31.01.2021

Od Delty CD Antilia

Usiadłem obok wadery niepewny co mam jej odpowiedzieć. Jednak koniec końców przytaknąłem pomimo że w głębi serca czułem, że jednie będę jej tutaj przeszkadzał. Niepewny co mam mówić tylko siedziałem przy jej boku obserwując jak woda w sadzawce porusza się muskana delikatnym, buszującym między kamieniami wiatrem. Po chwili przymknąłem oczy pozwalając aby ten sam żywioł łagodnie przebierał moim przydługawym futrem. Do głowy nie przyszło mi jednak żeby je ściąć. Skracam je minimalnie tylko latem kiedy jest najbardziej uciążliwe ze względu na swój kolor i gęstość. Teraz jednak odleciałem znowu myślami do wysokich traw odległej stąd o tysiące, jak nie miliony kilometrów, sawanny. Moje wyobrażenie stania nad jedną z niewielu rzek w tamtym rejonie przerwał cichy głos.
"Przydałoby się coś zjeść" Uchyliłem oczy i spojrzałem na waderę. Dalej obserwowała wodę zamyślona i wtedy też olśniło mnie. Przekląłem cicho pod nosem. Czasami nie panuję nad tą przeklętą umiejętnością. Widziałem jak Antilia patrzy na mnie niezrozumiale. Jedynie pokiwałem głową chcąc jej dać znać że to właściwie nic wielkiego i wstałem.
-Przydałoby się coś zjeść. A potem mogę szybko uleczyć swoje złamania. - zaproponowałem.
-Nie trzeba Delta, naprawdę.- sama także wstała i uśmiechnęła się życzliwie.
-Trzeba czy nie niedługo też będę medykiem i, i tak bym to zrobił. Poza tym to doskonały sposób na odwdzięczenie się za całą tą opiekę i właściwie uratowanie mojego zacnego kupra. Więc w porównaniu to drobnostka. Ale najpierw posiłek. Jestem głodny jak...wilk- zaśmiałem się cicho. I stanąłem czekając na jakiś jej ruch, ponieważ jeszcze kompletnie nie znam okolic. Właściwie gdyby nie ona wtedy nie trafiłbym do domu i zapewne skończyłbym jako lodowa rzeźba. Głupi jednak ma zawsze szczęście.
Wadera po chwilce namysłu ruszyła prowadząc mnie w kierunku kolejnego nieznanego mi miejsca. Nie kłóciła się już ze mną i nie oponowała na moje propozycje, więc w głębi serca uparłem się że wykonam swoją pracę i uleczę ją. Cichutko westchnąłem kiedy przyszło mi w końcu usiąść w świętym spokoju kiedy Antilia wyraźnie powiedziała, że SAMA idzie przygotować jedzenie a ja mam odpoczywać. Niby dalej byłem nieco (mocno) obolały, ale im więcej siły miałem tym szybciej moja moc sama z siebie zaczynała na mnie działać. Więc tak siedziałem i czekałem aż Antilia wróci.
Posiłek spożyliśmy w kompletnej ciszy, jednak tej z rodzaju przyjemnych i spokojnych, które nie powodują że twój żołądek ściska się ze stresu, a umysł pragnie cię jak najszybciej z niej w
Dłuższą chwilę wykłócaliśmy się o to i końcowo to moja upartość wygrała. Więc Anti ułożyła się wygodnie bo tak jej kazałem a ja zabrałem się do roboty. Najdelikatniej jak umiałem odwinąłem bandaż z jej skrzydła. Nie za bardzo znam się na jego budowie jednak kiedy tylko przyłożyłem do niego łapę od razu wyczułem złamanie i nawet pęknięcie. Skupiłem się dość mocno z wrażenia aż przymykając oczy. Obrażenia nie były poważne jednak wymagały nieco wysiłku aby je porządnie naprawić, aby potem były równie trwałe jak przed wypadkiem. Potem zająłem się jej mostkiem, na który już nie bardzo chciała przystać. Jednak takie małe nacięcia, nawet jak nie głębokie zawsze zostawiają blizny na dość długi czas, a ja nie cierpię tego widoku. Sam mam tylko jedną, niedługą, ale widoczną pod lewą łapą w okolicach brzucha. Na szczęście skutecznie maskowało ją moje futerko. Po skończonym zabiegu usiadłem obok Tilli i przyglądałem się jak zadowolona rozciąga skrzydło, które działało jakby nigdy nic się nie wydarzyło.
-Dziękuję.- powiedziała po chwili patrząc na mnie.
-Nie masz za co. W końcu to taka mała drobnostka względem tego co się stało. No ale. Niedługo przydałoby się żebym wrócił do domku. - westchnąłem. Szkoda mi było zostawiać to miejsce. Moja jaskinia przy składziku ziół była cicha i było samotno. Ewentualnie mogłem przenieść się do jakiejś innej jednak trudno byłoby mi się zasymilować. Dlatego o dziwo ciężko przyszła mi myśl o tym że kiedyś będę musiał sobie pójść. Towarzystwo wadery było mi bardzo pasujące o dziwo. Na chwilę także usłyszałem o czy myśli moja towarzyszka jednak szybko to zgłuszyłem. Jedyne co zdołałem wychwycić to wyraźną nutę smutku pomieszanej między niewyraźnymi słowami. Nie lubię mojego czytania w myślach dlatego też nigdy go nie oszlifowałem, skąd ciężko mi niekiedy to kontrolować. Jednak dalej nie zamierzałem tego trenować, nie było o tym myśli a co dopiero mowy. Żeby to zrobić musiałbym używać niczego nieświadomych wilków, bo często gdy ktoś wokół mnie dowie się o tej umiejętności dystansuje się znaczenie bardziej niż to potrzebne. Nie chciałbym więc aby i ta lodowa wadera zniechęciła się z tego powodu do mojej osoby. Spojrzałem na nią niepewnie, bo nie bardzo wiedziałem co mam teraz ze sobą zrobić i tym razem cisza zrobiła się szumna i ciężka, przynajmniej dla mnie. Nie chciałem iść, ale czułem w sercu ciche ponaglenie że już za bardzo nadużywam gościnności.
-Może ja pozmywam naczynia- wypaliłem chcąc uciec od tej ciszy, która niespokojnie zaczęła piszczeć mi w uszach...

<Antilia?>

29.01.2021

Od Tsumi do Vespre

Bogowie, w co ja się wpakowałam? Patrzenie na zirytowaną Zahirę, u której aktualnie wirowały emocje, miałam ochotę uciec i schować się pod ten zakurzony dywan w schowku. Kark i nasada skrzydeł dalej mnie bolały po próbie zagarnięcie Vespre do środka, a potem jeszcze szukanie Rose. Nadwyrężyłam sobie mięśnie i kości, do tego brak czasu by stworzyć jakąś chociażby najprostszą maść na rozluźnienie. Do tego stres. Nienawidzę stresu, w jakiejkolwiek postaci by on nie był. Od razu tej uporczywy ból głowy. Gdyby nie moje jasne futro, pewnie można by zobaczyć kilka siwych włosów na karku. Wracając do tego, co się działo w teraźniejszości. Wiedziałam, że od samej Rose opieprzu nie dostanę. Czekali na mnie jeszcze Arietes i Tamashi. Byłam tego całkowicie pewna. I ich kazania. Z racji, iż moje łapy nadal się trzęsły, zwinęłam je pod siebie, zmieniając się w biały bochenek chleba, jeszcze bardziej sprawiając wrażenie zwykłej pomniejszej istoty śmiertelnika. A nade mną, niczym jedno z bóstw gniewu, chodziła rozdrażniona Zahira, której oczy świeciły się żywo. W końcu stanęła przede mną, zatrzymując się w połowie swojego obchodu.
- Czyj to był pomysł? - spytała najpierw, spokojnym, ale twardym tonem. Ruszyłam nerwowo ogonem - Chociaż w sumie, nie ważne czyj. Obydwoje wykazaliście się zadziwiającą głupotą, łamiąc przepisy. Jedno zaproponowało, a drugie się zgodziło, przez co obydwoje naraziliście się na niebezpieczeństwo. I gdybyście jeszcze nie byli tego świadomi, mogłabym to zrozumieć, ale dobrze pamiętam, że byłaś na zgromadzeniu i znając cię na pewno zaraz potem podzieliłaś się tym z Vespre, więc oboje o tym wiedzieliście. Szukanie ziół zaraz po nałożeniu zakazu. - mruknęła pod nosem, zaraz potem milknąc. Nie jestem pewna czy skończyła, czy po prostu zastanawia się co mi jeszcze wypomnieć. Najpewniej drugą część o dbaniu o swoje bezpieczeństwo i więcej wyrzutów, zrobi swojemu synowi. Samica wzięła głęboki oddech, dając mi znać żebym odeszła. Zdezorientowana wzięłam w pysk wcześniej zostawiony koszyk, i zdezorientowana wytruchtałam na nadal mało stabilnych łapach z pokoju. Moje zaskoczenie nie trwało długo, ponieważ zaraz za drzwiami stali moi dwaj opiekunowie. Doskonale wyczuwałam ich zirytowaną aurę, nawet z większej odległości. Teraz zacznie się bura o odpowiedzialności jako osoba władająca. No, i po części to co mówiła Zahira. Poszłam pierwsza, a zaraz za mną Arietes i Tamashi, dokładnie wiercąc mi wzrokiem dziurę w plecach. Chwilę potem minęliśmy Fluffy'ego który popatrzył na mnie z ukosa, nie specjalnie się odzywając. No tak, wszyscy przebywający w pałacu wiedzą. Gdy zobaczyłam Vespre na dole schodów, próbującego się jeszcze pozbyć błota zza pazurów, chciałam spytać czy się dobrze czuje, ale jakoś nie specjalnie mogłam sobie na to pozwolić, zważywszy na i tak wielką irytację opiekunów. Gdy złapaliśmy kontakt wzrokowy, dałam mu tylko znak miną i uszami, że raczej ma bardziej przesrane u Zahiry niż ja (a przynajmniej w kwestii bury) i poszłam posłusznie dalej, wchodząc na kolejne schody.

<Vespre? nie specjalnie wiedziałam jak to opisać>

25.01.2021

Od Vespre c.d Tsumi

– Nie ruszaj się – rozkazał nieznajomy głos. – Albo sam się zabijesz.
Pojawił się opór, gdy próbowałem zwrócić łeb w stronę napastnika. Zimne, nadzwyczaj twarde przedmioty przy moim karku skutecznie mnie nie uruchomiły. Przełknąłem ślinę, czując blisko swojej krtani ostrą główkę igły wyrastającej tuż przede mną. Zacisnąłem zęby, przyciskając jak najmocniej tyłem łba do unieruchamiających mnie rzeczy. Bijący od nich mróz przeszkadzał mi o wiele mniej, niż czyhające pode mną zagrożenie.
Smukła sylwetka zeskoczyła zgrabnie na ściółkę leśną, zadziwiająco bezszelestnie. Zdawało się, jakby nieznajomy nie grzeszył wagą. Przeszły mnie ciarki, gdy tylko zauważyłem te żółte oczy. Czarne białka oraz pionowe źrenice dodawały im tylko grozy. Biała sierść pokrywająca pysk kontrastowała z tą smolisto czarną, mieszczącą się na czubku jego głowy. Liczne srebrne i czarne kolczyki znajdywały się w najróżniejszych częściach jego twarzy, jednak najmocniej zwracał uwagę ten umieszczony w dolnej wardze. W kształcie obrączki, wykonany z jakiegoś ciemnego metalu, błyszczał się złowieszczo, odbijając jedynie czerwone światło.
– Cóż za cudowne oczy. – Wyszczerzył niepokojąco białe kły. – Czyżbyś był jednym z dzieci Zahiry?
Serce obiło się o żebra.
– Skąd ty.. – wyjąkałem przerażony, nie będąc w stanie dokończyć zdania.
– Czyli jednak.
Igła będąca przy mojej krtani zaczęła robić się coraz cieńsza i krótsza, by w końcu skryć się pod ziemią. To samo stało się z, jak się okazało, belkami stali które skutecznie blokowały moją głowę.
– Zapro…
Zaczął, jednak nim się spostrzegł byłem już parę metrów od niego, pędząc z pełną prędkością w przeciwną stronę. Musiałem znaleźć Tsumi – jeżeli by została w lesie mogłaby zostać przez niego zaatakowana. Na szczęście zanim się nie spostrzegłem, natrafiłem na waderkę przypatrującą się czemuś wystającemu z ziemi.
– Tsumi! – zawołałem ją, zwalniając w biegu, żeby pod koniec stanąć tuż przed nią.
Dopiero wtedy doszło do mnie jak bardzo zmęczyłem się ucieczką. Dyszałem szybko, opierając się chęci wystawienia języka jak jakiś kundel.
– Co jest, znowu się cienia przestraszyłeś? – zapytała, tuż po tym gdy wstała z ziemi.
– Musimy uciekać – rzuciłem szybko, wciąż czując gryzący niepokój. Mimo zmęczenia, ta chwila zatrzymania nie spowodowała, że poczułem się lepiej – wręcz przeciwnie. Czułem, jakby nieznajomy mi basior mógł lada moment zaatakować mnie od tyłu. Nie czekając nawet na reakcje Tsumi byłem zmuszony rzucić się w dalszą ucieczkę, tym razem o wiele szybszą – bo wraz z pomocą skrzydeł. Ciarki na grzbiecie świadczące, że nie tylko Tsumi znajdywała się za moimi plecami, nie dawały mi spokoju nawet na najkrótszą chwilę.
Dopiero będąc za główną bramą zwolniłem, by w końcu paść ociężale na zimnej płycie. Łapałem łapczywie powietrze, dysząc ciężko. Miałem ochotę zwymiotować, jednak ściśnięte gardło skutecznie unieszkodliwiłoby napływającą falę. Z każdym oddechem z mojego pyska można było słyszeć głuchy świst.
– Mógłbyś mi wreszcie powiedzieć..... coś ty tam widział? – zapytała zmordowana Tsumi.
Spojrzałem na nią, nie przyswajając w pierwszym momencie informacji. Gdy to się stało, nie wiedziałem od czego zacząć.
– Po prostu opowiedz od początku po kolei – westchnęła.
I z chęcią bym to zrobił, jednak gardło kurczyło się coraz mocniej.
– Zioła – wydyszałem słabym głosem, biorąc głębsze i głębsze wdechy. Wstałem na przemęczonych nogach, drżących w chwili obecnej nawet z takiego nikłego wysiłku jak postawienie kroku.
Mroczki przed oczami.

