Wstałem wcześniej niż rodzice oraz moje rodzeństwo. Słabe, zimowe promienie słońca dostawały się do głębi jaskini. Wyszedłem nie jedząc śniadania. Znajdę coś w trakcie patrolu, nie chcę opóźniać zmiany strażnika z powodu posiłku. Choć jakby nie patrzeć, polowanie w czasie pracy również nie jest jednym z rozważniejszych zachowań.
Gdy dotarłem do wyznaczonego miejsca, Iwo już na mnie czekał. Wyglądał na zmęczonego, więc ucieszył się widząc, że jego warta już minęła. Teraz to na mnie ciążył ten obowiązek. Po południu Demon powinien mnie zmienić. Ruszyłem na wschód, czując pustkę w moim żołądku. Od kiedy byłem już na czczo? Chyba od wczorajszego przedpołudnia. Jeżeli nic nie zjem po drodze możliwe, że znowu będzie mi powieka drżeć. Nie lubię tego, bo gdy się to zacznie, jest pewne że po paru godzinach wszystkie mięśnie będą mnie boleć w nieprzyjemny sposób. Tak, jakby ktoś miażdżył je w moździerzu.
Las jak las, gołe drzewa, troszkę śniegu i żadnej żywej duszy. Oczywiście, było widać ślady innych zwierząt, jednak nie należały do jakichś wielkich osobników. Największe z nich należały, a jakże, do wilka. Nie czułem innego zapachu, niż tego który jest charakterystyczny dla naszej watahy, dlatego nie musiałem się niczym martwić. I lepiej, ostatnie czego teraz bym chciał, to uganianie się za jakimiś samotnikami które pewnie okazałyby się następnymi przyjaznymi wilkami chcącymi do nas dołączyć. Naprawdę, z takimi to aż trudno wytrzymać. A to zaprowadzić do Alfy, a to oprowadzić po terenach. Może sam nikogo w taki sposób nie oprowadzałem, ale słysząc od innych ich żale i po prostu boję się, że trafię na takiego jednego. Później może się okazać, że przez to, że strażnik opuścił wartę ze względu na jakiegoś nowego, ktoś przyszedł na tereny watahy i zagryzł zwierzynę.
Szukanie jakiś jadalnych rzeczy nie zakończyło się pomyślnie. Trawa była albo gorzka, albo zmarznięta, nigdzie śladu po korzonkach, a zwierzyna pochowana. Zespół niespokojnej powieki chyba naprawdę chce ponownie wystąpić w moim ciele.
Wyciągnąłem głowę z nory dochodząc do wniosków, że nie mam po co już więcej szukać jedzenia. Cóż, będę chodzić głodny. Kątem oka zobaczyłem coś, co przyciągnęło moją uwagę. Ogromne ślady łap. Żaden wilk, nawet ten największy nie mógł zrobić aż tak dużych wgłębień w ziemi. Niedźwiedź? Cokolwiek to było, musi być niebezpieczne dla watahy. Mimo, że byłem przestraszony nie na żarty, zdecydowałem się podążyć po śladach. Tylko spojrzę co to, a następnie pobiegnę wszystkich ostrzec. Może pojawi się jakiś śmiałek który będzie chciał uratować watahę przed niedźwiedziem czy cokolwiek to jest.
Niestety, dalej była już jedynie gołoledź. Żadnych śladów. Poszedłem dalej, na ślepo, by tylko się upewnić czy może to coś nie jest gdzieś w pobliżu. Jeżeli tego nie znajdę to po prostu uznam że to coś już poszło precz z terenów. Po parunastu minutach bezowocnego poszukiwania pomyślałem, że pewnie to coś już sobie poszło.
Odwróciłem się, chcąc wrócić na trasę którą najczęściej patroluje. Serce podskoczyło mi do samej krtani, kiedy ujrzałem niedaleko siebie wielkiego czarno-złotego tygrysa. Widział mnie. Przestraszyłem się tak, że straciłem kompletnie kontrole nad tym co robię. Moje ciało robiło co chce. A co chciało ciało? Uciekać. Niestety, nie udało mu się to, kiedy uświadomiło sobie, że niestety tylko ślizga się łapami bezcelowo po oblodzonym podłożu. Pewnie wyglądałem wtedy jak te koty co panikują na widok ogórka.
<Shira?>
3.01.2020
Od Tibii c.d Ren
Od odejścia Sixa z watahy minęły trzy miesiące. Ciągle leżałam w jaskini osamotniona. Polować nie umiałam. Zdarzyło mi się zjeść pająka albo jakiegoś żuka. Resztę dni głodowałam. Dobrze, że niedaleko miałam małe bajorko, z którego piłam, ale po miesiącu odechciało mi się w ogóle wstawać. Umierałam z głodu, spragnienia, zimna i odosobnienia.
Kiedy tak leżę kolejny dzień poczułam jak coś przygniata mój brzuch do podłoża. Zapiszczałam z bólu. Magicznie odnalazłam siły żeby się podnieść i wrzasnąć na całe gardło.
- Uważaj na co stąpasz owłosiona ropucho!! - ugryzłam intruza w przedramię zaciskając coraz mocniej szczęki. Zdezorientowany wilk odskoczył. Poczułam krew i przez krótki czas zaburczało mi w brzuchu. Przeciwnik upadł na grzbiet milutko kładąc się na krawędziach podłoża. Puściłam go oblizując krew z zębów, gdy nagle wstał chcąc uciec z jaskini. O nie, nie odpuszczam tak łatwo. Chwyciłam go zębami za ogon i ciągnęłam do bajorka.
Kiedy wilk wpadł z głośnym pluskiem do bajorka zaczęłam się bez opanowania śmiać. Intruz obnażył kły i podniósł się powoli. Pomimo zimna stał ciągle w wodzie i patrzył na mnie gotowy do ataku. Krople lodowatej wody skapywały mu z mokrego futra spowrotem do bajorka.
Po kilku minutach totalnej głupawki mogłam nabrać oddech spojrzałam na nieznajomego, który ciągle obnażał kły. Zastanawiałam się chwilę co odpowiedzieć. Zaskomlałam i usiadłam przed bajorkiem.
- Nie gorąco ci przypadkiem? Pomyliły ci się pory roku? - przyjrzałam mu się dokładniej. - Woda o ile dobrze wiem jest tutaj lodowata.
