5.06.2020

Od Vespre c.d Tsumi

– Ja… – zacząłem, zdając sobie sprawę jak ciężko było wypowiedzieć mi to jedno słowo normalnym głosem. – Głowa…
– Głowa co? Boli? – dopytywała.
– Kręci mi się w głwoei – odpowiedziałem trochę niedbale.
– W czym? – Zmarszczyła brwi patrząc się na mnie pytająco.
Kamienie pod moimi łapami wydawały się przechylać raz po raz we wszystkie możliwe strony. Musiałem stać z szeroko rozłożonymi nogami, inaczej na bank bym się przewrócił.
– GłowiĘ. – Czkawka nie pozwoliła mi skończyć słowa, chamsko i niegrzecznie przerywając mi już pod sam koniec mojej wypowiedzi.
– Dobrze się czujesz? – zapytała najwyraźniej zmartwiona moim nietypowym zachowaniem.
Piękne pytanie. Czułem się jakbym miał zaraz zwymiotować przez te ciągłe zawroty głowy, a ziemia uciekała mi spod łap niczym zwinny i szybki zając. Najgorszy w tym wszystkim był jednak fakt, że w pewnym sensie to dziwne, nieprzyjemne uczucie dawało w pewien sposób radość, chorego rodzaju przyjemność. Głupia radość, a może raczej powinienem nazwać to tylko jednym słowem, opisującym moje samopoczucie w stuprocentach – głupawka podszeptała mi odpowiedź, której sam bym się po sobie nie spodziewał. Tak, jakby wepchnęła w moje usta słowa, które jako bezmyślna marionetka posłusznie wypowiedziałem.
– Oczyyywiście~ - odpowiedziałem przeciągając samogłoski.
Zmartwiony wzrok waderki zmienił się w spojrzenie jasno mówiące:
– Typie, co ty…
Czknąłem, przerywając jej wypowiedź.
– Co ty odwalasz – dokończyła.
Głupawka przejęła moją świadomość, podszeptując mi coraz dziwniejsze pomysły. Zacząłem cieszyć ryja jak głupi.
– Tsuuumiiiś – podszedłem do niej bliżej żeby otrzeć swoją poklejoną sierść o jej futerko.
Mimo, że byłem otrzepany, nadal bardziej śmierdziałem alkoholem niż Tsumi, która przecież tylko została ochlapana miodem pitnym.
– Vespre! – Odsunęła się troszeczkę, marszcząc brwi. – Śmierdzisz! – mówiła zdenerwowanym tonem, zapewne nie będąc ucieszona z faktu że młodszy o sto lat szczenior ociera się o nią śmierdzącym od alkoholu futrem.
– Hyhy. – Śmiechłem, rzucając się na waderkę, chcąc wymaltretować jej zmysł węchu. Niech wącha ten smród alkoholu.

<Tsumi? Hyhy >D>

Od Stormy CD Pełnia- Adopcja?

Po powrocie do watahy i poznaniu nowej Alfy dostałam informacje na temat mojej funkcji, która tym razem ograniczała się jedynie do patrolowania granic powietrznych. Może zaadoptuję jakieś szczenię? Myślałam w trakcie zapoznawania się z nowymi terenami.  W końcu lubię szczeniaki, a w sierocińcu jest sporo maluchów. Tak, udam się do Rose i uzgodnię to z nią, ale najpierw przygotuję jaskinię.  Jak uzgodniłam, tak zrobiłam, udałam się na południe naszej watahy, gdzie za kamiennym wodospadem znajdowało się "Osiedle" starych, kamiennych domów. Z zewnątrz może nie wyglądały za ciekawie, ale jeśli się coś dobrze urządzi można stworzyć milusi kąt. Zajęłam jeden z większych domków w centrum, jeśli można tak to nazwać. Miał parter i poddasze użytkowe. Budynki były w dobrym stanie, dlatego, gdy weszłam do środka byłam mile zaskoczona tym, że jedyna praca jaka mnie tu czeka to sprzątanie i dekorowanie. Nie zwlekając ani chwili dłużej złapałam za miotłę i zaczęłam zamiatać. nuciłam sobie jakąś skoczną melodię i podskakiwałam z łapy na łapę. Następnie wzięłam się za mycie, a potem za trzepanie tapicerek i pranie koców oraz poduszek.  Tak oto w ciągu jakiś czterech godzin budynek błyszczał. Poszperałam w mojej torbie i znalazłam kilkanaście pereł. Skupiłam się i tchnęłam w nie światło, następnie zawiesiłam je na nitkach i powieszałam na suficie. Żółte, nie za mocne światło dodawało uroczego klimatu. Zaczęłam przemeblowanie. Na początku zajęłam się pokojem dziennym, który był podzielony średniej wielkości stołem na część jadalną oraz relaksacyjną. Wejście do budynku znajdowało się obok kamiennego pieca. Obok pieca ułożyłam trochę drewna. Następnie ustawiłam tam jakiś wieszak na ubrania i niewielką półkę, na którą położyłam jakąś koronkową serwetkę, którą znalazłam i doniczkę z fluorescencyjnymi grzybkami. w rogu z kolei zaczynały się dębowe blaty, a nad nimi wisiały szafki. Stół był okrągły, nie wysoki. wkoło niego zamiast krzeseł znajdowały się duże poduszki, na stole umieściłam miskę z owocami oraz dzbanek z wodą. Zad stołem zaś zawiesiłam 3 dość spore nefryty, które potraktowałam tak samo jak perły, tylko te zawiesiłam w "koszykach" ze sznurka. W kącie znajdowała się duża kanapa 2 fotele. w tamtej części umieściłam milusi, błękitny dywanik z frędzelkami. Meble ustawione były w kształt podkowy zwróconej w kierunku półki z książkami i świecącymi kryształami. W rogach podkowy umieściłam niewielkie, okrągłe stoliki, a na nich ozdobne świeczniki, które znalazłam na piętrze. koło schodów znajdowało się niewielkie pomieszczenie, które w pierwotnym założeniu, chyba było łazienką, więc tego nie zmieniałam. Dodałam jedynie światło i biały dywanik, aby było ciepło w łapy, ponieważ wszystkie ściany jak i posadzka na parterze były z kamienia. Pomieszczenie było niewielkie. Znajdowała się w nim pompa wody na dźwignię, kamienna a la wanna, a pod nią miejsce na rozgrzane kamienie, aby woda była ciepła. Następnie kamiennymi schodami udałam się na piętro, gdzie znajdowały się 3 pokoje i niewielki korytarz. Mniejszy z pokoi urządziłam jako swoją sypialnię. W rogu umieściłam materac, który stał się moim posłaniem. Położyłam na nim jeszcze dwie poduszki i koc. W mojej sypialni znalazło się jeszcze miejsce na niewielką komodę, oraz kufer z moimi kamieniami, perłami i kryształami. oczywiście pomieszczenie uzupełniłam dywanem. A skoro ściany były szare to moją sypialnię wypełniłam kolorem niebieskim. następnie urządziłam pokój dla szczeniaka. Był największym pomieszczeniem na piętrze, posiadał dwa okna, a sam był utrzymany w odcieniach niebieskiego i żółtego. Nie zmieniałam go za bardzo. Dodałam tylko drobiazgi przyjazne dla szczeniaka, jakieś pluszaki, znalazłam nawet dysk pomalowany fluorescencyjną farbką, przyniosłam skakankę i kilka innych zabawek. W pomieszczeniu znajdowały się 2 duże kosze do spania, dwie pufy i dwie komody. Duży, nakrapiany dywan i wiszące lustro na ścianie oraz kilka kufrów na drobiazgi. Ostatnie niewielkie pomieszczenie posłużyło mi jako schowek. na zakończenie dnia splotłam łańcuszki z koralików i świecących pereł i zawiesiłam je w oknach. Byłam z siebie zadowolona i w końcu mogłam powiedzieć, że czuję się jak w domu.

****Następnego dnia***

Z rana udałam się na patrol, aby następnie polecieć do sierocińca, gdzie szukałam naszej medyczki i opiekunki maluchów. Przywitałam się z waderą, która wyglądała na mile zaskoczoną moim przybyciem. Rozmawiałyśmy przez chwilę o tym, co działo się przez ostatnie kilka miesięcy, a po kilkunastu minutach przeszłyśmy do omawiania procesu adopcji. Po wstępnym uzupełnieniu dokumentów udałyśmy się do głównego budynku sierocińca, gdzie bawiły się szczeniaki.
-Szukasz jakiegoś konkretnego szczeniaka?- spytała Rose. Chwilkę się zamyśliłam
-Nie, ale nie ukrywam, że fajnie by było, gdyby szczeniak miał skrzydła.
-Czwórka szczeniaków spełnia te kryteria- uśmiechnęła się miło, co odwzajemniłam. Weszłyśmy do budynku, a następnie niezbyt długim korytarzem udałyśmy się do sali, w której niektóre szczeniaki grały w berka, a inne siedziały na poduszkach i odpoczywały. Moją uwagę przykuła ciemna wadera z kolorowymi wzorami. Chyba za długo jej się przyglądałam, ponieważ Rose szeptała mi do ucha:
-To Strażniczka Pełni. Jest u nas od około miesiąca i jest jednym ze szczeniąt szukających opiekunów. - Otrząsnęłam się i uśmiechnęłam ponownie do Rose. - Zapoznam Was.- dodała po chwili i podeszła do szczeniaka. Chwilkę z nim rozmawiała i mnie pokazała. Uśmiechnęłam się miło, gdy świecące oczka wadery były skierowane na mnie. Po kolejnej chwili wadery do mnie podeszły.
-Pełnio, Stormy chciała by Cię lepiej poznać, a jeśli się zgodzisz to zostaniesz przez nią zaadoptowana. -Powiedziała z uśmiechem Rose.
-Cześć Pełnio, co powiesz na krótki lot?

