14.10.2018

Od Igazi

Nie zdawałam sobie sprawy jak wielkie głupstwo popełniłam uciekając z watahy. Gdybym mogła tylko cofnąć czas, zostałabym w jaskini, przemyślając lepiej jak mogłabym sobie poradzić z opętaniem. Niestety, w chwili obecnej moje ciało jest uwięzione w bryle lodu, a dusza błąka się po bezkresach eteru. 
Wszystko zaczęło się od koszmaru, będącym tworem bytu, który podczas szczenięcych zabaw z Mateo i Kiiyuko wszedł w moje ciało. Nie pamiętam dokładniej jak przebiegał koszmar. Po zamrożeniu utraciłam wiele wspomnień, ale dokładna ich liczba nie jest mi znana. Nie pamiętam swoich młodzieńczych lat, nudniejszych dni w watasze, snów czy nawet twarzy bliskich. Jedyne, co pamiętam to ich ciepły ton głosu. Oddałabym wszystko co mam, a mam tylko swoją duszę, by móc jeszcze raz usłyszeć ich słowa, zobaczyć zapomniane pyski, uśmiechnąć się ciepło na pożegnanie. 
Zimna, lodowata, jakby niematerialna powierzchnia to jedyne, co czuję. Bezkres eteru nie mający ani koloru bieli, ani czerni to jedyne, co widzę. Stukot pazurów o wypolerowaną, niewidoczną powierzchnię to jedyne, co słyszę. Nikogo tu nie ma prócz mnie, jednak nadal odczuwam czyjąś obecność. Nie potrafię już odczuwać pragnienia, głodu, zmęczenia. Ale o ironio, od początku mojej wiecznej wędrówki czuję ból istnienia, ściskający moje nieistniejące serce. 

C.D.N

Od Sory Do Six'a


Drzewa wokół okryły się żółcią i złotem, zapłonęły czerwienią. Liście opadające na ziemie już za kilka dni utworzą piękny wzorzysty dywan po którym w mojej byłej watasze biegałyby roześmiane szczeniaki, bawiące się kasztanami i zbierające kolorowe listki. Lub łapały by ostatnie ptaki zanim te odleciały by w cieplejsze miejsca. Różnorodne kapelusze wydostające się spomiędzy liści tworzyły piękną scenerie. Niektóre zbierałam ze sobą, by później móc zrobić z nich lekarstwa lub maści.
Zrywałam jeden z grzybów o bardzo specyficznym fluorescencyjnym jasnoniebieskim kolorze, kiedy wyczułam unikalną aurę której jeszcze nigdy w swoim życiu nie czułam.
- Czujesz to Jiwo? - zapytałam się myszki na co stworek przytaknął.
Czułam mieszankę w równowadze Bieli - niewinności i życia oraz Czerni - śmierci i grzechu. Mieszanki aur są dość częste, ale zawsze nie są sobie tak skrajne. Zwykle, gdy dusza nadaje kolory aurze to są one pasujące do siebie. Nie mogą występować przeciwieństwa. Uporałam się z grzybem, po czym pchana ciekawością musiałam wręcz sprawdzić kto posiada tak wyjątkowa dusze. Jiwo poleciał przodem by sprawdzić czy właściciel aury mi nie zagraża. Zwierzak wrócił po chwili z wiadomością, że nic mi nie grozi. Wyszłam zza drzew, a przy małej kałuży siedział wpatrzony w wodę basior. najpewniej należący do watahy do której niedawno dołączyłam.
- Em... cześć. - mówi podchodząc powoli bliżej.
- Cześć - odpowiedział przenosząc swój wzrok na mnie.
- Masz dziwną aurę. - mówię zbliżając się jeszcze bardziej i wpatrując w oczy. W końcu oczy są zwierciadłem duszy.
-Tego to mi jeszcze nikt nie powiedział... To źle? - powiedział trochę zdziwiony.
- Nie wiem. Jeszcze takiej nie widziałam. Ale to jest na pewno nienaturalne. - stwierdziłam. - jak się nazywasz?
- Six, a ty? - powiedział miło.
- Sora, powiedz miałeś kiedyś jakikolwiek kontakt ze śmiercią? - ciągnęłam moje badania dalej.
- Tak, nawet bliski - przysuwa łapy do siebie, prostując się.
- Jaki dokładniej? - dopytuje.
- No... e... umarłem. - powiedział. Jakim cudem on żyje skoro umarł! Odsunęłam się ze dziwieniem wypisanym na pysku.
- He? Nie wyglądasz na ducha. - przypatruje mu się jeszcze raz, po czym tyka go łapą, ten za to wstał.
- Bo, nie jestem duchem. - powiedział ze śmiechem.
- No przecież mówię. Duchy nie są materialne. Ale ja jeszcze sporo o tym świecie nie wiem. Wszystko możliwe. - odsunęłam się. - Tak w ogóle to co tu robisz?
- Ogólnie to myślę, a ty?
- Zwiedzam i szukam składników. Jestem tu od dopiero niedawna. - odpowiadam z uśmiechem.
- To zupełnie tak jak ja. A jakich składników szukasz?
Powiedziałam czego poszukuje, a Six z chęcią zaproponował pomoc. Jiwo wskazywał nam czasem drogę. Przez całe poszukiwania prowadziliśmy miłą rozmowę w przyjemnej atmosferze.

*Skip later*

Zebraliśmy wszystko czego potrzebowałam. Spakowałam składniki do torby na grzbiecie.
- Przydało by się pozwiedzać jeszcze co?
- W sumie to tak. Mam jakieś mapki, ale są chyba stare. I niektóre podarte.
- Fajnie - obdarzyłam basiora uśmiechem - we dwoje zawsze raźniej.

<Six?>

Od Sixa* Zawód Nauczyciela Polowań

  Jesień, szkoła i szczeniaki. Dla niektórych wkurzające, małe szczekadła, ale dla mnie urocze młode osóbki, rządne wiedzy, przygód i doświadczenia. Szczególnie je lubię, bo jestem do nich podobny. W końcu dzieciństwo i fragment wczesnej dorosłości mi trochę uciekł. Niby pojmuję wszystkie ważne sprawy i jakimś cudem mam ważną wiedzę, ale zostało mi sporo elementów szczenięcego postrzegania świata. Uznałem, że praca w środowisku młodych wilczków będzie dla mnie dobra. Przy okazji nauczę ich czegoś pożytecznego. A na polowaniach się znam jak nikt inny. A od kogo nauczą się tego lepiej, niż od dowódcy?