Znajomy zapach ziół unosił się w powietrzu. Już nawet przed otworzeniem oczu wiedziałem, że jestem w kwaterze Tsumi. Słyszałem, że ktoś kręcił się obok mnie. Jasność. Westchnąłem, mrużąc ślepia.
– Ocknąłeś się. – Usłyszałem znajomy głos dorosłej wadery.
– Ta – mruknąłem, wpatrując się w sufit. Przekręciłem się z grzbietu na bok.
W pokoju nie widziałem nikogo innego prócz Rose
– Gdzie Tsumi? – zapytałem.
– Zahira wzięła ją na rozmowę – odpowiedziała, nawet na mnie nie spoglądając. – Ty też się lepiej przygotuj. Twoja mama nie wygląda na zbyt zadowoloną waszą przechadzką do lasu.
Zaśmiałem się nerwowo, czując jak moje wnętrzności zawiązały się w jeden wielki supeł. Czyli jego mama się dowiedziała. Nie znaczy to nic dobrego. 

<Tsumi? Opisz wpierdol plz>

19.01.2021

Od Antilii do Nashi

 Wyszłam z gabinetu Tsumi, która jest Alfą watahy do której właśnie dołączyłam. Sprawiała miłe wrażenie, była rzeczowa i uprzejma dzięki czemu szybko załatwiliśmy formalności. Spojrzałam na Nashi, która była bardziej podekscytowana niż ja do tego stopnia, że nie mogła ustać w miejscu. Uśmiechnęłam się delikatnie, podchodząc do młodej.
– Nie chciałabyś, abym zaprowadziła Cię do Twojej jaskini? Swoją drogą, gdzie zostałaś zakwaterowana? – zapytała, cała w skowronkach.
– Na pewno możesz? Nie chcę, żebyś chodziła sama… – Z jednej strony chciałam, żeby Nashi mi towarzyszyła ale z drugiej strony nie chciałam, aby sama chodziła po lasach późną porą… – Ruszyłam powolnym krokiem przed siebie kierując się na wschód. Nashi szybko podeszła do mnie, ciągle dotrzymując mi kroku.
– Pfff…! – parsknęła, machając łapą – Tak, na pewno! Rose, nasza opiekunka, nie będzie miała nic przeciwko.
– Opiekunka? – Uniosłam brew, patrząc na szczeniaka.
– No tak… Mieszkam w sierocińcu… – odpowiedziała nieco ciszej i bez tej wesołości w głosie. Ale po chwili wrócił jej radosny nastrój. – Nie ma tak źle… Choć czasami żarcie jest niejadalne.
Parsknęłam krótkim śmiechem.
– Znam to – powiedziałam, wspominając jedną anegdotę z pewnej nieciekawej karczmy… Spojrzałam na waderkę, patrząc w jej piękne, duże oczka szczeniaczka. – Dobra, chodź ze mną – uległam jej słodkości a na tą wiadomość Nashi cicho pod nosem krzyknęła zwycięskie "Tak!".
– To gdzie idziemy?
– Do Podniebnych Ścieżek. 

* * * * *
– Myślałam, że będziemy iść! – zawołała Nahsi z mojego grzbietu, gdy mocniejszy podmuch wiatru szarpnął moimi skrzydłami.
– Myślałam, że lubisz przygody! – odkrzyknęłam, zastanawiając się czy dobrze zrobiłam wybierając opcję z lotem zamiast zwykłego spaceru. Nadal czułam się słaba ale gdy już wyszłam od Alfy, poczułam się tak jakby lżej. Nigdy nie ryzykowałabym czyjegoś życia swoją głupotą ale tym razem… poczułam coś. Instynkt podpowiadał mi, żebym zaszalała, chociaż kilka razy w życiu. Tyle że gryzłam się z sumieniem czy na pewno dobrze postąpiłam… "Teraz już tego nie cofnę…" – pomyślałam. "Zostało mi jedynie cieszyć się z chwili" – dodałam po chwili, spoglądając na Nashi. Z uśmiechem na pysku podziwiała krajobraz watahy w odcieniach zachodzącego słońca z perspektywy lotu ptaka.
– Daleko jeszcze? – zapytałam, na co waderka odparła, że nie. Niedługo powinniśmy zobaczyć górę na zboczu której rośnie samotna magnolia, teraz nie udekorowana różowymi kwiatami lecz pomarańczowymi liśćmi. I rzeczywiście – po kilku minutach zauważyłam górę o której mówiła mi Tsumi. Kilka uderzeń skrzydeł dalej i już byłyśmy z młodą na twardym gruncie. Niepewnie weszłam do środka, uważnie rozglądając się i analizując otoczenie. Gdy weszłam do środka, zastanawiałam się dlaczego nikt tu jeszcze nie zamieszkał. Ogromna dziura u szczytu góry wpuszczała ciepłe promienie gasnącego za horyzontem słońca. Na środku dna krateru znajdował się niewielki staw z piękną, przezroczystą wodą. Gdy podeszłam do jeziorka, nagle przed oczami przeleciały mi białe plamy, lecz zamiast wystraszyć się zaczęłam się śmiać. Piękne ptaki uciekły przez dziurę w skale w popłochu. Szara wilczyca podeszła do mnie, patrząc na lustro wody.
– Podoba Ci się tutaj?
– Nawet bardzo – powiedziałam szczęśliwa. – Chodźmy zobaczyć jaskinie. Pomożesz mi? - zwróciłam się z prośbą do Nashi. Ta tak energicznie kiwała głową, że myślałam iż zaraz zwichnie kark. 

* * * * *
– Myślę, że ta będzie spoko… – powiedziała waderka, oglądając ostatnią jaskinię.
– Też tak myślę – powiedziałam, wchodząc do środka. Rozejrzałam się, uważnie analizując, czy to będzie dobre miejsce na mieszkanie. – Tak, to będzie dobre. – Odwróciłam się do małej, uśmiechając się szczerze. Ta odwzajemniła gest. Powoli zaczęłam robić listę rzeczy które będę musiała tutaj przytargać, żeby się urządzić. Nagle zauważyłam, że brakuje czegoś.
– Nashi! A Ty dokąd?
– Wracam do siebie – odpowiedziała.
– Nie chcę, żebyś szła środkiem nocy… – Wybieranie mojego lokum zajęło nam kilka godzin, przez co miejsce słońca zajął już księżyc.
– Spokojnie, znam drogę – odparła, uśmiechając się delikatnie lecz ze smutkiem w oczach. "Ona też nie lubi się żegnać" – pomyślałam. Podeszłam do małej i przytuliłam ją. Na początku była zaskoczona ale po chwili wtuliła się w moją pierś.
– Obiecaj mi coś… Odwiedź mnie jak się już urządzę
– Jasne. – Po czym znowu się we mnie wtuliła. Po chwili zniknęła mi z oczu w atramentowej ciemności. 

* * * jakiś czas później gdzie szczeniaki  dorastają a ich właściciele na czas dostali formularze :3* * *

Czajnik gwizdał niemiłosiernie, sygnalizując, że woda na herbatę jest gotowa.
– Już idę, idę… – mruknęłam. Zaczęłam szykować kubek oraz ziołowe liście. Skończyłam patrol jakiś czas temu, złożyłam raport Stromy i udałam się do siebie na odpoczynek. Zastanawiałam się czy nie wziąć jutro wolne… Chciałam przejrzeć nowe książki o nowatorskiej metodzie leczenia które znalazłam w bibliotece. Nagle wyczułam czyjąś obecność…
– Masz chwilę? – Rozpoznałam znajomy głos choć dawno go nie słyszałam a z biegiem czasu odrobinę zmieniła się jego barwa.
– Cieszę się, że dotrzymałaś obietnicy Nashi… – Zalałam herbatę i spojrzałam na wilczyce ale na chwilę serce mi stanęło. Nashi bardzo wyrosła od naszego ostatniego spotkania ale…
– Na Bogów, co Ci się stało? – zapytałam, analizując rany na jej ciele oraz zmęczenie w jej oczach. 

(Nashi? Powrót do przyszłości xd) 

18.01.2021

Nashi cd Antilia

Postanowiłam przenieść Antillię do szczeliny, aby w razie czego była choć w miarę bezpieczna. O dziwo wadera zasnęła snem niezwykle twardym, gdyż szuranie jej łap po ziemi ani moje stękanie jej nie budziło. Wow! Faktycznie musi być zmęczona~ pomyślałam. Po kilu minutach przyleciała i Stormy, której pokazałam łapą, że ma być cicho. Szara wadera w prawdzie była nieco poturbowana, ale widać było uśmiech ulgi na jej pysku, gdy nas zobaczyła. Posiedziałyśmy tak z dobrą godzinę. Szara wadera przyglądała mi się bardzo dokładnie, czy aby na pewno jestem cała. Gdy już się upewniła, że jest ok  dała Antili dłuższą chwilę odpoczynku. W pewnym momencie Stormy stwierdziła, że dłużej niestety nie możemy czekać, aż gryfy wrócą. Zaczęła więc wybudzać Antilię, która z niezadowoleniem wstała. Widać było, że przed nią jeszcze długi odpoczynek, ale to dopiero na miejscu. Powoli się zebrałyśmy i odleciałyśmy. Oczywiście ja leciałam na plecach Stormy, a obie wilczyce korzystały z prądu powietrznego i szybowały z nim, aż dotarliśmy do Pałacu. 
-Dobrze Nashi dzisiaj wyjątkowo pójdziesz z nami złożyć raport.- oznajmiła Stormy, na co się ucieszyłam. Stormy poszła przodem, a ja w raz z Antilią szłyśmy za nią. Wypełniłyśmy z Stormy ankiety, po czym udałyśmy się do gabinetu naszej drogiej Alfy. Przedstawiłyśmy całą sytuację, po czym ja i Stormy zostałyśmy wyproszone za drzwi, a Antilia musiała chwile porozmawiać z naszą drogą Tsumi. na szczęście już po kilku minutach Antilia opuściła gabinet z delikatnym uśmiechem. Od razu domyśliłam się, że już oficjalnie należy do watahy. Stormy się z nami pożegnała i poszła wypełniać swoje obowiązki, a gdy zostałam sama z białą skrzydlatą waderą spytałam -Nie chciałabyś, abym zaprowadziła Cię do Twojej jaskini? Swoją drogą, gdzie zostałaś zakwaterowana?


