie zwracając uwagi na to, że mogły zostać nadepnięte przez waderę. Radośnie bawiły się, nieświadomie sprawiając Lait jeszcze więcej powodów do rozmyślań.
Kiedy już wiedziała, że nie wpadnie na nie, ruszyła szybszym krokiem. Jak się mówiło „Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu”, tak wszystkie drogi prowadziły Lait do biblioteki. Znała je na pamięć, nieważne gdzie się znajdowała. Idąc tam, myślała. Właściwie robiła to przez całą podróż tutaj, pobyt, no i teraźniejszy powrót. Już wiedziała, że będzie ją to męczyć przez najbliższe dni. Obiecała sobie jednak, że postara się nie pokazać tego przed Sokarem. Basior zdecydowanie miał ważniejsze powody do zmartwień.


<Sokar? Niezbyt mi się podoba, ale stoimy w miejscu>

21.03.2022

Rysunek eventowy - „Mroczne walentynki” | 💀🖤śmierć ukochanego — Sokar

 


Od Wichny do Shiry

 Chyba nigdy nie widziała tak pobudzonego wilka. No, może kiedyś widziała, ale raczej nie zbliżała się do niego na odległość mniejszą niż pięćdziesiąt metrów. A ten wilk był już o wiele bliżej i wciąż się zbliżał, ewidentnie chcąc nawiązać z nią rozmowę.
- Wichna! Dawno się nie widziałyśmy, czyż nie? - uśmiech wadery sięgał uszu.
Wichna musiała zastanowić się chwilę, by przypomnieć sobie, kto przed nią stoi. W ciągu ostatniego roku chyba jej nie widziała, ale wiedziała, że już się spotkały. Wilczyca była biała, a jej rozłożyste skrzydła opadały lekko po bokach jej ciała. Tuż za nią kroczyła wielka tygrysica. Nigdy jeszcze nie widziała tak niezwykłego kota. Po sekundzie w końcu przypomniała sobie imię wadery i też lekko się uśmiechnęła na wspomnienie otrzymanej dawno pomocnej łapy.
- Dzień dobry, Shira. Miło cię widzieć. Rzeczywiście dawno się nie widziałyśmy.
- Nasze drogi szybko się rozeszły - przysiadła na ziemi i patrzyła co robię.
- Ale, jak widzisz, żyje mi się tu bardzo dobrze. To również twoja zasługa. Pomogłaś mi, kiedy tutaj dotarłam. Możliwe, że gdyby nie ty, w ogóle nie trafiłabym do tej watahy. Dziękuję.
- Nie ma za co - wzruszyła ramionami, wciąż się uśmiechając.
Shira złapała Wichnę podczas porannej gimnastyki. Wadera postanowiła powziąć ten nowy zwyczaj, jako że zaczęła się wiosna. Rozmawiając z gościem, kończyła rozciągać plecy. Shira nie wydawała się być urażona, że Wi robi coś w trakcie rozmowy. 
- Co właściwie teraz robisz? - zapytała Shira, patrząc, jak Wichna stojąc, wychyla się lekko to w przód, to w tył i kręgosłupem w górę i w dół.
- Rozciągam się. To tak zwany kot i krowa. Kot, kiedy plecy robią się zaokrąglone. Krowa, kiedy są zapadnięte. Już kończę, więc jeśli czegoś potrzebujesz, daj mi jeszcze tylko minutę.
Tak jak powiedziała, zrobiła jeszcze jedno ćwiczenie i skończyła. Teraz już poświęciła całą swoją uwagę Shirze. Wadera czekała cierpliwie, z ciekawością obserwując ruchy Wichny.
- Chciałam cię po prostu odwiedzić. Pomyślałam, że byłoby świetnie trochę lepiej się poznać.
Wichna była trochę zdziwiona. Zwykle nie po to wilki do niej przychodziły. Ale w sumie to nie jest zły pomysł. Mimo roku spędzonego w watasze, nie ma tu jeszcze przyjaciół.
- Pewnie. To bardzo miłe z twojej strony. Mam trochę wolnego czasu, więc możemy gdzieś pójść. Masz może jakieś pomysły?