Ogólnie siedziałem teraz przed zgrają słodkich brzdący, obmyślając różne taktyki i przypominając sobie, co w polowaniu jest najważniejsze, kiedy przyszedł mi do głowy pomysł. W sumie nie znałem szczeniaków, które miałem uczyć. Wypadałoby je najpierw poznać. Przynajmniej z imion. Wilczki wpatrywały się we mnie z zaciekawieniem. Co najpierw. Lista obecności?
- Czy wszyscy są?- spytałem, zwracając się do pierwszego, siedzącego najbliżej mnie szczeniaka. Waderka kiwnęła tylko łebkiem na nie i tyle.
  Dobra, nie ważne.
  - Ja jestem Six. Będę uczył was polowania. Przedstawicie się?
  - Nie!- rozbrzmiał rozbawiony głosik jakiegoś basiora. Zaraz potem usłyszeć się dało cichy śmieszek jeszcze kilku szczeniąt.
  - Ja jestem Canon, Prosze Pana.- spojrzałem na odzianego w sweterek szczeniaka.
Zaraz potem głos zabrała czarno-szara waderka o jednym żółtym, a drugim niebieskim oku:
- Ja jestem Kallisto. To- W tym momencie skinęła głową na waderkę obok.- jest Temisto. Ta niewychowana, czerwonooka kulka to Ren, a z brzegu siedzi Nico. Jest trochę nieśmiała. Z tyłu siedzą Rav i Seven z Tobym. Nauczysz nas czegoś w końcu?
- Jasne. Tylko może najpierw troszkę teorii. A raczej zasad, których musicie przestrzegać na lekcjach polowań. Wiem, że to...
- Nuuuudyyyyy.- Znowu odezwał się Ren. Uśmiechnąłem się. Temmie ganiała po pomoeszczeniu za jakimś motylkiem. Reszta szeptała między sobą.
- Tak, ale też pożyteczna wiedza. Po pierwsze - i zapamiętajcie to sobie - nie wychodzimy na polowania bez dorosłych.
- Absolutne podstawy już znamy, nie jesteśmy głupi- odezwał się Toby, kładąc się na ziemii i przewracając z jednego boku na drugi.
  - Nigdy nie twierdziłem, że jesteście głupi- poinformowałem spokojnie, podchodząc do niego.- Po prostu was pouczam, żeby nic złego wam się nie przydarzyło. Bajki o zawsze wygrywającym bohaterze nie zawsze się sprawdzają. W prawdziwym świecie wystarczy mały błąd i stoicie oko w oko ze śmiercią. Wystarczy, że zaczepicie zbyt duże zwierze, które ma nad wami przewagę i już was nie ma.- W tym momencie odwróciłem się do reszty szczeniąt.- Tak naprawdę uszkodzić was może nawet niepozornie wyglądająca przestraszona sarenka. Dlatego zawsze warto być z kimś dorosłym. Najlepiej w większej grupie. Wtedy szanse na straty własne są mniejsze.
- Chyba tylko największego ciapciaka załatwiłaby sarenka- zaśmiał się Rav.
- A może to Pana pogoniła sarenka, hm?- spytał Seven przeciągając samogłosi w drugim wyrazie.

   Dość tego.

- Seven, spójrz mi w oczy, proszę.- Uśmiechnąłem się zachęcająco. Szczeniak zrobił to z podejrzliwą miną. Reszta szczeniąt też, ale prędzej z ciekawości niż czegokolwiek innego. Szeptały między sobą. Za chwilę moje oczy zmieniły kolor na głęboką zieleń zmieszaną z czernią. Przestali szeptać. Po prostu zamili.

- Powtarzajcie za mną- powiedziałem starając się utrzymywać kontakt wzrokowy ze wszystkimi.- Nie będę polować bez dorosłych do odwołania. Nie będę atakować innych wilków. Nie będę stawał do walki sam, bez pozwolenia i nadzoru nauczycieli, dopóki mi na to nie pozwolą. Będę słuchać się nauczycieli.
  Szczeniaki słowo w słowo powtórzyły treść regółki. Moje oczy przybrały pierwotny kolor. Żadne z tych maluchów nie wie, co zrobiłem. Mają po prostu zakodowane nowe informacje. Ta moc się przydaje.
Teraz pora na fajniejszą część lekcji.
  - A teraz, kto mi powie, czym walczymy?
- Pazurami!
- Kłami i siłą!
- Takim wielkim kijem!
- Umiejętnościami?
- Czym popadnie! Bum!
- Mocami chyba... I wszystkim.
- Sztyletami!

Od Sixa* Zawód Dowódcy Polowań

  Strategia i szyk. W teorii super, ale w praktyce rzadko kiedy działa się według jakiegokolwiek planu. Dlatego potrzebny jest dowódca, który w razie czego wyda stosowne do chwili polecenie. Trzeba w końcu nakarmić te wszystkie małolaty, które same sobie nic nie upolują. Przynajmniej dopóki się nie nauczą.
  Same polowanie sprawia frajdę. Najważniejsze jednak jest mieć wyczucie.
  - Okay, dziś postaramy się upolować trzy zwierzęta. Nie muszę być wielkie, ale zajączkowate łupy to też nie mogą być. Equel, wiesz gdzie są takie zwierzęta?
  - Zawsze możemy się przekonać.
  - Z tego co wiem, nie mamy zaganiaczy. Dopóki tak jest częściowo będę pełnił te funkcję. Postaram się po prostu przestraszyć cele, żeby wpadły na łowców, a dalej sobie poradzicie, prawda?
  - Oczywiście!-usłyszałem głosy Cassandry i Coffe.
  - Tak trzymać!

***

Equel jakoś wykurzył z lasu dwa łosie. Nie trzy, ale ich wielkoś pozwalała na odmówienie sobie jeszcze jednego celu. Moi łowcy czaili się dalej w drzewach, żeby nie wystraszyć zwierząt. Zaniepokojone zwiałyby i tyle byśmy je widzieli. Dlatego tak jakby otoczyliśmy je. Moja kolej. Muszę przestraszyć te zwierzęta tak, żeby wpadły prosto w nasze pazury. W razie czego mam do pomocy Equela, który rozstawił pułapki na nie obstawionym obszarze.

Okay. Jeśli podejdę je od południa będzie najlepiej. Jeśli pobiegną prosto wpadną na Cass i Coffe. Na lewo tyle mają Equela, a po prawej sidła.


Czas start.


- AAAAAAKKHHH! AKYSZ, AKYSZ! SIO POTWORKI!- wydarłem się biegnąc na nie po prostej. Jeden poleciał w Cassandrę, a drugi po przekątnej i skierował się na zastawioną przez żelazne ostre łapki z kolcami.
- Equel, Coffe, gońcie go na drugą!- wrzasnąłem, nie chcąc by zwierze aż tak cierpiało przed śmiercią. To byłoby wbrew mojemu sumieniu. Dziwne, że dopiero teraz o tym pomyślałem.
Sam dołączyłem do Cass i pomogłem z upolowaniem drugiego. Chwilę potem mieliśmy już dwa trupy. Co prawda trochę bardziej się nabiegaliśmy, ale... Dostarczyliśmy w końcu co trzeba było tak gdzie trzeba było, czyli do szkoły, gdzie maluchy mogły się pożywić.

13.10.2018

Od Kalego CD. Haraczki

  Szedłem powoli. Dociskałem łapy do ziemi. Za każdym razem, gdy podnosiłem jedną z nich, to z myślą o tym, że tym razem mocniej wepchnę ją w piach. Krew wrzała we mnie, jakbym conajmniej się palił. Liczyłem już chyba drugą setkę. Nic nie pomagało. 
  Przytłaczające uczucie. Cholerny głosik gdzieś z tyłu głowy mówiący, że popełniłem błąd. Że mogłem rozegrać to lepiej. Że mogłem się nie wkurzać, i że...
  Przez oczami stanął mi obraz płomienia. Ogień. Świetna wizualizacja samopoczucia.
- A SZLAG BY TO WSZYSTKO!
  Wraz z moim wrzaskiem, wokół mnie pojawił się płomienny okrąg. Mimo to szedłem dalej, przekraczając jego granice, a iluzja niebawem zniknęła.
- Po cholerę to wszystko. Miałem być normalny. Imbecyl. Idiota. A ci ludzie? Porażka. Totalny niewypał. Miałem ich tylko postraszyć i co z tego wyszło? Wszyscy mają racje. Beznadzieja.

