8.06.2018

Od Michia CD Mateo

Było mi lepiej. Tak czułem. Brak zmęczenia, brak mdłości, zawrotów głowy... Tak. Zdecydowanie lepiej.
  Zaciągnąłem się powietrzem, które miało o wiele wyraźniejszy zapach niż przed tym wszystkim.
  Chwila... Właściwie czym? Gdzie ja jestem?
  Otworzyłem szybko oczy i wstałem na cztery łapy. Wzrok mi się wyostrzył i dopiero wtedy zauważyłem waderę przede mną. Fioletowe oczy wpadające w fuksję i purpurę patrzyły na mnie z dziwnym zmartwieniem i ufnością. Nie rozumiałem tego.
- Witaj, cieszę się, że się obudziłeś. Jestem Rose, ale możesz mówić Rosie. Jestem medyczką. Lepiej byłoby dla ciebie, gdybyś nie wstawał.- powiadomiła mnie.- Jak się nazywasz?
- Ja...- Nie wiem o co tu chodzi.- skończyłem w myślach. Tamten wilk... On miał mnie zabić. To były jego tereny. Nadal są! Miałem nie żyć! Nie żyć jak Six! Yh. Dobra. Może to i lepiej. Może taki los nie był mi pisany. Może po prostu muszę zginąć inaczej.- Chce stąd iść. Muszę...- Okropnie nie chciałem być na terenach watahy. Chciałem stamtąd uciec. Zbyt wiele wyczuwałem tam zapachów świadczących o wcześniejszych odwiedzinach innych wilków. Nie chciałem mieć problemów.- Muszę zapolować.- powiedziałem, gdy już na to wpadłem.- A na terenach waszej watahy, zdaje się, mi nie wolno, prawda?- Cieszyłem się, że tak szybko wpadłem na coś sensownego.
  Zacząłem iść w stronę jasnego i wręcz zbyt rażącego wyjścia z jaskini medyczki.
- Stój, przecież nie moż...
Chwila... Czy to jest...?
  Zatrzymałem się przed mniejszym pokoikiem. Moim oczom ukazał się ten sam czarny wilk, którego widziałem jeszcze w lesie. Leżał bezwiednie na posłaniu i spał lekko pochrapując tak, że było to ledwie słyszalne.
  On mnie tu przeniósł?
- Kto to?- spytałem już ciszej. Wadera uśmiechnęła się i skinęła na śpiącego basiora.
- To Mateo. Chyba go już poznałeś.- powiedziała miłym głosem nie przestając się uśmiechać. Nie wiedziałem, czy w moim zachowaniu wyczytała jakąś przydatną dla siebie informację czy po prostu była na serio na tyle nierozważna by ufać obcemu przybłędzie takiemu, jak ja. Mogłem ją zaatakować. Pf. Głupota. Jednak zważywszy na mój przedchwilowy "stan nieobecności" można było z łatwością wykluczyć tę teorię. Nie byłem w stanie jej nic zrobić. Może uśmiechem chciała uśpić moją czujność? Tylko jakoś... Miła była myśl, że ktoś nie traktuje mnie jak intruza... Jak wroga.
- Nie za bardzo.- przyznałem.
Mateo był w podobnyn wieku do mnie. Może trochę starszy, może młodszy... W sumie to nie ważne.
- Przedstawisz się?- usłyszałem od swojej lewej. Mimowolnie się spiąłem. Szybka.- zauważyłem z niechęcią.- Okropnie szybko sie przemieszcza.
- Michio.- powiedziałem nadal nie podwyższając głosu. W końcu basior jednak spał, a do tego był w pokoju dla chorych. Może coś...- Coś mu się stało?
  Powiedziałem to machinalnie. Nie wiedziałem czy troska o nieznajomego była wskazana, ale szczerze mówiąc miałem to gdzieś.
- Nie, tylko był zmęczony. Zregeneruje sie troche i będzie jak nowy. Miło, że pytasz.
- Tak... Chyba miło.

Six
Jeśli na mnie patrzysz
Jeśli patrzysz na mnie tam z góry
Sprawdzasz co u mnie
I zastanawiasz się kiedy się spotkamy
To wiedz
Że jeszcze długo sobie poczekasz
To jeszcze nie mój czas
Ale nie martw się
Kiedyś do ciebie dołączę
Trochę później
Znowu będzie jak dawniej
Czas będzie płynął wolno
Słońce znowu wstanie
Tak jak my
Podniesiemy się z popiołów
I będziemy trwać razem w nowym życiu
Niczym feniksy
Pamiętaj mnie.
Proszę.

<Mateo? - nie ukradłam za bardzo Rose?>

6.06.2018

Odezwa do ludu

Jak zapewne wiecie, każdy wilk ma w formularzu wpisane wybrane da niego przez twórcę stanowisko. Myślę też, że większość widzi, że w praktyce niewiele osób wypełnia obowiązki zawodowe.
Albo, powiedzmy to wprost. Nikt tego nie robi.
Przydałoby się to zmienić, bo bez zadań społeczeństwo przestaje być społeczeństwem, a staje się bezładnym zlepkiem niczym nie powiązanych osób. A więc mam propozycję: niech każdy, kto uwzględni swój zawód w opowiadaniu, dostaje za nie dodatkowe coins! Co wy na to?
Tylko, żeby potem nie było jęków i stęków - trzeba się chociaż trochę postarać. Nawet nie chcę widzieć jednozdaniowych wzmianek w stylu 'pobroniłem sobie trochę Alfy i poszedłem spać'.
Tytuły opowiadań, w których opisujecie swoje czynności związane z zawodem, oznaczcie na końcu znakiem '*'. Ułatwi to pracę administracji.
Jeszcze jedno - wasze zadania. O ile raczej nie muszę mówić, co robi poeta albo medyk (od tego pierwszego mile widziane, choć nie wymagane naprawdę napisane wiersze :) ), to niektórym zawodom przydałoby się objaśnienie. Znajdziecie je już niedługo w zakładce 'Stanowiska'. A jedno z nich już tutaj.
Może domyślacie się, które?
Nie?
A nie zdziwiło was nigdy, że chociaż mamy łowcę, zaganiacza czy nawet dowódcę polowań,
 to i tak każdy wilk poluje samodzielnie?
Trochę tu zalatuje nonsensem.
I właśnie dlatego wprowadzamy zmianę. Od teraz nie musicie kłopotać się już o pożywienie dla waszej rodziny - zdobędą je dla was kochani łowcy, zaganiacze, wywoływacze i dowódcy. 
Cała wataha, kiedy słońce przebędzie trzy czwarte nieba, będzie się zbierać na wspólny posiłek. A reszta odpłaci się 'zaopatrzeniowcom' za ciężką pracę, wykonując sumiennie swoje zawody.
Tak na odchodne - to całe wykonywanie staje się od teraz obowiązkowe. Kto przynajmniej raz na te przepisowe 3 tygodnie nie wspomni w opowiadaniu o swojej pracy, dostaje zatrważające Upomnienie!
Miłego dnia życzy
 Meteo