<Pełnia?>
Wiem, że przynudzałam opisem domu, ale no... Zaczynamy?

Od Tsumi do Vespre

Przez chwilę dostałam zawału, nie wiedząc co się dzieje, potem chwila paniki a na końcu ulga. Nie jestem pewna, co bym zrobiła, gdyby Vespre tam został. Co bym powiedziała jego mamie?
,,Przepraszam, ale pański syn został zamarynowany w pitnym miodzie"? Hah, nie. Okrążyłam tą dziurę w podłodze, ostrożnie stawiając łapy. Wylecenie z zamkniętej przestrzeni, do tego z głębokiej cieczy jest trudne. Serio. A Vespre o ile mi wiadomo nie jest kaczką ani łabędziem. Chociaż... kto wie? Może w tej marynacie byłby smaczny. W końcu znalazłam odpowiednio stabilny i wystający kawałek drewna.
- Chodź tu. Dasz radę tędy wyjść? - gdy szczeniak był już na miejscu i jedną łapą dotknął prawilnego podłoża, drugą  nadal mając na beczce, chwyciłam go krótkotrwale za kark, pomagając wyjść na powierzchnię. Smak tego czegoś na jego sierści był dla mnie jakąś nowością. No, teraz przynajmniej nie tylko ja wyglądałam jak kura po deszczu. Szczeniak zamarł w miejscu z wpół rozłożonymi skrzydłami i rozkraczonymi łapami, z kamienną miną, pozwalając by ciecz barwy niczym pocytryniona herbata, spływała z jego sierści i kapała sobie na podłogę. Mlasnęłam językiem.
- Tak. Powinieneś wejść pod wodospad. Właśnie tak. - Basior zgromił mnie wzrokiem, po czym zrobił coś niewybaczalnego. A mianowicie postanowił się otrzepać. Czymże sobie zasłużyłam na to skaranie Boskie, powiedzcie mi. Po chwili wszystko było brudne i najprawdopodobniej klejące (tak drogie dzieci, cukier się klei), Vespre tylko lekko wilgotny z zadowoleniem na pysku, a czułam się jakby mnie właśnie obsrał gołąb.
- Teraz przynajmniej nie wejdę do zimnej wody sam - burknął, po czym skierował się do wyjścia. No, wątpię żeby ktoś tu wbił, więc to raczej bezpieczna kryjówka. A do miodu wrócimy potem. A co do wejścia w dół wodospadu... (strumień spadającej wody by nas zmiótł z powierzchni ziemi. Woda na dole była bardziej logicznym wyjściem), postanowiłam że sobie poszybuję w dół. Pod koniec, gdy byłam już blisko wody, jednak nadal rozpędzona, zaorałam łapami przez chwilę w taflę wody, hamując skrzydłami, by po chwili stanąć na brzegu i czekać na mojego towarzysza w niedoli. Jednak, to nie było najciekawsze. Co zatem było? Vespre co jakiś czas szybował sobie z większych wysokości, by ich nie omijać naokoło i o ile to szybowanie wychodziło mu dobrze, to o chodzeniu już nie mogę tego powiedzieć. Serio. Miałam wrażenie że jego łapy zamieniają się w galaretę. Gdy w końcu dotarł na miejsce, spojrzał na mnie lekko sennym wzrokiem.
- Co ci -spytałam

<Vespre?>

Od Vespre c.d Tsumi

Waderka potruchtała do beczek z miodem pitnym.
– Jak to się otwiera? – zapytałem, ruszając w stronę Tsumi.
Nie dane było jej odpowiedzieć, choć raczej powienienem powiedzieć, że to ja nie zasługiwałem na usłyszenie odpowiedzi. Zanim nabrała powietrza w płuca, żeby coś odpowiedzieć, deski pode mną zapadły się. Dźwięk pękających desek nie był zbytnio przyjemny, tak samo jak poczucie bezwładności podczas spadania w nieznaną sobie przestrzeń.
Poczułem jak ląduje na następnej powierzchni drewna, która tak samo gwałtownie jak podłoga w pomieszczeniu u góry, załamują się pod moim ciężarem. Zimna, może i nawet lodowata ciecz objęła moje ciało w błyskawicznym tempie. Zanim wpadłem cały do nieznajomej mi cieczy, byłem w stanie wyczuć ostry, gryzący w nos, specyficzny zapach.
Plum.
Gdy uderzyłem grzbietem o dno, odruchowo otworzyłem pysk w zamiarze wydania z siebie krzyku, bądź jęknięcia bólu. Jedyne co ze mnie wyleciało, to garstka bąbelków. Moje usta oraz układ oddechowy został zalany przez ciecz o słodko-gorzkim smaku. Gdzieś tam przez wodę słyszałem głos Tsumi, ale ogólne oszołomienie zmieszane ze strachem nie pozwoliło mi skupić się na znaczeniu jej słów. Powietrza. Naprawdę źle się oddycha pod wodą, a jeszcze gorzej jak ta woda jest tak strasznie gorzka i o dziwnym smaku. Odruchowo połknąłem to, co naleciało mi do pyska, co oczywiście było głupim rozwiązaniem. Co to w ogóle było, i czy mnie nie zatruje?
Próbowałem otworzyć oczy w tym samym momencie, w którym bezcelowo szarpałem nogami, tak jakby zamiast pływać chciałbym rozerwać niewidzialnego stwora tępymi pazurami. Oczy za szczypały i to tak piekielnie mocno. Wtedy, kiedy ponownie zamknąłem oczy, moje tylne łapy natrafiły na dno beczki i wykorzystując okazję, odepchnęły mnie na tyle mocno, że wypłynąłem na powierzchnie. Złapałem się podczas pierwszej możliwej okazji rąbka beczki. Nabrałem łapczywie haust powietrza, jednak i tak po chwili zacząłem kaszleć, czy tam kasłać, jak opętany. Nigdy więcej.
– Żyjesz? – zapytała Tsumi patrząc na mnie z góry, stojąc przy krawędzi dziury którą zrobiłem.
– Nie.

<Tsumi?>

Od Tsumi do Vespre

Stanęłam przed wejściem do jaskini po czym dumnie spojrzałam na szczeniaka. Vespre chyba przez chwilę nie wiedział o co chodzi. Dopiero gdy podszedł nieco bliżej, zauważył zakrytą przerwę między kamieniami.
- Ja tam nie wejdę - powiedział po chwili stania i patrzenia na wyskrobane z ziemi przejście.
- Owszem wejdziesz. Jak chcesz to mogę tam wleźć pierwsza - zaproponowałam, próbując jakoś ułożyć moje mokre pióra. Szczelina była na tyle od dołu szeroka, że z powodzeniem zmieściłby się tam dorosły wilk z dwumetrowymi skrzydłami wraz z beczkami (nie, szaman nie miał skrzydeł), tyle że było przykryte grubą warstwą ściółki. No nic, później się tym zajmę. Schyliłam nieco głowę i weszłam za głaz, ocierając się o zimne, wilgotne ściany. Ledwo zniknęłam za kamienną płytą, a z powodzeniem mogłam stwierdzić, iż jest tu dużo luzu, mogłam się odwracać, kręcić a światło... zaraz.. czemu tu było tak przyzwoicie jasno? Jakby były tu wielkie okrągłe okna w biały dzień, do tego z powodzeniem mogłam zlokalizować źródło światła. Podekscytowana odwróciłam się gwałtownie w stronę wejścia, gdzie wtykał swój nos Vespre.
- No idziesz? - spytałam podchodząc. Szczeniak wykrzywił pysk, niechętnie zniżając głowę, i przeciskając się do środka. W końcu wylądował na uklepanej ziemi, rozglądając się po jaskini cicho. Zignorowałam malunki na suficie, bo aktualnie obchodziły mnie beczki, a nie bazgroły starego szamana. Weszłam nieco dalej. Tu jaskinia się rozszerzała z korytarza na kuliste pomieszczenie, niezbyt wysokie. W jego rogu, poupychane były beczki.
- SĄ! - Zawołałam radośnie. Ale zanim to, to jeszcze ta zagadka światła słonecznego. Po lewej stronie, tam, gdzie spadała woda, była wielka, szklana, nie równa ściana, przez którą dobrze było widać spływającą z dużą prędkością i obijającą się o to dziwne szkło wodę.
- Co to jest.... od drugiej strony wygląda jak zwykła skała - podeszłam i położyłam na tym łapę, sprawdzając czy to rzeczywiście jakiś rodzaj szkła, przy okazji zostawiając na nim odcisk swojej brudnej łapy.
- .... Przypomina trochę lustro weneckie - odparł Vespre, podchodząc do mnie, przez cały czas patrząc na szklane coś.
- Jakie lustro? - zmarszczyłam brwi pytająco. Szczeniak popatrzył na mnie dziwnie.
- Co.
- Co. - chwila ciszy - to że mam sryliard powieści i ksiąg o ziołach nie oznacza, że wiem wszystko - odparłam, nadal wyczekując odpowiedzi - No, to co to jest?
- Z zewnątrz odbija część światła czy coś... od wewnątrz możesz wszystko widzieć, a z zewnątrz już nie. Tylko że to od drugiej strony nie jest lustrem a skałą.
- I nic nie widać stąd przez tą płynącą wodę - burknęłam niezadowolona. Odwróciłam się. Było tam jeszcze jedno pomieszczenie, zasłonięte jakąś dziwną rośliną. Mogłam przysiąc że zza tych zwisających roślinek, na suficie widziałam jakieś świecące kwiatki, ale nie ważne. Najpierw beczki. Potruchtałam do nich, z uśmiechem na twarzy.