***

Nie wiem, która była godzina. Czy było tak późno, czy tak wcześnie. Nie obchodziło mnie to. Chciałem być sam ze sobą, póki się nie uspokoję. A mogło zająć to dużo czasu. Jak zwykle. I zajmowało. Nie wiem ile już minęło. Chyba sporo. Wnerwiająco wiele czasu.
...
  Koniec. Pora się trochę wypalić

***

  - Cześć, Zero! Wstajemy!- zawołałem, wchodząc do jaskini. Basior dopiero przebudzał się, kiedy właziłem to tej jego zapchlonej nory. Stał na trzech łapach, jedną jedynie podpierając się, by zachować równowagę.
- Co ci daje trzymanie mnie tu?...- spytał sennie, po czym otworzył oczy. Dopiero teraz jego wzrok skrzyżował się z moim. Zamarł na chwilę. Jego bezczynność była idealną okazją, by powalić go na ziemię.
- Twoje...
- Czerwone, tak?- Skinął głową.- Nie fajne wspomnienia, co?
- Zostaw mnie...- Głos ten był cichy. Niemal proszący.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, że i tak zginiesz marnie, prawda?
- Chyba.- Jakby przypominając sobie o czymś zmienił ton głosu na pewniejszy. Nie ze mną.
- Więc nic ci to nie da!- ryknąłem i z impetem uderzyłem w jedną z jego łap. Wrzasnął, przy okazji drapiąc mnie od boku. Zabolało. Całkiem mocno. Ale dobrze mi to zrobiło. Dzięki temu zdałem sobie sprawę z tego, że w tym miejscu już chyba miałem dość pokaźną ranę. Chyba postrzałową. Chociaż wydawała się draśnięciem. Trzeba to opatrzyć.
   Kolejny wrzask. I następny....

***
  Zero wrzeszczał i skamlał jeszcze długo. Chyba troszeczkę złamałem mu kość....
- Yh! Zamknij się w końcu!- zażądałem. Hałas nie ustawał. Wyszedłem ze swojej jaskini. Potrzebna mi ta mata dźwiękoizolacyjna. Pani Doktor miała dobry pomysł. Bardzo dobry.
  Spojrzałem na swój nieumiejętnie założony opatrunek, z myślą, że ona zrobiłaby to lepiej.
  Tymczasem ja...
Chyba się na nią wydarłem. I nie tylko wydarłem...

- Debil ze mnie.
  Muszę ją przeprosić. I nie mówić jej co zaszło.
  Nie straszyć.
  Być normalnym.


Jakbym, do cholery, umiał.

 Poczułem ucisk na prawej przedniej łapie. Szerzej otworzyłem oczy. Krew wrzała we mnie i w pierwszym momencie chciałem 'to coś' po prostu zrzucić, jednak w porę się otrząsnąłem.
- Sergiusz, nie. Złaź.
  Zamiast usłuchać się mnie, dalej wspinał się wyżej. Postanowiłem poczekać, aż przestanie, a przy okazji ponowić marsz, który nie wiem w którym momencie wstrzymałem. Jednak nie. Dalej właził na mnie, jakbym mu conajmniej pozwolił. Warknąłem ze zdenerwowania, on jednak nic sobie z tego nie robił. W końcu, gdy zaczął wchodzić mi na głowę, (a raczej szyję) potrząsnąłem łbem i zrzuciłem go.
- Kazałem ci zejść- wycedziłem spomiędzy zębów.
  On wysyczał coś gniewnie i znowu oplótł się wokół mojej łapy. Zrezygnowałem z dalszej walki, bo nie zanosiło się na to, że pozwoli sobie na więcej i usiadłem. Wziąłem głębszy wdech. Chyba mi przeszło.
- Dzięki, Sergi.


***

Potem byłem w szpitalu. Bynajmniej nie z własnego powodu. Trzeba było się trochę rozeznać. Oczywiście w sprawie wadery.
  W szpitalu z personelu była jedynie Rose. Była, ale spała. Poczułem lekki zawód. Nie wiedziałem czy był on spowodowany brakiem możliwości doinformowania się w sprawie poszkodowanej, czy tym, że nie mogłem zobaczyć mojej ulubionej Doktorki i przeprosić jej od razu za swoje postępowanie. Sama pacjentka też spała. Oddychała i nie wyglądała jakby nigdy nic, a może nawet wręcz przeciwnie, ale żyła.
  Przyglądałem się jej przez chwilę. Krótką. Może trzy sekundy. Zaraz zrobiłem się bardzo senny. Opadłem na podłogę wyczerpany z sił i oskubany z resztek adrenaliny. Nie musiałem długo czekać na sen, który przyszedł niemal od razu. Poczułem jeszcze jak Sergiusz wślizguje się na mnie i oplata sobą moją przednią, lewą łapę.


<Haraczka? XD już widzę te miny, gdy zobaczą te krew na nim>

Od Tory C.D Kogoś


,,Powoli spadałam w stronę ziemi. Chmury jednak robiły się coraz gęstsze, aż wreszcie na jednej z nich się zatrzymałam. Kłębuszki chmurki zaczęły się unosić pod wpływem mojego uderzenia. Otrzepałam się z puchu, i nagle znalazłam się w szkolnej ławce. Przed moimi oczami widniał nauczyciel z nie zadowoloną miną, a na stoliku kartka z napisaną oceną: 1. Nagle zaczęły mnie gonić dinozaury i..." Tutaj sen się skończył, jednak przez cały czas tkwił mi w głowie. Byłam zadowolona z przerywania swoich snów, gdy uznałam, że są one beznadziejne.
Siedziałam w tym całym królestwie na tej wysokiej górze. Jeśli mam być szczera nigdy tutaj nie byłam. Gorąca woda dawała całkowite rozluźnienie. To dużo pomieszczenie napełnione gorącą wodą, to podobno jedna a części "uzdrowiska" wód wulkanicznych. Uśmiechnęłam się krzywo. Czemu mnie tu nigdy nie zabrali? Nie miałam pojęcia, bo przecież ten budynek był udostępniony dla wszystkich. Westchnęłam cicho i głębiej zanurzyłam się do wody, zamykając oczy. Włosy ciekawie unosiły się na powierzchni, tworząc różne kształty. Po chwili jednak mój spokój zakłóciło coś... albo raczej ktoś, kto wszedł właśnie do pomieszczenia, pewnie podobnie do mnie, by się pomoczyć. Popatrzyłam do góry by ogarnąć wzrokiem takowego osobnika

<Ktoś? Byleby szybko xd>

Od Nitaena


Była przyjemna, jesienna noc. Zapach opadłych liściach mocno zatarł mi się w pamięci. Za niedługo zima... uśmiechnąłem się do siebie pod nosem, po czym przyśpieszyłem kroku. Tam gdzie się wybierałem, nie było ani przyjemnie, ani ciepło. Zapachy pochodziły głównie od krwi, czy też alkoholu i dużej ilości dziwnych rodzajów perfum i olejków. Wierciło w nosie. Nie było to na terenie WMS, a gdzie się wybierałem, wiedziała tylko Kaja. Było to daleko za górami rzecznymi czy też sadem. Szedłem tam.. dla rozrywki? By coś zarobić? W sumie sam nie wiedziałem. Może by urozmaicić swoje życie, chociaż pewnie innym by się to "urozmaicenie" bardziej przydało. Westchnąłem ciężko, i po chwili byłem już przeteleportowany na zupełnie obcych dla większości terenach. Zobaczyłem jakiegoś wilka który zmierzał w tym samym kierunku co ja. Przez chwilę nasze oczy się spotkały, po czym basior wszedł pod korzenie drzewa. Norę zasłaniały dobrze umieszczone mech i długa trawa. Przed wejściem zaciągnąłem jeszcze trochę wieczornego, jesiennego powietrza, po czym wszedłem do nory. Przez jakieś 5 kroków musiałem iść pochylony, lecz zaraz potem, moim oczom ukazała się wielka, okrągła przestrzeń, wysoka na jakieś 8 metrów, a szeroka... może na ponad 200. A że to było koło to chyba średnica. Na środku była mała arena, zagrodzona metalowymi drutami pod napięciem, dookoła mała widownia, nieco dalej stoiska z zakładami, przekąskami, czy też alkoholem. Niczego tu nigdy nie kupowałem, w obawie przez otruciem. Nigdy też w tej małej arenie nie walczyłem, zawsze tylko obstawiałem. Odbywały się tutaj walki wilków. Bez użycia magii, czy też jakiś dodatkowych pomocy. Jeżeli by się tak zdarzyło od razu zostaliby zdyskwalifikowani. Na ten małej arence można było zabijać. W sumie to na tym polegał cały sens walk. Wyżycie się na innych.