5.06.2018

Od Mateo CD Michia

Wywróciłem oczami. Widać było, że wilk trzyma się już ostatkiem sił i ze zmęczenia mu się chyba lekko w łebku poprzewracało.
- Słuchaj... Halo? - Trąciłem go łapą. Nie kontaktował. Pięknie. Jeszcze tylko pseudo zdechlaków nam brakowało. - Jest tu ktoś? Potrzebna pomoc! - zawołałem, ale odpowiedziało mi tylko echo.
Wziąłem głęboki oddech i przeanalizowałem sytuację. Nikogo nie ma w pobliżu, nie mogę go zostawić, bo jeszcze coś go zje, albo obudzi się i instynktownie gdzieś zwieje. Ciągnięcie ciała przez pół terenów również odpada, prędzej sam bym skończył tak jak on.
"Wysil swoje szare komórki!" - pomyślałem, rozglądając się wokół. Matka natura mnie nie zawiodła; tuż obok leżało młode, złamane przez zawieję świerkowe drzewko. Nie tracąc czasu, odgryzłem (z pewną pomocą magii) najbardziej rozłożystą gałąź i ułożyłem na niej ostrożnie basiora.
Rozpierała mnie duma. Czy ktoś mógł wpaść na lepszy pomysł?
Co prawda 'saneczek' nie ciągnęło się zbyt łatwo, ale była to błahostka w porównaniu z wleczeniem ciała po ziemi. W przerwach między sprawdzaniem bezpieczeństwa włóczęgi skupiałem się na oglądaniu natury. Słońce łagodnie przebijało się przez baldachim zielonych liści, oświetlając nam ścieżkę. Cichy szelest gałęzi i łap w wilgotnej trawie, połączony z ptasimi trelami, działał uspokajająco. Mimo to, nie dało się zapomnieć o zmęczeniu. Chwilami wręcz zazdrościłem basiorowi możliwości wylegiwania się na miękkich igłach w tak piękny dzień.
"Skup się" - skarciłem się w myślach - "inaczej oboje padniecie w tym lesie".
 Na szczęście nie było bardzo gorąco; inaczej nigdy nie doszedłbym do jaskini medyczki.
- O, jesteście - powitała nas Rose. Bardzo odkrywcze stwierdzenie, no nie powiem. - Bobslej już mnie zawiadomił. O, widzę, że użyłeś sposobu Indian na przenoszenie ciężkich przedmiotów? Niezły myk mieli, co nie?
Cała duma i jedyne pocieszenie podczas wędrówki uszło ze mnie jak zwierzyna z płonącego lasu.
Chwyciłem ciało basiora za kark - te parę metrów mogłem go przenieść w taki sposób - i wniosłem do jaskini. Tam medyczka rozpoczęła swoje standardowe procedury - opukała go, sprawdziła oddech, tętno, i takie tam pospolite lekarskie czynności.
- Postawiłam diagnozę. - Nadstawiłem uszu. Wreszcie się dowiem, po co się z nim męczyłem. - Jest przemęczony.
Zmusiłem się, żeby nie zagwizdać. Tyle to ja wiedziałem i bez pomocy lekarza.
- Możesz już iść - dokończyła Rose. - Zajmę się nim.
Całe moje ciało błagało o szybki powrót do jaskini i długi, nieprzerwany sen. Nie miałem jednak zamiaru odchodzić - jakaś cząstka mojego umysłu za wszelką cenę chciała się dowiedzieć czegoś więcej o nieznajomym. Skąd to się brało? Nie wiem. W końcu to pewnie zwykły włóczęga, jakich wiele.
Ale nie mogłem nic poradzić na zżerającą mnie ciekawość. Czy co to tam było.
- Lepiej zostanę - stwierdziłem, przyglądając się leżącemu. - Wiesz, on może być niebezpieczny. W końcu to intruz. Nie mogę go tak tutaj zostawić.
Medyczka przekrzywiła głowę z ledwie powstrzymywanym uśmiechem. Pewnie wyglądałem, jakbym pilnował seryjnego mordercy na rozkaz królewski. Rozluźniłem mięśnie z zażenowaniem.
- Dobrze, ale nie musisz przecież siedzieć tutaj. Jeśli zaraz nie odpoczniesz, będziesz wyglądać tak samo jak on. A kysz! - zawołała ze śmiechem. Postanowiłem posłuchać.
Wszedłem do małego pokoiku obok i zwaliłem się na posłanie dla chorych. Ale nie zasnę, muszę prze-
Dwie sekundy później już chrapałem.
<Michio?>