<Vespre?>

Od Sokara CD Kiomi

- Wszystko okay?- spytałem nieco zaniepokojony. Wadera nie wyglądała, jakby czuła się dobrze. Na dodatek wciąż była cała mokra, nawet mimo tego, że od jakiegoś czasu starałem się jakoś osuszyć ją z pomocą skrzydeł. Minus był taki, że nie wiedziałem, czy przypadkiem się przez to nie przeziębi, a plus taki, że przynajmniej dzięki temu się ocknęła. Odrobinę mi ulżyło.
- Chyba tak... - mruknęła cicho, patrząc na mnie i najwyraźniej łapiąc dopiero ostrość. Zaraz jednak znów zamknęła oczy i jęknęła krótko.- Ale mnie boli głowa... Ała...
Co pomaga na ból głowy, Sokar, myśl...
- Zaraz pójdę po jakieś zioła- zaproponowałem i przeszedłem kawałek dalej, prostując skrzydła. W budynku głównym sierocińca na stówkę był ich całkiem spory jak na niego zapas. Gdybym poprosił kogoś dorosłego, może mógłbym trochę wziąć lub przy odrobinie szczęścia uzyskałbym pomoc. A raczej uzyskałaby ją wadera, której ona była potrzebna. Już zatrzepotałem skrzydłami, kiedy wilczyca zastąpiła mi drogę. Musiałem się odrobinę cofnąć. Stwierdziła, że wytrzyma... Jako iż nie byłem typem, który chcę wszystkim na siłę pomagać, skinąłem głową.
- Jak wolisz.
- Tak w ogóle, to co się stało?- Odsunęła się trochę, po czyn otrzepała się z wody. Trochę mnie zmoczyła, ale nie przejąłem się tym.
- W sumie sam nie wiem- odpowiedziałem szczerze.- Wyszedłem z tego budynku.- Wskazałem na spory biały budynek na środku sierocińca.- Zobaczyłem ciebie, jak leżałaś nieprzytomna na brzegu. Pomyślałem, że zabiorę cię tutaj. Jest tu ciut cieplej- wytłumaczyłem na szybko.
- Dziękuję za pomoc w takim razie.- Skinęła mi delikatnie głową.- Ale chwila...- Wydała mi się przez chwilę czymś zaniepokojona.- Sasuke! Widziałeś go?

***

- Fajnie jest mieć towarzysza?- zagadałem, wciąż rozglądając się za latającą pierzastą latarenką. Byliśmy w pobliżu miejsca, w którym Kiomi podobno rozstała się ze swoim feniksem. Zmierzaliśmy w stronę lasu, bo prawdopodobnie to właśnie tam udał się ptak na polowanie. Szukaliśmy go już szmat czasu. Trochę bolały nas gardła od wołania za nim. Skrzydła też, dlatego szliśmy teraz na piechotę.
- Ty nigdy go nie miałeś?- Spojrzała na mnie przez chwilę, ale szybko wróciła do rozglądania się po lesie.
- Niee, jakoś... Jakoś się nie złożyło.- Ominąłem mrowisko.- Myślałem, że kupię sobie rzekotkę albo jakieś inne małe stworzonko, kiedy już będę starszy, ale usłyszałem pewną historię i... jakoś uznałem, że jeśli mam mieć kiedyś towarzysza to przeznaczenie sprawi, że i tak będę go miał.
- Przeznaczenie?
- Mhm!- Przeskoczyłem nad kłodą leżącą mi na drodze. Biała wadera zrobiła to samo, tylko z pomocą skrzydeł.
- Wiesz...-zamyśliła się.- Ja spotkałam Sasuke, kiedy byłam o wiele młodsza. Zaopiekował się mną, kiedy byłam ranna i od tamtej pory po prostu żyjemy ze sobą. Jest moim przyjacielem- mruknęła cicho.- Myślisz, że to było przeznaczenie?
- Taak, tak właśnie myślę- uśmiechnąłem się trochę. Ten uśmiech niebawem jednak mi zszedł.- Zaraz zacznie się ściemniać- zauważyłem ponuro.- Zdarzało mu się nie wracać na noc?
- Nie- fuknęła. Zdawała się być zmartwiona.
- Nie mówiłaś czasem, że jest nieśmiertelny?- Zatrzymałem się na chwilę.
- To nie znaczy, że nie może być ranny.- Zrobiła to samo, co ja i podeszła do mnie, patrząc mi hardo w oczy.- Musimy go znaleźć.
- Znajdziemy. Jestem tego pewny- posłałem jej delikatny, pokrzepiający uśmiech.- ...Chociaż powinienem powoli wracać do sierocińca... Moi opiekunowie nie byliby zadowoleni, że wracam po zmroku.
- Jeszcze go nie znaleźliśmy!- zaprotestowała.
- Wiem... Dlatego i tak poszukam go z tobą. Po ciemku będzie łatwiej go znaleźć. W końcu to ognisty ptak. Będzie się świecił.
- Masz rację- uśmiechnęła się szeroko. Sam nie potrafiłem się nie uśmiechnąć, widząc to. Zdecydowanie zarażała pozytywną energią.
- Jest już nasz!
- TAK!- Wzbiła się w powietrze na swoich ślicznych ognistych skrzydłach i już miałem pójść w jej ślady, kiedy coś ze straszliwą prędkością przeleciało mi przed samym nosem, waląc w drzewo obok mnie. To było szybsze niż mrugnięcie okiem. Nie zdążyłbym nawet zarejestrować tego, jaki to ptak, gdyby nie płonął żywym ogniem.
- SASUKE!- Głos Kiomi rozpoznałem bez problemu.

<Kiomi? Proszę Bardzo>

Od członka widmo

Zerwałem się na równe nogi. Obcy wilk blokujący jedyną drogę ucieczki nie jest czymś, co chciałoby się zobaczyć w samym środku nocy, jako samotnik z złą reputacją. Nie atakowałem jeszcze, choć sam nie wiedziałem czy robię właśnie błąd. Czy to ktoś, kto przy najbliższej możliwej okazji zrobi z moich jelit szaliczek, a z futra cieplusi kocyk? Czy może po prostu błądzący po tych terenach wilk, samotnik, podobny do mnie? Nie mogłem tego jeszcze stwierdzić, jest o wiele za wcześnie na stwierdzanie faktów.
Najeżony, z podkulonym ogonem i położonymi uszami czekałem na ruch nieznajomego. Byle nie był jednym z członków tej nowo powstałej grupy.
– Dobry wieczór? – zapytał niepewnie waderzy głos.
Wadera? Może i samce są statystycznie silniejsze, ale jeżeli ona jest typową samicą tyranem, to pewnie nie mam już szans przeżyć, nawet z moimi mocami. Muszę zachowywać się tak, żeby jej nie nastawić agresywnie przeciwko mnie.
– Zgubiłaś się? – zapytałem, kładąc najeżone chwile wcześniej futro. Dalej jednak pozostawałem w uległej pozycji.
– Nie, po prostu szukam schronienia – wyjaśniła spokojnie. – Wiesz czy jest gdzieś w pobliżu jakaś wolna jaskinia lub nora?
Podniosłem odrobinę łeb, stawiając ponownie uszy. Wyprostowałem ogon tak, żeby wisiał sobie bezwiednie.
– Chyba jest jedna, taka koło polany – powiedziałem po chwili namysłu.
– To była moja jaskinia wcześniej – wyjaśniła. – Wilki z stada zajęły ją i mnie stamtąd wypędziły.
Uniosłem brwi w zdziwieniu.
– Oh… W takim razie chyba nie ma żadnej innej…
Chwila niezręcznej ciszy.
– Mogłabym tu przenocować? – zapytała po chwili.
Nie takiego pytania się spodziewałem. Udałem, że się chwilę zastanawiam, po czym odpowiedziałem:
– Tak.
Wadera weszła do środka, a ja usiadłem tam gdzie stałem.
– Rankiem pójdę szukać nowej jaskini – wyjaśniła. – Dziękuję za gościnę.
– Spokojnie, i tak to nie jest moja jaskinia.
Nawet przez wszechobecny półmrok mogłem zauważyć jej pytające spojrzenie.
– Tylko tu nocuje, jutro mnie już nie będzie – dopowiedziałem. – Jeżeli chcesz możesz zająć tą jaskinie, ja naprawdę nie zwracam uwagi na to gdzie śpię.
– Ah… No to myślę, że tutaj zostanę.