C.D.N

Od Equela


Siedziałem w jaskini, patrząc na już dwie dorosłe córki. Zastanawiałem się, czemu postanowiły u nas zostać, a po chwili przyszły do mnie jak pocisk, wspomnienia jak jeszcze były szczeniętami. Nitaen i Kaja się przeprowadzili, Seven gdzieś poszedł, i najprawdopodobniej nie wróci. Westchnąłem cicho i uśmiechnąłem się lekko. Powietrze było ciepłe o poranku, a zapachy dochodzące z dworu przyjemne.
- Tato, idę do szkoły odwiedzić kilka osób! - usłyszałem jak Tori woła wybiegając z jaskini, a gdy tylko miała nad głową niebo, rozprostowała skrzydła, i wzbiła się w powietrze. Podmuch wiatru jaki za sobą przywiała, był bardzo, ale to bardzo przyjemny.
- Ja chyba też pójdę się gdzieś przejść - powiedziałem wstając z zimnej ziemi. Rose była w swojej pracy, a ja miałem już ogarnięte polowanie, mimo że z małą liczbą łowców jest trudno. Tora też gdzieś chyba wychodziła, więc nie musiałem się martwić, że będzie się nudzić. Łapy poniosły mnie w stronę, gdzie pierwszy raz spotkałem Katniss. Ech... wspomnienia. Uśmiechnąłem się do siebie pod nosem, i zatrzymałem się na sławnej polance. Oj Słonko, spoczywaj w spokoju Mruknąłem w myślach, po czym udałem się w stronę gaju. Chcę gofry mruknąłem do siebie, zaczynając szukać węchem Kai.

Od Demona C.D ktoś

Siedziałem sobie spokojnie w jaskini i patrzyłem na gwieździste niebo, czasem się zastanawiam, jak to by było polecieć w kosmos. Brzmi jak marzenie małego szczeniaka c'nie ? Czasem się tak czuję, jak mały, bezbronny szczeniak, który kocha marzyć. Przestałem patrzyć się w niebo i w końcu wyszedłem z tej jaskini, by wilki nie myślały, że na zawsze umarłem, co z tego, że większość śpi, bo jest noc i tak zapewne uda mi się kogoś spotkać. Uznałem, że pójdę nad jezioro. Lubię patrzeć na coś, co ma kolor niebieski, nie wiem czemu, jakoś tak po prostu wyszło, a co jakby cały świat byłby w różnych odcieniach niebieskiego ?czy potrafilibyśmy odróżnić niebo od ziemi ? Czy widzielibyśmy te piękne ptaki, które szybują po niebie ? Tego to raczej się nie dowiem. Dotarłem już do jeziora, siadłem obok kamienia, który znajdował się niedaleko wody, życie potrafi być wspaniałe, teraz jest idealnie, jedynie potrzebuje jakiegoś stworzenia, który byłby w stanie wysłuchać moje kiepskie kawały, ale i tak wiem, że mój czarny humor jest wspaniały. Panowała idealna cisza, dopóki nie przerwał jej szelest zdeptanych liści i patyków, niedługo po tym, z krzaków wyskoczył wilk, nie dałem rady zobaczyć jak wygląda, bo po chwili wskoczył do jeziora, zahaczając o mnie i wrzucając mnie tym to zimnej wody. Przez chwilę zapomniałem, jak się pływa i zabrałem trochę wody w swoje płuca, ale po chili się ocknąłem i wypłynąłem na powierzchnię. Wilka nie było widać, jedynie bąbelki spod wody. Kiedy się wynurzy, mam zamiar go ukatrupić, bo nadal jest mi zimno w tej lodowatej wodzie.

<ktoś, coś ? przepraszam za to opo ale napisałam je w jakieś 30 minut by Lia się nie wkurzała >

12.10.2018

Od Kory CD. Michia i Meg


Na dźwięk drugiego okrzyku waderka wysunęła łepek z krzaków ledwie kilka metrów od basiora. Widać było, że ledwie powstrzymuje się od śmiechu.
- No to jak, panie wielki wychowawco, co mi wolno, a czego nie?
- Przecież nie przyszedłem tu z zamiarem zakazywania ci czegokolwiek – odparł spokojnie Michio, odwracając głowę na dźwięk jej głosu.
- Hm? I tak nie będziesz mnie wychowywać! Ani ci w tym sierocińcu! Pójdę sobie do lasu, zgubię się porządnie i tyle będziecie mnie widzieli, ha! – krzyknęła zadowolona z siebie, gramoląc się na najbliższe drzewo.
- Ale ja cię do niczego nie zmuszam. Możesz sobie iść, dokąd chcesz, proszę bardzo – dobiegło z dołu.
Kora zatrzymała się wpół kroku, po czym powoli obróciła się i przyjrzała się jeszcze raz basiorowi spod półprzymkniętych w arcypodejrzliwy sposób powiek.
- Nie wierzę ci!
- I co zamierzasz zrobić z tą niewiarą? – zapytał wilk, zadzierając głowę z uśmiechem na pysku.
- Nie pójdę.
- Cóż, jeśli nie chcesz… Dobrze – wzruszył ramionami i odwrócił się. – Do zobaczenia! – zawołał, odchodząc powoli w kierunku swojej jaskini.
Została sama. Ze swojego drzewa obserwowała każdy jego krok na drodze do domu, a potem patrzyła w tamtą stronę jeszcze długo, rozmyślając.

***
Rozległ się odgłos kroków łap na kamiennej posadzce. Drzwi otworzyły się ze zgrzytem i stanął w nich Michio. Uniósł brwi, nie mogąc powstrzymać też lekkiego uśmiechu.
- Przyszłam na spanko – wyjaśnił nocny gość, jak gdyby nigdy nic.
- W takim razie zapraszam. – Basior otworzył drzwi szerzej, a mała istotka wcisnęła się do środka. Popatrzył za nią. – Ostatnio chciałaś uciekać do jeleni w lesie. Co takiego sprawiło, że zmieniłaś zdanie?
- Masz lepsze kocyki – odparła zwyczajnie Kora, już sadowiąc się w gniazdku z puszystego materiału. – Nawet lepsze, niż w domu… - mruknęła sennie.
Michio drgnął, zapewne przypomniawszy sobie, że dotąd nie wie o waderce właściwie nic poza imieniem.
- W domu? – zapytał ostrożnie, podchodząc bliżej. – Wiesz, kim byli twoi rodzice?
- Laka… Maka Paka – wymamrotała, a jej oczy na chwilę otworzyły się szerzej, jakby na jakieś okropne wspomnienie. Zanim jednak basior zdążył zapytać, czy wszystko w porządku, zasnęła.