Osobnikowi już trzęsły się łapy od stania w zimnej wodzie, ale nie ruszył się z miejsca. Czekałam na jego odpowiedź, ale ta nie nadeszła. Zniecierpliwiona syknęłam kiedy już otwierał pysk by coś powiedzieć.
- Język ci zamarzł? - spojrzałam na niego poirytowana. Zamknął na chwilę jadaczkę by znowu ją otworzyć i odpowiedzieć krótko.
- Nie. - jego męski i zachrypnięty od zimna głos rozbrzmiał echem po jaskini. Przyjrzał mi się, po czym niepewnie wyszedł z wody i się otrzepał, przy okazji chlapiąc mnie trochę w oczy. Odsunęłam się marszcząc nos.
- Czego tutaj szukasz? - zapytałam trochę z warknięciem. Wymsknęło mi się, a na mój warkot basior się wzdrygnął, zaczął się delikatnie lizać po ranie na ramieniu.
- Jaskini, w której mógłbym przenocować.
- No, to znalazłeś. - ciągle przyglądałam się nieznajomemu, przestał lizać ranę i spojrzał na mnie.
- Dziękuję - powiedział krótko.
- Pod warunkiem. - warknęłam trochę jeżąc sierść na grzbiecie.
- Jakim? - zesztywniał w miejscu, jakby go wryło.
- Nie nadepniesz na mnie więcej. - udałam poważny ton. Nastała cisza. Po chwili się uśmiechnęłam. Basior po chwili też się uśmiechnął złośliwie.
- Spróbuję, ale nie obiecuję. - uśmiechnęłam się przyjaźnie. Nie jest nudny i zrzędliwy. Już go lubię.
<Ren?>
Kiedy tak leżę kolejny dzień poczułam jak coś przygniata mój brzuch do podłoża. Zapiszczałam z bólu. Magicznie odnalazłam siły żeby się podnieść i wrzasnąć na całe gardło.
- Uważaj na co stąpasz owłosiona ropucho!! - ugryzłam intruza w przedramię zaciskając coraz mocniej szczęki. Zdezorientowany wilk odskoczył. Poczułam krew i przez krótki czas zaburczało mi w brzuchu. Przeciwnik upadł na grzbiet milutko kładąc się na krawędziach podłoża. Puściłam go oblizując krew z zębów, gdy nagle wstał chcąc uciec z jaskini. O nie, nie odpuszczam tak łatwo. Chwyciłam go zębami za ogon i ciągnęłam do bajorka.
Kiedy wilk wpadł z głośnym pluskiem do bajorka zaczęłam się bez opanowania śmiać. Intruz obnażył kły i podniósł się powoli. Pomimo zimna stał ciągle w wodzie i patrzył na mnie gotowy do ataku. Krople lodowatej wody skapywały mu z mokrego futra spowrotem do bajorka.
Po kilku minutach totalnej głupawki mogłam nabrać oddech spojrzałam na nieznajomego, który ciągle obnażał kły. Zastanawiałam się chwilę co odpowiedzieć. Zaskomlałam i usiadłam przed bajorkiem.
- Nie gorąco ci przypadkiem? Pomyliły ci się pory roku? - przyjrzałam mu się dokładniej. - Woda o ile dobrze wiem jest tutaj lodowata.
Osobnikowi już trzęsły się łapy od stania w zimnej wodzie, ale nie ruszył się z miejsca. Czekałam na jego odpowiedź, ale ta nie nadeszła. Zniecierpliwiona syknęłam kiedy już otwierał pysk by coś powiedzieć.
- Język ci zamarzł? - spojrzałam na niego poirytowana. Zamknął na chwilę jadaczkę by znowu ją otworzyć i odpowiedzieć krótko.
- Nie. - jego męski i zachrypnięty od zimna głos rozbrzmiał echem po jaskini. Przyjrzał mi się, po czym niepewnie wyszedł z wody i się otrzepał, przy okazji chlapiąc mnie trochę w oczy. Odsunęłam się marszcząc nos.
- Czego tutaj szukasz? - zapytałam trochę z warknięciem. Wymsknęło mi się, a na mój warkot basior się wzdrygnął, zaczął się delikatnie lizać po ranie na ramieniu.
- Jaskini, w której mógłbym przenocować.
- No, to znalazłeś. - ciągle przyglądałam się nieznajomemu, przestał lizać ranę i spojrzał na mnie.
- Dziękuję - powiedział krótko.
- Pod warunkiem. - warknęłam trochę jeżąc sierść na grzbiecie.
- Jakim? - zesztywniał w miejscu, jakby go wryło.
- Nie nadepniesz na mnie więcej. - udałam poważny ton. Nastała cisza. Po chwili się uśmiechnęłam. Basior po chwili też się uśmiechnął złośliwie.
- Spróbuję, ale nie obiecuję. - uśmiechnęłam się przyjaźnie. Nie jest nudny i zrzędliwy. Już go lubię.
<Ren?>
Od Tenshi do Shiry
Uniosłam łańcuch magią po czym zadowolona z siebie poszłam dalej. Ominęliśmy cały targ, po czym jak już byliśmy na osobności westchnęłam przeciągle, zatrzymałam się odwracając przodem w stronę smoka spoglądając mu w oczy.
- Nie mamy zamiaru cię trzymać całą wieczność. Z tego co mówił krasnal jesteś smokiem wolno żyjącym, a nie wyklutym więc zaraz po sprawie jaką będziemy chciały załatwić, pewnie cię wypuścimy. Spokojnie nie będzie bolało - oczy smoka jakby odzyskały na chwilę blask i w milczeniu patrzył na moją postać z zaciekawionym wzrokiem, jednak ciągle chłodnym, dyplomatycznym.