Od Michio (CD) do Mateo

  Uznałem, że lepiej będzie dla mnie nie zadzierać z nieznajomym. Mogło się to dla mnie źle skończyć. Byłem wyczerpany. Westchnąłem cicho i uspokoiłem się. Nawet nie wyczułem, że trafiłem na tereny obcej watahy. Nie mogłem się wdawać w konflikty. Chociaż i tak byłoby dla mnie lepiej gdybym jednak tam został. Mógłbym sobie zdechnąć jak ostatnie ścierwo, którym jestem. Yh, nikomu by to nie przeszkadzało.
  Westchnąłem cicho i uspokoiłem się. Stawiałem łapę przed łapą bardzo powoli. Nie czułem się w ogóle na siłach, żeby iść, ale nie mogłem rzucić się na ziemie. Inni członkowie tej całej Watahy Mrocznych Skrzydeł z całą pewnością szybko zwęszyliby łatwy cel. 
  Wyprostowałem się w miarę swoich możliwości.
  Trzymaj gardę.- powtarzałem sobie.- Nie trać czujności. 
  Mimo swoich własnych instrukcji nie umiałem skupić się na czarnym wilku przede mną. Oczy same mi się zamykały, łapy uginały się pode mną. Nie minęła dłuższa chwila marszu, kiedy znowu leżałem na ziemi. 
  Kontem oka zauważyłem, że basior zatrzymuje się i...
NIE! 
- Nie podchodź do mnie!- krzyknąłem i zaraz potem jakoś dźwignąłem się do góry i odskoczyłem. Starałem się zawarczeć, co na nim nie zrobiło większego wrażenia. 
- Jesteś słaby.
 Szybko przeskakiwałem wzrokiem od niego na inne punkty szukając ewentualnej drogi ucieczki. Zakręciło mi się w głowie. Nie wiedziałem, czy zacząć biec. W moim obecnym stanie stawienie się do walki byłoby zdecydowanie złą opcją. Ucieczka też nie była wskazana. Wywaliłbym się od razu i...
- Halo! Słyszysz mnie? 
Zjeżyła mi się sierść na karku. 
 Wiej!- wydałem sobie klarowny rozkaz. Łapy same poniosły mnie do przodu. Nie wyrabiałem na zakrętach między drzewami i ślizgałem się po jeszcze mokrej od rosy i deszczu trawie. Czułem się koszmarnie. 
Muszę się chować.
- Stój!- Basior dotrzymywał mi kroku, mimo że wyruszyłem wcześniej.- Stój mówię!- wrzasnął i zagrodził mi drogę, przez co wpadłem na niego i wywaliłem się. 
- Ałł!- Powstrzymywałem się przed zawyciem z bólu jednak nie dałem rady utrzymać tego w sobie.
- Nie zapomnij, że nie jesteś u siebie.
- Nic nowego.- wycedziłem przez zaciśnięte zęby.
  Powoli otworzyłem oczy. Kręciło mi sie w głowie. Koszmarnie kręciło mi się w głowie.
- Słucham?
- Nic nowego. Głuchy jesteś? Może lepiej mnie wygoń.- Miałem już dość przebywania na wrogim terenie. Miałem już dość przebywania gdziekolwiek. Może gdybym zdechł dołączyłbym do Sixa i byłbym z nim tam gdzieś, gdzie on jest?- Wygoń albo zabij.- dopowiedziałem. 
 Wpatrywałem się intensywnie w świdrujące mnie żółte... a może złote [(?), nie wiem nie odróżniałem] oczy wilka czekając na jego reakcję na moje słowa.
  Powinienem wstać, ale nie chciałem. Nie miałem siły, chęci ani powodu. I tak niedługo zdechnę z głodu. Jeszcze kilka dni. Na razie... Na razie jestem zmęczony. Cholernie zmęczony.
 A może już śpię?~

<Mateo?>

Od Shella do Ktosia

Im dłużej przebywałem z tym idiotą, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że moje oprogramowanie jest wadliwe i ulega stopniowej entropii. Po czym to wnioskowałem?
A no może po tym, że zaczynałem czuć.
Czułem głód. Ból. Pragnienie. Tęsknotę. Radość. Smutek. Pożądanie. Miłość. Wszystkiego po trochu. A to tylko dlatego, że pewien czarny basior postanowił zaciągnąć mnie tamtego deszczowego wieczora do jaskini i trzymać, dopóki nie zgodzę się na bycie jego partnerem. Jak już mówiłem, Vergil to chory pojeb. Ale z czasem zrozumiałem, że... To mi się podoba. Że zaczynam lubić sposób, w jaki mną pomiata. Oraz sposób, w jaki mnie kocha.
Czasami potrzebowałem jednak odpoczynku, odskoczni od monotonii. Poszedłem więc na główny plac czy jak się to nazywało, aby usiąść w rogu i obserwować. Dużo było tu ciekawych osób. Zwłaszcza jedna. Pojawiła się przed chwilą. Nigdy jej nie poznałem, więc odrzuciłem wszystkie myśli i zacząłem za nią wodzić wzrokiem.

Ktoś?

Od Finna do... kogoś

Boże, co tu zrobić? Ani spać, ani się położyć. Pff, nuda jak cholera. Nie ma nic do roboty, a i już się coraz cieplej robi. Może przejść się do Demo? Ha, jasne! Prędzej by mnie zabiła, niż by ze mną gdzieś poszła! Do tej Alphy kogoś tam też nie pójdę, bo mi znowu pióra ze skrzydeł powyrywa. W tej wilczycy za grosz empatii nie ma, no! Jak ona żyje! Już w ciągu dnia zdążyłem zapolować trzy rszy, polatać nad terenem watahy dwukrotnie i pójść raz nad wodospad. No i co ja mam niby jeszcze robić, co? Postanowiłem, że i tak nie mam nic do stracenia i polazłem w kierunku lasu. Może tam spotkam jakiegoś wilka. Szedłem powoli, nie spiesząc się, no chyba, że moją drogę przecinał zając, to wtedy go łapałem i po jakichś dziesięciu minutach stałem na skraju lasu. Zadowolony wszedłem w głąb drzew i rozglądałem się dookoła, jednak jedyne, co byłem w stanie zobaczyć, to tylko jakieś sarny, albo inne łosiopodobne ssaki. Głupie jelenie, nawet od wilczka uciekają! Skandal, jak chcesz się tylko pobawić! Pff, co za życie? W pewnym momencie mojego leśnego obchodu wpadłem na jakiegoś wilka
- Najmocniej przepraszam - zaśmiałem się lekko, wciąż nie podnosząc wzroku na wilka, w którego wlazłem.
< Ktoś, coś? >

4.06.2018

Od Mateo CD Michio (Michiego?)