<Meg/Michio?>

Od Haraki CD. Kalego

Otworzyła oczy. Kalego już nie było.
- Pięknie – mruknęła pod nosem, chociaż w środku bardziej niż zła była zaniepokojona. Co tu się stało? Czy ten dureń jest ranny? Strzelali…
Wzdrygnęła się, po czym pośpieszyła do poszkodowanej. Leżała w całkiem sporej kałuży krwi.
- Hej! – zawołała cicho szczurzyca, uderzając ją ogonem w policzek. Nie zareagowała. Nieprzytomna, wspaniale. Haraka szybko odnalazła rany i skrzywiła się na ich widok. Trzeba było szybko zatamować krwotok, ale oczywiście nikogo do pomocy nie ma, nawet ekwipunku brakuje. Zawęszyła; w pobliżu na nieszczęście nie było żadnego wilka, a nawet, gdyby był, metaliczny odór krwi nie pozwalałby jej go wyczuć. Nie mogła nawet dokładnie zbadać obrażeń.
Kiedy się rozejrzała, nieopodal dostrzegła liście nad wyraz wyrośniętej babki. Sposoby dziada pradziada może i działały w przypadku obrażeń, które on sam odnosił, ale jakiś zmięty listek na ranę postrzałową…?
Nie było jednak innego wyjścia. Szybko podbiegła do kępy, zerwała kilka pędów, potem zebrała łodyżki jakiejś długiej trawy i zabrała się do roboty. Najprawdopodobniej wda się zakażenie, ale to i tak będzie lepsze niż wykrwawienie się ofiary tych dwunogów, prawda?
Starając się powstrzymać wciąż sączącą się z ran krew, zauważyła jeszcze jedną rzecz. Posoka na ziemi nie należała tylko do wadery, co więcej, było jej pełno wszędzie wokół – na pniach drzew, na łodygach krzaków. Szczurzyca patrzyła na to wszystko i narastał w niej coraz większy lęk. Oprzytomniała. Trzeba przenieść ranną w bardziej dogodne miejsce.
Nie namyślając się długo, ruszyła w stronę, z której wyczuwała zapach Kalego. Prędko przesadzała kolejne kępki trawy, szybko odnalazła wilka skrytego w zaciszu krzaków. Na jego futrze było widać krew.
- Kali? – zapytała ze ściśniętym gardłem. – Co się tam stało..?
- Nic ważnego – odpowiedział, nie patrząc na nią. – Powiedziałem, daj mi chwilę…
Łuskowata bestia wydała z siebie syknięcie o jasnym przekazie.
- Ale tamtą waderę trzeba przenieść, a ja przecież nie mam jak!
- Gdzie? – zapytał tylko wilk.
- Do szpitala. Ale co się…
Następna chwila zlała się w kilka niewyraźnych słów, kłapnięć zębami, kolorowych plam i trochę wariackiego pędu. Kiedy minęła, Haraka znajdowała się już obok poszkodowanej wilczycy na łóżku szpitalnym.
- Jak… - wymamrotała pod nosem, po czym odwracając się, krzyknęła – Czekaj!
Ale czarny wilk już zniknął za drzwiami.
- Rose! – wrzasnęła medyczka, czując, że opada z sił. – Zajmij się nią – powiedziała, nie sprawdzając nawet, czy wilczyca słucha. Zeskoczyła ciężko z łóżka i podreptała w stronę okna. Wyskoczyła, do ziemi było blisko. Czując, jak powieki same jej opadają, wtoczyła się do małej jamki pod rosnącą tuż obok szpitala wierzbą, gdzie zdarzało jej się sypiać. Wiedziała, że to nie zmęczenie mięśni, tylko umysłu, który miał już serdecznie dość tego dnia.
Otępiała, rzuciła się na posłanko z liści i od razu zasnęła.

<Kali? Nie martw się, ona znów do ciebie jutro przyjdzie >:3>

Od Coffe ,,Dziwny sen"


Dziś miałam dość dziwny sen. Śniło mi się że był ranek wstałam i poszłam w stronę wyjśća. Najpierw przeszłam się po łące a później brzegiem jeziora jednak potem zauwarzyłam jakąś postać,która zaczęła się do mnie,a ja w panice zaczęłam uciekać. Postać goniła mnie aż do mojej jaskini,nie chciałam aby wbiegła tam za mną więc skręciłam gwałtownie w prawo i straciłam przytomność. Potem obudziłam się ze snu. Był on przerażający,dziwny i niepokojący.
Postanowiłam się przejść po plaży i trochę odetchnąć a przy okazji weszłam do wody się ochłodzić. A sen cały czas chodził mi po głowie,nie mogłam się uwolnić od tych myśli.
Przez niego szybko wróciłam z powrotem i jakąś udało mi się zapomnieć o nim ale tylko przez chwile bo później znów zaczęłam o nim myśleć lecz w końcu nie zwracałam na ten sen uwagi i starałam się zapomnieć.



<Ktoś?>

11.10.2018

Od Mauvais CD Videtura

Ciastka, ciastka, ciastka. Gdzie tu można znaleźć ciastka w środku, że tak powiem, pustyni? No ale nic, wyobrażenia o tym świecie bywają różne. 
Żwawym krokiem ruszyłam w stronę owego tajemniczego miejsca oznaczonego wyjątkowo szczegółowo tia. Nie pozostało nam nic innego, jak iść do przodu i w końcu rozwikłać tę zagadkę pokreślonej mapy. Chyba kiedyś opiszę tę historię. Myślę, że wyszłaby z tego dobra książka, oczywiście jak ktoś umie pisać. Nigdy niczego nie pisałam, tak myślę. Chyba, że kierowała mną dziwna siła i nieświadomie opisywałam wszystkie wydarzenia, w głowie i na głos, a ja nawet tego nie wiem. 
- Zbliżamy się z każdą sekundą to wyznaczonego miejsca, a na horyzoncie nawet nie widać czegoś interesującego... - fuknęłam niezadowolona z takiego obrotu spraw. Nawet jeżeli Videtur coś odpowiedział, to nie słyszałam tego, bo umysł miałam zagłuszony przez własne, kołatające myśli, które nagle pojawiły się znikąd. Jedynie bardzo denerwujący dźwięk potrafi mnie wyrwać z tego stanu, a taki rozległ się dosłownie chwilę później. Jakieś pomruki, niezidentyfikowane brzdęki, mruczenia, warknięcia... Podniosłam głowę i z zaciekawieniem spojrzałam na mojego towarzysza. 
- Słyszałeś coś? - zapytałam retorycznie, bo jakie inne pytanie można by tutaj zadać? Videtur popatrzył na mnie jak na idiotkę i wskazał na coś za mną. Gwałtownie odwróciłam głowę do tyłu i jedyne co zobaczyłam to wielką czerwoną skorupę. Cofnęłam się, kompletnie zamroczona, i powędrowałam wzrokiem w górę. Coś interesującego, stało przede mną coś aka mantykora, jednakże z jakby szklanym ogonem, który delikatnie połyskiwał w słońcu. Miała również bycze rogi, nietoperze skrzydła w kolorze krwi oraz świecące nienawiścią oczy. 
- Ciekawe - mruknęłam wpatrzona jak zauroczona w złote ślepia kreatury. Jakby w odpowiedzi, stworzenie przede mną zamachnęło się pięknym, szklanym ogonem i w tym samym momencie straciłam grunt pod łapami. Nie tylko w przenośni, ale również dosłownie. Ziemia pode mną i Videturem zaczęła pękać, pojawiły się na niej wzory wyglądające dziwnie znajomo, a chwilę później po prostu rozpadła się na tysiące płyt skalnych, grud mokrej ziemi, pojedynczych kamieni i korzeni, które jakimś cudem tam się znalazły. Oczywiście grawitacja działa, tak jak działa, więc ja i basior zaczęliśmy spadać przez około trzydzieści sekund. Potem oboje spadliśmy na jakąś zimną posadzkę, coś chrupnęło, coś chrząstnęło, coś się złamało, a ja poczułam przeraźliwy ból w prawej łapie i chwilę potem tak jakoś nie miałam siły by wstać, więc po prostu zemdlałam. 