- W skrócie: zajmujemy się hodowlą - nie czekając na reakcję smoka, wzięłam i wzleciałam w powietrze kierując się w stronę watahy - W ogóle, masz jakieś imię? - zawołałam w stronę smoka lecącego za nami, odwracając się na chwilę i lecąc tyłem. Gad nawet na mnie nie popatrzył, całkowicie ignorując. Popatrzyłam unosząc brwi na Shirę, która również nie wiedziała co ze sobą zrobić. - a więc będziesz się nazywał ,,A", do puki nie znajdziemy ci jakiegoś imienia, albo sam się nie nazwiesz. - powiedziałam głośno z taką totalną olewką, po czym ruszyłam dalej, by wylądować w jaskini hodowlanej, wlatując od góry. Po wylądowaniu na śliskich kamieniach popatrzyłam to na łańcuchy, to na smoka, to na Shirę
- Możemy mu zdjąć to żelastwo? - spytałam marszcząc brwi, po czym spojrzałam w oczy smoka - nie uciekniesz nam stąd, nie? A może cię przykuć do czegoś...
-To będzie pierwsza większa moja hodowla - mruknęłam na następny dzień, patrząc jak smok pił wodę z rzeki - pomimo iż wszystkie stworzenia działają zgodnie ze swoim instynktem, jakoś mnie to nie pociesza - paplałam ironią wymieszaną z poczuciem że brzmię jak stara babcia opowiadająca o dawnych czasach.
- Jak to przebiegnie? - dostrzegłam zdziwione spojrzenie Shiry
- Wypuścimy dwoje smoków na "wolność" - odparłam - A zrobi wszystko by odzyskać wolność, a Crystal jest towarzyszką Lii. Wróci. Poza tym, inne smoki mogą być zagrożeniem. Jeśli nie należy do grupy, może być w dość dużym niebezpieczeństwie.
<Shira? Nareszcie Tenshi ma zielone imię xD>
- Nie mamy zamiaru cię trzymać całą wieczność. Z tego co mówił krasnal jesteś smokiem wolno żyjącym, a nie wyklutym więc zaraz po sprawie jaką będziemy chciały załatwić, pewnie cię wypuścimy. Spokojnie nie będzie bolało - oczy smoka jakby odzyskały na chwilę blask i w milczeniu patrzył na moją postać z zaciekawionym wzrokiem, jednak ciągle chłodnym, dyplomatycznym.
- W skrócie: zajmujemy się hodowlą - nie czekając na reakcję smoka, wzięłam i wzleciałam w powietrze kierując się w stronę watahy - W ogóle, masz jakieś imię? - zawołałam w stronę smoka lecącego za nami, odwracając się na chwilę i lecąc tyłem. Gad nawet na mnie nie popatrzył, całkowicie ignorując. Popatrzyłam unosząc brwi na Shirę, która również nie wiedziała co ze sobą zrobić. - a więc będziesz się nazywał ,,A", do puki nie znajdziemy ci jakiegoś imienia, albo sam się nie nazwiesz. - powiedziałam głośno z taką totalną olewką, po czym ruszyłam dalej, by wylądować w jaskini hodowlanej, wlatując od góry. Po wylądowaniu na śliskich kamieniach popatrzyłam to na łańcuchy, to na smoka, to na Shirę
- Możemy mu zdjąć to żelastwo? - spytałam marszcząc brwi, po czym spojrzałam w oczy smoka - nie uciekniesz nam stąd, nie? A może cię przykuć do czegoś...
-To będzie pierwsza większa moja hodowla - mruknęłam na następny dzień, patrząc jak smok pił wodę z rzeki - pomimo iż wszystkie stworzenia działają zgodnie ze swoim instynktem, jakoś mnie to nie pociesza - paplałam ironią wymieszaną z poczuciem że brzmię jak stara babcia opowiadająca o dawnych czasach.
- Jak to przebiegnie? - dostrzegłam zdziwione spojrzenie Shiry
- Wypuścimy dwoje smoków na "wolność" - odparłam - A zrobi wszystko by odzyskać wolność, a Crystal jest towarzyszką Lii. Wróci. Poza tym, inne smoki mogą być zagrożeniem. Jeśli nie należy do grupy, może być w dość dużym niebezpieczeństwie.
<Shira? Nareszcie Tenshi ma zielone imię xD>
Od Lii - Zacznijmy od nowa
Hahah, przeprowadzka! Co innego można było zrobić w takiej sytuacji? Zebranie! Z kim?.... z bethami...? Westchnęłam. Dobra, walić to. Po prostu zbiorę całą watahę. Chociaż widząc ich zapał do życia w tym zimowym czasie, wątpiłam czy w ogóle ktokolwiek przyjdzie. Jak zebrać watahę? Najprostszy sposób: zawyć
Bardziej cichy ale czasochłonny: posłać duszki wietrzne.
Bardziej cichy ale czasochłonny: posłać duszki wietrzne.
Oczywiście, że wybrałam duszki, podczas gdy ja sama poszłam w stronę KW. Zaspy stały się nie do zniesienia. Z każdym krokiem czułam, jak grudki białego puchu przylepiają mi się do futra w przerwach między opuszkami. Latanie o tej porze też nie było najlepszym pomysłem. Śnieg szybko oblepiał mi pióra. Właśnie... to dopiero początek zimy. Przenieść się mamy już w styczniu? Czy Bogowie rozumy postradali? I gdzie? Podobno mają jakiś plan. I czy w ogóle chcę się gdzieś wynosić? Tu jest mi dobrze... niepokoiły mnie tylko słowa, że te ziemie usypiają. W sumie już od dawna nie widziałam tu żywej duszy. Przekręciłam głową dookoła, by nastawić kości, po czym otrzepałam się ze śniegu i przeteleportowałam się do bram głównego budynku.
Siedziałam z kamienną miną, czekając aż gwar się uspokoi. Kamienny okrągły stół był wystarczająco duży, by pomieścić całą tą małą grupę w jednym pomieszczeniu i to bez większego kłopotu.
- Czy na pewno możemy ufać bogom? Ostatnio się w ogóle nie odzywali! W ogóle z czasem zaczęli robić za jakieś mało istotne mity! - odezwał się jakiś głos z tłumu. Po tonacji, można było rozpoznać basiora.
- Podróż w zimę odpada. Teleportacja nie działa na duże odległości, oraz tam gdzie się nie było... - kolejny wątpiący głos. Było ich więcej, jednak zlewały się z dźwiękiem innych osób. Zdawało się, jakbym to ja była winna woli boskiej. Informatorzy mają najgorzej, zawsze uczucia spadają na nich a nie na autora wysyłki.