<Antilio?>
Przepraszam, że tyle czekałaś T.T

11.01.2021

Od Antilii do Delty

 Szybko wytarłam mokrą sierść w lniany ręcznik. Idąc do pokoju, gdzie zostawiłam wilka, lekko się zamartwiałam, w jakim stanie zastanę wilka. Jednak gdy zobaczyłam, jak Delta próbował wygramolić się z mojej sypialni, nawet delikatnie się ucieszyłam w głębi duszy. Byłam też na niego zła, że zamiast spokojnie leżeć przykryty pod kocami, chciał cichaczem wymknąć się z mojej jaskini. Zwłaszcza że nadal była bardzo osłabiony. Widać było, że basior nadal jest nieco oszołomiony, ponieważ chwilę zajęło mu zarejestrowanie mojej obecności.
– Powinieneś dalej leżeć… – zaczęłam swoje kazanie, lecz wilk nie pozwolił mi dokończyć.
– …baranie… – powiedział, błędnie sądząc, że tak o nim myślę. – Tak, wiem…
– To do łóżka – nakazałam surowo, puszczając mimo uszu jego wcześniejszy komentarz. Po chwili łagodniejszym tonem zapytałam, czy czegoś mu trzeba.
– Nie… i nie… – odpowiedział słabo. – Wystarczająco już nabroiłem… W-wrócę do domu… – Chciał szybko przemknąć się obok mnie, jednakże jego osłabione ciało nie miało dość energii, żeby nawet utrzymać jego drobne ciało nad ziemią. Coraz bardziej zaczął nie irytować.
– Nigdzie nie idziesz! – Chwyciłam go za kark, może nieco za mocno, ale w tamtej chwili miałam to gdzieś. Przeniosłam wilka na łóżko i z ostrym spojrzeniem w oczach zakomunikowałam mu, aby nigdzie się nie ruszał. Przekaz chyba dotarł, ponieważ Delta położył się i cierpliwie czekał.
Wyszłam z sypialni, po czym skierowałam się do swojej spiżarni. Pomieszczenie samo w sobie nie było jakoś duże, ale po zamieszkaniu tutaj zrobiłam mały remont jaskini. Dzięki sprytnemu zastosowaniu półek, umiejętnemu zagospodarowaniu przestrzeni oraz, oczywiście, przy użyciu szczypty magii udało mi się stworzyć bardzo pojemną spiżarnię. Dzień przed tym, gdy spotkałam Deltę, skończyłam zbierać zapasy na zimę. Czułam wtedy w kościach, że zima będzie surowa i gwałtowna. Nie myliłam się. Sięgnęłam po kawałek dziczyzny, usunęłam zaklęcie (magia jest bardzo pomocna w konserwacji jedzenia na zimę), a następnie położyłam go na talerz. Skoczyłam jeszcze do kuchni, by nalać wodę do miseczki. Z kompletem wróciłam do pokoju, gdzie Delta. Postawiłam obok niego poczęstunek i usiadłam niedaleko, używając swojego spojrzenia. Nie chciałam go zastraszyć i zmusić do jedzenia. Chciałam jedynie mieć pewność, że cokolwiek zje, aby miał siłę wstać i utrzymać się na swoich nogach. Gdy Delta zjadł mięso, bez słowa wzięłam naczynia i zaniosłam je do zlewu. Nim wróciłam do sypialni, zahaczyłam o swój medyczny schowek i wzięłam termometr, by sprawdzić, jaką temperaturę ciała ma teraz wilk.
Wróciłam do pokoju, ale wilk już zasnął. Najdelikatniej jak tylko mogłam, umieściłam termometr pod pachą basiora. Po odczytaniu temperatury odłożyłam przyrząd na jego miejsce, umyłam naczynia i już chciałam wyjść przed jaskinię, gdy usłyszałam jakiś dźwięk dochodzący z mojej sypialni… Ostrożnie przekroczyłam próg, po czym zobaczyłam małą, szarą kulkę położoną na granicy mojego łóżka. Kuleczka cicho łkała, a po jej policzkach ciurkiem leciały łzy. "Pewnie ma straszne koszmary…" – pomyślałam. Ja również miewałam koszmary, lecz te były spowodowane tylko i wyłącznie moim strachem. W przypadku Delty raczej to nie są zmory z tej samej przyczyny. Myślę, że dręczy go własna przeszłość… Jego decyzje, słuszne lub nie, cały czas go męczą i wpływają na przyszłe życie. Nie pozwala sobie na przebaczenie starych win… Dlatego czasami zastanawiam się, czy dobrze się stanie, gdy odzyskam swoją pamięć. Nie wiem kim lub czym kiedyś byłam. Bez wspomnień byłam czystą kartką, bez skaz… Jednak nie wiem, czy ktoś za mną tęskni, czy mnie szuka… Czy ktoś tam darzy mnie miłością i naiwnie czeka, aż wrócę do domu… Spojrzałam na wilka, który cały czas był w koszmarnym transie. Podeszłam do łóżka, a następnie ułożyłam się obok Delty, mając go po swojej prawej stronie. Rozłożyłam skrzydło, by dodatkowo go okryć. Ja natomiast postanowiłam szybko się zdrzemnąć.
* * * * *
Obudziłam się, po prostu otwierając oczy. Ciemność przerodziła się w barwy upiększające moje mieszkanie. Zeszłam z łóżka, starając się nie budzić nadal śpiącego wilka. Delcie chyba przestały się śnić koszmary, gdyż oddychał głęboko i spokojnie, jak przy spokojnym śnie. Przykryłam go wełnianym kocem, który jakimś cudem wylądował na drugim końcu łóżka. Na palcach wyszłam z sypialni, a następnie skierowałam się ku wyjściu z jaskini. Gdy wyszłam, przywitało mnie wczesne słońce, lecz nie wschodzące, słońce. Jego promienie wpadały przez górny otwór u szczytu góry, dzięki temu wzniesienie przypomina nieco nieczynny wulkan. Blask światła dziennego tańczył na powierzchni sadzawki pośrodku wnętrza góry. Podeszłam do brzegu, a następnie położyłam się i zamoczyłam czubki łap. Obecność wody mnie uspokaja, tak więc delektowałam się ciszą, która mnie otoczyła. Przymknęłam oczy i delektowałam się chwilą.
– Cieszę się, że już czujesz się lepiej, ale mam nadzieję, że zostaniesz jeszcze chwilę – powiedziałam do Delty, nawet się nie odwracając.

<Delta?>

8.01.2021

Od Delty CD Antilia

 Moje ciało i umysł były niezwykle ciężkie i wiele problemu sprawiło mi choćby uchylenie pyska aby móc brać głębsze wdechy. Moje wyczerpane mięśnie drgały delikatnie pod wpływem ciepła jakie mnie otoczyło. Zderzenie się przyjemnego gorąca z moim zziębniętym ciałem spowodowało delikatne zachwianie mojej gospodarki wewnętrznej o ile to wszystko można tak nazwać. Czułem delikatnie mdłości i silny ból głowy, oba zapewne spowodowane też dużym zużyciem mocy.
Leżałem tak pozwalając sobie na odrobinę odpoczynku, którego nie zaznałem już od tak dawna. Ciągle podróże jednak są męczące. Z każdą chwilą było coraz lepiej i lepiej jednak nie pozostawało idealnie. Gdy tylko moje mięśnie poczuły się lepiej dopadło do mnie pragnienie i głód. Uderzyły ze zdwojoną siłą skręcając mnie od środka i pozostawiając ze świadomością że ciężko teraz będzie o choćby parę korzonków, a w takim stanie o polowaniu nie mogę nawet wspominać. Jednak dudniące w uszach przekonanie o potrzebie dalszego życia zmusiło mnie do uchylenia powiek. Nie mam pojęcia gdzie byłem i ile byłem. Jedyne czego jestem pewien to że cały czas było mi ciepło i tylko dzięki temu nie poległem martwy dołączając do mojej matki pośród niebios. Chociaż czy ja zasługuję na niebiosa.
Wspomnienia dopadły do mnie niczym wygłodniały tygrys do ofiary utwierdzając mnie tylko w przekonaniu, że moje miejsce jest jednak wśród piekielnych otchłani, nie ważne ile żałowałbym podjętych przez siebie decyzji. Dłuższą chwilę zajęło mi pozbycie się niechcianych napastników z przeszłości, którzy jednak dalej niż w kąt mojego umysłu nie odeszły. Czułem w obolałych kościach że jeszcze tej nocy powrócą w koszmarach aby nękać moje biedne serce i zmuszać sumienie do nieustannego przypominania o sobie.
Uniosłem głowę w górę węsząc wokoło. Sytuacje sprzed paru...godzin, minut kto wie czy nawet nie lat, wróciły dużo delikatniej niż mógłbym zakładać. Stopniowo poprzez zaćmiony bólem umysł przeszedł mi powód mojego złego samopoczucia. Zemdlałem z wysiłku. Teraz, nieco wypoczęty byłem w stanie podnieść się na własne łapy. Przynajmniej tak sądziłem gdyż już przy pierwszym kroku stoczyłem się z łóżka i zawiedziony własnymi łapami wylądowałem na ziemi. Nieprzyjemny chłód i ból rozeszły się po moim ciele. Mimo to jednak wstałem z zacięciem typowym dla osłów, co aktualnie bardzo pasowało do określenia mojej upartości. Niepewnie uniosłem tylną, prawą łapę, z której promieniował głuchy i piekący ból. Zapewne jest nieco obita, bo przy złamaniu nie byłbym w stanie na niej ustać, nawet pomimo drobnego i lekkiego ciała. Na chwilę pogrążyłem się w myślach, gdzie znajdę jedzenie i jak je upoluję taki słaby. Moje krótkie odpłynięcie przerwała wchodząca do pokoju wadera.
-Powinieneś dalej leżeć...
-Baranie...tak wiem. - dokończyłem za nią. Nadal czułem się słaby ale pragnienie uwidaczniające się w moim głosie nie dawało mi spokoju.
-To do łóżka. Potrzeba ci czegoś?- spytała podchodząc. Dopiero teraz mój zdezorientowany i otępiały umysł dostrzegł bandaże na jej ciele i skrzydłach oraz nieco przemoknięte furto.
-Nie...i nie. Ja. Wystarczająco już nabroiłem. Wrócę do domu.- zakomunikowałem ruszając przed siebie i nie stawiając tylniej łapy na ziemi. Kiedy wrócę i już coś zjem, uleczę ją, wrócę tutaj i to samo zrobię z jej skrzydłem, bo rana zapewne jest choćby po części moją winą.
-Nigdzie nie idziesz- zostałem brutalnie przeciągnięty za kark w stronę łóżka. Piekący ból zaatakował moją łapę, jednak nie pisnąłem ani słówkiem. Widząc w jej oczach, że z nią nie wygram położyłem się zerkając na nią. Ta zniknęła na chwilę i wróciła z posiłkiem i wodą. Pozostawiła to bez słowa i groźnym spojrzeniem przekazała mi że mam leżeć. Zostać w łóżku. Nie kłóciłem się i skorzystałem z gościnności. Skoro i tak już jej nadużyłem. Gdy skończyłem nie chcąc narażać się na gniew wadery ułożyłem się, zwinięty w kulkę w samym rogu łóżka. Nie wiem gdzie jestem, ale to posłanie pachnie Antilią, przez co czułem że już za mocno się narzucam samą swoją obecnością tutaj. Pomimo pękającej głowy skupiłem się i uleczyłem swoją łapę zaraz potem zapadając w sen.
Nie pomyliłem się.
"Wiatr wiał gdzieś niespokojnie poruszając wysoką trawą. Siedziałem na jednym z wielu kamieni w obrębie wzroku. Sawanna o tej porze roku przypominała niespokojne morze. Obok mnie wylegiwała się lwica, podczas gdy reszta jej stada zajmowała inne głazy. Wszyscy relaksowaliśmy się w słońcu, które tego dnia było wyjątkowo lekkie i niezbyt zabójcze, nawet mimo południa. To przypominało mi też, że niedługo spadnie upragniony przez wszystkich deszcz. Odetchnąłem głęboko zerkając na Safirę, która uniosła jedno ucho. Po chwili jej złote oczy spojrzały w te moje.
-Coś nie tak Delto?- spytała unosząc pysk z łap.
-Mam złe przeczucia przyjaciółko. Bardzo złe. - odpowiedziałem. Serce zabiło mi mocniej. Wszystko nagle się rozmyło zlewając w jedną masę kolorów. Wirując i krążąc mąciło mi w głowie przysparzając o jeszcze większy ból. Chwilę zajęło mi zorientowanie gdzie i w czym stoję. Czerwona plama krwi widniała na mojej łapie. Kiedy się rozejrzałem przeszłość doskoczyła do mnie jak wygłodniały lew. Dobrze pamiętałem ten moment, to wspomnienie i za wszelką cenę nie chciałem się odwracać. Jednak moja głowa miała co do tego inne palny odbierając mi rzeczywiste panowanie nad ciałem. Samoistnie moje łapy odwróciły mnie w kierunku Safiry, która zastygła w pozycji siedzącej. Wpatrywała się we mnie pustym wzrokiem, w który nie było ani krzty życia.
-Zawiodłam, jako przywódca. Jako przyjaciel- do moich uszu dotarł szept.
-Nie ty zawiodłaś. To moja wina.- mój mózg sam z siebie wydarł ze mnie te słowa. Słowa winy. I pomimo że wtedy Safira powtarzała przed śmiercią, że nie ja jestem winien, wiedziałem że gdybym jednak zawrócił tak wiele istnień mogłoby dalej żyć. Skuliłem się na chwilę obok niej pozwalając sobie na łzy. - Moja przyjaciółko..."
Nie otworzyłem oczu. Spałem dalej rozpaczając po dawnych czasach i nurtującej mnie przeszłości. Płakałem przy tym przez sen, nie rzucając się, a jedynie pozwalając aby słone krople luźno spływały i gubiły się w czarnym futrze. Łkanie wychodziło jakoś poza moją kontrolą, gdyż otoczony skrzydłami koszmaru nie umiałem tego kontrolować...