<Vide? Jak by co, nie planowałam zabijać Mauvais, więc sobie po prostu leży xD>

Od Michia CD. Meg i Kory

  - Dobra, mogę już cię z tym zostawić, czy jeszcze będziesz potrzebował mojej pomocy?- spytała, a ja przyjrzałem się jej troszkę. Na głowie wciąż miała szczątki listka, który jakimś cudem nie spadł z niej, gdy wadera się otrzepywała.
  - Tymczasowo raczej sobie radzę...- Rozejrzałem się troszkę. Gdzie jest Kora...?
- Jeśli będziesz potrzebować pomocy, zawsze możesz zwrócić do mnie- zaproponowała kręcąc jeszcze łebkiem, by zrzucić liskta, który spadł, przez co uśmiechnąłem się delikatnie.
- Dzięki, Megi. Można na ciebie liczyć. A propos liczb... Muszę chyba poszukać tej jednej jedynej w swoim rodzaju rozrabiaki. Wiesz gdzie jest?
- Chyba potwora- poprawiła mnie. Zdjąłem swój uśmiech pozostawiając minę pełną nieprzekonania, jako pozostałość po nim.
- Nie jest aż taka złaaa...
- W każdym razie pobiegła do lasu. Pomóc ci jej szukać? Mam jeszczę chwilę.
- Nie rób sobie kłopotu. Dam radę. Wpadniesz potem? Jakoś wieczorem, jak już porozmawiam trochę z tym szczeniakiem.
  Zastanowiła się przez chwilę.
- Zobaczę jeszcze. Jak będę wolna, to dam ci znać.
- Okay, to do zobaczenia- pożegnałem się.
- Do później.

Wadera oddaliła się w tą samą stronę, w którą wiał wiatr. Ja za to w przeciwną. Wkroczyłem między drzewa i zacząłem ją tropić. Niestety trop nie był zbyt wyraźny, bo rozpraszał się wraz ze zmianą kierunku wiatru na każdą stronę. Postawiłem więc na inną metodę. Westchnąłem i ponownie nabrałem powietrza.

- Koooraa!

Nic.

- KOOOOOOORAAAAAA!

<Korcia?/Meg? C: >



Od Lii ,,Szukanie dywaników z depresją"

,,Znalazłam coś, czego nie szukałam"
Nie szukałam, a jednak znalazłam. 
Mimo że inni szukają tego przez całe życie. 
Chciałabym to im odstąpić, ale..
jak? 

***

Jeśli mam być szczera, to włączył mi się tryb no-life, jakby nie wystarczyło że na co dzień jestem beznadziejnym przypadkiem osobnika który urodził się tylko po to, by zaśmiecać życie innych. Małe pudrowate psisko dreptało rozkosznie przed siebie, nie zważając na cały otaczający go dookoła świat. Skrzywiłam się. Nie pytało skąd jestem, jakie mam zamiary, nie patrzyło krzywo na Crystal. gdybym spotkała dorosłego... pewno by się zaczęło, czyli w pewnym sensie to dobrze, że trafiłam na małe nie ogarniające życia stworzenie. Po chwili już z daleka, dostrzegłam jasno-szary budynek na... wielkim, mocnym drzewie. Chociaż wielkie i mocne to dość nijakie słowa, więc proszę pomnóżcie je gdzieś tak około 100 razy.
- Zgaduję, że to tam? - spytałam maszerując za małolatem.
- Mhm!
- A ty teraz nie powinieneś być w szkole? - szczeniak popatrzył na mnie swoimi wielkimi niebieskimi oczami
- Mama mi nie pozwala, bo się o mnie boi.
- Wy wszyscy jesteście w kolorze... pudrowego różu? - spytałam, bo nie dawało mi to spokoju.
- Nie wszyscy - przyznał szczeniak, schodząc po ścieżce z już opadłych liści na dół - kilka wilków jest w kolorze kremu, czy ogólnie w bladych kolorach... oprócz jednego. - dodał po chwili ciszej, wkułam w niego wzrok, nie zbyt intensywnie, ale ten się wzdrygnął
- Mogłaby się pani nie wpatrywać w mój kark? To boli. - mój umysł dostał laga. Boli? Chyba znowu dostałam wiadomość, że pozory mogą mylić. Możliwe że była to jedna z tych najbardziej posranie niebezpiecznych watah, które na takie nie wyglądają. Jeszcze do tego szkoła. Poszłam za moim przewodnikiem pod jeden z korzeni drzewa, i po chwili zaczęłam bezwiednie unosić się w powietrzu do góry. Nie lubiłam gdy ktoś lub coś miało nade mną kontrolę, bez mojej wiedzy, zgody ani czymkolwiek innym. Po jakiejś minucie byliśmy na górze, i pierwsze co nadeszło, to fala uderzeniowa, wszelakich zapachów. Było ich za dużo. Zaczęłam się nerwowo rozglądać. Szkołę można było porównać do ulic w chinach. Z tego co pamiętam, powinni być nauczyciele na dyżurach. Jednego o mały włos nie spotkałam, ale ukryłam się za ścianą. Co do Crystal... nałożyła na siebie zaklęcie powietrza, i od czasu do czasu słyszałam tylko jej głos, albo jej zmaterializowaną, lekko widoczną głowę z wiatru, czyli ogólnie: była wszędzie.
- Co do tego wilka z inną sierścią - powiedziałam - to jest to jedyny wilk z ciemnym futrem?
- Mhm - potaknął - jego matka zaraz po jego urodzeniu została wygnana z watahy.
- Czemu? - zaciekawiłam się. Ten popatrzył na mnie dziwnym, zimnym wzrokiem nie pasującym do jego wyglądu
- Miała dzieci z wilkiem z poza watahy. - BINGO! pomyślałam i już świat zaczął stawać w szarych barwach! (powinno być różowych, ale tak było tego różu tyle, że można było się porzygać) po chwili szczeniak stracił mną zainteresowanie, gdy zobaczył swojego jakiegoś znajomego. Czyli mam działać teraz sama nie? Westchnęłam i zaczęłam wytężać wzrok i węch. Coś muszę poczuć.

Od Coffe ,,Po randce"


Wróciłam późnym wieczorem do jaskini.Byłam zmęczona więc poszłam już spać.Obódziłam się o 12.30 jak nigdy dotąd no ale co się dziwić jak późno wróciłam.Przeszłam się jeszcze po łące.Gdy nagle zauważyłam Fina.Podeszłam do niego i powiedziałam:
-Hej
-Cześć. Odpowiedział Finn
-I jak tam u ciebie? Spytałam się
-No spoko a u ciebie? Spytał basior
-Może być. Odpowiedzialna
-A co ty tu robisz? Spytała się wadera
-Tak po prostu stwierdziłem że się przejdę a ty? Zadał yo samo pytanie w moją stronę
-Stwierdziłam że się przewietrze i wyszłam na łąkę. Odpowiedzialna na pytanie
-Może wpadniesz do mnie jutro? Powiedziała biała wadę ra i czekała na jego odpowiedź