- Podróż w zimę odpada. Teleportacja nie działa na duże odległości, oraz tam gdzie się nie było... - kolejny wątpiący głos. Było ich więcej, jednak zlewały się z dźwiękiem innych osób. Zdawało się, jakbym to ja była winna woli boskiej. Informatorzy mają najgorzej, zawsze uczucia spadają na nich a nie na autora wysyłki.
- Mamy się przenieść przed wiosną - powiedziałam spokojnie, próbując się przebić nad głosy wilków - nie do końca wiem co to ma zmienić, ale tereny mają coś w sobie... dziwnego. Pewnie zauważyliście że nawet zwierzyna się teraz stąd wyprowadza. Nie możemy tutaj zostać. Poza tym... to było by sprzeciwienie się Bogom. Nie żeby coś, ale nie mam zamiaru kończyć jako skwarek na boskich ziemniakach.
- Pozostaje nam czekać?
- Dokładnie - mruknęłam już mniej usatyswakcjonowana - jak nic się nie stanie, to albo sami idziemy, albo zostajemy. Równie dobrze ta wataha może rozpaść się w każdej chwili - powiedziałam, tym samym zamykając zgromadzenie.
Trzy dni i cztery noce. Tyle wystarczyło, by te boskie szaszłyki postanowiły zjawić się by przemówić. Czułam się jak szaman. To raczej nie tak powinno wyglądać. Spodziewałam się Kasidi, bo to ona wydawała się najbardziej przystępna. Jednak nie, tym razem ukazał mi się Heoron. Ciemny basior z niebieskimi akcentami, prawie w ogóle nie przypominający wilka. Czy Bóg nienawiści był odpowiednią osobą na poselstwa? Już bardziej taka Vicosa czy Kirena. Poza tym, czy na prawdę musiał przybyć tu akurat wtedy, kiedy układałam się do snu po przeczytaniu do końca jednej z lepszych książek?
- O co chodzi? - spytałam mówiąc szeptem, by nie obudzić Crystal. Shion gdzieś pewnie był zwinięty w dalszym rogu jaskini - jakieś postępy? - Wilk nie odezwał się, tylko spojrzał na mnie wyrazistym, zimnym spojrzeniem, po czym podał mi zwój. Po chwili zniknął, tak nagle jak się pojawił. Rozwinęłam zwój jakby nagle rozbudzona. Mapa była jakaś dziwna. Na starym papierze były tylko dwa kolory. Czarny i czerwony. Czarny oznaczał liniami góry, większe zjawiska przyrodnicze czy chmury burzowe. Czerwony natomiast... kropka. Była nią kropka. Uniosłam wiatrem mapę i zeskoczyłam z grzyba, by pobiec trochę do przodu. Moje przypuszczenia się sprawdziły. Ta czerwona kropka, najprawdopodobniej oznaczała osobę, aktualnie posiadającą mapę. Wróciłam na swojego grzyba, lokując się wygodnie. Cała mapa się ruszała, jakby tworzyła iluzję.
- O co chodzi? - spytałam mówiąc szeptem, by nie obudzić Crystal. Shion gdzieś pewnie był zwinięty w dalszym rogu jaskini - jakieś postępy? - Wilk nie odezwał się, tylko spojrzał na mnie wyrazistym, zimnym spojrzeniem, po czym podał mi zwój. Po chwili zniknął, tak nagle jak się pojawił. Rozwinęłam zwój jakby nagle rozbudzona. Mapa była jakaś dziwna. Na starym papierze były tylko dwa kolory. Czarny i czerwony. Czarny oznaczał liniami góry, większe zjawiska przyrodnicze czy chmury burzowe. Czerwony natomiast... kropka. Była nią kropka. Uniosłam wiatrem mapę i zeskoczyłam z grzyba, by pobiec trochę do przodu. Moje przypuszczenia się sprawdziły. Ta czerwona kropka, najprawdopodobniej oznaczała osobę, aktualnie posiadającą mapę. Wróciłam na swojego grzyba, lokując się wygodnie. Cała mapa się ruszała, jakby tworzyła iluzję.
- A więc, zaprowadzisz nas do nowego domu, tak? -spytałam niby do siebie, niby do mapy, po czym zasnęłam.
Od Rena c.d Tibia
– Wstawaj gnoju. – Ojciec wszedł do mojej części jaskini, hałasując jak nigdy wcześniej. – Oczy ci jeszcze nie zgniły?
– Wyjdź – mruknąłem jeszcze bardziej zwijając się w kłębek.
– Śpisz od wczorajszego popołudnia – wytknął. – Słońce już szczytuje.
– Wyyjdź – powtórzyłem się próbując nadać mojemu głosowi groźniejszy ton.
– Wyjść z tej jaskini to ty powinieneś półtora roku temu i nie wrócić – narzekał. – Stary pryk a jeszcze z rodzicami mieszka! Babę byś se mógł znaleźć a nie ciągle na rodzicach żerujesz. Nawet sam nie polujesz!
– Wyyyjdź.
– Płyta ci się zacięła? – zapytał z przekąsem. – Nie rozkazuj swojemu ojcu bo jeść nie dostaniesz.
– Przecież sam mogę sobie zapolować.
– Powalony dziad – burknąłem, siadając obok pnia zmarzniętego drzewa.
Jak można wyrzucić swojego własnego syna z jaskini? Zwierzyna przecież w tej porze roku jest wszędzie pochowana. Do domu wrócę co najwyżej na wiosnę, o ile nie zamarznę na śmierć. Muszę znaleźć jakąś jaskinię do przenocowania inaczej nie wróże sobie dalekiej przyszłości. Dopiero wtedy mogę zabrać się za szukanie czegoś do jedzenia. Może znajdę gdzieś jakąś padlinę, która zmarła na wskutek hipotermii. Jak nie, to chociażby wygrzebie jakieś korzonki czy nazbieram trawy. Mimo że kocham mięso, nie mogę się powstrzymać przed jedzeniem tych cudownych kwaskowatych źdźbeł.
Mimo, że powinienem się ruszyć, jakoś nie potrafiłem się zmotywować. Nawet zmarznięta i mokra od roztopionego śniegu dupa nie była wystarczającą motywacją. Ciekawe czy ojciec wygoni również Tobiasa z jaskini. A nie, on jest dzisiaj na patrolu. No przecież to oczywiste że pracuje, chluba rodziny. Co z tego że tak jak ja nigdy nie poluje dla rodziny. Co z tego że ja poluje w wiosnę i lato dla watahy i mam po dziurki w nosie uganianie się za zwierzyną jak osioł za marchewką na patyku przyczepionym do jego szyi.