<Antilia?>

4.01.2021

Od Tsumi do Vespre

 Pięknie wyglądający, pokryty szronem liść resztką tkanek trzymał się gałęzi. Jednak nie to mnie zaciekawiło, postawiłam w połowie pusty koszyk nieco obok, a sama podreptałam do krzewu już dawno przekwitłego, którego końcówki zabarwiły się na dziwny odcień fioletu/niebieskiego. Jednak to nie ich kora mnie aktualnie obchodziła, tylko to, co znajdowało się pod ziemią. Wzięłam się do kopania, brudząc moje jasne łapy w błocie i zdzierając pazury na zmarzniętej ziemi. I w końcu się pojawiły. Nie wyróżniające się niczym szczególnym w przeciwieństwie do górnych gałązek z wyglądu, poplątane korzenie. Ostrożnie zaczęłam odgryzać kawałek. Od razu do nosa napłynął ostry zapach suszonego zielska, a do pyska napłynęła lekko ciepła, słodkawa ciecz. Starając by przez przypadek nie opić się sokiem, odłożyłam kawałek korzenia do koszyka i zabrałam za drugi. Musiałam też uważać żeby nie upierdzielić większości tych podziemnych gałęzi. Gdy już miałam brać się za następny korzonek, moją uwagę przykuło coś błyszczącego w zmarzniętej ściółce. Zmrużyłam oczy, żeby lepiej widzieć (jakby to coś dało). Co to do uja pana jest. Wystawało z ziemi. Nieco dalej również, ale większe. Ktoś zgubił igły do szydełkowania? Co to za złom. Nie miałam jednak okazji się nad tym szczegółowo zastanowić.
- Tsumi! - Coś ciemnego wpadło na mnie jeszcze bardziej brudząc w ziemi. Obróciłam się  by jako tako wstać. Przede mną stał zdyszany Vespre, z nie wyraźnym wyrazem pyska. 
- Co jest, znowu się cienia przestraszyłeś?
- Musimy uciekać - rzucił tylko, ignorując moją uwagę, po czym używając skrzydeł dla lepszej szybkości, raz szybował raz biegł w stronę skraju lasu. Nie wiele myśląc chwyciłam ubłocony koszyk i dogoniłam go w locie, bo w biegu normalnym nie dałoby rady. Gdy byliśmy na placyku za główną bramą, Vespre usiadł ciężko na zmarzniętej płycie. Sama też dysząc, odłożyłam na bok obśliniony i ubłocony koszyk, starając się ogrzać moje zmarznięte zatoki, które zmuszone były nagle połykać masę mroźnego powietrza. 
- Mógłbyś mi wreszcie powiedzieć..... coś ty tam widział? - Ał moje płuca. Chyba jeszcze nigdy nie widziałam żeby tak biegł, nawet przy zabawach w berka w sierocińcu. Samiec spojrzał na mnie, po czym się zawiesił, jakby próbując znaleźć odpowiednie słowa. 
- Po prostu opowiedz od początku po kolei - westchnęłam,  by zaraz potem nabrać powietrza. 

<Vespre?>

2.01.2021

Od Antilii cd Delty

 Gdy tylko wygramoliłam się ze śniegu, spojrzałam za siebie, patrząc na wielką ścianę śniegu. Gdybyśmy zostali w tej norze przez chwilę, nie wiem, czy zdołalibyśmy się wydostać z potrzasku. Nim byśmy zdążyli porządnie zgłodnieć, zabrakłoby nam powietrza i po prostu… Potrząsnęłam głową. Nie chcę myśleć o tym.
Powoli ruszyłam przed siebie, bardzo wysoko stawiając łapy, by następnie zatopić je w gęstym śniegu, słuchając o dodatkowej mocy, jaką posiadał Delta – telekinezę. Ja w międzyczasie myślałam. Musimy wrócić do centrum watahy – noc zbliżała się coraz szybciej, a wtedy temperatura powietrza jeszcze bardziej spadnie, co nie pomoże nam podczas wędrówki do domu. "Dom…" – posmakowałam to słowo. Dziwnie się czuję, wmawiając je. Nie niekomfortowo czy nieprzyjemnie, lecz… po prostu dziwnie. Inaczej. Wciąż nie mogłam się przyzwyczaić…
– Idziemy do mnie – zdecydowałam, mówiąc, a raczej mrucząc, na głos, odkładając filozoficzne myślenie na później. Teraz trzeba dostać się do mojej jaskini, żebyśmy nie pozamarzali tutaj. Ruszyłam naprzód, a mój towarzysz szedł za mną. Po kilku metrach usłyszałam jak o coś pyta, lecz nie zrozumiałam, jakie było pytanie. Już miałam poprosić go, aby powtórzy to co mówił, ale usłyszałam jakiś dziwny dźwięk. Coś w rodzaju rzucanej ciężkiej śnieżki na grubą warstwę śniegu. Tyle że to nie była żadna śnieżka. Odwróciłam się i zobaczyłam, jak Delta tonie w morzu białego puchu.
– Delta! – zawołałam i dosłownie w podskokach do niego pobiegłam. Leżał nieprzytomny na zimnej ziemi. Oddech miał płytki i powolny. Mięśnie drżały delikatnie, próbując zachować ciepłotę, choć widać było, że to zadanie jest ponad siły wyczerpanego organizmu. "Niedobrze…" – pomyślałam, przeklinając cicho pod nosem. Telekineza zabrała Delcie ostatnie siły, doprowadzając jego ciało do granicy wytrzymałości. "Muszę działać szybko, zanim dojdzie do ostrej hipotermii" – pomyślałam. Niemal natychmiast ułożyłam plan dalszego działania. Po chwili jednak zrozumiałam, że mam jeden problem – w tak grubym śniegu bardzo trudno będzie mi wbić się w powietrze. Na dodatek z nieprzytomnym pasażerem na grzbiecie. Ale jakoś dam sobie radę. Jak zawsze… Nagle coś zobaczyłam.
"Piękna jaskinia u podnóża skalistej góry, a w jej dolinie piękna łąka. Dwa szczeniaki, basior i wadera, bawią się razem na dywanie kwiatów, niedaleko domu jednego z nich. Oboje posiadają żywioł wolności, lecz nadal nie potrafią latać. Wymachują skrzydłami, sprawiając, że pyłki kwiatowe podrażniają nos przeciwnika. Jeden ze szczeniaków zaczął szaleńczo kichać, co wykorzystał drugi wilk. Zaczął się śmiać, lecz szybko śmiech radości zmieniła się w łzy smutku… Wadera, której pyłki kwiatowe podrażniły nos, zapanowała nad odruchem i spojrzała na towarzysza. Przytuliła go po chwili i powiedziała cicho:
– Damy sobie radę. Jak zawsze…"
Prawie się przewróciłam, próbując złapać oddech. Co to było? Raptem przed chwilą pojawiło się to wspomnienie, a już pamiętam tylko jego strzępki. Wzięłam śnieg na łapy i przyłożyłam sobie do twarzy, chcąc odzyskać kontrolę nad ciałem i umysłem. Na szczęście ta terapia szokowa pomogła. Rozejrzałam się wokoło, chcąc zobaczyć, ile czasu byłam w… tym transie. Na szczęście według moich obserwacji niedługo. Jednak dla Delty każda minuta się liczy. Podeszłam do niego i delikatnie chwyciłam go za skórę na karku. Przerzuciłam go na swój grzbiet i przypomniawszy sobie treść odpowiedniego zaklęcia, który uniemożliwi Delcie zsunięcie się podczas lotu, stanęłam na dwóch tylnych łapach, niczym koń stający dęba, i rozłożyłam skrzydła. Poczułam ostre zimno w okolicy tułowia, gdzie jeszcze przed chwilą było pierze ze skrzydeł, które izolowały tę część ciała od niskich temperatur otoczenia. Jedno silne uderzenie i już byłam kilka metrów nad ziemią z nieprzytomnym wilkiem na plecach
Na szczęście nie było wiatru, który rzucałby mną jak szmacianą lalką i mógłby spowodować… zgubienie pasażera (mimo użycia tego uroku, musiałam bardzo uważać, ponieważ nawet lekkie turbulencje czy pełny obrót mogłyby zrzucić Deltę z mojego grzbietu). Był za to wschodzący Księżyc, który był dla mnie niczym przewodnik prowadzący do domu. Cieszyłam się również, że nie ma gęstych chmur, które mógłby znacząco utrudnić nam podróż. Dla odmiany, na nieszczęście był zimny front powietrza, który nie ułatwiał mi lotu. Gdyby w górze było cieplejsze powietrze, wtedy mogłabym sobie pozwolić na lot szybowniczy.  W przypadku strumienia zimnego powietrza muszę ciągle pracować skrzydłami, by utrzymać ciągła stabilność i wysokość lotu oraz jego prędkość. Z każdą chwilą i z każdym uderzeniem skrzydeł robiłam się coraz bardziej zmęczona, ale starałam się utrzymywać przytomność tak długo jak to tylko możliwe. Mroczki przed oczami nie wróżyły niczego dobrego… Próbowałam rozróżnić poszczególne elementy krajobrazu, aby w przybliżeniu podać swoją obecną lokalizację, ale nie byłam w stanie rozpoznać charakterystycznych formacji skał czy lasu dla danej części terenów watahy. Jednak intuicyjnie czułam, że zbliżam się do celu. Do domu.
W końcu zauważyłam coś charakterystycznego dla jaskiń  Podniebnych Ścieżek, gdzie mieszkam. Niedaleko wejścia rośnie wielkie drzewo magnoliowe, samotnie żyjąc na zboczu góry, na wschód od centrum watahy. Wczesną wiosną magnolia ta podobno bardzo pięknie zakwita. Tak przynajmniej mówiły wilki, gdy pytałam o to miejsce. Szczerze mówiąc, nie mogę doczekać się momentu, w którym zobaczę jej piękną kwiecistą koronę… W srebrzystym świetle Księżyca udało mi się znaleźć wejście. Czułam się coraz gorzej i bałam się, że w każdej chwili moje ciało odmówi mi posłuszeństwa. "Jeszcze chwila…" – powtarzałam sobie ciągle. Odbiłam w lewo, by następnie wyrównać lot i wlecieć do jaskini, lecąc z dużą prędkością wprost na wejście. Kilka sekund przed przekroczeniem bramy zauważyłam, że jestem za wysoko sklepienia wejścia… Jednak było już za późno na skorygowanie lotu, lecz miałam jednak czas na zrzucenie nieprzytomnego towarzysza na surowy granit, by oszczędzić mu spotkania z sufitem przy wejściu. Po chwili grzmotnęłam lewym skrzydłem w ścianę boczną i kością czołową w kamienne sklepienie. Następnie, półprzytomna, wylądowałam twardo kilka metrów dalej, mocno obijając żebra. Nie wiem, czy przypadkiem ich nie złamałam, ponieważ do moich uszu doszło trzask… Podniosłam się na słabych nogach mocno zamroczona i obejrzałam się za siebie, szukając małego, chudego wilka.
– Ale będę miała guza… – mruknęłam ochryple, chwiejnie podchodząc do Delty. Nie miałam siły go podnieść, więc zaczęłam go wlec po chropowatej powierzchni. Z każdym krokiem pulsujący ból głowy dawał coraz bardziej o sobie znać. Wtaszczyłam do jaskini przemarzniętego do szpiku kości wilka i położyłam go na swoim łóżku, przykrywając go ciepłymi kocami i skórami, jakie tylko były w pobliżu. Gdy szłam do swojego składzika, gdzie trzymam różnego rodzaju medykamenty oraz przyrządy i narzędzia lekarskie, musiałam oprzeć się o ścianę, ponieważ ciemne plamki zza oczu robiły się coraz większe. Potrząsnęłam głową i ruszyłam do pomieszczenia. Szukając termometru, znalazłam kilka fiolek lekarstw oraz dwa zestawy do iniekcji, które postanowiłam wziąć ze sobą. W końcu, gdy znalazłam termometr, wróciłam do Delty i zmierzyłam mu temperaturę. Tak jak myślałam, była bardzo niska.
– Tylko mi tu nie umieraj mały, bo nie mam ochoty zakopywać twoich zwłok… – burknęłam pod nosem, odmierzając odpowiednią leku do strzykawki. Podałam lek dożylnie, modląc się do Kireny o nadzieję, żeby wyszedł z tego. Nic nie mogłam zrobić więcej dla niego, tak więc postanowiłam zająć się swoimi ranami, póki jeszcze nie leżę do góry łapami w którymś z pokoi. Siedząc w składziku (w prawdzie mam pokój dla chorych i rannych wilków, ale wolę mieć wszystko pod ręką niż łazić tam i z powrotem po jakąś rzecz i traci na to energię). Kość skrzydłowa promieniowa jest złamana, a równoległa jej łokciowa jest najpewniej pęknięta. "Czyli nici z latania przez najbliższy czas…" – pomyślałam, lekko smutna. Będę musiała powiadomić Stormy o swojej niedyspozycji przez co najmniej dwa tygodnie… Podczas zakładania bandaża na klatkę piersiową, zauważyłam rozcięcia w okolicy mostka. Na szczęście głupca, nie były one poważne i nie wymagały szycia. Bardzo mnie to ucieszyło, ponieważ zakładanie bandaża było dla mnie bardzo dużym wyzwaniem. Nie wyobrażam sobie w tym stanie operować imadłem i nicią chirurgiczną. Na koniec wzięłam kilka tabletek na ból i ruszyłam do łazienki z chęcią wzięcia długiej kąpieli. Napełniłam wannę ciepłą wodą i nim weszłam do niej, rzuciłam prosty czar na wodoodporność opatrunków. W końcu mogłam wejść do ciepłej wody, rozkoszując się ciepłem rozchodzących po moim ciele. Pozwoliłam sobie w końcu na odpoczynek, pozwalając, by świadomość znikła. Obudził mnie jakiś hałas dobiegający z mojej sypialni. To był chyba Delta… Wstałam powoli z wanny i ruszyłam w stronę pokoju.
Bądź co bądź, mój relaks może poczekać.