<Finn?>

10.10.2018

Od Mateo

Możemy spokojnie pominąć powrót do naszego uniwersum. Magiczne portale i te sprawy, nie będziemy się w to zagłębiać. Zorientowałem się tylko w pewnym momencie, że nie mam ze sobą mojego kuferka. Został w Australii. Był w nim i tak tylko ten stary pluszak. Cóż, wrócił tam, gdzie jego miejsce, ja go nie potrzebuję.
Szedłem powoli krętą drogą, prowadzącą między wielkimi, sędziwymi drzewami. Dawno wyczułem znajomy zapach watahy, szczególnie mocny na granicach terytoriów, odstraszający potencjalnych włóczęgów. Niektórym i tak chciało się wchodzić, na przykład mnie.
Kilka kroków naprzód i już atmosfera się zmieniła. Wiedziałem teraz, gdzie jestem; to był mój rodzinny lasek, jeżeli można tak nazwać kupę drzew, którą spalili niegdyś moi rodzice (długa historia). Odrosła. Ten fakt w okropnie irytujący sposób niemal usiłuje wepchnąć mi do gardła informację, że z każdej klęski można się podnieść. Ale jest dokładnie tak samo motywujący jak (z nazwy) motywujący cytat, czyli wcale.
Miłe aromaty stawały się coraz silniejsze. Byłem już w miejscu, w którym kiedyś z Kii i Igazi łapaliśmy myszy. Zmrużyłem oczy, by przypadkiem się nie rozbeczeć. Ignasia… Ciekawe, co u niej?
Zauważyłem, że przyspieszam. Po chwili byłem już w pełnym galopie, gałązki smagały mnie po twarzy, ale nic to. Chciałem być już w domu. Bardzo chciałem. Wreszcie. Spokój.
Przedarłem się przez ostatnie krzaki i wypadłem na polanę. Dyszałem ciężko. Przed sobą miałem skalną ścianę, a pośrodku – jaskinię, w której się wychowałem. Miałem ochotę po prostu tam wbiec i rzucić się na łóżko, ale coś mnie powstrzymywało. Powoli zbliżyłem się do wejścia. Bałem się reakcji rodziny, tego, co powiedzą… Ale, jasny gwint, musiałem tam wejść. Potrzebowałem tego.
Ojca pewnie nie było w domu, jak zwykle, ale za nim nigdy specjalnie nie tęsknię. Pierwszą osobą, którą zobaczyłem, była Luna. Nie zauważyła mnie, zatrzymałem się niepewnie.
- Cześć, mamo – powiedziałem, starając się uśmiechnąć. Zabrzmiało to dziwnie – słowa, które wypowiada się po powrocie z szkoły w piątkowe popołudnie, po tak długiej rozłące.
Odwróciła się, jak rażona piorunem.
- Ma…Mateo? – wykrztusiła po chwili, jakby mnie nie poznawała. Czekałem, nie wiedząc, co ze sobą zrobić.
- TY ŻYJESZ! – krzyknęła wreszcie, rzucając się na mnie i zamykając w uścisku. Prawie się udusiłem.
- Gdzie ty byłeś tyle czasu?!
- Khe… W Australii – wykrztusiłem, kątem oka rejestrując jakiś ruch. Znajoma istota podbiegła bliżej. – Bobslej! – zawołałem radośnie, kiedy dołączył się do przytulasa, chociaż to nie w jego stylu.
- A z matki to już się nie cieszysz, tak? – Luna zmieniła ton głosu na groźniejszy. Spojrzałem na nią z zaskoczeniem. – Jak można tak sobie nagle wyjeżdżać i zostawiać matkę z piątką bachorów i ojcem alkoholikiem?! JAK MOŻNA!? NAWET POCZTÓWKI ŻEŚ NIE WYSŁAŁ!
- Yhm…
- Co się tu dzieje? – zapytał zaspany głos.
Odwróciliśmy się wszyscy. W przejściu do innej partii jaskini stała jakaś postać – nie byłem pewien, kto to taki, chociaż pachniał znajomo.
- Twój kochany braciszek – syknęła Luna – postanowił, że zrobi nam tę łaskę i wróci do domu.
- Wcale nie… - urwałem w pół zdania. Braciszek? Wybałuszyłem oczy. – Kalli!?
- Eee… Tak? – odpowiedziała, po czym spojrzała na mamę, jakby szukała odpowiedzi na pytanie „jesteś pewna, że to coś jest moim bratem?”.
- Nic, po prostu… wyrosłaś. – To było jedyne, co przyszło mi do głowy. Zabrzmiało głupio.
Zanim się obejrzałem, skądś wyłoniła się reszta rodzeństwa, zamieniając salon w salę konferencyjną. Temat spotkania: „Potępiamy syna marnotrawnego”. Ślicznie.
Widok ich pysków, niemal dorosłych wprawiał mnie w osłupienie. Ile czasu mnie nie było? Jak mogłem przegapić aż tak długi okres życia rodziny? Dureń. Łapserdak, pasztet jeden.
Podniosłem głowę, bo przypomniałem sobie o rzeczy, która nie dawała mi spokoju.
- Gdzie Ignasia?
- A ten już… - prychnęło coś, co kiedyś było tym ciemniejszym niesfornym szczeniaczkiem, a teraz wyrastało na basiora, którego omijałbym na ulicy szerokim łukiem. Szybko został uciszony przez siostry.
Z Luny, która stała przede mną nadąsana, jakby uszło powietrze. Uciekła spojrzeniem gdzieś w bok. No nie.
- Wyszła… po jedzenie. – odparła. – A co tam u Kiiyuko?
Myśli pełne obaw zniknęły jak smagnięte biczem, zastąpione przez ból. Zacisnąłem szczęki, starając się za wszelką cenę odgonić wspomnienia. Musiałem odpowiedzieć.
- Nie żyje.
Przez rodzeństwo, jak i mamę, przeszło westchnienie zaskoczenia. Spuścili głowy. Śmierć wilka była tragiczna, ale… wydawało mi się, że było coś jeszcze. Mimo cierpienia i łez cisnących mi się do oczu, dałem radę zapytać:
- Co z Igazi? Powiecie mi czy nie? – Mój głos wybrzmiał wyżej, niż powinien.
Matka wbiła wzrok w ziemię jeszcze mocniej. Czyli jednak. Wzięła głęboki wdech.
- Nie wiemy. Zniknęła. Odeszła. Trop urywa się przy granicy.
Zakręciło mi się w głowie, nogi miałem jak z waty. Mózg nie miał siły przetwarzać usłyszanych słów.
- Muszę się położyć – wydukałem, po czym na ślepo przepchnąłem się przez rodzeństwo, odnalazłem swój pokój i padłem na czekające już na mnie posłanie.

Od teraz Metło jest ku-ku! *zatacza palcem wdzięczne kółeczko przy łepku*, więc przechodzę na narrację trzecioosobową. Trzymajcie się, misiaczki.