No właśnie - jak to się odmienia...?
- Bobslej! - syknąłem zirytowany. - Ile razy muszę ci powtarzać: masz czekać na sygnał!
Świstak wymamrotał coś pod wąsem i w geście skruchy schował rondel za plecami.
Prychnąłem i odepchnąłem od siebie myśli o zachowaniu towarzysza; były ważniejsze sprawy na głowie. Przede wszystkim należało sprawdzić intruza.
Kiedy indziej być może nowy wilk na terenach watahy zostałby przyjęty ciepło i przyjaźnie, jednak po niedawnych wydarzeniach straciłem zaufanie do nieznajomych. Nie oznacza to oczywiście, że moim jedynym pragnieniem jest zdzielenie ich patelnią w łeb - dzięki, Bobsleju! - ale o spokojnej rozmowie nie mogło być mowy.
Z zastanowienia wyciągnął mnie jęk leżącego na ziemi basiora. Szybko zlustrowałem go wzrokiem: mniej więcej w moim wieku, wymęczony, nie wygląda na niebezpiecznego. Na jego skroni już pęczniał sinawy guz, ale sądząc po bolesnym stęknięciu, jaki wydał z siebie wilk, przeżyje.
- Rusz zadek i zawiadom Rose, że niedługo będziemy - rzuciłem do świstaka. Ten spojrzał na mnie spode łba. - Proszę - wymamrotałem niechętnie.
Zwierzak parsknął, ale obrócił się i odszedł. Przynajmniej tyle dobrego.
- C-co się stało? - dobiegło mnie z poziomu gruntu. Odwróciłem głowę; wilk pocierał miejsce uderzenia, świdrując mnie niezbyt przyjaznym spojrzeniem.
- Zostałeś ogłuszony rondlem kuchennym przez niecierpliwego ssaka z podrodziny afrowiórek - odpowiedziałem niedbale, obserwując, jak rozmówca powoli podnosi się na nogi. W jego oczach dojrzałem gniew, jednak po moich słowach zmieszał się on z niedowierzaniem i niepewnością. Odsłonił zęby, ale widać było, że ledwie trzyma się na łapach.
- Ach tak? A więc może pójdę sobie, bo jeszcze mnie dopadną dredożwirki, wtedy będzie po nas - mruknął, obrócił się i zaczął chwiejnie oddalać.
Ale czy ktoś zamierzał mu na to pozwolić?
- Niestety, nie możesz. To tereny Watahy Mrocznych Skrzydeł - zagrodziłem mu drogę. Zjeżył sierść na karku i warknął, ale dało się po nim zobaczyć bardziej irytację niż złość. - Pójdziesz ze mną albo wcale. To jak? Idziesz do medyka, żeby opatrzył ci guza, czy mam cię stąd wygonić?
Przez chwilę myślałem, że będzie protestować, ale uspokoił się z westchnieniem. Mądrze.
Ruszyliśmy w kierunku jaskini medyczki.

<Michio?>



   

2.06.2018

Od Lii do Łosia

Krem obficie kapał z mojej głowy. Wyciągnęłam język, by zlizać masę z pyska.
- Jak dla mnie za słodkie. Nie można by dodać trochę kwasku? - uśmiechnęłam się krzywo jakby nigdy nic, i wezwałam wiatr, by oczyścił mi futro. Nie wiedziałam, czy samiec miał zamiar się śmiać czy płakać.
- Gdzie ten krem... - Raven wbił do pokoju "piekarnianego" z kwaśną miną.
- Eeeee.... podległ nieprzewidzianemu wypadkowi - uśmiechnęłam się słodko. - A teraz by było szybciej.... - koło mnie zaczęły unosić się truskawki. - To trochę pokombinujemy z żywiołami. - I tak oto zaczął się robić kolejny krem. Nie obeszło się bez podjadania.... BO TO SĄ TRUSKAWKI (Z pól truskawkowych w Obozie Herosów, he he xD) I tak oto po chwili był zrobiony krem. Było go na tyle dużo, że oddzieliłam trochę od reszty, i dosypałam wasabi, po czym dokładnie wymieszując dałam do spróbowania Łosiowi, podtykając mu pod oczy, bo pod nos bałam się, że coś wyczuje, mimo że wszystko dobrze zamaskowałam inną przyprawą.
- Masz, i spróbuj
- Po co. Ty nie próbowałaś?
- Trza się spytać eksperta, no nie? - zaczęłam machać mu łyżką przed oczami.
- Oj no dobra, dobra - chwycił gwałtownie drewnianą łyżkę wyrywając mi z łapy, i zlizał z niej całą zawartość. Bez ostrzeżenia, nawet jak ktoś lubi ostre, to jedzenie czegoś na szybko nie jest właściwą rzeczą. Oczy zachodzą łzami, a ty kaszlesz, próbując pozbyć się drapiącego czegoś w gardle. Tak też było z kochanym łosiem, który patrzył na mnie, powoli uświadamiając sobie, co zrobiłam.
- O ty wstrętna - kaszel - babo - kaszel. Zaczęłam się dławić śmiechem, i przy okazji posyłając wietrzne duszki, by dokończyły robotę za mnie.
- Na ostre podobno najlepsze mleko - nalałam do kubka białego płynu, po czym podałam basiorowi. Ten spojrzał na mnie podejrzliwie - Spokojnie, to tylko mleko. Nie wyleję przecież tego na ciebie.
- A kto to może wiedzieć. - mruknął, i wziął ode mnie kubek z mlekiem.

< Łosiu? Idziemy na ryby? Wzięło mnie w realu na ryby ale nie mam kiedy i z kim iść xD>

Od Michio do Kogoś

  Kolejny dzień. Już nawet ich nie liczyłem. Bo po co? To wszystko i tak kiedyś się skończy. Życie nie ma sensu.
  Spojrzałem w górę. Zbiera się na deszcz.- Ta myśl nieco poprawiła mi nastrój. W końcu coś miłego po godzinach wędrówki. Łapy bolały mnie już od nieprzerwanego marszu w jedną stronę. 
  Nie znajdę ich...- pomyślałem kolejny już raz. Nie wiem który. To nie miało najmniejszego sensu. Nic nie miało sensu. Każdy krok i każda porażka umacniały mnie w tym stwierdzeniu. Podnoszenie się z ziemi po chwili odpoczynku było już... wyczerpujące. Wyczerpujące, monotonne i bezcelowe. 
  I tak nigdzie nie dojdę- powtarzałem sobie za każdym razem kiedy postanawiałem jednak wstać. 
  Westchnąłem w duchu, gdy poczułem pierwsze kropelki na mojej rozgrzanej od słońca skórze. Przymknąłem powieki i rozkoszowałem się chwilkę orzeźwieniem jakie dała mi ta woda, której z sekundy na sekundę zaczynało robić się coraz więcej. Niestety postanowiłem kontynuować swoją bezsensowną tułaczkę. 
Six wiedziałby gdzie iść...- Szybko odsunąłem od siebie tę myśl. Nie mogłem się rozklejać.

Skup się na drodze- zacząłem powtarzać w myślach jak mantrę. Niestety nic mi to nie dało. Nigdy nic nie dawało, szczególnie że droga była nudna jak flaki z olejem.
 - Jak ja się nienawidzę do cholery...- mruknąłem pod nosem. 
Fakt. Nienawidziłem się. To wszystko była moja wina. To przeze mnie się zgubiliśmy. To moja wina, że Sixa nie ma już ze mną. To przeze mnie go zabili.