(Delta? Miałam nadzieję to skończyć przed sylwkiem, ale wyszło jak wyszło ^^")

Lyn cd Wichna

 Propozycja wadery była niezwykle kusząca, zwłaszcza, że warunki bardzo mi odpowiadały. Po wstępnym przeanalizowaniu sytuacji i jeziora z powierzchni stwierdziłem, że nie pozwolę dłużej czekać Wichnie i zgodziłem się skinieniem głowy. Wilczyca poszła więc przodem i powoli weszła do jeziora. Wszedłem powoli za waderą Płynęliśmy chwilę przy powierzchni wystawiając nad nią głowy. 
-Na jak długo potrafisz wstrzymać oddech?- spytałem zerkając na białogłową
-Przekonamy się- powiedziała po czym biorąc głęboki wdech zanurzyła się pod wodę. Nie robiąc nic specjalnego zanurzyłem się głębiej i powoli wypuszczałem powietrze czekając aż zniesie mnie bliżej dna, następnie po prostu oddychałem. Woda to dla mnie żaden problem, wręcz mnie napędza do działania. spojrzałem na waderę i czekałam, na to co zrobi. Wilczyca przyglądała się dnu po czym ruszyła w kierunku jakiejś podwodnej groty. Nie minęła długa chwila a wilczyca wypłynęła na powierzchnię by złapać powietrze i wrócić do mnie. W tym jakże krótkim czasie zdążyłem już dopłynąć do wejścia jaskini, dzięki niewielkiemu prądowi jaki wytworzyłem wokół siebie. Spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo, po czym wpłynęliśmy razem do środka. Jak się okazało miała ona kieszeń powietrzną, więc wilczyca z chęcią z niej skorzystała.

- Proponuję się rozdzielić- Powiedziałem gdy wilczyca nabierała powietrza. -Spotkamy się tutaj za jakieś 10 minut. - dodałem po chwili i zanurzyłem się ponownie. Przed nami były dwa korytarze delikatnie oświetlane przez fluorescencyjne porosty. Wichna wybrała prawy korytarz, który był jednocześnie bliżej kieszeni powietrznej, a ja popłynąłem Lewym. Wydawał się normalny jednak z czasem korytarz zaczął prowadzić głębiej w dół, a na dnie pojawiły się różne roślinności. Widziałem różnokolorowe ukwiały a pośród nich pływające niewielkie, ale jakże niesamowite i różnokolorowe rybki. Po jakiejś minucie drogi tunel znowu zaczął prowadzić w górę, a co za tym idzie woda zaczęła ustępować. Już po chwili stanąłem na lekko wilgotnej skalnej ścieżce. Otrzepałem się i postanowiłem przebiec się kawałek dalej zanim się wrócę. Już po jakiś 300 metrach drogi mój tunel schodził się z innym i prowadził jeszcze kawałek dalej, skąd dochodziło błękitne światło. Z ciekawością zacząłem węszyć na tym "trój-styku", że tak to określę. Wyczułem słaby zapach kurzu i pergaminu oraz jakiejś nieznanej mi do tą roślinności. Powietrze było raczej dość chłodne. Po chwili zaczął mnie przechodzić nieprzyjemny i chłodny dreszcz. Starałem się to zignorować i węszyłem dalej. Z tunelu z którym złączył się mój zaczął dobiegać delikatny zapach Wichny, który z każdą sekundą stawał się silniejszy. Wilczyca bez wątpienia zmierzała w tą stronę. Nie zdążyłem się jednak nacieszyć tą informacją zbyt długo zaczęła mi się jakże nielubiana prze mnie przemiana. dostałem zawrotów głowy i nagle jakby powietrze zaczęło słabo spełniać swoją funkcję. Przyśpieszyło mi serce, a krew zaszumiała w moich uszach. Zatoczyłem się w bok i upadłem ciężko dysząc. Nie potrafiłem wstać. Robiłem teraz wszystko by nie zamknąć oczu bo wiedziałem, że potem nie będzie już odwrotu. Nie chciałem się przemienić, ale wiedziałem, że byłem głupi myśląc, że w tym roku mi się upiecze. Powietrze przyjęło już stałą temperaturę -15 stopni, a ja poczułem jak moja sierść sztywnieje i gęstnieje. Pojawiły mi się mroczki przed oczami. Zdążyłem tylko jeszcze zobaczyć oddalone ode mnie łapy Wichny. 
-odsuń się-wymruczałem słabo, po czym straciłem przytomność już do końca oddając się przemianie. 

<Wichna?>
Wybacz, że tak długo :< A teraz czas na szybkie info. Po przemianie Lyn dostaje chwilowej (kilkugodzinnej max) amnezji i jest strasznie wrażliwy na wszystko dookoła. Miłej zabawy przy odpisie ;P

28.12.2020

Od Delty CD Antilia

Nieprzyjemne uczucie miażdżącego mnie ciała nie było zbyt przyjemne, jednak mój umysł dobrze podpowiadał mi, że muszę wytrzymać jeszcze chwilę. Czułem jak wadera z każdą chwilą coraz mocniej przylega do mojego ciała. Nie dawało mi to ani komfortu ani wyboru. Musiałem działać. Nie widząc innego wyjścia niż użycia mojej mocy zmusiłem całą swoją egzystencję do delikatnego uniesienia śniegu. Na szczęście masa ta zdążyła się już zatrzymać ułatwiając mi powolne i męczące przekładanie każdej kolejnej drobinki. Skupiony na swoim zadaniu nie zwróciłem uwagi na zwiększającą się coraz bardziej przestrzeń wokół nas, tak bardzo niestabilnie trzymającą się wyłącznie z moją pomocą. Warknąłem cichutko. Takie użycie mocy nie było dla mnie proste, jednak w przeciwnym wypadku skończyć się to mogło śmiercią. A ja jestem na to jeszcze za młody. Takie przekładanie śniegu po drobince chwilę trwało, jednak koniec końców nawet do moich zaciśniętych oczu dotarł promyczek światła. Niczym nadzieja wdarł się przez niewielką dziurkę, którą już udało mi się wydrążyć siłą umysłu. Nie miałem pojęcia jak długo to trwa. Po prostu walczyłem o życie, już nie tylko swoje. Od mojej pracy oderwało mnie szarpnięcie za kark i moje namoknięte i zmarznięte ciało owiał chłodny wiatr. Wadera poniosła mnie kawałek, a kiedy otworzyłem oczy, porzucając moje starania do utrzymania śniegu z dala od nas, przestrzeń jaką utworzyłem zapadła się pod własnym ciężarem.
-Było...blisko- sapnęła wadera oglądając się na zapadlisko
-Aż za blisko- odparłem szeptem siadając przy niej. Tak wielki wysiłek zmęczył moje i tak wymęczone ciało.
-Imponujące że umiesz dokonać takich rzeczy, z pomocą... właściwie jakiej mocy użyłeś? Nie wspominałeś nic o umiejętności...nawet nie umiem tego nazwać.- spojrzała na mnie swoim przenikliwym wzrokiem.
-Telekineza. Dość męcząca rzecz kiedy musisz unosić każą drobinkę śniegu z osobna, ale jak widać możliwe.
-Imponujące.- nastała chwila ciszy w trakcie której położyłem się przy niej na śniegu. Byłem padnięty z powodu wysiłku do jakiego dzisiaj zmusił mnie los. - Idziemy do mnie.- mruknęła wadera. Wyczułem w jej głosie dozę niepewności i zawahania. Niewiele myśląc, zmęczony, zapadając się w śniegu po głowę ruszyłem za waderą. Byłem zdziwiony, że jestem w stanie jeszcze chodzić, jednak mroczki przed oczami wskazywały że już nie długo.
-A jak to daleko?- wyszeptałem ,ale chyba to już nie dotarło do jej uszu. Niedaleko zaszliśmy kiedy znowu musiałem sobie przysiąść, ponieważ moje biedne łapki odmawiały posłuszeństwa.
-Nie mogę dalej- mruknąłem spuszczając głowę w dół i kładąc się na zimnym śniegu. - Nie mam siły...
A potem było tylko ciemno.

<Antilia?>

23.12.2020

Od Antilii CD Delta

 Wichura wyła na zewnątrz, rozrzucając ogromne ilości śniegu, która przykryje martwą ziemię warstwą grubego, białego puchu. Burza rozszalała się na dobre, lecz nie wygląda na to, aby szybko przeszła. Dzięki bogom, że udało się znaleźć kryjówkę. Nieważne, że jest niewielka i ledwie udało nam się tutaj zmieścić. Mało który wilk chciałby skończyć jako lodowa rzeźba… Poczułam zimny dreszcz. Stworzyłam niewielką kulę ognia, by dać nam, chociaż odrobinę ciepła. Nie daje dużo ciepła tak jak gorąca kula ciepła, lecz to zawsze coś.
– Dziękuję… – zaczął nieśmiało Delta – …że mnie tam tak nie zostawiłaś.… – Duży obłoczek z jego pyska pary uleciał ku górze. Robiło się coraz zimniej, a zanim nora się nagrzeje do nieco wyższej temperatury, minie trochę czasu. Spojrzałam najpierw na wilka, a następnie na siłę szalejącego żywiołu na zewnątrz. Wsłuchałam się w szum wiatru, szukając rytmu.
– Nie zostawia się swoich w potrzebie… – odpowiedziałam po krótkiej chwili. Płatki śniegu zbite w grupę wirowały szaleńczo na porywistym wietrze. Wpatrywałam się w ciemne chmury, zastanawiając się, ile jeszcze potrwa ta burza. "Nie możemy zostać tutaj zbyt długo" – pomyślałam. Nawet z moją wiedzą i zdolnościami magicznymi nie wytrzymamy w tej norce zbyt długo z prostego powodu – nie mamy pożywienia. Moja magia nie jest w stanie wyczarować kawałek mięsa z niczego.
– Jak myślisz, ile potrwa ta śnieżyca? – zapytał Delta po pewnym czasie.
– Nie wiem – powiedziałam szczerze. – Ale mam nadzieję, że szybko się skończy.
Po tym nastąpiła długa cisza, przerywana szumem zamieci na zewnątrz. Widziałam, jak mój towarzysz przymierza się do zadania mi pytanie, lecz gdy już chce je powiedzieć, rezygnuje i znowu myśli. Ja cierpliwie czekałam, aż się doczekałam.
– Naprawdę nie pamiętasz niczego?
Przyznam, że lekko mnie zaskoczyło to pytanie. Uniosłam lewą brew i spojrzałam na wilka.
– A jaki miałabym powód, żeby kłamać? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie. Delta zamyślił się na chwilę, żeby po chwili ponownie mnie zapytać o mój życiorys.
– Jakie było twoje pierwsze wspomnienie, po tym jak straciłaś pamięć?
– Nie lubię opowiadać o sobie – odparłam bez emocji.
– Dlaczego?
Westchnęłam.
– Im mniej wiesz o kimś, tym trudniej go zranić – przytoczyłam swoje motto, które ukształtowałam na początku swojej drogi. Przymknęłam oczy, przywołując obraz z przeszłości, gdy szukałam pomocy. Gorzko pożałowałam swojej decyzji, lecz to doświadczenie mnie dużo mnie nauczyło.
– Co się stało? – Delta zalewał mnie swoimi pytaniami. Odpowiadałam na nie mijającymi odpowiedziami, by czas przestał się tak ślimaczyć.
– Powiedzmy, że zaufałam komuś, kto nie zasługuje na taki dar.
– Niektórzy rzeczywiście nie powinni otrzymać zaufania innych… – przytaknął wilk. Spojrzałam mu w oczy, chcąc zobaczyć, czy on jest godny zaufania. Dwukolorowe oczy lśniły delikatnym blaskiem szczerości. Było w nim coś, co sprawiało, że nie czułam się… inna. Jakbym znalazła bratnią duszę, choć od dawna mówiłam sobie, że nikt taki nie istnieje…
– Obudziłam się w jakimś lesie, podczas deszczu – powiedziałam po prostu, przerywając martwe milczenie. – Nie wiem, ile tam byłam, ale byłam mocno wyziębiona i wyczerpana. W tamtej chwili byłam pewna jedynie swojego imienia. O ile jest moje… Od tamtej pory tułałam się po świecie, aż w trafiłam na tę watahę. Instynkt podpowiedział mi, że to jest mój dom.
Basior przyglądał mi się swoimi dwukolorowymi oczami i słuchał w milczeniu. Po chwili zaskoczył mnie.
– Moja matka zmarła przy porodzie a ojciec mnie porzucił – powiedział cicho. Wziął głęboki wdech, po czym kontynuował. – Wychowałem się w sierocińcu, ale byłem bardzo blisko pewnego medyka imieniem Nue. To on pokazał mi metody leczenia oraz zielarskie sztuczki, których potem mnie nauczył…
– Nikt mnie nie uczył o medycynie, po tym jak straciłam pamięć… Po prostu… Wiem i tyle.
– Jak to? – spytał Delta, lekko niedowierzając.
– Nie pamiętam jedynie swojej rodziny i nie mam z nimi żadnych wspomnień. Nie wiem, kim byłam, gdzie żyłam…
– Przykro mi.
– Nie ma czego żałować, bo nie wiem, czy w ogóle jest co żałować. – Nie wiem dlaczego, ale parsknęłam śmiechem. Delta również lekko się uśmiechnął. Ja również uniosłam kąciki ust.
Nagle coś mnie tchnęło i wyjrzałam na zewnątrz, chcąc zobaczyć aktualną pogodę. Burza minęła, lecz słońce chyliło się ku zachodowi. "Ile myśmy tu siedzieli?" – zapytałam siebie samą w myślach.
– Chyba burza minęła… – powiedziałam i zaczęłam powoli wychodzić z niewielkiej jamy. Trochę mi to zajęło, ale udało mi się wyjść, przy okazji gubiąc kilka piór. Delcie szybciej zajęło wyjście ze względu na niewielki rozmiar jego ciała. Rozejrzeliśmy się po niemalże oślepiającym pejzażu. Śnieg błyszczał w promieniach słońca zmierzającej ku krańcu horyzontu na zachód. Konary drzew zostały przykryte grubą i ciężką warstwą białego puchu. Sam śnieg na ziemi sięgał mi do łokci, co utrudniało przemieszczanie się po lądzie, a zwłaszcza Delcie. Widziałam jedynie czubek jego głowy oraz dwukolorowe tęczówki.
– Zima jest ładna, ale wolę wiosnę, jak mogę normalnie chodzić po ziemi – przyznał. Zaśmiałam się, przyznając mu rację. Lekki wiatr przedarł się pod moje futro, przez co zadrżałam.
– Ruszajmy – powiedziałam i postawiłam krok przed sobą. Nagle usłyszałam głuchy huk. Przypominał on pękanie Wielkiego Lodowca na dalekim południu, gdzie miałam okazję być. Instynktownie spojrzałam w górę i zobaczyłam, jak tona masy śniegowej leci w naszym kierunku ze szczytu.
– UCIEKAJ! – wrzasnęłam, mając gdzieś czy spowoduje kolejną lawinę. Ruszyłam przed siebie, lecz zobaczyłam, że towarzyszący mi basior nie ma jak się ruszyć. Podbiegłam najszybciej, na ile pozwalała mi zaspa śnieżna, w której byliśmy, i chwyciłam go za kark. Nie zdążyłam zrobić kilku kroków, kiedy lawina zmiażdżyła mnie całym swoim ciężarem, aby potem ciągnąć wraz z prądem płynącego śniegu.
Było zimno i ciemno, zupełnie jak wtedy, gdy obudziłam się obdarta ze wspomnień.