C.D.N

Od Vespre c.d Tsumi

Zostałem na górze. Patrzyłem za Tsumi, schodzącą uważnie w dół wodospadu niedźwiedziego. Kiedy już zniknęła mi z oczu byłem zawiedziony. Tak bardzo wyczekiwałem tego momentu aż się poślizgnie i wpadnie do wody jak śliwka w kompot, ale ostatecznie dotarła bezpiecznie tam, gdzie zamierzała dotrzeć. Westchnąłem zrezygnowany, siadając na jednym z kamyczków. Ciekawe ile jej tam zajmie. Byle o mnie nie zapomniała. Nie chcę siedzieć tu jak debil czekając na kogoś kto nie zamierza przyjść.
Odpędzałem przez cały czas od siebie myśli o tym by zlecieć za nią tam w dół. Nie potrafię jeszcze latać, choć kompletnym nielotem nie jestem. Na pewno nie powinienem teraz bez żadnej asekuracji schodzić w dół. Jeszcze straciłbym równowagę i nabił się na jakiś ostry kamień. I byłby szaszłyk z Vespre. Wzdryg. Sama myśl o śmierci w taki sposób powodowała napad nieprzyjemnych ciarek, biegnących od ogona aż do samej głowy. Tsumi mimo że o dwa miesiące sta… W sumie. Powinienem mówić że jest starsza ode mnie o dwa miesiące, czy raczej sto lat i dwa miesiące? A może ona nie ma stu ileś lat, tylko sto parędziesiąt ileś? A może jeszcze więcej? Ale chyba mentalnie i fizycznie jest w tylko dwa miesiące ode mnie starsza…
Dobra, mniejsza z tym. Tsumi chyba ma tyle oleju w głowie by nie spaść w dół wodospadu z powodu tylko jakiegoś tam mokrego kamyczka, prawda? Szaszłyk z Tsumi byłby chyba najgorszym co mógłbym zobaczyć. No i jeszcze to byłaby katastrofa dla naszej watahy, bo kto zostałby nową alfą? Nikt się przecież nie nadaje na to stanowisko, nawet Mama czy inni ludzie z rady. Co z tego, że obecnie Tsumi i tak nie ma na swojej głowie obowiązków alfy. Po prostu katastrofa i tyle. Nie miałbym swojego szczenięcego opiekuna i pewnie mama przetrzymywałaby mnie w pałacu bądź sierocińcu jak typowa nadopiekuńcza mama. Brr, Vespre księżniczka uwięziona w komnacie, której pilnuje groźny smok – mama Zahira.
Moje dziwne przemyślenia przerwała gwałtownie waderka, podlatująca do mnie tak nagle, jakby była polującym na robaczka pajączkiem, i właśnie wyskakiwała z swojej podziemnej nory. Wylądowała trochę obok mnie. Była cała mokra, z brudnymi od błota i mchu łapami. Przypominała trochę kurę która chodziła po podwórku w deszczu, bo rolnik nie otworzył kurnika żeby nielot mógł się tam schować.
– Znalazłam coś! – oznajmiła uradowana.
– Są beczki? – zapytałem odrobinę niedowierzając.
– Tak! Choodźmy po nie.
Chwilę zajęło nam zejście na dół. Waderka już wiedziała jaką drogą iść, ja jednak z powodu stresu spowodowanego swoimi wyobrażeniami wilczych szaszłyków oraz niemożliwością latania szedłem za nią o wiele wolniej, spowolniając tylko nasz pochód. No, niby tam coś przeleciałem, ale o mało nie wpadłbym do wodospadu. Po jakimś czasie byliśmy już przy wejściu do miejsca ukrycia beczek.

<Tsumi?>

Od Tsumi do Vespre

Przez chwilę miałam poker face, grzebiąc między paprociami, nic nie mówiąc. Zaraz.... to że teraz są tu paprocie nie znaczy, że były one tutaj 100 lat temu. Westchnęłam cicho. Czy jest tu jakiś wilk z umiejętnością lokalizacji przedmiotów? Chociażby taka Tenshi posiadająca żywioł  magii i od razu życie staje się łatwiejsze.
- Ok. Idziemy w góry - stwierdziłam w końcu
- Że jak? - spojrzał na mnie krzywo, wyrażając tym samym swoje zaskoczenie - Przecież podobno wykreśliłaś góry ze swojej listy poszukiwawczej.
- Niby tak. Ale łagodna część śnieżnych jest miejscem raczej łagodnym. Na obrzeżach watahy w sumie byłoby najlepiej cokolwiek zakopać. Ziemia by mogła się obruszyć przez upływ czasu. Kamienie są bardziej odporne.
- Czyli jednak góry? - spytał zrezygnowanym tonem
- Właśnie tak - odparłam, po czym stanęłam nieco dalej, gdyż przed nami woda zaczęła spadać, tworząc wodospad niedźwiedzi.
- Szaman w sumie mógł go tu schować... - mruknęłam sama do siebie.
- Tsumi? - Vespre popatrzył na mnie, chyba wyczytując moje myśli. W odpowiedzi uśmiechnęłam się szeroko, pokazując rządek białych kiełków.
- Nic się nie stanie, przecież umiem latać na niskich wysokościach.
- Ostatnio ładnie podzieliłaś się historią, w której wpadłaś do strumienia - odparł szybko szczeniak. Odwróciłam głowę, uśmiechając się zmieszana.
- To nie moja wina tylko sił natury, a teraz daj pracować - odpowiedziałam, po czym stanęłam nad przepaścią spadającej wody, skacząc po omszonych kamieniach. - Czekaj tu - dodałam na odchodne. - Gdy byłam już na małym wystającym kamieniu, spojrzałam w tył na szczeniaka, który patrzył na całe to przedstawienie wyczekując, niby na zrzucenie bomby atomowej. Westchnęłam, przywracając głowę do naturalnej pozycji, po czym skoczyłam w dół, by zaraz potem rozłożyć skrzydła i zamachać nimi kilka razy przy lądowaniu, wyciągając łapy. Wylądowałam na jednym z tych wielkich, wystających kamieni, który postanowił się zalesić i pokryć trawą. Spojrzałam na prawo, na ten kamień drugi bardziej ukryty w cieniu i w rogu wodospadu. Udało się. Huk i szum spadającej wody, idealnie maskował wszelkie dźwięki, jak i ciągle spadająca woda, potrafiła zamaskować każdy zapach. Ale tutaj fajnie słonko grzeje.... czy ja właśnie znalazłam miejsce do bezpiecznego leżenia? Ale zaraz, nie to miałam robić. Przebierałam szybko łapami, by złagodzić szybkość podczas której schodziłam w dół w stronę wodospadu. Mogłam przysiąc, że byłam już cała mokra i wyglądałam co najmniej źle jak kura w deszczu. Wkrótce moje futro jak i rośliny spowił cień, a ja stałam przed czystą, gołą skałą, która była sobie grzecznie za wielkim drzewem, przy okazji osłaniając nieco od wody. Zaczęłam węszyć, szukając jakiegoś przejścia. W końcu poczułam, ale nie zapach, a jakieś inne ciśnienie powietrza, które bynajmniej nie było tworzone przez spadającą wodę. Podkopałam trochę ziemi obok tego drzewa a skały ubłacając sobie łapy. Mgiełka która przez cały czas się tu utrzymywała, jeszcze bardziej moczyła mi futro. W końcu znalazłam wąskie przejście ukryte pod mchem, które od środka było tą miękką rośliną całe usłane, do tego mogłam stwierdzić tam blade źródło naturalnego światła, jak i dziwne malunki na suficie. Żeby tam jednaj wejść, musiałam jeszcze nieco pozdrapywać mchu z ziemią z bocznej skały.

<Vespre?>  Czas na.... pisańsko lenny

Od Tobiasa c.d Shira

Gdy dotarliśmy na nowe tereny, byłem już pewny, że nie zamierzam już dalej mieszkać z rodzicami. Co jak co, ale jestem już dorosłym basiorem, niektórzy w moim wieku mają już własne szczeniaki. Nie zamierzam być starym kawalerem do końca swojego życia, a nawet jeśli, wolałbym mieszkać sam. Właśnie dlatego wybrałem osobną jaskinię niż moja rodzina. Tata był nawet ucieszony, że od teraz wyprowadzam się na swoje i ma minus jedną gębę do wykarmienia. Mama była trochę sceptyczna ale w końcu uznała, że mój pomysł nie jest aż taki zły. Ciekawe czy moje siostry się kiedyś wyprowadzą od rodziców.
– To chyba tu… – mruknąłem, stojąc przed swoim nowym miejscem zamieszkania.
Wdech, wydech. Czułem się jakby krok, który właśnie robię, był wejściem w nowy etap życia. Od teraz będę mieszkał sam, bez rodziców.
– Oj skooończ.
Usłyszałem czyiś głos. Zanim zdążyłem przypomnieć sobie do kogo on należy, do mnie zdążyła podbiec biała wadera, radośnie machając ogonem.
– Tobias! Będziesz tu z nami mieszkać? Ale super, nie? – pytała ucieszona wadera, którą ledwo co kojarzyłem.
Coś przytuptało ociężale za nią. To coś już doskonale pamiętałem. Wielki czarny tygrys w tęczowe paski, ten sam który na starych terenach przestraszył mnie do tego stopnia, że przez następne parę godzin dalej trzęsły mi się łapy, a ja miałem wrażenie jakbym otarł się o bramy śmierci.
Musiałem się jednak ogarnąć, jeżeli mam z nimi mieszkać od teraz, powinienem przestać się bać swoich współlokatorów. Tylko gdybym pamiętał jak ona ma na imię…
– Eee… Cześć? – zacząłem, troszkę nie wiedząc jak mógłbym odpowiedzieć na to co mówiła ucieszona wadera. – Tak, chyba na to wygląda.
Jej entuzjazm zbił mnie z tropu, czułem się tak trochę niezręcznie. Nie wiedziałem co mógłbym dalej mówić.