– Meh – mruknąłem opierając się o pień.
Nie przewidziałem, że przez przeniesienie ciężaru swojego ciała na drzewo, ześlę na siebie śnieg, który dotychczas zalegał na gołych gałęziach. Wstałem żeby móc się otrzepać. Czemu dziś nic nie idzie po mojej myśli. Chyba jednak świat chce żebym ruszył w końcu dupsko by poszukać schronienia.
Niezadowolony ruszyłem na poszukiwania. Czułem się jakbym szukał igły w stogu siana. Jak już coś znalazłem, to było to zajęte. Już niektórzy mnie parę razy przegonili, mówiąc bym nie wchodził innym do jaskini bez pozwolenia. Jakby nie mogli zrozumieć że nie widać po niektórych jaskiniach czy są zamieszkane czy nie, bo przecież nie każdy wilk ma doskonały zmysł węchu.
Wszedłem do następnej jaskini, gotowy na możliwy opierdol. Skały odróżniały się od tych, które widziałem poprzednio. Ściany były wyłożone wąskimi, podłużnymi kamieniami o ostrych krawędziach. Nie miały jednolitego koloru – niektóre z nich były całkowicie białe, a inne ogniście rdzawe. Podłoga była położona warstwowo, podobnie jak ściany. Wielkie, płaskie kafle nakładały się na siebie, powodując że powierzchnia była pełna krawędzi o które z łatwością można było zaciąć sobie łapy. Po wejściu jeszcze głębiej, zdałem sobie sprawę że ta jaskinia na pewno ma jeszcze jeden otwór, pewnie na drugim końcu groty. Wcale nie dlatego, że widziałem światło. Czułem lekki ruch powietrza. Nie było to pocieszające - przewietrzone jaskinie były o wiele zimniejszymi od innych, niewietrzonych grót. Modlił się teraz, żeby w głębi było cieplej niż jest na dworze. Oraz oczywiście o to żeby nie była zamieszkana.
Głębiej znajdowało się dosyć spore zagłębienie. W półmroku mogłem dostrzec, że podłoga oraz sufit jest pełny w ostro zakończonych słupkach. Wszędzie było słychać kapanie wody, nagłaśniane tylko przez echo. Żadnej żywej duszy, przynajmniej mi się tak zdawało. Zdawało mi się, że po mojej prawie mógłby być jakiś głębszy zbiornik wodny, patrząc na to jaki dźwięk wydają spadające krople wody. Skierowałem się w tamtą stronę, chcąc sprawdzić moje przypuszczenia.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy to w pewnym momencie poczułem coś miękkiego pod moją łapą. Nie dość że miękkiego, to jeszcze piszczącego. Odskoczyłem przerażony. Czy to jakieś zwierzę?
– Uważaj na co stąpasz owłosiona ropucho!!! – Coś wrzasnęło.
Zdezorientowany próbowałem dostrzec w mroku to coś na co nadepnąłem. Odnalazło się, kiedy poczułem jak szczęki zaciskają się na moim przedramieniu. Odskoczyłem zdezorientowany nagłym atakiem, co jednak nie uwolniło mnie od przeciwnika. Przez stracenie równowagi spadłem na grzbiet, czując jak ostre krawędzie podłoża wbijają się boleśnie w moją skórę. Coś, co mnie zaatakowało już mnie puściło. Wstałem jak najszybciej mogłem, chcąc zwiać stąd bez jakiegokolwiek słowa przeprosin. Jednak gdy tylko byłem zwrócony tyłem do tego czegoś, ten wilk chwycił mnie za ogon ciągnąc w swoją stronę. Tylne łapy mi się omsknęły na śliskich kamieniach, co poskutkowało tym że przejechałem się odsłoniętym brzuchem po krawędziach skał do bajorka. Woda była okropnie lodowata.
Wilk zaśmiał się głośno, dezorientując mnie. Nie chce mnie zabić, czy śmieje się z tego, jak bardzo jestem żałosny? Zakładając to drugie, obnażyłem kły warcząc.
<Tibia?>
– Wyjdź – mruknąłem jeszcze bardziej zwijając się w kłębek.
– Śpisz od wczorajszego popołudnia – wytknął. – Słońce już szczytuje.
– Wyyjdź – powtórzyłem się próbując nadać mojemu głosowi groźniejszy ton.
– Wyjść z tej jaskini to ty powinieneś półtora roku temu i nie wrócić – narzekał. – Stary pryk a jeszcze z rodzicami mieszka! Babę byś se mógł znaleźć a nie ciągle na rodzicach żerujesz. Nawet sam nie polujesz!
– Wyyyjdź.
– Płyta ci się zacięła? – zapytał z przekąsem. – Nie rozkazuj swojemu ojcu bo jeść nie dostaniesz.
– Przecież sam mogę sobie zapolować.
– Powalony dziad – burknąłem, siadając obok pnia zmarzniętego drzewa.
Jak można wyrzucić swojego własnego syna z jaskini? Zwierzyna przecież w tej porze roku jest wszędzie pochowana. Do domu wrócę co najwyżej na wiosnę, o ile nie zamarznę na śmierć. Muszę znaleźć jakąś jaskinię do przenocowania inaczej nie wróże sobie dalekiej przyszłości. Dopiero wtedy mogę zabrać się za szukanie czegoś do jedzenia. Może znajdę gdzieś jakąś padlinę, która zmarła na wskutek hipotermii. Jak nie, to chociażby wygrzebie jakieś korzonki czy nazbieram trawy. Mimo że kocham mięso, nie mogę się powstrzymać przed jedzeniem tych cudownych kwaskowatych źdźbeł.
Mimo, że powinienem się ruszyć, jakoś nie potrafiłem się zmotywować. Nawet zmarznięta i mokra od roztopionego śniegu dupa nie była wystarczającą motywacją. Ciekawe czy ojciec wygoni również Tobiasa z jaskini. A nie, on jest dzisiaj na patrolu. No przecież to oczywiste że pracuje, chluba rodziny. Co z tego że tak jak ja nigdy nie poluje dla rodziny. Co z tego że ja poluje w wiosnę i lato dla watahy i mam po dziurki w nosie uganianie się za zwierzyną jak osioł za marchewką na patyku przyczepionym do jego szyi.