Mauvais pisze, aby nie zginąć śmiercią tragiczną

No cóż i kolejny dzień mija. Tak samo jak poprzedni, dokładnie o tej samej godzinie co poprzedni. Dokładnie w ten sam sposób. A ja jestem dokładnie w tym samym miejscu - bo gdzie niby mogłabym być, jak nie w mojej przytulnej jaskini? Na zewnątrz? W trakcie dnia? Nie rozśmieszaj mnie.
Czas, kiedy kolejny dzień nie wniósł do mojego życia nic nowego, poniekąd zmusił mnie do refleksji na różne, filozoficzne tematy, które te mniej cierpliwe i niezainteresowane jednostki po prostu pominą, bo "dlaczego by nie". Otóż, jestem w tej watasze od, no cóż, powiedźmy, że dawna. Czy coś wniosłam do tej społeczności? Czy po prostu jestem nic nieznaczącym osobnikiem, który posłusznie wykonuje swoje obowiązki, jaki na niego nałożono i nie wykonuje nic poza tym? Dosyć dawno dołączyłam, myślę, że każdy przyzwyczaił się już do myśli, że ten teren jest zamieszkiwany między innymi przez waderę wciąż tkwiącą w swych snach. Chociaż... gdyby było inaczej to nie zdziwiłoby mnie to. W końcu technicznie było to dopiero parę dni, do czego można się przyzwyczaić przez takie kilka dni, które dodatkowo mijają szybko i czasami ma się wrażenie, że są tylko wyimaginowaną rzeczywistością, alternatywnym światem, w który zagłębiamy się podczas najnudniejszych partii naszego życia. Ehh, wybacz, nie chciałam zabrzmieć dziwnie! Ale to co myślę i mówię niestety nie zależy ode mnie. Kieruje mną jakaś nieznana siła, która zmusza mnie do mówienia tego i owego, martwienia się tym i tamtym, przeliczania i przewidywania, podczas, gdy z perspektywy czasu przyłapuję się na tym, że chętnie odpowiedziałabym inaczej na jakąś wypowiedź. Ale niestety, na razie nie odczuwam potrzeby cofania się w czasie. Dobrze mi jest tu i teraz, mimo, że czasami wyglądam, jakbym myślała wręcz przeciwnie.
.
.
Ale... zdajesz sobie sprawę z tego, iż ja wiem, że to tylko pewnego rodzaju gra? Wyimaginowana rzeczywistość? Wymyślony świat, w którym wszystko jest możliwe, nawet znalezienie pokreślonej mapy w czyjejś biografii? Swoją drogą, pozdrawiam cię Videtur, dzięki, że dzięki tobie pojawił się punkt kulminacyjny. Wiem o wszystkim co się wydarzyło w tym świecie. O każdej śmierci, każdej zagadkowej sytuacji, wiem wszystko o każdym centymetrze ziemi. Wiem także, że ktoś nami steruje. Wymyśla nasze dialogi i konwersacje. Nie wiem z czego ta potworna wiedza się bierze. Skąd bierze się myśl, że ktoś pociąga za sznurki wedle własnego uznania, przy okazji kierując moimi ruchami, myślami i słowami? To jest okropne... Zastanawiam się czy to dlatego, że jestem teraz Wyrocznią. Czy poprzednia też miała taką wiedzę, ale jej nie okazywała? Albo może to po prostu coś w rodzaju telepatii? Ja wiem to, co wie ona, ta która mną steruje. A ona wie wszystko, bo czyta wszystko, co się tutaj dzieje. A może po prostu oszalałam? Przez samotność i inne takie... Zaczynam tworzyć jakiś własny alternatywny świat z dziwnymi zasadami moralności, do reszty straciłam zdrowy rozsądek. Wybaczcie mi, może jestem po prostu zmęczona. Tym... wszystkim. Czas usnąć, czas odpocząć, czas pozbyć się tej wiedzy.

<Samodzielne opowiadanie, a poza tym jak ktokolwiek miałby na to odpisać? + Vide, odpis będzie jutro>

Od Videtura CD Mauvais

Spojrzałem jeszcze raz na mapę. Najszybsza droga prowadzi właśnie przez ten czarny krzyżyk ze znakiem zapytania.
- Może jest tam coś dziwacznego? - Vais spojrzała na mnie jak na debila. I słusznie, choć to właśnie miałem na myśli. Kto zaznaczałby coś znakiem zapytania w miejscu gdzie-prawdopodobnie-się było? Do łba przybyła myśl o wędrowcy, który na bezludziu spotkał mały domek ze starszą panią piekącą ciasteczka, przez co był tak zdziwiony, że aż na mapie nakreślił znak zapytania. Chyba jednak nie to tam właśnie było. < Choć byłoby naprawdę miło po dotarciu do celu zjeść parę świeżych ciasteczek> - W stylu coś nieopisywalnego? - próbowałem się uratować, ale chyba pogorszyłem sprawę. Teraz na myśl przyszła mi totalna pustka znajdująca się w zaznaczonym miejscu. Jakby świat tam nie istniał. Teraz wędrowiec nie byłby w stanie powiedzieć co to do diabła jest ani zaznaczyć tego nijak na mapie więc zaznaczył to tylko znakiem zapytania. - Ugghh, nie mam teraz głowy do takich teorii!
- Pójdziemy, zobaczymy - powiedziała Mauvais.
- Lepiej tak... - powiedziałem, chowając mapę. Ruszyłem z Mauvais. Przez te całe głupkowate pomysły nabrałem ochoty na ciastka...

< Mauvais? żyję, bo muszę xDD >

Od Megami cd. Michia/Kory

Tak jak obiecałam, miałam dowiedzieć się coś więcej na temat wychowywania szczeniaków. A więc spojrzałam do dostępnych dla mnie źródeł, popytałam innych i... Nie umiem określić, czy jest to łatwe, czy proste. Nikt mi nic konkretnego nie powiedział.
Stałam przed jaskinią Michia i zastanawiałam się, czy wejść, czy lepiej poczekać. Niespodziewanie ze środka wybiegła... Kora. Cofnęłam się i zmarszczyłam brwi. Może i był to trochę śmieszne i głupie, że odkąd zamieszkałam w WMS, nie miałam żadnych wrogów, a nagle stał się nim jakiś szczeniak. No cóż, widocznie los tak chciał, tego się nie zmieni. Kora również zrobiła krok w tył.
-Co tu robisz?!-warknęła.-Idź stąd!
Już chciałam się odezwać, lecz w tedy do akcji wkroczył Michio.
-Spokojnie, dzieci-rzekł,podchodząc do nas.- Hej Megi.
Ostatni raz spojrzałam na Korę, po czym przekierowałam wzrok na basiora. Wzięłam głęboki wdech, uspakajając się przy tym.
-Cześć...-odpowiedziałam.
-A więc, co się dowiedziałaś, odnośnie wychowania szczeniaków?
-Zaraz-wtrąciła Kora.-Czy wy chcecie mnie wychowywać? Wy? W Y?-gdy to powiedziała, zaczęła się śmiać.
-To był jego pomysł! Ja tu jestem tylko, by dawać dobre rady-których i tak nie mam za dużo...-pomyślałam sobie.
-Tak? Ciekawe... Zakochana para!!!-mała wadera wybuchła śmiechem. Tego było już za dużo. Poczułam, jak jeży mi się sierść na karku. Warknęłam, odsłoniłam kły, po czym rzuciłam się w stronę Kory, jednak szczeniak zdążył uciec, a ja, po zrobieniu kilku przewrotów, uderzyłam o drzewo, które przynajmniej zatrzymało moje dalsze turlanie się. Kątem oka dostrzegłam, jak Kora wbiega gdzieś w głąb lasu. Chociaż tyle- pomyślałam. Po raz kolejny wzięłam uspakajający oddech.
-Wszystko dobrze?-chwilę później Michio znalazł się obok mnie.
-Tak-odparłam, podnosząc się z ziemi. Strzepałam z siebie igły i inne liściopodobne cosie, które wplątały się w moje futro.-Na pewno chcesz przyjąć to pod swój dach?-dodałam.
-To jasne. Lecz najpierw chciałbym usłyszeć coś, co ty wiesz o adopcji i wychowaniu.
-Emmm...-wystękałam.-W sumie to nie wiem, co powiedzieć. Co do adopcji, chyba będzie trzeba to uzgodnić z alfą, lub opiekunem szczeniaków.
Widoczne było, że basior oczekuje czegoś więcej.
-Nie wiem, co jeszcze do tego dodać-westchnęłam.-Będziesz musiał trochę nad nią... panować? Ograniczać? Chodź nie wiem, czy to w tym przypadku możliwe, ale ok-burknęłam do siebie.-Oczywiście nie możesz stać nad nią 24h, ale musisz jej wytłumaczyć, co wolno, a co nie. Także ten...życzę ci powodzenia!
-Ha ha ha, dzięki-odparł.
-Dobra, mogę już cię z tym zostawić, czy jeszcze będziesz potrzebował mojej pomocy?

<Michio? Kora? Baaardzo przepraszam, że tak długo czekaliście ;-; >