(Delta? Śniegu u nas nie ma to przynajmniej można zaszaleć tutaj xD) 


17.12.2020

Od Delty CD Antilia

Biegliśmy dłuższą chwilę. Moje małe łapki starały się dotrzymać tępa waderze, jednak nieustannie musiałem przyspieszać. Dobrze, że mam genialną wręcz kondycję. Jednak i mnie to po jakimś czasie zmęczyło zwłaszcza kiedy pierwszy śnieg zaczął spadać na ziemię. Nie miałem bladego pojęcia gdzie i kiedy się znalazłem, po prostu podążałem za waderą. A śnieg przybierał na sile. Grzmoty nie pozostawały mu dłużne, razem z chmurami nadchodząc coraz bardziej i zakrywając niebieskie dotąd niebo. Wadera biegła jednak zaparcie dalej chcąc znaleźć jakieś schronienie. Jednak mi nie było to dane. Moje nogi poplątały się powodując moje bliskie spotkanie z twardą ziemią. Wtedy też nowo poznana koleżanka zatrzymała się zaglądając na mnie.
-Oh. Wstawaj. Zaraz nas zasypie.- zostałem pociągnięty za sierść w górę. Wtedy też miałem szansę się rozejrzeć. Nie mam bladego pojęcia gdzie byliśmy, a śnieg który uparcie padał coraz mocniej ograniczał moją wizję. Wstałem jak wadera kazała i ruszyłem ponownie za nią. Zerwał się dość siny wiatr, który utrudniał mi poruszanie się z dużą prędkością. CO silniejsze podmuchy z łatwością przesuwały mnie po coraz to bardziej wilgotnym gruncie, a otaczające nas coraz gęściej pnie gołych drzew nie dawały za wiele ułatwienia. Przeciwnie, wiatr pomiędzy nimi szalał jeszcze bardziej. Koniec końców wyczerpany usiadłem patrząc na zatrzymującą się przede mną waderę
-Nie mogę dalej- westchnałem wyczerpany , a kolejny śliny podmuch wiatru wsadził mój pysk w odrobinę puchu leżącego już na ziemi. Podniosłem się ostatkiem sił.
-Delta...- zaczęła.
-Idź. Schowaj się. Nie takie burze już przeżyłem kiedy podróżowałem - zaśmiałem się gorzko.
-Nie mam zamiaru cię zostawiać idziemy! Gdzieś niedaleko musi być jakieś schronienie.- widziałem błysk w jej oku. Dlatego podniosłem się na chwiejnych łapach. Moje ciało zużywało bardzo dużo energii na utrzymanie temperatury , więc wadera musiała zwolnić kroku aby nie zdmuchnął mnie mocniejszy powiew wiatru. Koniec końców szliśmy w silnej zawiei pełnej śniegu i nawet niekiedy odłamków lodu.
Nie wiem ile szliśmy i jak daleko. Czas zamazał mi się w pamięci i umyśle skupiając jedynie na myśli o znalezieniu schronienia. Jak za zawołanie zostałem brutalnie pochwycony za kark jak szczenię ( co prawda moje tylne łapy i ogon wlokły się po ziemi) i wrzucony do suchego aczkolwiek ciemnego i ciasnego miejsca. Przypominało to niewielką szczelinę w jakiejś skale. Moja towarzyszka wcisnęła się obok mnie zaglądając na szalejący na zewnątrz śnieg. Było na tyle ciasno ,że gdyby nie był mały i skulony to we dwoje moglibyśmy się to nie zmieścić. Antilia mimo swojego, także widocznego zmęczenia stworzyła nam kulkę ciepła. Nie pamiętałem już przez całe to zamieszanie i wysiłek jak dokładnie to nazwała, ale jednak pomogło odrobinę.
-Dziękuję. - odezwałem się w końcu - Że mnie tam tak nie zostawiłaś.

<Antilia?>

16.12.2020

Od Stormy cd Pełnia

 Odwróciłam się brzuchem do góry, gdy usłyszałam okrzyk bojowy Pełni. Waderka wpadła na mnie, po czym obie spadałyśmy przez chwilę w dół, aby kilka metrów nad ziemią ponownie rozłożyć skrzydła i nad nią poszybować. 
-Co tu robisz Pełnio? nie powinnaś za mną lecieć. Ostatnio dużo obcych wilków kręci się po naszych terenach, nie wszyscy są nastawieni na dołączenie do watahy. Nie chcę by któryś Ci coś zrobił. - Pełania już chciała mi odpowiedzieć, gdy stwierdziłam że zrobiłam się lekko mokra od dotyku młodej wilczycy -I dlaczego jesteś mokra? Przeziębisz się. Zimno jest. Lecimy się wysuszyć. - powiedziałam stanowczo i pociągnęłam młodą waderkę za sobą
-Ale mamo. Mi jest ciepło- jęczała niezadowolona. Po drodze zaczął padać śnieg. W domu było jeszcze ciepło, dlatego bez problemu się osuszyłyśmy. Stromi wyłożyła nie za długie kazanie na temat tego, że Pełnia musi zacząć dbać o swoje zdrowie. Koniec końców dała się jednak namówić na to by wspólnie poleciały na patrol wzdłuż północnych granic.

Szłyśmy przez  brunatny las, podążając za śladami krwi i jej słabym zapachem. najprawdopodobniej była to jakaś sarna. Padający śnieg znacznie utrudniał nam obserwacje. Nie przypuszczałam nawet, że pogoda aż tak się zepsuje. Cały czas starałam się mieć Pełnię na oku, aby czasem nie zgubiła, obecnie niebezpiecznie było by lecieć, jeszcze by nas zniosło daleko za granicę, a wtedy na pewno nikt nie przybyłby z pomocą. Było by to zbyt ryzykowne. Nagle rozległ się szelest. Przykazałam  Pełni gestem łapy, że ma być cicho i iść przy samej ziemi. ja również niemalże przykleiłam się do podłoża i tylko powoli sunęłam do przodu. Nagle zza zaspy wyskoczył...


<Pełnia?>
Wybacz, że tyle czekałaś. Co wyskoczyło zza zaspy?

15.12.2020

Od Antilii DC Delta

 Powoli wyszłam z wody, patrząc swojemu towarzyszowi. Miał on to "coś" w sobie… Nie mówię tu o jego niezdarności czy niewielkim wzroście, ale o czymś, czego jeszcze nie widziałam… Nagle oprzytomniałam. Czemu się tak zachowuję? Dlaczego tracę czujność? Czemu ten wilk tak na mnie działa…? Odłożyłam pytania na potem i wróciłam do rzeczywistości. Mam nadzieję, że nie zamyślałam się za długo, ale raczej nie. Delta siedział tam gdzie przedtem. Nie zadawał też pytań w stylu "czy wszystko w porządku". Przypatrywał mi się jednak. Już miałam pytać czemu, aż przypomniałam sobie, że zapytał mnie o moje żywioły. Rozłożyłam skrzydła, nie tylko po to, by otrzepać lotki z reszty wody.
– Myślę, że już znasz jeden z moich żywiołów – powiedziałam, składając skrzydła z powrotem wzdłuż ciała.
– Zgaduję, że to wolność – odpowiedział. – Ale wydaje mi się że masz chyba jeszcze jakieś moce…
Przytaknęłam. Zimny wiatr wdarł się między moje futro. Zauważyłam, że zimno bardziej doskwierało Delcie niż mi. Niestety, rzeczywiście robiło się coraz zimniej. Zima chyba przyspieszyła tempo swojego nadejścia. Zza północno zachodniego krańca horyzontu wychodziła masa ciemnych, śnieżnych chmur. Wiatr zaczął szumieć głośniej gdy tylko zauważyłam zmianę pogody. Wpadłam na pomysł jak pokazać mu mój trzeci talent. Wprawdzie nie znam (jeszcze) zaklęć na utrzymanie grzejącej kuli lecz znałam kilka sztuczek na ogrzanie organizmu, nie tylko przy pomocy leczniczych roślin. Cicho wypowiedziałam zaklęcie, nie tylko na mnie ale też i na Deltę. Basior przyglądał mi przez chwilę. Nagle skoczył na równe nogi, patrząc na swoje ciało, zastanawiając się co się dzieje. Zrobił kółko wokół własnej osi po czym wbił we mnie spojrzenie. Ja spokojnie usiadłam, czekając na ruch z jego strony.
– Co to było? – zapytał, nie ukrywając zaskoczenia, po czym popatrzył na mnie. – To twoja sprawka?
Przytaknęłam, kiwając głową.
– Magia?
– Biała magia – uściśliłam. – Posiadam również żywioł iluzji, który wbrew pozorom nie jest gałęzią wiedzy magicznej tylko osobnym działem.
– Nie wiedziałem… – mruknął wilk. – Masz jeszcze jeden żywioł?
Wstałam i spojrzałam w środek ciepłego źródła. Skupiłam się na ciepłej wodzie podgrzewaną energią geotermalną. Wyobraziłam sobie pięknego wierzchowca o bujnej grzywie i smukłej sylwetce… Po kilku chwilach woda zaczęła się poruszać a po sekundzie wynurzył się koń, zupełnie taki, jak sobie wyobrażałam. Stworzenie utworzone z wody podążało w naszym kierunku. Delta zaczął powoli się wycofywać przed nim lecz ja go powstrzymałam. Położył uszy lecz przestał wdrażać plan ucieczki. Koń majestatycznie wyszedł z jeziorka i zaczął mnie okrążać, elegancko kłusując. Basior podszedł do mnie, nadal przyglądając się istocie stworzonej z wody.
– To znowu ty? – spytał, patrząc jak koń biega. Ja w odpowiedzi znowu kiwnęłam głową.
– Zrobiłaś to przy pomocy magii?
– Nie – odpowiedziałam. – Moim czwartym i ostatnim żywiołem jest woda. Mogę na przykład tworzyć źródła wody, oddychać pod powierzchnią czy tworzyć kreatury…
– Kreatury?
– Tak je nazywam. Ta moc nazywa się "Creator" tak więc nazywam te stworzenia kreaturami. Kreatury o wyglądzie lonia nazywam Equus.
Koń z kłusu przeszedł do stępu, zbliżając się do nas. Zatrzymał się dwa metry od nas, po czym powoli zaczął podchodzić do Delty. Skoro ja górowałam nad niewielkim basiorem to te same koń był zdecydowanie większy od niego. Equus zniżył łeb, sygnalizując coś.
– O co mu chodzi? – spytał wilk o dwukolorowych oczach. Cechą mocy Creatora jest to, że twórca jest w stanie nawiązać więź ze powołanym do życia stworzeniem z wody.
– Chce, abyś przestał się go bać. Na dowód tego pozwolił Ci, abyś go pogłaskał – odpowiedziałam, podchodząc od boku do nich obojga. Delta lustrował equusa, myśląc czy przyjąć propozycję czy jednak odmówić. Myślę, że ostatecznie wygrała ciekawość, ponieważ z błyskiem w oku ostrożnie wyciągnął łapę w kierunku wodnego pysku. W końcu wilcza łapa zetknęła się z głową wodnego konia. Delta wydał z siebie śmiech, który był jednocześnie nerwowy ale i szczęśliwy.
– To… To niesamowite… – powiedział  basior. Nagle zakręciło mi się w głowie. Na moment zamknęłam oczy, chcąc pozbyć się nieprzyjemnej karuzeli. Tam jednak coś zobaczyłam…
"Wokoło były strzeliste szczyty gór. Śnieg był na około nas. Najpewniej był to środek zimy. Naprzeciwko mnie stał jakiś wilk, chyba basior. Był młodszy ode mnie o co najmniej dwa lata. Z daleka bardzo przypominał mi Deltę… Przed nim stał equus, zupełnie taki, jaki stworzyłam dla mojego towarzysza. Był jednak nieco mniejszy… Wilk wyciągnął powoli łapę w stronę konia a ten zbliżył do niej swoją łapę. Nieznajomy zaśmiał się serdecznie, po czym wypowiedział jedno słowo – "niesamowite". Equus cofnął się, po czym stracił cząstkę życia i rozpadł się, tworząc kałużę na zamarzniętym śniegu."
Nim otworzyłam oczy, usłyszałam rżenie konia. Gdy uchyliłam powieki, zobaczyłam jak equus staje dęba a następnie rozpadł się. Przerażony Delta cofnął się do tyłu, nie wiedząc co się dzieje i jak ma zareagować. Spojrzał na mnie lecz ja nie zwracałam na niego uwagi. próbowałam ponownie odtworzyć wspomnienie. Niestety, urywek coraz szybciej zacierał się. Chwyciłam twarz nieznajomego wilka, by chociaż tego nie stracić. Nie zacisnęłam nawet, gdy basior podszedł do mnie i o coś zapytał. Ja mamrotałam pod nosem, próbując zaklęć pamięci. Nagle coś mnie dotknęło a ja podskoczyłam w reakcji obronnej. To był Delta, który przerwał utrwalanie twarzy wilka, którego kiedyś znałam.
– Nienienie… – zaczęłam mamroczeć i zacisnęłam powieki. Próbowałam przypomnieć sobie tamtego basiora ale nic z tego. Wspomnienie przepadło, podobnie jak pozostałe urywki…
– Nie… – jąknęłam.
– W-wszystko w p-porządku…? – spytał nieśmiało Delta.
– Nic nie jest w porządku – wymamrotałam.
– Co-o się s-s-stało?
– Cierpię na amnezję wsteczną. Co jakiś czas widzę urywki swojego życia nim straciłam pamięć – odpowiedziałam lakonicznie. Pogoda jakby reagowała na mój nastrój, ponieważ zerwał się silny, mroźny wiatr z północy. Ja jednak twardo opierałam się sile natury.
– Próbowałaś… – chciał zapytać ale nie pozwoliłam mu dokończyć.
– Oczywiście, że tak – warknęłam, może nieco za ostro. – Nic na mnie nie działa. Jedynym sposobem na odzyskanie pamięci jest samo przypomnienie sobie. Jednak gdy tylko przypomnę sobie coś, natychmiast o tym zapominam – dodałam nieco łagodniej lecz nadal chłodnym tonem. Chłodnym niczym…
– Czemu zrobiło się tak zimno…? – Pytanie nie było skierowane do kogoś konkretnego. Była to raczej głośno wypowiedziana myśl… Spojrzałam na ciemne chmury nadciągające z północy. To była burza śnieżna. Wewnątrz kłebowiska widać było błyski błyskawic.
– Niedobrze… – mruknęłam. – Nie dotrzemy do centrum nim burza nas dopadnie – powiedziałam, patrząc na Deltę. – Musimy się ukryć i przeczekać tą burzę.
– Tylko gdzie?
– Nie wiem… Ale musimy się spieszyć. – Ruszyłam na południe, mając nadzieję, że trafimy na cokolwiek. 