<Shira?>

Od Kagekao

Pomimo tego, że rodzina doskonale wiedziała o moich planach, nadal trudno było mi opuścić tereny watahy. Bałem się mimo wszystko, że do czasów mojego powrotu coś mi, lub nawet im, może się stać. Właśnie. Nie wiedziałem nawet kiedy uda mi się wrócić. Droga na stare tereny nie jest przecież krótka. Muszę liczyć co najmniej parę dni, może nawet z tydzień drogi w tę i we w tę. Dodać czas poświęcony na szukanie Kazuri. Zajmie mi to gdzieś z dziesięć dni? Oczywiście patrząc optymistycznie, że przyjdę, znajdę i zaprowadzę.
Dlaczego w ogóle poświęcam się dla obcej mi wadery? Została na naszych starych terenach, które mimo wszystko dalej są w miarę bezpieczne. Nie mogę jednak wykluczyć scenariusza, że po naszym zniknięciu coś stało się na tamtych terenach. Może walnął w nie jeden wielki meteoryt? Albo ktoś omyłkowo otworzył portal do świata dinozaurów, które przejęły całkowicie nasze stare tereny? Lub, co gorsza, ktoś założył nową watahę na naszych starych terenach?
Możliwości jest wiele, z czego i tak większość z nich nie należy do kolorowych. Naprawdę nie chciałbym ponownie zobaczyć tych wielkich przerośniętych jaszczurów na sterydach. Jeden raz w ich świecie mi wystarczył bym wiedział doskonale, że nie chce już więcej widzieć ich własnymi oczami. Już nawet na samo ich wspomnienie po moim ciele przebiegają ciarki.
Podróż mijała mi dosyć spokojnie. Żadnych zagrożeń, jedynie wszechobecna cisza przerywana przez melodyjny śpiew ptaków. Teraz wszystko tu wygląda inaczej niż przedtem. Na drzewach są liście, widać zieloniutką trawę, a jeziorka nie są wcale zamarznięte. Gdybym w miarę nie zapamiętał mapy, możliwe, że nawet bym się zgubił. Dziękowałem Lii, że jednak to mi wepchnęła w łapy mapę każąc prowadzić watahę na nowe tereny.
Kiedy zaczęło zmierzchać postanowiłem znaleźć jakieś schronienie. Niestety, nie było na tych terenach żadnych gór czy pagórków, w których mógłbym znaleźć chociażby najciaśniejszą jaskinie. Drzewa były jeszcze za młode, żebym w ich korzeniach mógł znaleźć norę. Nie były jednak cienkimi patyczkami, dosięgającymi ledwo trzy metry. Mimo młodego wieku, jak na drzewo, na pewno byłyby w stanie mnie utrzymać.
Szukanie drzewa które wydawało się najmocniejsze z całego lasu zajęło mi tyle czasu, że zdążyło się już porządnie ściemnić. Ptaki przestały śpiewać już dawno śpiewać, tylko niektóre świerszcze grały dalej na swoich skrzypeczkach. Teraz powoli, powolutku, to sowy zaczynały swoją melodię.
Wszedłem na drzewo które wydawało się grube na tyle, by utrzymać moje cielsko nad ziemią. Wdrapałem się na wysokość około trzech metrów nad ziemią. Delikatnie położyłem się na gałęzi, wbijając tylne pazury w gałąź na której leżałem. Może i to nie będzie zbyt przyjemny sen, jednak mam zapewnione bezpieczeństwo, że nikt mnie stąd nie dosięgnie, a ryzyko upadku jest całkiem niskie. Zamknąłem oczy, skupiając się na jak najszybszym zapadnięciu w sen. Jutro powinienem coś upolować.

C.D.N

4.06.2020

Od członka widmo

Tej nocy nie mogłem zasnąć. Ile bym się nie kręcił jakieś nieznane mi uczucie kłębiło się gdzieś w środku mnie niczym gęsta, mleczna mgła zasłaniająca o poranku całą łąkę. Nawet mimo bardzo pracowitego dnia nie byłem w stanie uspokoić się i we śnie zregenerować swoje siły przed czyhającym na mnie niebezpieczeństwem jutra. Może i od czasu ich wyprowadzki na tych terenach stało się bezpieczniej, ale i tak niektóre osobniki tutaj pozostały. Już większość z nich kojarzy lub nawet zna mnie osobiście, lecz warto wspomnieć, że najpewniej nie mam zbyt dobrej reputacji. Zastanawiam się ile jeszcze będę mógł żyć tak jak dotychczas na tych terenach.
Ah, Demoness. Gdybym wiedział, że od czasu twojego odejścia już więcej cię nie zobaczę, uczepiłbym się ciebie jak rzep do wilczego ogona. Byłaś promyczkiem nadziei dla mnie, wilka pochłoniętego przez głęboki mrok oszustwa i wszelkich kłamstw, wyrządzających jedynie więcej szkody niż pożytku. Jednak znikłaś, już więcej cię nie zobaczyłem. Twoja obecność nie wprowadziła we mnie zbyt dużych zmian. Nie wyciągnęłaś ze mnie tej duszy hazardzisty, która zregenerowała się, a nawet i urosła, po twoim zniknięciu.
Pamiętasz tego wilka przed którym mnie uratowałaś? Dokładnie tego, który o mało by mnie nie zabił. Rozum nie zdołał mnie powstrzymać – wróciłem tam. Jak możesz się spodziewać, po następnej partii, którą oczywiście przegrał, nie wyszedłem z tego cało. Może i żyję, jednak na moim karku oraz czole widnieją szpecące, głębokie szramy. Naprawdę, ten basior ma mocny zgryz. Wątpię, że gdybym pozostał w jego uścisku, moja czaszka dalej byłaby w jednym kawałku.
Jednak nie rany najbardziej mnie bolały po tym wszystkim. Samiec tak bardzo był zachłanny na pieniądze, że nie pozwolił mi zabrać swojej wygranej. Ba! Zostałem pozbawiony jeszcze tego, co sam postawiłem, oraz tego co miałem akurat wtedy w sakwie. Chciał mnie okraść bez względu na to, czy przegra naszą partię, czy wręcz przeciwnie. Gdybym miał tylko więcej siły, możliwe że zdołałbym się postawić i wymierzyć mu sprawiedliwość. To już nie był hazard. Jedynie jego imitacja tworzona przez wilka nastawionego na sam zysk.
Nigdy nie rozumiałem takich ludzi. Uprawiają hazard dla samej korzyści, nie potrafiąc docenić tego mrożącego krew w żyłach ryzyka. Nie powinni się nawet zabierać za grę, jeżeli nie są nastawieni już na samym początku na porażkę. Gorycz i żal związany z utratą swoich pieniędzy na pierwszy rzut oka wydaje się przeokropnym uczuciem. Naprawdę nie ma czego się bać. Uzależniony od ryzyka musi pogodzić się z porażką, nawet jeżeli ma najgorszy możliwy smak. W pewnym sensie ból po utracie wszystkiego jest satysfakcjonujący. Cierpisz. Masz żal do samego siebie. Wiesz jednak, że nie byłeś w stanie się pohamować, i to wszystko jest twoja wina. Tylko i wyłącznie twoja wina. Uświadamiasz sobie jakim brudnym śmieciem jesteś, żyjąc jedynie od gry do gry, licząc jedynie na bardzo humorzastą zmienną – swoje szczęście.
Nikt nie jest niezwyciężony, nawet najlepszym zdarza się przegrywać. Trzeba po prostu przyzwyczaić się do goryczy porażki. Nic więcej nie możesz zdziałać. Ponieważ gdy już raz posmakujesz hazardu, on nie puści cię tak łatwo. Owinie swoje obślizgłe macki wokół twojego ciała i nawet, jeśli stawiałbyś opór, po jakimś czasie to okropne uczucie zacznie sprawiać ci przyjemność.
Usłyszałem odgłos stukania pazurów o skalną posadzkę. Odwróciłem się w stronę źródła dźwięku. U progu mojego tymczasowego schronienia stała jakaś postać.