– Meh – mruknąłem opierając się o pień.
Nie przewidziałem, że przez przeniesienie ciężaru swojego ciała na drzewo, ześlę na siebie śnieg, który dotychczas zalegał na gołych gałęziach. Wstałem żeby móc się otrzepać. Czemu dziś nic nie idzie po mojej myśli. Chyba jednak świat chce żebym ruszył w końcu dupsko by poszukać schronienia.
Niezadowolony ruszyłem na poszukiwania. Czułem się jakbym szukał igły w stogu siana. Jak już coś znalazłem, to było to zajęte. Już niektórzy mnie parę razy przegonili, mówiąc bym nie wchodził innym do jaskini bez pozwolenia. Jakby nie mogli zrozumieć że nie widać po niektórych jaskiniach czy są zamieszkane czy nie, bo przecież nie każdy wilk ma doskonały zmysł węchu.
Wszedłem do następnej jaskini, gotowy na możliwy opierdol. Skały odróżniały się od tych, które widziałem poprzednio. Ściany były wyłożone wąskimi, podłużnymi kamieniami o ostrych krawędziach. Nie miały jednolitego koloru – niektóre z nich były całkowicie białe, a inne ogniście rdzawe. Podłoga była położona warstwowo, podobnie jak ściany. Wielkie, płaskie kafle nakładały się na siebie, powodując że powierzchnia była pełna krawędzi o które z łatwością można było zaciąć sobie łapy. Po wejściu jeszcze głębiej, zdałem sobie sprawę że ta jaskinia na pewno ma jeszcze jeden otwór, pewnie na drugim końcu groty. Wcale nie dlatego, że widziałem światło. Czułem lekki ruch powietrza. Nie było to pocieszające - przewietrzone jaskinie były o wiele zimniejszymi od innych, niewietrzonych grót. Modlił się teraz, żeby w głębi było cieplej niż jest na dworze. Oraz oczywiście o to żeby nie była zamieszkana.
Głębiej znajdowało się dosyć spore zagłębienie. W półmroku mogłem dostrzec, że podłoga oraz sufit jest pełny w ostro zakończonych słupkach. Wszędzie było słychać kapanie wody, nagłaśniane tylko przez echo. Żadnej żywej duszy, przynajmniej mi się tak zdawało. Zdawało mi się, że po mojej prawie mógłby być jakiś głębszy zbiornik wodny, patrząc na to jaki dźwięk wydają spadające krople wody. Skierowałem się w tamtą stronę, chcąc sprawdzić moje przypuszczenia.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy to w pewnym momencie poczułem coś miękkiego pod moją łapą. Nie dość że miękkiego, to jeszcze piszczącego. Odskoczyłem przerażony. Czy to jakieś zwierzę?
– Uważaj na co stąpasz owłosiona ropucho!!! – Coś wrzasnęło.
Zdezorientowany próbowałem dostrzec w mroku to coś na co nadepnąłem. Odnalazło się, kiedy poczułem jak szczęki zaciskają się na moim przedramieniu. Odskoczyłem zdezorientowany nagłym atakiem, co jednak nie uwolniło mnie od przeciwnika. Przez stracenie równowagi spadłem na grzbiet, czując jak ostre krawędzie podłoża wbijają się boleśnie w moją skórę. Coś, co mnie zaatakowało już mnie puściło. Wstałem jak najszybciej mogłem, chcąc zwiać stąd bez jakiegokolwiek słowa przeprosin. Jednak gdy tylko byłem zwrócony tyłem do tego czegoś, ten wilk chwycił mnie za ogon ciągnąc w swoją stronę. Tylne łapy mi się omsknęły na śliskich kamieniach, co poskutkowało tym że przejechałem się odsłoniętym brzuchem po krawędziach skał do bajorka. Woda była okropnie lodowata.
Wilk zaśmiał się głośno, dezorientując mnie. Nie chce mnie zabić, czy śmieje się z tego, jak bardzo jestem żałosny? Zakładając to drugie, obnażyłem kły warcząc.
<Tibia?>
Od Shiry CD Tenshi "zabawa w hodowanie" #7
- Ile kosztuje...? - zapytała Tenshi.
Mały krasnal zastanowił się chwilę. Muszę przyznać, że był paskudny.
- 500.
- Coo? Chyba pan żartuje! - powiedziałam oburzona.
Tenshi przyciągnęła mnie gwałtownie do siebie
- Nie radzę, krasnale to ciężkie sztuki - burknęła mi do ucha, ale słychać było w jej głosie niezadowolenie.
- Proponuję 200 - zagadnęłam.
- Nie ma mowy. Co najmniej 300 - niestety człekopodobny pozostawał nieugięty.
*I tu była dosyć długa wymiana słów "200" i "300" między mną a sprzedawcą, która trwała do czasu, aż nie postanowiłam, że sobie k i c h n ę*
- Przepraszam - dodałam szybko.
- Na zdrowie - odezwała się Tenshi.
Wróćmy do targowania.
- No, ma być 300 i ani grosza mniej! - powiedziałam, mając nadzieję, że mój plan zadziała.
- 200! - krzyknął krasnolud. Zadziałało.
Przewróciłam wymownie oczami.
- No, niech będzie. Skoro pan nalega... - rzuciłam sakiewkę z pieniędzmi.
Zdezorientowany pan sprzedawca chyba jeszcze nie zorientował się, na jakim stanowisku znajduje się on, a na jakim ja.
- Daje pan tego smoka czy nie?! - wypaliłam, nie chcąc dłużej już czekać, w końcu krasnal przecież się zorientuje.
Na nasze szczęście karłowaty tylko podszedł do łańcuchów, które wiązały smoka. Kiedy odczepił łańcuchy, wręczył nam po jednym.
- Jest wasz - mruknął.
Ha, wykiwałam go!