Dziesięć dni później

Tak. Znowu w drodze. Idę już dwa księżyce i dwa słońca bez przerw. Nieprzerwanie. Wcześniej jeszcze je robiłem, ale teraz nie widzę w tym sensu, bo po drodze nie było żadnych zwierząt, już kilka dni.
  Łapy mnie bolą.- narzekam w myślach. Powiedziałbym to na głos, ale nie mam siły. Już ledwie chodzę. Dawno nie było okazji do polowania, mimo to idę, bo leżąc nic nie wskuram. Rozglądam się na wszystkie strony szukając potencjalnego posiłku. Burczy mi w brzuchu. Warczę na wszystko, co widzę. A widzę mało. Po paru krokach nie mam już siły na otwarcie oczu, które nie wiem kiedy zostały przeze mnie zamknięte. Łapy, nie wiem jak, ale mi się plączą. Upadam i nie mam nawet siły na przeklinanie mojego stanu.
  Zaraz wstanę... Jeszcze chwileczka...- mruczę, a raczej chce mruczeć, co mi nie wychodzi.
  Nie mija wiele czasu, a ja już jestem na czterech. Skupiam się i otwieram oczy. Rozszerzają mi się źrenice i chwilę potem czuje rześki podmuch wiatru. Przyjemny dreszcz przechodzi mi po plecach. Zieleń - jedyne co widzę. Obraz mi się zamazuje, ale nie na tyle, bym nie mógł poruszać się w bezpieczny sposób. Przechodzę dość spory kawałek drogi. Już chcę zakręcić przed najbliższym drzewem, kiedy...

Coś na mnie wpadło.

To w ogóle było drzewo?

<Ktoś?>

Od Demo c.d Spade

- Wszystko dobrze? - spytałam budzącego się basiora.
- Tak. Dziękuje. - powiedział podnosząc się z ziemi i strzepując z futra kurz
- Ta... Mogę wiedzieć czemu Cie chcieli zabić? - wybełkotałam beznamiętnie.
- Nie potrafił pogodzić się z porażką - odrzekł spokojnie, a ja rozejrzałam się po jaskini.
- Co? - dopytałam ale gdy tylko na podłodze zobaczyłam porozwalane karty do gry. A w nich wzrokiem odnalazłam dwie identyczne karty. Z tego co wiem to chyba nie fer. - Ładnie to tak oszukiwać? - basior lekko się spiął przez to, ale to było piękne pytanie retoryczne. - A co ty mu tak właściwie zrobiłeś?
- Eee... usunąłem mu tylko wspomnienia z przed paru godzin.
- A czemu próbował cie zabić?
- Przegrał ze mną cały swój majątek, a chcąc go odzyskać postawił na szali swoją córkę, dlatego się nie zgodziłem przez co się wkurzył...
- I znalazł karty co? - basior tylko przytaknął.