C.D.N

Od Vespre c.d Tsumi

– Wzdłuż rzeki? – zaproponowałem nieświadomie kierując wzrok w stronę głównej rzeki watahy.
– Niech ci już będzie – westchnęła i ruszyła z wolna w wskazaną stronę.
Zacząłem iść za nią, choć tak właściwie już po chwili zrównałem z nią kroku. Nic nie mówiliśmy, co było dla mnie trochę nie do zniesienia. Tłumiłem w sobie chęć zagadania, bo nie wiedziałem czy pytanie o to, co dręczy mnie od jakiegoś czasu, a nasiliło się jeszcze w biegu ostatnich wydarzeń, byłoby na miejscu. Znaczy, wiecie. Pytanie o takie rzeczy niektóre dziewczyny może spowodować mocnego focha, może nawet przynoszenie kwiatuszków i świeżo upolowanych królików by nie pomogło polepszyć nadszarpniętych kontaktów.
Nie mogłem się powstrzymać, po prostu nie mogłem. Nawet wizja fochniętej Tsumi nie była w stanie zahamować mojej ciekawości.
– Em… Tsumi? – zacząłem niepewnie, dalej szukając beczek czy dziwnych wgłębień na brzegu rzeki.
– Znalazłeś coś? – Zauważyłem kontem oka, że podniosła łeb i się zatrzymała.
– Nieee… - zaprzeczyłem trochę speszony. – Ja się chciałem tylko zapytać czy… - Wdech. Wydech. – Bo ty byłaś przez ileś lat zahibernowana, prawda? Czy to znaczy, że jesteś najstarsza z całej watahy? – Pytanie o wiek. Jak kobiety tego nienawidzą. Modliłem się o to, żeby nie dostać w pysk od Tsumi. Jaka wadera ucieszyłaby się na pytanie będące stwierdzeniem, że jest się starą babą która w normalnych okolicznościach powinna już dawno gnić w lesie.
– No chyba tak – odpowiedziała trochę zbita z tropu, pewnie nie rozumiejąc mojego przejęcia. – A co?
– A tak z ciekawości… - Gdybym nie miał sierści pewnie byłoby doskonale widać zaczerwienienia na moim pysku. – Ile w ogóle byłaś zamrożona w czasie?
– Eee… Chyba, nie wiem, sto lat? Nie pamiętam zbyt dobrze – odpowiedziała szczerze.
– A watahy z wtedy się jakoś różniły od tych dzisiejszych? – dopytywałem.
– Po co ty tak wypytujesz. Nie, raczej nie. – Chyba waderka ma dość pytań. Cri.
– Oh… Okej. – Wróciłem do przeglądania zmoczonych kamyczków.
Ta rozmowa była… Dziwna.

<Tsumi? Co ja właśnie napisałam>

Od Zahiry c.d Maillo

Wylądowałam niezbyt ostrożnie na ziemi. Maillo już na mnie czekała. Ruszyłam w jej stronę składając skrzydła.
– Dzień dobry – przywitałam się, posyłając szczenięciu ciepły uśmiech.
Może trochę nieśmiało, ale Maillo odwzajemniła ten drobny gest.
– Dzisiaj idziemy znowu do jaskini patrolów? – zapytała, a w jej oczach mogłam dostrzec szczenięce podekscytowanie.
– Tak. Myślę, że mogę już zacząć uczyć cię zmieniania kierunku lotu. Jak ci dobrze pójdzie może jeszcze omówimy pod koniec teorię startu z miejsca – wyjaśniłam. – Ale już chodźmy, bo nam nie starczy czasu.
Ruszyłyśmy w stronę jaskini patrolów. Idąc w stronę miejsca lekcji panowała w okół nas cisza. Wcale nie była niezręczna, tylko tak jak wcześniej spokojna, kojąca. Jedno szczęście, że tym razem nie miałyśmy nadszarpniętych nerwów.
Ale już koniec tego opisywania ciszy. Jeszcze nie jestem taka stara by zachwycać się chwilą spokoju. Na szczęście Vespre nie jest szczeniakiem który potrzebuje uwagi dwadzieścia cztery godziny na dobę siedem dni w tygodniu. Chociaż i tak się w minimalnym stopniu martwię. Kto wie na co trafi wraz z Tsumi podczas ich tego szukania beczek miodu pitnego po terenach watahy. Byle nigdzie nie wpadli… Chwila. Przecież miód pitny to alkohol. Vespre i Tsumi mają dopiero rok. Dlaczego się na to zgodziłam?! Co jak pokusa będzie bardziej zachęcająca niż zdrowy rozum?! Nie wiem czy miód pitny będzie dla niego bezpieczny, a jeszcze fakt że po pijaku Tsumi i on mogą zrobić wszystko.
– Wszystko dobrze? – głos Maillo otrząsnął mnie z mrocznych wizji napitego syna leżącego w rowie dostając ataku tej dziwnej choroby.
– Eee… Ah. Tak, tak – zapewniłam. – Zamyśliłam się trochę.
Musze przestać myśleć o synie będąc z Maillo. Pół biedy, że dopiero idziemy do jaskini patrolów. Gorzej by było gdybym zamyśliła się wtedy, kiedy waderka byłaby nad ziemią i właśnie traciła równowagę.
Po jakimś czasie byliśmy już w jaskini patrolów.

<Maillo? Przepraszam że tak późno odpisuje>

Stormy wraca, mili państwo.


Imię: Stormy (Czyt. Stormi) Nazwał ją tak ojciec. Żartobliwie mówią na nią Si
Wiek: 2 lata
Płeć: wadera
Żywioł: Wolność, Pogoda, Powietrze i Światło
Stanowisko: Strażnik powietrzny
Cechy fizyczne: Stormy jest szczupłą i niewysoką waderą. Ma gęste, ciepłe i mięciutkie futro, które idealnie sprawdza się na wysokie loty. Ma grzywkę. Ma duże ale proporcjonalne, pierzaste skrzydła z niebieskimi końcówkami  i niebieskie skarpetki na łapach. W ciemnościach na pewno zauważysz jej duże, świecące i głębokie, niebieskie oczy. Niektórzy mówią, że widać w nich gwiazdy.
Cechy charakteru:  Stormy jest niezwykle żywiołową waderą. Gdy tylko usłyszy słowo „Wyścig” albo „Zawody” od razu się podrywa i czeka przygotowana przy właścicielu słowa. Prawie zawsze zobaczysz u niej uśmiech. Czasami jest on sztuczny, ale 99% jej uśmiechów jest szczera. Zawsze chodzi z głową w chmurach i to dosłownie! Potrafi zastanawiać się nad sensem życia i przyszłością całymi godzinami, siedząc na jednej z chmur. Zawsze porównywała się do wiatru, z którym szczerze mówiąc  nie ma większej styczności, mimo wielu prób samo powietrze nigdy nie wystarczyło jej do stworzenia tak pięknej i potężnej siły natury. Uwierzcie mi na słowo! Stormy to niezwykle uparta wadera. Zawsze dąży do wytyczonego sobie celu. Próbuje mnóstwa nowych rzeczy, co związane jest z jej mottem. Do wszystkich podchodzi z pozytywnym nastawieniem. jeśli spotkasz na swojej drodze waderę całą w skowronkach możesz mieć pewność, że to Si.
Cechy szczególne: W sumie nie wyróżnia jej nic szczególnego
Lubi: Kocha zapach lasu po burzy. Uwielbia jeść wiewiórki. Najlepsze są te pulchniutkie. Lubi kolor niebieski i zabawę w powietrznego berka, uważa, że na to nigdy nie będzie za stara
Nie lubi: Nie lubi, a raczej nie znosi Biedronek. Te nakrapiane demony to najgorsze stworzenia które mogli stworzyć bogowie.
Boi się: Boi się miłości, a konkretnie bólu z nią związanego.
Moce:
- Potrafi wywołać niewielką chmurę burzową, którą może na kogoś nasłać. Chmura taka może strzelać piorunami i przemoczyć ofiarę, jest jednak krótkotrwała (ok. 15 min.)

-Tworzy iluzje- dzieje się to za sprawą zmiany gęstości powietrza i odpowiedniego załamania się światła. Umiejętność tą doprowadziła do perfekcji. Potrafi nawet stworzyć iluzję bólu. Ale uwaga! Bez tlenu nie może tworzyć iluzji.

-Lata i siedzi na chmurach. Czasami ucina sobie na nich drzemki.

-Potrafi, tak sama z siebie, wytworzyć światło i skupiać jego promienie w tak zwane "Kule światła". Można nimi atakować lub tworzyć stałe źródło światła. Aby stworzyć stałe źródło światła należy przekazać energię "Kuli światła" na jakiś kamień szlachetny np. rubin, perłę.

-Nie potrzebuje tlenu do oddychania, aczkolwiek tlen sprawia że jest silniejsza. W wodzie ma problemy z oddychaniem (przecież nie ma skrzeli) aczkolwiek wytrzymuje pod wodą 5 minut potem musi się wynurzyć, inaczej się utopi.

-Potrafi sprawić by w jej otoczeniu(w promieniu jakiegoś kilometra) było dodatkowo o 15% więcej tlenu. Przydaje się to w jaskiniach albo w wysokich górach. Pomaga w ten sposób innym wilkom.
Historia:
"Kronika Rodowa- Wpis 3029

Na świat przyszło pierwsze i ostatnie szczenię Nike i moje. Nie mogłem w to uwierzyć ale malutka ma żywioł wolności. Udało się! Ród Nike przetrwa. Prawdopodobnie to jeden z moich ostatnich wpisów.

Kronika Rodowa-Wpis 3030

Młoda Stormy w końcu nauczyła się latać i pisać. Już  wkrótce przekażę jej kronikę.

Kronika Rodowa- Wpis 3031

Jestem Stromi ostatnia z rodu "Uskrzydlonych" od dzisiaj moim zadaniem jest dbać o dobro mojego rodu i postarać się go przedłużyć. Na moje szczęście skończyłam 6 miesięcy i zostałam zaręczona z synem Alfy, Frydrigo. Ciekawe jaki jest.

Kronika Rodowa-Wpis 3083

Nie było mnie zaledwie 3 dni, bo byłam na swoim pierwszym polowaniu. Wróciłam i zastałam okropny widok. Ktoś wymordował prawie wszystkich członków mojej watahy. Został tylko  Ezechiel, mój  nauczyciel. Czy bogowie są przeciwko mnie?..."