<Shira?>

Ziyoł do Antilii

Przez to, że  musiałam poczekać, aż opuchlizna  po ukąszeniu pszczół mi zejdzie i to, że dostałam propozycję od Antilii o wspólnym treningu nie mogłam wpakować się w żadne tarapaty przez te trzy dni. Opuchlizna dzięki tej dziwnej maści mi szybko zeszła, przez co byłam zadowolona. Sharki odpuścić Watahe z ukochaną a ja dosyć szybko nauczyłam się ich mowy. Prawie że już zapomniałam o swoim dawnym domu w innym świecie. Choć musiałam przyznać, że brakuje mi walki za pomocą naszych broni. Stąd też pomysł na walkę mieczem choć to na razie był tylko patyk. Przez który strąciłam ul.  Potrząsnęłam głową i  że skoczyłam z gałęzi, na której rozmyślałam.   Ruszyłam w stronę jaskini wadery, jednej z wysoko postawionych w hierarchii stada, choć ja sama nie wiedziałam, na jakim szczeblu się w tej drabinie znajduje.
- Antilii, jesteśmy tak jak prosiłaś.
Powiedziałam głośno, przysiadając na "progu" wejścia do jej jaskini. Gdy tylko ją zauważyłam, mój ogon lekko poruszył się do góry i na dół.
-  Mhm.. Wszystko w porządku, maść zadziałała. Czego Czego mnie nauczysz, jak walczyć, a może jak się bronić?
Pytałam  zafascynowana tym, co może się dziać podczas treningu. 


(Co robimy? Antilii  ;* )

16.03.2022

Nowy wilczu! Kareis


Autor grafiki: Aviaku

Właściciel: przygoda2091@gmail.com (Discord: wiw01#9751)
Imię: Kareis
Wiek: 4 lata
Płeć: Basior
Żywioły: Wolność | Trucizna | Mrok (nieodkryty)
Stanowisko: Wojownik | Opiekun Szczeniaków
Cechy fizyczne: Kareis to wilk o smukłej budowie i zadziwiająco długich uszach. Jego futro jest czarne, dłuższe i gęstsze na karku oraz ogonie. Skrzydła zazwyczaj spoczywają na jego plecach, jednak w trakcie sprintu połowicznie je rozkłada. Medalion ukryty jest pod futrem szyi.
Cechy charakteru: Gdyby mógłby, przebywałby w trzech miejscach jednocześnie. Kareis nie potrafi usiedzieć w miejscu dłużej, niż pięć minut, dlatego często drepta w kółko. Jest urodzonym optymistą-lekkoduchem. Nie potrafi skupić uwagi na niczym, czego nie uzna za wystarczająco interesujące, chyba, że jest to jego praca bądź rozkaz Alfy. Przez swój żywioł preferuje nie zajmować się polowaniem, ponieważ boi się, że ponownie zostanie oskarżony o zatrucia i wydalony z watahy.
Cechy szczególne: Podczas używania żywiołu trucizny, niektóre części ciała Kareisa pokrywają się fioletem (główna grafika).
Lubi: ciemność, młode wilki, oglądać gwiazdy
Nie lubi: śniegu, koloru niebieskiego, zbyt jasnego światła
Boi się: magii chaosu, ludzi, metalu, wybuchów
Moce:
- potrafi zatruć inną istotę przez ugryzienie bądź zadrapanie, lub otoczenie przez toksyczną chmurę
- odporność na trucizny (NIE NIETYKALNOŚĆ!)
Historia: Pochodzący z Watahy Czerwonego Półksiężyca basior nie miał łatwego życia pod względem rodzinnym. Matka Kareisa zdechła po porodzie przez głód panujący tamtej zimy, a ojciec zginął w trakcie walki z inną watahą o terytorium. Został przygarnięty przez inną parę, jednak wkrótce został wydalony ze stada przez częste zatrucia, za które został obarczony winą. Podczas podróży, tuż przed zimą, natrafił na inną watahę, znacznie mniejszą niż ta Czerwonego Półksiężyca, która pozwoliła mu dołączyć na czas mrozu. Wilki gromadziły się co wieczór, opowiadając historie z przeszłości o istotach zwanych “ludźmi”, które miały żyć razem z watahami i posługiwać się magią. Niektóre z tych opowieści mroziły krew w żyłach Kareisa, dlatego przysiągł sobie nigdy nie szukać tych dziwnych postaci; przez parę tygodni miał o nich koszmary. Po zakończeniu zimy wyruszył w dalszą drogę. Natrafił na Watahę Mrocznych Skrzydeł wielkim przypadkiem i szczęściem, ponieważ od dłuższego czasu miał problem ze znalezieniem pożywienia.
Zauroczenie: brak
Głos: LINK
Partner: brak
Szczeniaki: brak
Rodzina: Matka - Linnera, Ojciec - Isrka (oboje nie żyją), brak rodzeństwa
Jaskinia: Północ 1
Medalion: Drewniana czaszka pomalowana na fioletowo.
Towarzysz: brak
Inne zdjęcia: brak
Przedmioty kupione w sklepie:  brak
Dodatkowe informacje: brak
Umiejętności:
- Siła: 80
- Zręczność: 80
- Wiedza: 80
- Spryt: 110
- Zwinność: 130
- Szybkość: 150
- Mana: 170