<Spade?>

Nowy... ktoś! Haraka

Hooded Rat by aseraph
aseraph (DeviantArt)
Właściciel: kotik [Hw], pumpumpum.mateo@gmail.com [e-mail]
Imię: Haraka. Zdrobnienia raczej nie występują.
Płeć: Samica.
Żywioł: Natura, z pewnym ukierunkowaniem na drzewa.
Stanowisko: Najlepiej nadawałaby się na medyczkę.
Cechy fizyczne: Haraka jest, jak przystało na szczura, całkiem szybka i zwinna. Różne umiejętności wykształciła podczas życia w lesie, Niestraszne są jej przebywanie w powietrzu czy akrobacje na cienkich gałązkach. Doskonale się wspina dzięki ostrym pazurkom, z których w razie potrzeby umie zrobić też inny użytek. Nieźle pływa.
Cechy charakteru: Haraka z pewnością jest ciekawą postacią. Uwielbia pracować, bez ciekawego zajęcia, które zaprzątało by jej myśli, nie usiedzi długo na miejscu. Zazwyczaj jest pogodna, a podczas sortowania ziół na jej pyszczku możesz zobaczyć półuśmieszek, ale niech cię to nie zmyli - przerwiesz jej pracę, a długo popamiętasz to spotkanie. Język jeszcze ostrzejszy od pazurków raczej nie ułatwia kontaktów z tą szczurzycą. Do wszystkich odnosi się z pogodną kpiną, nie musisz jej nawet podpadać, aby stać się ofiarą pogróżek czy zniewag. Niektórych to może zniechęcić, a nawet rozwścieczyć, ale prawda jest taka, że Haraka tylko czeka na kogoś, kto by się jej postawił bądź odpowiedział ciętą rispostą - w ten sposób możesz zyskać jej sympatię. Docinki omijają jedynie chorych, słabych lub potrzebie - wtedy samiczka pokazuje zupełnie inną, spokojną i delikatną stronę osobowości. Staje się doskonałą słuchaczką, gotową, by uspokajać i pocieszać. Kolejną ważną rzeczą jest fakt, że Haraka jest niezwykle dumna. Nie znosi zależeć od innych osób i bardzo źle się czuje w takich sytuacjach, nie daje jednak tego po sobie poznać. Chociaż stara się być silna i zawsze gotowa do niesienia pomocy i zazwyczaj jej się to udaje, to wystarczy jeden źle dobrany bodziec, by pogrążyła się w przerażających wspomnieniach dawnego życia i straciła nad sobą panowanie. Mimo wszystko, zawsze możesz przyjść do niej ze swoim problemem, a wysłucha cię. Choć nie lubi się do tego przyznawać, nawet przed samą sobą, często brakuje jej towarzystwa innej osoby.
Cechy szczególne: Ehem... Zacznijmy może od tego, że jest szczurem. Raczej nie pomylisz jej z nikim innym. Wyróżnia się również szaro-brązowym 'kapturem'.
Lubi: mieć trochę samotności, uprawiać swoje zioła, leczyć, pracować, biegać po gałęziach drzew.
Nie lubi: nadętych/samolubnych osobników, kiedy ktoś jej się narzuca, kłamstw, plotek, zależności od kogoś innego.
Boi się: że któregoś dnia wszystko straci, że nie uda jej się kogoś uratować
Moce: Haraka od zawsze stawiała przede wszystkim na rozum i umiejętności, a nie na magię. Jej zdolności w tym zakresie nie są zbytnio rozwinięte, ale należą do nich na przykład:
- wspomaganie gojenia ran;
- uspokajanie innych osób;
- szybsza regeneracja, jeśli znajduje się blisko natury;
- niebanalne zdolności botaniczne.
Historia: Urodziła się w mocno zhierarchizowanym społeczeństwie długowiecznych szczurów na niewielkiej wysepce u wybrzeży Afryki jako córka lokalnego taktyka. Oczekiwano, że przejmie zainteresowania po ojcu, jednak już jako mały szkrab wolała przesiadywać godzinami u kolonijnego medyka. Uwielbiała pomagać mu w przyrządzaniu medykamentów i przyglądać się, jak leczy chore szczury.
A przynajmniej do momentu, gdy zobaczyła śmierć.
W tym czasie wiele jej pobratymców chorowało na nieznaną dotąd chorobę, zawleczoną na wyspę przez inwazyjny gatunek ptaka. Medyk nie ustawał w próbach poszukiwania lekarstwa, a ona mu pomagała; kiedy nieoczekiwanie udało jej się znaleźć właściwą mieszankę ziół, już konał. Przerażona, próbowała pomóc innym zarażonym. Nawet jej się to udawało, w pewnej chwili usłyszała jednak wołanie młodych. Maleńki szczurek, w zaawansowanym stadium choroby, objawiającej się mocną wysypką, zmarł mimo podania mu lekarstwa. Haraka załamała się - wołania o pomoc dobiegały zewsząd, chorych było wielu, zbyt wielu, choroba ogarnęła wszystko, zawładnęła całym jej dotychczasowym życiem... Mimo, że tylko ona znała właściwą kombinację ziół, nie wytrzymała presji. Uciekła z płaczem z obozu kolonii. Dobiegła do brzegu morza i rzuciła się w fale. Instynkt nie pozwolił jej jednak zatonąć; chwyciła się płynącego kawałka kory. Jakimś cudem, załamana na duchu, dopłynęła na nim do wybrzeża Europy. Tam rozpoczęła nowe życie, starając się zapomnieć o dawnych wydarzeniach; krzyki chorych wciąż nawiedzają ją jednak w snach, a wysypka i dziecko stanowią ciężką mieszankę, która z pewnością spowoduje napływ wspomnień. Przemierzając lasy, natknęła się na tę watahę.
Zauroczenie: Brak. Utrzymuje, że te sprawy jej nie interesują.
Głos: Dźwięczny, pogodny, bardzo często ociekający sarkazmem.
 Partner: Brak.
Szczeniaki: Brak. W jej mniemaniu tylko by ją denerwowały. A poza tym - co!?
Rodzina: Ojciec - główny taktyk kolonii; matka - mądra i opiekuńcza szczurzyca z kolonii, rodzeństwo - brak.
Jaskinia: Nie ma stałego miejsca zamieszkania.
Medalion: Płytka krzemienia, którą w dzieciństwie dostała od medyka.
Coins: brak
Towarzysz: Kogo miałaby mieć? Pasikonika? 
Inne zdjęcia: Brak.
Przedmioty kupione w sklepie: Brak.
 Dodatkowe informacje: Najczęściej śpi w norce w korzeniach wierzby niedaleko szpitala.
Umiejętności: 
: Siła: 60
: Zręczność: 100
: Wiedza: 150
: Spryt: 140
: Zwinność: 130
: Szybkość: 130
:Mana: 90

Nowy basior! Michio



Imię: Michio (czyt. Miśjo) zdrobnienia: Miś, Mi/Mij, Mio
Wiek: 3 lata
Płeć: Basior
Żywioł: Umysł
Stanowisko: Poeta
Cechy fizyczne: Szybki, zwinny, duzy jak na swój wiek. Pazury na pozór nieszkodliwe, ale jak się bliżej przyjrzeć to zaostrzone, przez co stanowią zagrożenie dla potencjalnego wroga. Posiada dwa złote kolczyki w lewym uchu i nosi czarną branzoletę z korzenia rzadkiego drzewa.
Cechy charakteru: Emocjonalny, trochę denerwujący, chodzi z głową w chmurach, jak to artystyczne duszę mają w zwyczaju. Raczej ruchliwy (zawsze gdzieś chodzi!) i łatwo przekonuje innych do swoich  racji. Ładnie sie wypowiada. Ma zadatki na aktora, jak kłamie trudno to wyczuć.
Lubi: Uwielbia spokój i zapach powietrza po deszczu. Nie pogardzi jednak porządną dawką adrenaliny w postaci polowania.
Nie lubi: Mandarynek
Boi się: Boi się dźwięku tłuczonego szkła.
Moce: Manipulacja, supergłos
Historia: Michio na początku był zwykłym wilczkiem, jak każdy inny. Nie wyróżniał się niczym zbytnio. Wiódł spokojne życie do czasu gdy raz oddalił się ze swoim bratem - Sixem - od swojej watahy. Michio starał się trzymać z bratem, który - jak twierdził - zawsze ma racje. Zgubili się. Jakoś trafili na ludzi. ....No nie wyszli z tego cało. Six został uduszony pod wodą jako 8 miesięczny szczeniak, a Mi skończył z rozcięciem na łapie, które teraz zakrywa bransoletą. Niedługo potem znalazł medalion, który pomógł mu w opanowaniu i rozwinięciu mocy.
Zauroczenie: –
Głos: –
Partner: –
Szczeniaki: –
Rodzina: Zaginiona, a brat martwy.
Jaskinia: –
MedalionLink
Rzeczy z testamentu: Dywaniki ze szczeniąt.
Przedmioty zakupione w sklepie: Kula światła.
Towarzysz: Od niedawna- brak
Spryt - 225
Zwinność - 150
Mana - 125
Wiedza - 100
Zręczność - 80
Szybkość - 70
Siła - 50

Od Nitaena do.........