Tak oto zaczęła się moja epoka, mój czas. Wtedy byłam blisko załamania się. Ezechiel mi pomógł. Od tamtej pory obiecałam sobie, że będę szczęśliwa. Razem z Ezechielem wędrowałam ponad pół roku. Później mój opiekun oddał za mnie swoje życie. Tuż przed śmiercią przekazał mi swój amulet. Wyjątkowy naszyjnik który miałam założyć parę dni później- na moje 2 urodziny.

Kilka tygodni później trafiłam na tereny pewnej watahy.

Z nadzieją rozpoczęłam nowy rozdział swojej historii. Tak więc zaczęłam walkę z cieniami, później przeniosłam się wraz z watahą na nowe tereny, gdzie po raz kolejny zaczynam nowy rozdział w życiu.
Zauroczenie: -
Głos: Brave- Touch The Sky
Partner: brak
Szczeniaki: brak (Chcę adoptować półboskie maluchy :P)
Rodzina: 
Ojciec- grzmot
matka -Nike
Jaskinia: południe 3
Medalion: Link
Towarzysz:  brak
Inne zdjęcia: brak
Przedmioty kupione w sklepie:  brak
Dodatkowe informacje:  Pochodzi z wysokogórskiej watahy, musiała się tam przyzwyczaić do zmiany ciśnień. Nie zmienia to jednak faktu, że są pewne granice, po których przekroczeniu zaczyna świrować, a później rozsadza ją od środka, w konsekwencji czego umiera. Maksymalna wysokość którą może osiągnąć to trochę ponad 5 km nad poziomem morza, a głębokość w zbiornikach wodnych to około 50 m. I tak to niezwykle dużo.
Umiejętności:
: Siła:  100
: Zręczność: 100
: Wiedza: 100
: Spryt: 100
: Zwinność: 150
: Szybkość: 150
:Mana: 100

Coins: 62

3.06.2020

Od Pełni cd Allena

Minęło parę minut odkąd Kenny wyszedł zobaczyć co to było. Gdy basior wszedł to od razu zasypaliśmy go gradem pytań. Jednak on przerwał nam i powiedział, że cokolwiek to było zniknęło, a potem zakazał nam tu przychodzić, bo uważa, że to jest podejrzane.
- Mi nie masz prawa zakazywać nie jestem pod twoją opieką.- odpyskowałam i wyszłam przełykając niezbyt na miejscu ciąg dalszy, swoją drogą część pierwsza też była nie na miejscu. Słyszałam jeszcze rozmowę Kennego z Allenem, a potem dogonił mnie Kenny i wygłosił zwykła przemowę jednak na chwilę wyrwały mnie z zawieszenia słowa, które mówił.
- … poproszę Rose, żeby przydzieliła ci kogoś do pilnowania...- powiedział i nie skończył.
- O co to to nie! Nikomu jeszcze nie udało się upilnować mnie- krzyknęłam.
- To się okaże.- powiedział i zaśmiał się. Gdy dotarłam do mojej jaskini stwierdziłam, że „odwdzięczę” się Kennemu zanim jeszcze kogoś mi przydzielą, o ile w ogóle mi kogoś przydzielą. Nazajutrz spytałam się paru wilków czy wiedzą czego boi się Kenny. Dowiedziałam się, że chyba boi się burzy. Od razu poleciałam spytać się Moon czy wie kiedy będzie najbliższa burza niestety ona powiedziała, że nie ma pojęcia. Po chwili namysłu jedno wspomnienie rozjaśniło mój umysł niczym błyskawica, a mianowicie kiedyś byłam naprawdę bardzo wściekła i przez przypadek wytworzyłam wielkie, czarne chmurzysko. Teraz pozostało wykonać plan. Jednak rozproszyło mnie pojawienie się Allena, który spytał czy chcę się pobawić w chowanego.
- Jasne- odpowiedziałam i przywołałam Moon.- To kto pierwszy liczy?
- Moon potrafi?- zadał pytanie.
- Tak potrafi- odpowiedziałam i odwróciłam się do Moon, by wytłumaczyć jej co ma robić.
- Zaczynam- powiedziała i zamknęła oczy. Wszyscy rozbiegli się, by znaleźć dobrą kryjówkę. Szukałam najciemniejszego miejsca jakie mogłam znaleźć. W końcu znalazłam idealną kryjówkę, była to wnęka pod kamieniem. Wcisnęłam się tam tyłem i czekałam to co się stanie. Po chwili usłyszałam śmiech Allena, ryk Haxa i Moon, która krzyczała „mam cię”. Chwilę potem poczułam zapach Moon i zobaczyłam jej jadowicie niebieskie oczy.
- Mam cię. Wygrałam-krzyknęła.

<Allen? Przepraszam, że tak późno>

Od Tsumi do Vespre

Zastanawiałam się, gdzie szaman mógłby schować swój cenny skarb. Zatrzymałam się na chwilę przed wschodnią częścią wyjścia pałacowego, patrząc w podłoże, myślami wybiegając poza aktualny nasz stan terenu. W starym drzewie jest zbyt dużo kamieni, a o ile pamiętam, nasz szaman nie był jakoś szczególnie silny. Oczywiście, mógł poprosić kogoś do pomocy, jednak wątpiłam w tą wersję wydarzeń. Popatrzyłam na Vespre, który wyczekiwał, najwyraźniej już nieco się nudząc. W brunatnym lesie, zbyt wielkie ryzyko by ktoś wywęszył albo zauważył. Owiałam myślami całe tereny. Tak na prawdę, beczki mogą być wszędzie, a nam zajmie szukanie tego kilka tygodni. Za kamiennym wodospadem jest jaskinia, więc odpada. Poza tym, często tam przebywali podróżnicy. Las, pomost, lwia brama, Arcum.... w jaskini smoczej i tych wysoko położonych punktach byłoby niewygodnie się wdrapać, chyba że zapłacił jakiemuś pobliskiemu stadu koni, by za niego tam wywieźli, jednak zbyt duże ryzyko niepowodzenia. Chociaż w lwiej bramie nie ma gdzie schować-
- Może po prostu pójdziemy na żywioł? - odezwał się już zniecierpliwiony Vespre, który już skakał po omszonych schodkach na trawę, oddalając się od bramy. Patrzyłam za nim w milczeniu, aż po kilku skokach wylądował na trawie pełnej w stokrotkach.
- Obudziłeś się jakoś ponad dzień temu. Starczy ci siły na przewertowanie całych terenów? - spytałam, schodząc za nim po schodach, ciesząc się z puchatego mchu pod moimi łapami.
- Hm? Jak całych, przecież wykluczyłaś już niektóre miejsca prawda?
- W sumie fakt....
- Plan wygląda tak. Idziemy środkiem terenów, po czym na granicy zataczamy koło. To wydaje się najbardziej logiczne
- Nie lepiej byłoby wziąć kogoś do pomocy? - Powiedziałam, lądując obok niebo na trawie.
- Twoi opiekunowie raczej się nie nadają... poza tym, masz jakieś lepsze kontakty z kimś z sierocińca? -Zastanowiłam się przez chwilę. Rozmawiałam kilka razy czy bawiłam się w sierocińcu z tym naszym boskim rodzeństwem, ale nic poza tym. Może tylko kilka razy odpowiedziałam na jakieś pytanie albo sama musiałam się czegoś dowiedzieć. Poza tym, na starszych bałam się nawet dłużej patrzeć niż powinnam.
- Są jeszcze koty - powiedziałam po chwili - Już kilka razy mnie wzywali, więc mają u mnie dług. - Po krótkiej zgodzie, zawołałam koty, moim nieudanym gwizdem. Przyleciały. Trzy skrzydlate stworzenia o różnych barwach, wylądowały przede mną. Oczywiście, nie od razu. Marcelowi najdłużej zajęło zbieranie się. Może coś jadł? Chociaż, mnie też wyrywali w połowie mojej pracy, albo budzili w środku nocy, no bo: Oni coś chcą.
- Co jest - spytała Kiri, próbując umyć sobie pysk.
- Idziecie szukać beczek z miodem - powiedziałam - może być gdzieś zakopana. Omijajcie miejsca gdzie może nie wejść wilk z kilkoma beczkami pełnymi miodu pitnego.
- Co będziemy za to mieć? - odezwał się Yoru, do tej pory milczący i bacznie przyglądający się całej sytuacji
- Jedną przysługę z głowy - powiedziałam lekko zamyślonym tonem - Nie żeby coś, ale to ja musiałam biegać z wami w środku nocy za tą zmutowaną myszą, którą umyśliliście se upolować
- Fakt - mruknęła Kiri, patrząc na swoje pastelowe łapy.
- No, to wio - Na te słowa koty się rozleciały, a ja popatrzyłam z dumą na Vespre - Jestem z siebie dzielna. No, a teraz chodź. Gdzie najpierw? - samiec zamyślił się przez chwilę.
- Wzdłuż rzeki? - odpowiedział, kierując wzrok w stronę głównej rzeki watahy. A mogliśmy wyjść główną  bramą....