15.03.2022

Od Antilii* cd. Ziyoł

Wróciłam do swoich spraw, rozpakowując leki, które dostałam chwilę przed tym, nim zjawiła się Ziyoł. Ułożyłam fiolki, pojemniczki i inne opakowania na odpowiedniej półce, sortując to według wcześniej przeze mnie ustalonej reguły. Lubiłam porządek. Łatwiej się w nim można znaleźć oraz szybko zauważyć czego brakuje. Tak, aby wszystkie elementy układanki do siebie pasowały…
Pasować…
Zatrzymałam swoją łapę sięgającą po jeden z najprostszych i najstarszych antybiotyków jakie istnieją. Znowu miałam to przemyślenie, które męczy mnie od dawna, odkąd tutaj jestem. Zamrugałam kilka razy.
Czy ja tutaj pasuję…?
Zaczęłam sobie przypominać swoje życie, dokąd tylko pamiętałam. Kiedy dołączyłam do Watahy Mrocznych Skrzydeł, poczułam, że znajduje swoją ścieżkę. Nowy dom, gdzie wilki będą mnie znały, poznam kogoś, zakocham się, stworzę własną rodzinę… Odkąd straciłam pamięć, tylko o tym marzyłam.
Żeby pasować… Żeby czuć, że komuś zależy na moim istnieniu…
– Żeby zostać zapamiętana… – powiedziałam cicho. Nie wiem dlaczego ale lekko się uśmiechnęłam. Chyba dopięłam swojego… W tej chwili zapisałam się w historii tej watahy nie tylko jako Radna oraz wilczyca Gamma ale również medyczka o wielkim sercu, które zostało skradzione przez pewnego przystojniaka o czekoladowej sierści.
Wróciłam do swojego zajęcia, tym razem nucąc jakąś piosenkę, by zająć czymś nieco rozszalały umysł.

Gdy tylko ułożyłam wszystkie medykamenty, usiadłam nad zaległymi sprawami. Doszły do mnie słuchy o pewnej specyficznej chorobie u naszych zachodnich sąsiadów. Nie chciałam używać słowa epidemia, ponieważ to nie było aż tak… hm… szybko rozprzestrzeniające się. Nie zagrażała ona życiu wilka, który na nią zachorował, o ile nie jest starszym lub zbyt młodym osobnikiem. Otworzyłam księgę chorób, czytając o patogenie i chorobie jaką powoduje. Objawiała się ona…
– Antilia, jesteś tam? Zaskoczona, gwałtownie podniosłam głowę oraz nastawiłam uszy. Wyszłam z pokoju, spoglądając w kierunku wejścia do mojej jaskini. Nie widziałam nikogo, tak więc wyszłam na zewnątrz. Nie zauważyłam Ziyoł, która stała za mną.
Gdy odwróciłam głowę, podskoczyłam i odruchowo wzniosłam się w powietrze. Wilczyca wyglądała jakby miała właśnie tą chorobę, o której czytałam. Na szczęście po chwili wszystko się wyjaśniło.
– Masz coś na złagodzenie jadu pszczół?
Uśmiechnęłam się, wypuszczając powietrze z płuc. Opadłam na ziemię i poprosiłam, aby Ziyoł weszła do środka.