<Tenshi?>
Guess who's back~
(Autor obrazka: Snow-Body)
Właściciel: Kinga8989
Imię: Lykka
Wiek: 2 lata 5 miesięcy
Płeć: Wadera
Żywioł: Mróz, Powietrze, Cień, Życie
Stanowisko: Zwiadowca
Cechy fizyczne: Lykka to smukła wadera przeciętnego wzrostu. Ma długie pazury, które potrafi chować niczym kot, by wyglądały na normalnej długości. Potrafi się bardzo dobrze wspinać właśnie dzięki tym pazurom. Dzięki smukłej budowie ciała jest zwinna i dosyć szybka. Potrafi się nieźle skradać i chować, ale to drugie bardziej zawdzięcza mocom. Niestety jednak nie można mieć wszystkiego i los nie obdarzył jej siłą.
Cechy charakteru: Nieufna, zdystansowana wadera, potrafiąca logicznie myśleć i zachować zimną krew (bo wiecie, hehe, Mróz). Otacza się pewnym murem, przybranym w sarkazm i docinki, nie znaczy to, że nie można zdobyć jej zaufania. Jest to po prostu trudne. Nie uważa, że komuś z powodu tego, że ma wyższy szczebel w hierarchii, należy się jakiś szczególny szacunek. Na szacunek trzeba sobie zapracować. Stara się pozbyć wspomnień i skupić się na teraźniejszości i przyszłości. Lubi droczyć się z innymi lub też czasem po prostu być złośliwa, ale jeśli naprawdę ma z kimś konflikt, to wtedy jest tak okropna, że lepiej wiać, bo zrobi wszystko, żeby uprzykrzyć tej osobie życie.
Jak każdy ma też swoje chwile słabości, gorsze dni, podczas których nie ma ochoty ani na żarty, ani na jakiekolwiek interakcje z innymi. Jest wtedy totalnym wrakiem, który nie potrafi nawet wyjść z jaskini.
Cechy szczególne:
- Białe wzory na całym ciele, w kształcie mniejszych lub większych kół. Podczas pełni delikatnie świecą, może się przy tym również wydawać, że połyskują.
- Długie pazury.
- Kajdan z kawałkiem łańcucha na lewej tylnej łapie. Pamiątka po przeszłości, której nie udało jej się pozbyć.
Lubi:
- Drażnić się z innymi. Niekoniecznie zawsze w negatywny sposób, ale ten też uważa za zabawny.
Nie lubi:
- Ludzi, w sumie to lepszym słowem byłoby "nienawidzi" niżeli "nie lubi".
- Szczeniaków, są za bardzo irytujące.
- Natrętnych wilków. Serio, jak można być tak głupim by komuś ciągle zawracać cztery litery?
- Przesadnie optymistycznych wilków. "Och, świat jest taki piękny, a wszyscy dookoła są mili i przyjaźni!" Taa, a jest miłą i uprzejmą waderą.
- Zbytniego gorąca. W upalne dni najchętniej siedziałaby na dnie jeziora. Jaka szkoda, że nie posiada żywiołu wody i nie potrafi pod nią oddychać.
- Przegrywać. Chyba każdy tego nienawidzi, czyż nie?
- Okazywać swoich słabości.
- Wspominać o tym czego się boi.
Boi się:
- Ludzi. Ma to w znacznej mierze związek z jej przeszłością.
- Pokazać komuś swoją dobrą stronę. Boi się, że ktoś w jakiś sposób mógłby ją wykorzystać przeciwko niej.
Moce:
- Tworzenie szronu i sopli lodu.
- Wytworzenie bardzo mroźnego wiatru.
- "Rozpływanie się" w powietrzu, czyli po prostu znikanie.
- Chowanie się w cieniu, przez co staje się cieniem danej rzeczy. To, jak jest w czyimś cieniu, można rozpoznać tym, że jest on delikatnie ciemniejszy od takiego zwykłego.
- Panowanie nad wiatrem, w tym tworzenie jakichś tornad, huraganów.
- Dzięki żywiołowi Życia potrafi tworzyć stwory, odpowiadające jej pozostałym żywiołom (cieniste, powietrzne lub z mrozu).
Historia: Urodziła się w pewnej watasze, jednak nie pamięta już, gdzie ona się znajduje. Jedyną pewną rzeczą, którą wie, jest to, że jest ona gdzieś bardzo daleko. W jej rodzinie od zawsze panowała pewna przypadłość, można nazwać ją mocą, a niektórzy uważają ją za przekleństwo. Tak też uważali jej rodzice. Czym była ta moc? Co kilka pokoleń rodzi się szczenię, które potrafi przemieniać się w człowieka. Rodzice Lykki, będący zwykłymi omegami, nie chcieli wzbudzać sensacji w stadzie, toteż nikomu nie wspominali o darze swojej córki, a jej samej nie uczyli jak się z nim obchodzić. Niewiele jej tłumaczyli, niewiele jej mówili na jego temat, a jeśli coś mówili, to było to wtedy, kiedy Lykka się przemieniła, chociażby niechcący. Zawsze wtedy ją karcili, mówili, że to jest złe. Wadera jako szczenię nigdy tego nie potrafiła zrozumieć. Fascynowała ją możliwość stania się zupełnie inną istotą, fascynował ją wygląd tego stworzenia, to, jak bardzo różni się ono od wszystkich zwierząt jakie widziała.. Często wymykała się w miejsca gdzie nikt jej nie mógł widzieć, tak nauczyła się kontrolować swoje przemiany, chodzić na dwóch nogach i posługiwać tymi dziwacznymi przednimi kończynami. Jej tajemne miejsce nie było takie bezpieczne jak jej się wydawało i pewnego razu zauważyli ją ludzie, którzy obozowali nieopodal w lesie. Złapali ją i sprzedali jakiejś organizacji z ludzkiego świata. Lykka stara się wymazać z pamięci to, co jej robili i poniekąd jej się to udaje. Pamięta coraz mniej szczegółów, mniej twarzy. Ale rysa pozostała, a najlepiej widać to w jej charakterze. Kiedyś była pełną życia, szczęśliwą, ufną wilczycą. Teraz jest bardziej zdystansowana i sarkastyczna, ale głęboko w środku, dalej żyje w niej ta zwyczajna wesoła wadera, którą była.
Zauroczenie: Eee, nie.
Głos: Link
Partner: Partner? A po co to komu?
Szczeniaki: Nigdy w życiu. nie cierpi szczeniaków, irytują ją.
Rodzina: Żyje sobie gdzieś, na odległych terenach. Lykka na obecną chwilę nie wyobraża sobie, że mogłaby do nich wrócić.