(Delta? Jak każda kobieta An ma huśtawki nastrojów xd) 

10.12.2020

Od Delty CD Antilia

Przyglądałem się niepewnie tafli wody w której odbijały się niewyraźnie okoliczne drzewa, które dawno już porzuciły liście. Woda rzeczywiście wyglądała na ciepłą, jednak ja osobiście nie przepadałem za takim sposobem utrzymywania higieny futra. Jednak dość to niestosowne zacząć się myć w sposób jaki nauczyły mnie Lwice z dalekiej, naprawdę dalekiej północy. Nie chcąc jednak pozostawać jakoś w tyle przysiadłem sobie na brzegu zamaczając łapy w wodzie. Nie bardzo wiedząc też co mam mówić przymknąłem oczka na chwilę się relaksując odrobinę. Jednak nie byłem w stanie zrobić tego do końca. Wbrew pozorom dalej nie ufam tej waderze.
- tak. Okolica jest zaiste piękna. Nawet jeśli aktualnie taka pusta. Tak bardzo żałuję że nie dotarłem tu wcześniej. Wiesz... Wiosną , albo latem. Wszystko musi tu zapierać dech. A teraz jedyne to zabiera powietrze to narastający chłód. Nie żebym narzekał. Mam grube futerko, ale jednak...- rozgadałem się nieco więcej po skończeniu swojej wypowiedzi ostatecznie spojrzałem na waderę. Zamoczona tak w wodzie myślała chwilę. Potem zbliżyła się.
- Tak. Wiosną wszystko tu wygląda na prawdę pięknie- odparła rozglądając się z widocznym zadowoleniem. Zamahałem delikatnie tym moim przydługim ogonem.
- Nieco schodząc z tematu. Jaki jest twój żywioł?- nie słyszałem w jej głosie teraz ani kszty tego pierwszego zimna jakim mnie obdarzyła.
- Przede wszystkim przeważa u mnie żywioł życia i umysłu. Jest we mnie jakaś odrobinka natury podobno ale jedyne co umiem zrobić to nieco popędzić roślinki w och rozwoju. Nic wielkiego. - wzdycham wykładając się wygodniej. Chwilę trwała kompletna cisza, więc nasłuchując zamknąłem oczy. Słyszałem jak wadera mruczy coś pod noskiem i plusk wody. Na sekundy to wszystko ustało , a potem poczułem pociągnięcie. Silne na tyle aby z łatwością przerzucić moją nędzną wagę i posturę przez kamyk i wpakować do wody. Cały mokry wynurzyłem się spod tafli otrzymując w odpowiedzi jedynie chichot. Nieudolnie dopłynąłem do brzegu gdyż moje łapy stanowczo odbiegały od standardowej wysokości i nie sięgały dna. Ku mojej uldze im bliżej brzegu tym płycej. Wylazłem na brzeg trzepiąc się mocno i czując że jak zwykle moje tylne łapy rozjeżdżają się na boki, a ja aż se przysiadam
-Woda jest zaiste ciepła czyż nie?- dpytuje dalej wadera. Zerkam na nią spode łba ale wracam na swój kamyczek
- Tak... Woda jest ciepła, ale ja jestem stanowczo za mały. - śmieję się i zawijam ogonem. Będę schnąć następne parę, jak nie paręnaście godzin. Cóż. Przynajmniej woda była ciepła.
- A ty? -
-Co ja?- wadera spojrzała na mnie niezrozumiale
- A ty? Jakie masz żywioły? - dopytałem drapiąc się jak pies za uchem. Eh...głupie nawyki z podróży. Wiele wilków postrzega mnie za nie za dziwnego...

<anti , luzik nie trzeba przecież od razu odpisywać ni? To tylko ja taki nadgorliwy zawsze jestem ;) >

Od Wichny do Lyna

 Determinacja Lyna mnie zaciekawiła. Nie często spotykam wilki, które aż tak chcą nawiązać ze mną relację. Muszę przyznać, że całkiem miło jest czuć, że ktoś się o ciebie troszczy. Po tym jak opuściłam basiora, spędziłam leniwy dzień, próbując przecisnąć się przez wąską wyrwę do zaświatów, którą zawsze zostawiał za sobą mój “towarzysz”. Niezbyt mi to wychodziło, ponieważ cały czas myślałam o wilkach, które niedawno poznałam. Oba basiory wydawały się naprawdę sympatyczne. Nie ułatwia mi to życia tu, nie ma co. Wolałabym być sama, żeby móc szybciej dopiąć swego. Poza tym, nie wiem nawet jak działa teraz moje ciało. Co będzie jeśli do kogoś się przywiążę, a potem, dajmy na to, przeżyję go i będę dalej żyć w samotności i tak w kółko, i w kółko, i w kółko, i w- ciąg moich myśli urwał się, kiedy dostrzegłam blask między drzewami. Rozejrzałam się i wsłuchałam w delikatny szum wiatru, ale nie wyczułam żadnych wilków. Podążyłam w stronę światła i moim oczom ukazał się spory staw. W jednym jego krańcu huczał niewielki wodospad. Poczułam dziwne wibracje dochodzące od wody. Bardzo ciekawe, pomyślałam. Wpatrywałam się w taflę, kiedy za moimi plecami stanął Lyn. Zaskoczyło mnie, że poczułam drgnięcie w klatce piersiowej, coś jak skurcz powodowany przez śmiech. Chyba ucieszyłam się, że wrócił.
- Czytałaś to? - rzucił mi pod nogi jakąś książkę. Spojrzałam na opasłe tomiszcze, ale nie poznawałam go. Materiałowe obicie odchodziło płatami od twardej okładki, strony były pozadzierane i brązowawe. Książka musiała mieć wiele lat.
- Nie czytałam. Co to? - nawet nie przeczytałam dokładnie tytułu. Ku mojemu zdziwieniu nie chciałam spuszczać Lyna z oczu. Ciekawił mnie.
- “Jak zdobyć moce żywiołów”. Pomyślałem, że to może cię zaciekawić.
- Miło, że pomyślałeś, ale obawiam się, że nic z tego nie będzie. Nie interesują mnie umiejętności związane z żywiołami.
- Jak to? Czy wcześniej nie powiedziałaś mi, że próbujesz odzyskać utracone moce?
- Tak, jak najbardziej tak powiedziałam, ale niestety, moja natura jest nieco inna. Nie wiem, czy w ogóle byłabym w stanie nauczyć się mocy żywiołów.
- Ale raczej nie zaszkodzi spróbować! Nic cię to nie kosztuje, a możesz za to wiele zyskać - Lyn się uśmiechnął. Może i ma rację? Może powinnam przestać się tak upierać?
- Może i tak… Ale nie teraz. Może miałbyś ochotę na małą przygodę? Coś mi mówi, że w tym jeziorku coś siedzi. Nie wiem co, ale czuję, że coś jest z nim nie tak. Myślę, że kryje coś ciekawego i chcę to sprawdzić, a skoro już tu jesteś, to możemy iść razem.
Basior przez chwilę się zastanowił, ale nie spodziewałam się innej odpowiedzi niż twierdząca.