Siedziałem na małej "wysepce"  po środku rzeki. Wodospad który istniał nieco dalej. Woda w ten upalny dzień miło schładzała moje łapy w niej zanurzone. Po niebie przeleciał ogromny drapieżny ptak, i zniknął gdzieś dalej. Po karku przeleciał mi znajomy, dziwny dreszcz. Szybko, lekko przeniosłem wzrok na drzewo, które znajdowało się nieco dalej. Obok niej unosił się czarny dym...
- Znowu... - mruknąłem do siebie. Duch patrzył na mnie swoimi czerwonymi, bezuczuciowymi oczyma. - Poszedł won! - krzyknąłem i skoczyłem na ziemię, strasząc zjawę, która zaraz po tym się rozwiała. Zdarzało się to coraz częściej, jednak jaka by nie była to dusza, nic mi nie robi. Wydaje się, że nawet nie mają takiego zamiaru. Raz mi nawet zadanie na zielarstwo zrobili. Mimo swoich zalet, mieli też minusy. Nie dało się mień ani grosza prywatności. Odwróciłem głowę, i omal nie rozniosło mi łap.
- Znowu ty? Przecież zniknąłeś! - zawołałem z pretensją w głosie.

< Ktoś?>

Od Lily CD. Evana

Z uwielbieniem wpatrywałam się w przedmiot leżący przede mną.
- Przecież to jest... - szepnęłam, podchodząc bliżej - To mój garnek! - wykrzyknęłam wesoło. - Kopę lat! Dawno żeśmy się nie widzieli, co? Myślałam, że cię straciłam, a tymczasem-
- Ekhem - usłyszałam za sobą.
- Taaaak? - Odwróciłam się, hamując słowotok.
- To. - Wskazał na przedmiot obok mnie. - Jest. - Wyraźnie oddzielał każde słowo. - Garnek. Zwyczajny garnek. I nie jest żywy - powiedział z naciskiem na ostatnie słowa.
- Może i nie jest żywy, ale jest moim starym, dobrym przyjacielem! - obruszyłam się. Wyczarowałam dużą, wodną bańkę, do której "wsadziłam" przedmiot. - Chodź, garnku, idziemy stąd. To gbur, który nas nie rozumie i nie potrafi tego zaakceptować! A my się z takimi nie zadajemy! - Zaczęłam iść w stronę domu, prychając cicho.
- Wariatka... - szepnął Evan, choź nie dane było mi tego usłyszeć. - Po prostu wariatka...
~~Tymczasem, w domu Lily~~
Z wielkim uśmiechem na twarzy postawiłam garnek na blacie w kuchni. Zdjęłam z niego pokrywkę, w celu umycia. 
- Uuu, a co to? - powiedziałam do siebie, kiedy w środku ujrzałam jajko. Było błękitne, w małe, białe łatki i kropki w różnych odcieniach niebieskiego. - Ciekawe, co to za jajko... - Wyszłam z kuchni i weszłam do salonu. Wzięłam kilka koców i położyłam je przy kominku, układając gniazdko. - Może i jest ciepło, ale jajka potrzebują wysokiej temperatury... - wymruczałam, wracając po jajo. - Mam nadzieję, że to, co jest w środku, jeszcze żyje. - Wzięłam je i położyłam w gniazdku. Rozpaliłam ogień w kominku i usiadłam obok jajka. Cóż.. Muszę się nim teraz opiekować.
Eeeeeevciooooo?

Od Demo "Rudy kradziej ciachów"

Dziś miałam dzień wolny od wszystkiego. Dlatego zostałam w mojej jaskini. Po porannym spacerku, poczłapałam po wodę. Następnie stanęłam przed trudnym wyborem ~ Którą książkę teraz przeczytać. ~ Po długiej, ciężkiej i męczącej bitwie w mojej głowie wypadło, że jednak dokończę jedną z książek o Percy'm Jacksonie. Zgarnęłam jeszcze z kuchni z talerza parę ciastek z orzechami. Razem z lekturą i jakimś ciachem rozsiadłam się wygodnie pośród poduszek na dywanikach moich kochanych. Rozpoczęłam czytanie. Pogrążona w ścianie liter całkowicie odcięłam się od rzeczywistego świata. Trwałam tak z dobra godzinkę. Na ziemie sprowadziło mnie dopiero ciche chrupanie, a po nim brak ciasteczek, które sobie co jakiś czas przygryzałam. Ja ich na pewno nie zjadłam, bo nadal dziumdzioliłam pierwsze ciastko, które trafiło do mojej łapy. Rozejrzałam się w poszukiwaniu złodzieja. Do moich uszu dotarły kolejne odgłosy chrupania. Poszłam to zbadać. Zobaczyłam wiewiórę wcinającą MOJE ciasteczka. Moje oczy zabłysły z mordercza nutą. wyciągnęłam sztylet i rzuciłam nim w rude dziadostwo. Mały demon ciastkożerca niestety uciekł zostawiając na moim biednym talerzu same okruchy po pysznych ciachach. T.T

END.

Od Spade c.d Demo


Na szczęście, jakaś wadera, rozdzieliła tego demona ode mnie. Oddychając ciężko patrzyłem na świat szeroko otwartymi oczami. Jeszcze chwila a umarłbym, jako pożywka dla tego diabła. Jasnoszary osobnik ciągle warczał.
Szok oraz adrenalina dała mi, jak na razie, zastrzyk przeciwbólowy, dlatego ból w okolicach karku był jakkolwiek znośny.
- Odsuń się! – Krzyknął basior na wybawiciela, próbując go ugryźć by się odsunął. Dopiero teraz, w krótkiej chwili wytchnienia zauważyłem, że zbawiciel był płci pięknej. Zwinnie wywinęła się od ataku, a sama zaatakowała tytana. Już chciałem uciekać, gdy do głowy wpadł mi pewien pomysł.
Wszedłem do głowy tyrana za pomocą swojego żywiołu. Poruszając się pomiędzy migającymi obrazami wspomnień, przez które można by dostać epilepsji, w końcu znalazłem coś co odpowiadało za pamięć krótkotrwałą. Usunąłem wydarzenia sprzed najbliższych paru godzin. Kiedy zobaczyłem rozpadające się wspomnienia, usłyszałem głuchą ciszę a przed moimi oczami pojawiła się czerń.
***
Obudziłem się, zabierając gwałtowny haust powietrza. Basior był nieprzytomny.
- Wszystko dobrze? – usłyszałem waderzy głos.
<Demo?>

Od Evana do Lilusza

- Eee... Co robimy? - powtórzyłem. - My..? - byłem zaskoczony nagłą wizytą.
- Nudzi mi się... - jęczała Lily, rozpłaszczając się obok mnie na podłodze.
- Mi też, idealnie żeśmy się dobrali - odparłem. -  Ale wygląda na to, że teraz po prostu będziemy nudzić się razem.
- Zróbmy coś... Ee... Jest tak gorąco, chodźmy popływać... - próbowała coś wymyślić. W zasadzie czemu nie, nawet dobry pomysł..
- Okej, może się ochłodzimy.. - powoli podniosłem się z chłodnego podłoża i skierowałem w stronę wyjścia. Patrzyłem na leżącą jeszcze waderę. - Idziesz?
- Wolę pełznąć.. - zaśmiała się i wstała.