Drugi raz tego samego dnia.

– Nie uważasz mnie za dziwną wilczycę? Bywam u ciebie chyba częściej niż jakikolwiek szczeniak… – zapytała wilczyca, kiedy nakładałam chłodzoną maść ze świetlika. Chwilę zastanawiałam się nad odpowiedzią.
– Rzeczywiście bywasz u mnie dość często… co mnie nie lekko niepokoi… – przyznałam szczerze. – …ale może masz taki urok? Trudno mi powiedzieć… – dodałam.
Ziyoł milczała, cierpliwie dając mi się opatrzeć.
– Opowiesz mi, co tym razem się stało? – zapytałam łagodnie. Wilczyca opowiedziała, że chciała się nauczyć walczyć i próbowała to robić w pewnym miejscu, ale zahaczyła o ul pełen pszczół a te dotkliwie ją pokąsały.
– Gdy opuchlizna zejdzie, przyjdź do mnie – poprosiłam, odprowadzając ją do wyjścia.
– Dlaczego? – zapytała zaskoczona, patrząc na mnie prawie jak na dziwaka.
– Nauczę Cię tego i owego. – Mrugnęłam do niej, po czym się pożegnałyśmy.
Trzy dni potem Ziyoł wróciła, w pełni sił i gotowa do treningu.


Zi? Kung Fu Pandziątka?

21.02.2022

Czystka

 No więc moje kochane wilczki.
Czystka! Cieszycie się? Ja bardzo! Przecież każdy chce mieć wataszę stworzoną z martwych wilczków cudnych dywaników, prawda?

Jednak wracając do konkretów. 
Informujemy, że od niedzieli (6 lutego) do niedzieli (20 lutego) do północy, odbędzie się czystka. W ciągu tego czasu, aby pozostać w życiu naszego bloga-watahy, należy wysłać dwa opowiadania, które nie będą zawierały mniejszej ilości słów, niż 100. Jeśli do tego czasu opowiadania nie zostaną dostarczone, wilk zostanie automatycznie przeniesiony do odeszłych/NPC. W czystce nie będą brane pod uwagę osoby, które wcześniej wzięły nieobecność. 

✧──────  ・ 。゚★: *.✦ .* :★. ──────✧

Opowiadania należy wysyłać na email watahy: kontaktwms@gmail.com

✧──────  ・ 。゚★: *.✦ .* :★. ──────✧

Lista osób które ,,zdały":

Ziyoł do Antilii

 Anti jak zawsze była miła przy pomocy, wadera miała teraz nadzieje, że nie trafi do niej tak szybko już tego dnia. Znieczulenia na szwach działały, wiec nie było czym się  przejmować. W sumie  nie wiedziała czy medyczka wie, że to ona pochodzi z równoległego świata i  to ona kiedyś wpadła  przez dach siedziby rady na ich stół. No bo jak skoro prawie nikogo tam tego dnia nie było. Postanowił dziś odpuścić polowanie na większą zwierzynę. No cóż poradzić,  dawniej do obrony używała rąk, które są jej przednimi łapami.  Nadal uczy się walki w tym ciele w końcu to o wiele bliższy sposób.

-A może by tak nauczyć się trzymać broń w pysku? -pomyślała na głos i poszukała jakiegoś  patyka, który pochwyciła w swoje wilcze zęby i zaczęła nim wymachiwać, poruszając głową. Po czasie spróbowała zrobić to, angażując to całe ciało, chciała znaleźć sposób własnej walki. Pech chciał,  że straciła ul z pobliskiej  gałęzi i po paro kilometrowej ucieczce wróciła do  medyczki z zapytaniem, czy ma coś na jad pszczół. Liczyła ze jednak tu dziś więcej nie zawita, a tutaj proszę, co za obrót w sprawie. 

- Nie uważasz mnie za dziwną wilczycę? Bywam u ciebie chyba częściej niż jakikolwiek szczeniak. -Powiedziałam ,przymykając oczy, by jej nie przeszkadzać.

<Antilia?> Co teraz?