<Lyn? Zaczynamy przygodę?>

6.12.2020

Od Antilii do Delty

 Patrzyłam na drobnego wilka siedzącego przede mną. Zdecydowanie gotowałam nad nim jeśli chodzi o wielkość i budowę ciała. Jednak siła mięśni to nie wszystko – umysł może być czasami bardziej wymagającym przeciwnikiem. A ja nie wiedziałam, jak bardzo sprytny jest ten niepozorny basior naprzeciwko mnie…
– Do jakiej watahy należysz? – zapytałam chłodno. Nie sądziłam, że może jeszcze bardziej się skulić, ale zrobił to. Unikał kontaktu wzrokowego ze mną, a to znaczyło wiele… Ja jednak wiedziałam.
– Okłamujesz mnie? – zapytałam jeszcze zimniej. Wtedy wilk ożywił się, stając się swoim przeciwieństwem.
– N-n-nie! – zawołał zdecydowanie głośniej, lecz potem mówił ciszej. – Dopiero w-wczoraj dołączyłem d-d-do Watahy Mrocznych Skrzydeł…
Przysiadłam na ziemi. Trawa delikatnie kołysała się w rytm lekkiej bryzy znad południa. Dni robiły się coraz zimniejsze, a ja czułam po kościach, że zima zbliża się dużymi krokami. Za kilka dni powinien spaść pierwszy śnieg. Będę musiała zdobyć opał do pieca oraz poszukać odpowiednich uroków w Głównej Bibliotece. Nigdy nie wiadomo kiedy będzie trzeba się ogrzać, a ja niestety zdążyłam zapomnieć, jak się tworzyło takie uroki.
– Wczoraj, mówisz? – zapytałam łagodniej, na co Delta kiwnął energicznie głową.
– Najpewniej zrobili to kiedy miałam odprawę przed patrolem… – mruknęłam pod nosem. Nie lubiłam czegoś takiego, ponieważ wtedy mogą wyniknąć niebezpieczne sytuacje, nawet takie, w których jedna ze stron odnosi obrażenia.
– Przepraszam za to… najście – powiedziałam i odwróciłam się. Już miałam rozłożyć skrzydła i udać się w swoim kierunku, lecz nieznajomy wilk zawołał:
– P-poczekaj!
Odwróciłam głowę w stronę głosu. Niewielki basior spojrzał na mnie swoimi dwukolorowymi oczami. Podszedł powolnym krokiem do mnie a ja cierpliwiem czekałam.
– Chciałem zapytać cz-czy… mogłabyś mnie oprowadzić po o-okolicy?
Myślałam chwilę nad odpowiedzią. Wprawdzie powinnam teraz wrócić i złożyć krótki raport, ale z drugiej strony podczas oprowadzania Delty mogę dalej patrolować tereny, które zostały mi przydzielone, aby upewnić się, że na pewno nikogo tutaj nie ma. Zgodziłam się, a na tę wiadomość basior lekko się zrelaksował. Przestał się tak kulić w sobie i podniósł uszy wysoko. Oczy nabrały pewnego błysku… Nie wiem, co on miał w sobie.
– Chodźmy więc… – powiedziałam i ruszyłam przed siebie wolnym tempem. Delta podążał za mną, trzymając niewielki dystans. Widziałam, jak patrzy na wodospad oraz na otaczający nas krajobraz… Pomyślałam o pewnym miejscu, który powinno mu się spodobać. Wybrałam drogę przez górską łąkę. Późną wiosną wyglądałaby pięknie, ale teraz była wczesna zima, tak więc wszystko przeszło w stan hibernacji. Soczyste kolory przybrały ziemiste odcienie, by jak co roku obudzić się z głębokiego snu, gdy zimny śnieg ustąpi miejscu ciepłe promienie słońca. Rozmokła ziemia lepiła się do łap. "Dobrze, że tam idziemy" – pomyślałam. Nienawidziłam uczucia mokrej ziemi na łapach. Nigdy nie uważałam się za przesadną pedantkę, ale uczucie gromadzącej się kolejnej warstwy ziemi nie należy do przyjemnych. Po prostu nie lubię tego i tyle. Wilk nadal trzymał się z tyłu i całą drogę obserwował otoczenie, najpewniej zapamiętując nazwy tych miejsc oraz ich krótki opis – do czego służą, czy tutaj polujemy, jaka roślinność tutaj jest itp. Basior przytakiwał ciągle, sygnalizując, że przyswaja podawaną przeze mnie wiedzę na temat terenów watahy.
Gdy powoli zbliżyliśmy się do celu, zapytałam go od niechcenia, czym będzie się zajmował w naszej watasze.
– Przyjąłem stanowisko medyka i nauczyciela zielarstwa… – odpowiedział spokojnie, bez zająknięcia się. "Chyba przestałam w nim budzić grozę…" mruknęłam w głębi duszy, o mało powstrzymując chichot. Obróciłam głowę i spojrzałam na niego. Delta podniósł lewą brew nad żółtym okiem.
– Co jest? – zapytał.
– Ja też jestem medykiem… – powiedziałam i ruszyłam dalej. Delta przez chwilę stał w miejscu, po czym szybkim truchtem podbiegł do mnie.
– Czyli… będziemy pracować razem? – spytał wilk.
– Nie wiem – odparłam szczerze. – A chciałbyś? – Tym razem to ja podniosłam jedną brew. Basior długo myślał nad odpowiedzią, sądząc po jego zmyślonej (albo nieobecnej) minie. Zanim udzielił mi odpowiedzi, dotarliśmy na miejsce.
Dolne, gorące źródła, niezależnie od pory roku zawsze były piękne. Subtelne smugi pary unosił się znad ciepłej, turkusowej wody. Roślinność wodna cały rok były soczyście zielone a grzybienie białe akurat zakwitały. Sprawdziłam łapą temperaturę wody. Była przyjemnie ciepła jak zawsze. Zaczęłam powoli wchodzić do wody, przyzwyczajając ciało do wyższej temperatury. Uniosłam delikatnie skrzydła nad wodą, mocząc jedynie ostatnie lotki. Spojrzałam na Deltę, który zastanawiał się, co teraz ma zrobić.
– Jeśli chcesz, to wejdź do wody. Ale i tak musisz przyznać, że ta okolica jest bardzo ładna. – Uśmiechnęłam się bardzo subtelnie.

(Delta? Mam ostatnio dosłowne urwanie głowy więc odpis trochę mi zajął ><)

3.12.2020

Od Delty CD Antilia

- Kim jesteś? - pytanie zaskoczyło mnie pomimo, że wiedziałem iż ktoś nadchodzi i zbliża się. Niepewny i roztrzęsiony obróciłem głowę w kierunku głosu.
-Ja? - spytałem niepewnie. Pewnie durniu, że ty! Nikogo wokoło tutaj nie ma! - J...Jestem Delta...Ja...j..ja niedaw..wno dołączyłem... do watahy- zniżam głos z każdym słowem. Wadera przyglądała mi się chwilę po czym postąpiła krok w przód powodując u mnie szybką reakcję. Odskoczyłem w tył stając na równych nogach, co prawda te trzęsły mi się niemiłosiernie, ponieważ wadera była większa i zapewne też szybsza ode mnie, więc ledwo mogłem na nich ustać. Nie mam szans na ucieczkę jeśli zdecyduje się mnie zaatakować. Dorwie mnie zanim zdążę postawić dwa kroki i nawet jeśli jestem mały i zwinny, nie uniknę ciosu. Nie ma szansy. W mojej głowie zamajaczył też niedaleki stromy spadek kierujący się prosto do ujścia wodospadu.
- Nowy? - mruknęła wadera niczym do siebie. Postanowiłem się nie odzywać i udając spokojnego usiadłem, aby zachować chociaż resztki godności. Wzrok zwróciłem w kierunku horyzontu, który pięknie mienił się błękitem. Bezchmurne niebo spokojnie biegło wraz z obrotem ziemi, który z każdą sekundą przybliżał mnię albo do śmierci, albo chociaż jakiejś rany. Nie doczekałem się jednak żadnej z tych rzeczy. Wadera jedynie przysiadła sobie naprzeciwko mnie mierząc moją marną posturę swoimi błękitnymi oczyma, które swoją drogą mają dość ładny kolor. Mój umysł na chwilę odleciał w czasy niedalekie dla mnie, a zarazem odległe. Pamiętam jak wczoraj, że spotkałem niewiele wilków o takim kolorze ślepi, a jeden wbił mi się w głowę mocno. Może to głupota, ale ta wilczyca przypomniała mi tą małą kuleczkę o oczach koloru królewskiej krwii. Kuleczkę tą poznałem jeszcze zanim przebyłem morze i dobrze pamiętam, że to ona wtedy mało nie umarła gdyby nie ja przypadkowo przechodzący pod drzewem. Szczeniak tak mocno wtedy we mnie uderzył, że nawet mi zaświeciły się gwiazdy, a teraz wspomnienia o tej nieszczęsnej kupce sierści niepotrzebnie zakrzątały mi w głowie. Nie muszę przypominać sobie smutnej przeszłości, ale kiedyś z pewnością wrócę na taj mały grób, aby położyć na nim jaskry dla małej Jaskierki.
Za ziemię sprowadził mnie ruch wadery, która odwróciła głowę od mojego, zapewne przeszywającego wzroku.
-CO tu robiłeś?- zadała mi kolejne pytanie, jakby niekoniecznie doczytała się w moim zachowaniu, że kompletnie nie mam ochoty i nawet do końca możliwości szybkiego składania słów w pełne i co najważniejsze sensowne zdania. Tępo przez chwilę lustrowałem jej oblicze, słuchając szumu spadających ton wody, aż wadera nie warknęła na mnie ponaglająco.
-Siedzę!- odpowiadam od razu kuląc się nieco i spuszczając po sobie uszy. Ogon, o ile to możliwe tylko mocniej pociągnąłem do siebie w geście czystej uległości wobec towarzyszki.
-Siedzisz...- lakoniczne odpowiedzi wadery na niewiele mi się zdawały. Starałem się odkryć jakie ma wobec mnie zamiary. Czy chce mnie skrzywdzić? I po co jej wiedza o mnie?!
-Ile masz lat? - kompletnie zbijała mnie z tropu pozostając zimną, z kamienną twarzą, a jednocześnie odwracając wzrok, przez co nie mogłem odczytać ani jednego uczucia z jej twarzy.
- 4 - odszepnąłem. Nastała długa chwila ciszy, a mój umysł znowu odleciał. Tym razem przypomniał mi się basior, z bardzo daleka. Tamta wataha ciągle była mroźna i skuta wiecznym lodem. Basior ten miał tak samo piękną sierść jak ta wadera. A był też niezwykle niebezpieczny. Wiele dni uciekałem przed jego szponami, unikając śmierci często ledwie o włos. Koniec końców ocaliłem mu życie i zniknąłem słysząc tylko prze wielki basior znajdzie mnie i odwdzięczy się kiedyś za ocalony żywot.
- po co ci...ci..t..to wiedzieć?- spytał w końcu nieśmiało Delta . Wadera spojrzała na niego kątem oka i jedynie coś mruknęła pod nosem pesząc czarną kulkę, która jeśli by mogła schowałaby się teraz najchętniej…

<Antilia?>

1.12.2020

Od Antilii do Delty

 Ktoś mnie ścigał. Albo coś. Uciekałam na oślep, biegnąc przez gęstwinę leśnego poszycia. Księżyc w pełni świecił jasno, ujawniając przeszkody swoich jasnym światłem. Kolce krzewów boleśnie kaleczyły moją skórę lecz ja nadal biegłam. Kontrolę nad moim ciałem przejął pierwotny instynkt. Tylko jedna myśl – uciekać. Czułam ostre kamienie pod łapami oraz lepką ciecz na nich ale nie zwracałam na to uwagi. Wybiegłam z gęstego lasu na pustą polanę, na której nie było nic prócz krótkiej trawy i kęp chwastów. Odwróciłam się, szukając oprawcy. Zaczęłam się cofać, ostrożnie stawiając kroki za sobą. Usłyszałam jakiś wrzask ale nie był to krzyk spowodowany strachem a raczej… chęcią zemsty i zadawania bólu. Gdy chciałam unieść się w powietrze, zauważyłam, że nagle nie mam swoich skrzydeł. Głośny trzask po mojej lewej. Odwróciłam mechanicznie głowę w stronę odgłosu. Niespodziewanie Księżyc ukrył się za warstwą chmur, chowając swoje światło za nimi. Gdy wróciło, padał na mnie ogromny cień. Spojrzałam za siebie i zobaczyłam coś, co rozwarło paszczę wielkości ogromnego dębu i…

Obudziłam sierż krzykiem, cała oblana potem. Ciężko oddychałam przez senny wysiłek. Przetarłam zmęczone oczy i rozejrzałam się dookoła. Siedziałam na chmurze, która leniwie przesuwała się w stronę południowego krańca. Spojrzałam na wschód, gdzie słońce powoli wschodziło. Pomarańczowe światło malowało korony nagich drzew i łąki w dole. Wstałam i przeciągnęłam się aby pobudzić krążenie. Przetrzepałam pióra, chcąc pozbyć się starych aby szybko wyrosły nowe. Przed zimą oraz podczas późnej wiosny zawsze zmieniałam upierzenie w skrzydłach. Gdy w końcu pozbyłam się starych lotek, rozłożyłam skrzydła i skoczyłam. Szum w uszach oraz mocne uderzenie powietrza działają na mnie pobudzająco. Szybko podjęłam decyzję, że zrobię szybki patrol nim wrócę do watahy. Były idealne warunki do szybowania. 

Gdy już miałam wracać, coś zauważyłam a raczej wyczułam. Jakiś czas temu znalazłam pewnie zaklęcie, które wykrywa obce wilki w pobliżu. Urok był prosty ale również skuteczny. Zniżyłam lot i wylądowałam w północnej części lasu niedaleko Wodospadu Niedźwiedzi. Rozejrzałam się i ponownie rzuciłam zaklęcie tropiące. Nagle na gołej ziemi zabłyszczały ślady wilczych łap. To chyba wadera, sądząc po wielkości. Chociaż… Wciągnęłam w nos zapach lasu oraz nutkę obcej woni. "Jednak to basior" – powiedziałam w myślach, ruszając za tropem. Po pewnym czasie ślady zaprowadziły mnie do rzeki wodospadu. Na melancholijnym tle rysowała się delikatna sylwetka gościa. Był drobnej budowy oraz chyba nie zauważył mojej obecności. Siedział na samotnym kamieniu plecami do mnie. Szczerze mówiąc, ułatwia mi to robotę. Zakradłam się od tyłu, cały czas monitorując mowę ciała turysty oraz otoczenie. Jednak chyba mnie wyczuł, ponieważ z każdą chwilą coraz bardziej przykładał ogon do ciała. Nie ma sensu się chować. Przybrałam normalną postawę, przyglądając się przeciwnikowi. Nie wygląda na wojownika lecz nigdy nie należy lekceważyć drugiego wilka.
– Kim jesteś? – zawołałam a mój głos odbił się echem od pustej przestrzeni. Wilk odwrócił się do mnie, ukazując dwukolorowe oczy.
– Ja? – zapytał cicho.
Przytaknęłam. Nieznajomy przez chwilę myślał nad odpowiedzią aż w końcu powiedział…

(Delta? Miło mi :)