Po dłuższej chwili wleczenia się nad jezioro w końcu doszliśmy. Widok wody jakby dodał nam sił - ostatnie paręnaście metrów przebiegliśmy. Przyjemna, niska temperatura była odskocznią od upału. Pluskaliśmy się dobre pół godziny, chlapiąc się i goniąc, próbując przełamać opór wody. Nagle Lily, która uciekała przede mną i była parę metrów ode mnie, przy trzcinach, zatrzymała się i wetknęła w nie głowę. Dobiegłem co niej. Odwróciła się w moją stronę i uciszyła gestem. Podszedłem powoli obok niej i również spojrzałem między chude patyki. Lily nagle powiedziała z pewnym namaszczeniem w głosie:
- Przecież to jest...

<Cóż to, Lilu?>

Od Demo do Spade'a

Spacer na który się wybrałam po raz kolejny bo CZEMU NIE skoro i tak nigdy nie mam pojęcia co robić ze swoim życiem, jak zwykle był nudny i dłużący się, co było akurat dobre, gdyż marnowałam cenne minuty na bezsensowne włóczenie się. Cisza towarzyszyła mi przez całą podróż tam gdzie mnie łapy poniosą. Jednak została ona przerwana przez piski i krzyki. Przygotowałam sztylety z trucizną na wszelki wypadek i zmieniając się w pył, zwiększając swoją prędkość podążyłam w stronę z której wydobywał się dźwięk. Z każdym metrem zaczęłam wyczuwać również zapach krwi. Po chwili znalazłam się już w wnętrzu jakiejś jaskini. Moje szare oczy zobaczyły małego przerażonego białego szczeniaka i ciemnoszarego basiora gryzionego przez innego basiora. Szybko zareagowałam i rozdzieliłam obojga z dorosłych.

<Spade?>

Od Spade c.d Chętny


- Jeszcze jedna runda! – błagał basior, patrząc na mnie oczami wypełnionymi bólem i rozpaczą. Było mi go żal. Nie znał czegoś takiego jak umiar. Dał się wciągnąć w wir hazardu, nie spodziewając się swojej nieuniknionej porażki. Nie kryjąc zdziwienia podniosłem łuki brwiowe.
- Nie masz już co posta…
- Stawiam swoją córkę! – powiedział głośno. – Jeżeli wygram oddasz mi wszystko co do mnie należało! – Stanąłem jak wryty. Mała, biała kulka patrzyła na nas z przerażeniem w bursztynowych oczach. Nie, nie mogłem przyjąć żywego towaru. Nie chciałbym psuć tej młodej damie życia. Musiałbym się nią zajmować, co gorsza, polować dla niej.
- Nie mogę przyjąć twojej oferty – odmówiłem.
- Ach tak?! Nie chcesz mi nic oddać skąpcu?! – Zaczął warczeć i się jeżyć.
- Wolałbym uniknąć handlu żywym towarem – odpowiedziałem spokojnie.
- Od razu stawiasz na to, że wygrasz?! – Jeszcze bardziej się rozzłościł. Widziałem w jego oczach prócz gniewu również rozpacz.
- Patrząc na poprzednie tury, tak. – Skłamałem. Gdybym nie oszukiwał, na pewno bym przegrał każdą turę.
- Nie doceniaj mnie!! – krzyknął rozwalając stos z kartami. Zamurowało nas obydwaj, gdy zobaczyliśmy dwie pary Asa Serca. Poczułem, że muszę się zbierać, najlepiej od razu. Rozgniewał się jeszcze bardziej.
Wszystko stało się bardzo szybko. Poczułem szczęki na swoim karku. Pisnąłem z bólu. Mała również przestraszona zaczęła krzyczeć, wyć i piszczeć. Próbowałem się wyrwać z jego żelaznego uścisku, jednak taki słabeusz jak ja nie mógł sobie poradzić z kimś, co połowę doby spędza na treningach.
Kiedy moje wszystkie nadzieje wygasły w wejściu do jaskini zobaczyłem obcego mi wilka.
<Mój ty wybawicielu? :3>

Od Liliusza Do Evanika - czyli nowe, sama-nie-wiem-co.

Leżałam na podłodze. I miałam ku temu powody! Po pierwsze: nudziło mi się jak jeszcze nigdy. Dzisiaj było wolne, a co za tym idzie, szczeniaki nie miały lekcji. Byłam już w wielu miejscach, nawet w Sierocińcu, a nigdzie nie potrzebowali mojej pomocy. Drugim powodem leżenia na ziemi było... Gorąco. Niby była wiosna, a ja czułam, jakby był środek lata. Miałam wrażenie, że się roztapiam. A ziemia podłoga w mojej jaskini, nawet jeśli taka nie była, wydawała się bardzo zimna w porównaniu do tej na zewnątrz - tak gorącej, że chyba dałoby się na niej usmażyć jajka.
Leżałam tak i leżałam, aż nagle mnie oświeciło - Evan! U niego jeszcze nie sprawdzałam. Może też się tak nudził i umierał z powodu temperatury i słońca, tak jak ja? Pomimo odrętwiałych i wręcz rozleniwionych mięśni, poderwałam się z ziemi i z krzykiem euforii wybiegłam z jaskinii.
Droga przebiegła mi zadziwiająco szybko, oczywiście nie licząc kilku upadków - potknięcia się o korzenie wystające z ziemi, wpadnięcia do dziury, która nie wiadomo skąd wzięła się na środku drogi... Piękny ten dzień.
- EVAAAAN!!! - Wpadłam do domu basiora, bez pukania, wywracając się przy tym i robiąc kilka fikołków. Wtem usłyszałam głośny wrzask. Kiedy się zatrzymałam, wstałam szybko, otrzepałam się i rozejrzałam. Obok kanapy, na ziemi, leżał Evan.
- Co ty wyprawiasz?! - spytał oskarżycielsko.
- Ja? Nudzę się - odparłam, szczerząc się od ucha do ucha. - To co robimy? - zapytałam, jak gdyby nigdy nic.
Evcio? :')