<Vespre?>

1.06.2020

Od Kiomi cd Pełnia

Całe to wydarzenie wydawało mi się z jakiegoś powodu strasznie dziwne. Nie wiem dlaczego. Ah ta moja wrodzona podejrzliwość. Poleciałam jeszcze szybko zobaczyć, czy przypadkiem nikt nas nie widział. Nikogo nie wypatrzyłam. Już spokojniejsza wróciłam do sierocińca. Feniks już czekał na mnie na naszej półce. Nie lubiłam spania na posłaniach. Widziałam, że moja nowa koleżanka już usypiała wtulona w swoją towarzyszkę. Sasuke zmniejszył się, po czym usiadł pod skrzydłem, które miałam wyprostowane. Bolało mnie. Pewnie od wysiłku. Przytulił się, po czym zasnął. Jego śliczny, złoty dziób połyskiwał od blasku księżyca. Po tak emocjonującym i wyczerpującym zdarzeniu również szybko odeszłam w objęcia Morfeusza. Śnił mi się strasznie dziwny sen:

                                                                                <SEN>

Leżałam pośród jagodowych krzewów. To skupisko jagód było położone kilka metrów za sierocińcem. Stąd wiedziałam, gdzie jestem. Podniosłam się w wielkim trudem. Jakbym ważyła z tonę. Chciałam odlecieć, jednak nie mogłam nawet podnieść skrzydeł. Były skamieniałe. Nie mogłam nawet się ruszyć pod ich ciężarem. Wtedy usłyszałam cichy, ale wyraźny głos. Mówił: „Kiooooomiiiii. Czas na zabawę.”, po czym śmiał się złowrogo. Był to z pewnością głos należący do samicy. Za chwilę znowu dało się słyszeć: „Kiooooomiiiii. Chodź do mnie truchełko!”, po czym znów złowieszczo zachichotała w moją stronę. Miałam tego dosyć. Krzyknęłam:
- Dość! Jak do mnie mówisz to się chociaż pokaż, a nie!
- Nie denerwuj się. Złość skrzydełkom szkodzi. Hahahahaha!!!
Odruchowo popatrzałam na skrzydła, które coraz bardziej oblepiały się skałami. Zapytałam:
- Czego chcesz?! Pokaż się!
- Czego chcę? Absolutnie niczego. Po prostu od dzisiaj postanowiłam, że się trochę pobawimy.
- Co masz na myśli?- zapytałam.
- Od dzisiaj sny będziesz miała takie jakie ja chcę. I oczywiście ja tam będę.- odparł złowieszczy głos.
- Możesz w końcu wyjść z tego cienia?- zapytałam zniecierpliwiona.
- Mogę. Ale nie chcę. Spokojnie. Jeszcze nie raz się tu zobaczymy.
- Mam nadzieję, że nigdy więcej.- burknęłam pod nosem.
- Co tam brzęczysz?- zapytała postać.
- Nic. Absolutnie nic, maszkaro.- odpyskowałam.
- Kogo nazywasz maszkarą? Masz przeprosić, albo skrzydeł nie odzyskasz.
Skrzydła faktycznie były już całe skamieniałe. Nie zamierzałam jednak chylić czoła przed kimś takim jak ona. Tym bardziej, że nie wiedziałam, kim jest. Krzyknęłam tylko, w kierunku, w którym stała:
- Nigdy!
- Dobrze.- odparła- Więc pożegnaj się ze skrzydełkami. Hahahahahihi!!!
W tym momencie stopniowo było mi coraz lżej. Obejrzałam się za siebie, i zobaczyłam, że moje skrzydła zamieniają się w pył, unoszony przez wiatr. Po krótkiej chwili nie miałam ich wcale. Ale mogłam się już poruszać. Skoczyłam więc w kierunku postaci z zamiarem ugryzienia jej lub przewrócenia, bym mogła zobaczyć, kim jest.

Wtedy otworzyłam oczy, a nade mną stała Pełnia, patrząc się na mnie zmartwionym spojrzeniem. Zapytała pospiesznie:
- Wszystko w porządku?
- Ch-chyba tak.- odpowiedziałam patrząc wstecz. Całe szczęście, miałam skrzydła. Zastanawiałam się, czy tajemnicza postać naprawdę przyśni mi się ponownie. Z zamysłu wybudziła mnie Pełnia krzycząc:
- Kiomi! Słyszysz mnie?!
- T-tak, przepraszam. Zamyśliłam się. Co się stało, że mnie budzisz?
- Dzisiaj są konkursy! Zapomniałaś?
- Tak! Całkowicie wypadło mi z głowy! Lećmy już!

Szybko zleciałyśmy w dół, w sam raz na pierwszą konkurencję- wyścig. Do startu zostało jeszcze kilka minut. Wtedy podeszła do mnie Pełnia. Patrzała na mnie dłuższą chwilę, po czym wyraźnie zmartwiona moim zachowaniem zapytała...


<Pełnia? Robi się ciekawie. ^-^>


Od Pełni cd Kiomi

- To jest Kiribaki, w skrócie doskonały myśliwy- powiedziałam do Kiomi.- Dobra słuchaj plan jest taki. Splątujemy linę z lian i zarzucamy na niego. Ja mu spętam łapy, a ty polecisz szukać sennych ziół. Wiesz jak wyglądają?
- Tak są żółte i ich liście mają kształt zdeformowanych gwiazd- wytłumaczyła Kiomi.
- To dobrze. Potem wepchniemy mu je do pyska i uciekniemy. Dobra?- zapytałam.
- Wszystko jest jasne jak słońce- oznajmiła wadera. Zaczęłyśmy szukać lian i splatać z nich coś na kształt sieci. Gdy skończyłyśmy pleść sieć to zabrałyśmy się za sznury, którymi miałyśmy spętać Kiribakiego. Po chwili były gotowe. Zrzuciłyśmy na potwora sieć i szybko zleciałyśmy na dół. Ja spętałam mu łapy i pysk, a Kiomi poleciała szukać sennych ziół. Po chwili wróciła i kazała rozsupłać mu pysk. Kiomi znalazła jakiś patyk i wepchnęła potworowi je w gardło. Ja ponownie zamknęłam nu paszczę.
- Pełnia mam pomysł, może zapalę obok niego trochę tych ziół?- spytała.
- Dobrze, zobacz już robi się senny.- zgodziłam się. Kiomi dotknęła łapą ziół, a one zaczęły się tlić. Po chwili leciałyśmy w stronę sierocińca.
- Ty też mieszkasz w sierocińcu?- spytała mnie Kiomi.
- Tak, myślałam, że wiesz- odpowiedziałam zdziwiona.
- Ciekawe czy nasi towarzysze dalej rozmawiają?- zamyśliła się waderka.
- Pewnie tak.- stwierdziłam. Leciałam chwilę, a potem nagle zapaliłam wszystkie pasy trzy razy. Po jakiejś minutce pojawiła się Moon.
- Chodź czas wracać do naszej jaskini- powiedziałam do towarzyszki.
- To do jutra!- krzyknęła Kiomi. Lecąc w inną stronę.

<Kiomi?>

Od Maillo cd Zahiry

Obudziłam się w swojej jaskini przytulona do mojej towarzyszki. Była noc. Alax najwidoczniej spała, bo miała zamknięte oczy. Myślałam nad moją lekcją latania. Czy Zahira nadal była na mnie zła? Co mnie dotknęło? Dlaczego mnie dotknęło? Postanowiłam się przewietrzyć. Wiedziałam, że Alax będzie wściekła jeżeli się obudzi i zobaczy, że mnie nie ma. Ale w tej chwili mało mnie to obchodziło. Wspięłam się na drzewo i patrzyłam na gwiazdy. Noc była bezchmurna i ciepła. Czekałam, aż ogarnie mnie całkowity spokój jaki czułam zawsze, gdy wychodziłam popatrzeć na gwiazdy. Po chwili dobiegł mnie wściekły ryk Alax. Pospiesznie weszłam do jaskini, aby ją uspokoić. Gdy zobaczyłam moją towarzyszkę od razu wiedziałam, że muszę się jej wytłumaczyć.
- Jeżeli będziesz tak ryczeć w nocy to wszystkich pobudzisz- powiedziałam spokojnie.
- Ja cię próbuję chronić- oznajmiła piorunując mnie wzrokiem.
- Przed całym światem- wymamrotałam pod nosem.
- Idź spać- powiedziała mocno poirytowana.
- Ani mi się śni, noc jest piękna- odpowiedziałam.
- Ja...- zaczęła, ale nie dane jej było skończyć, ponieważ powiedziałam.
- To mnie złap- rzuciłam i wybiegłam z jaskini. Dobrze wiedziałam, że prędzej czy później mnie dogoni. Mój plan polegał na tym, żeby moja przyjaciółka ochłonęła podczas gonitwy. Ale postanowiłam jej utrudnić to zadanie. Wspięłam się na drzewo, z którego wcześniej oglądałam gwiazdy i skoncentrowałam się, po otworzeniu oczu moje furto było całkowicie czarne. Po chwili zaczęłam szybować z drzewa na drzewo. Słyszałam moją towarzyszkę to bliżej, to znów dalej. Właśnie szybowałam na następne drzewo, gdy nieoczekiwanie dostałam czymś ciężkim. Sekundę po tym znalazłam się na ziemi i patrzyłam prosto na uśmiechnięty pysk Alax. Mój plan zadziałał, gad był szczęśliwy. Zaproponowałam, żebyśmy już poszły spać. Alax się zgodziła. Nazajutrz w południe wyszłam przed sierociniec. Po jakimś kwadransie zobaczyłam zbliżającą się waderę, byłam pewna, że to była Zahira. Gdy do mnie podeszła powiedziała… 

<Zahira? Masz ochotę prowadzić lekcję>