Jaskinia: Link
Medalion: Link
Towarzysz: Kiedyś będzie.
Inne zdjęcia: Jako człowiek
Przedmioty kupione w sklepie: Brak
Dodatkowe informacje: Zna dwa ludzkie języki.
Umiejętności: Łącznie 800
: Siła: 50
: Zręczność: 50
: Wiedza: 100
: Spryt: 125
: Zwinność: 200
: Szybkość: 175
: Mana: 100
Płeć: Wadera
Żywioł: Mróz, Powietrze, Cień, Życie
Stanowisko: Zwiadowca
Cechy fizyczne: Lykka to smukła wadera przeciętnego wzrostu. Ma długie pazury, które potrafi chować niczym kot, by wyglądały na normalnej długości. Potrafi się bardzo dobrze wspinać właśnie dzięki tym pazurom. Dzięki smukłej budowie ciała jest zwinna i dosyć szybka. Potrafi się nieźle skradać i chować, ale to drugie bardziej zawdzięcza mocom. Niestety jednak nie można mieć wszystkiego i los nie obdarzył jej siłą.
Cechy charakteru: Nieufna, zdystansowana wadera, potrafiąca logicznie myśleć i zachować zimną krew (bo wiecie, hehe, Mróz). Otacza się pewnym murem, przybranym w sarkazm i docinki, nie znaczy to, że nie można zdobyć jej zaufania. Jest to po prostu trudne. Nie uważa, że komuś z powodu tego, że ma wyższy szczebel w hierarchii, należy się jakiś szczególny szacunek. Na szacunek trzeba sobie zapracować. Stara się pozbyć wspomnień i skupić się na teraźniejszości i przyszłości. Lubi droczyć się z innymi lub też czasem po prostu być złośliwa, ale jeśli naprawdę ma z kimś konflikt, to wtedy jest tak okropna, że lepiej wiać, bo zrobi wszystko, żeby uprzykrzyć tej osobie życie.
Jak każdy ma też swoje chwile słabości, gorsze dni, podczas których nie ma ochoty ani na żarty, ani na jakiekolwiek interakcje z innymi. Jest wtedy totalnym wrakiem, który nie potrafi nawet wyjść z jaskini.
Cechy szczególne:
- Białe wzory na całym ciele, w kształcie mniejszych lub większych kół. Podczas pełni delikatnie świecą, może się przy tym również wydawać, że połyskują.
- Długie pazury.
- Kajdan z kawałkiem łańcucha na lewej tylnej łapie. Pamiątka po przeszłości, której nie udało jej się pozbyć.
Lubi:
- Drażnić się z innymi. Niekoniecznie zawsze w negatywny sposób, ale ten też uważa za zabawny.
Nie lubi:
- Ludzi, w sumie to lepszym słowem byłoby "nienawidzi" niżeli "nie lubi".
- Szczeniaków, są za bardzo irytujące.
- Natrętnych wilków. Serio, jak można być tak głupim by komuś ciągle zawracać cztery litery?
- Przesadnie optymistycznych wilków. "Och, świat jest taki piękny, a wszyscy dookoła są mili i przyjaźni!" Taa, a jest miłą i uprzejmą waderą.
- Zbytniego gorąca. W upalne dni najchętniej siedziałaby na dnie jeziora. Jaka szkoda, że nie posiada żywiołu wody i nie potrafi pod nią oddychać.
- Przegrywać. Chyba każdy tego nienawidzi, czyż nie?
- Okazywać swoich słabości.
- Wspominać o tym czego się boi.
Boi się:
- Ludzi. Ma to w znacznej mierze związek z jej przeszłością.
- Pokazać komuś swoją dobrą stronę. Boi się, że ktoś w jakiś sposób mógłby ją wykorzystać przeciwko niej.
Moce:
- Tworzenie szronu i sopli lodu.
- Wytworzenie bardzo mroźnego wiatru.
- "Rozpływanie się" w powietrzu, czyli po prostu znikanie.
- Chowanie się w cieniu, przez co staje się cieniem danej rzeczy. To, jak jest w czyimś cieniu, można rozpoznać tym, że jest on delikatnie ciemniejszy od takiego zwykłego.
- Panowanie nad wiatrem, w tym tworzenie jakichś tornad, huraganów.
- Dzięki żywiołowi Życia potrafi tworzyć stwory, odpowiadające jej pozostałym żywiołom (cieniste, powietrzne lub z mrozu).
Historia: Urodziła się w pewnej watasze, jednak nie pamięta już, gdzie ona się znajduje. Jedyną pewną rzeczą, którą wie, jest to, że jest ona gdzieś bardzo daleko. W jej rodzinie od zawsze panowała pewna przypadłość, można nazwać ją mocą, a niektórzy uważają ją za przekleństwo. Tak też uważali jej rodzice. Czym była ta moc? Co kilka pokoleń rodzi się szczenię, które potrafi przemieniać się w człowieka. Rodzice Lykki, będący zwykłymi omegami, nie chcieli wzbudzać sensacji w stadzie, toteż nikomu nie wspominali o darze swojej córki, a jej samej nie uczyli jak się z nim obchodzić. Niewiele jej tłumaczyli, niewiele jej mówili na jego temat, a jeśli coś mówili, to było to wtedy, kiedy Lykka się przemieniła, chociażby niechcący. Zawsze wtedy ją karcili, mówili, że to jest złe. Wadera jako szczenię nigdy tego nie potrafiła zrozumieć. Fascynowała ją możliwość stania się zupełnie inną istotą, fascynował ją wygląd tego stworzenia, to, jak bardzo różni się ono od wszystkich zwierząt jakie widziała.. Często wymykała się w miejsca gdzie nikt jej nie mógł widzieć, tak nauczyła się kontrolować swoje przemiany, chodzić na dwóch nogach i posługiwać tymi dziwacznymi przednimi kończynami. Jej tajemne miejsce nie było takie bezpieczne jak jej się wydawało i pewnego razu zauważyli ją ludzie, którzy obozowali nieopodal w lesie. Złapali ją i sprzedali jakiejś organizacji z ludzkiego świata. Lykka stara się wymazać z pamięci to, co jej robili i poniekąd jej się to udaje. Pamięta coraz mniej szczegółów, mniej twarzy. Ale rysa pozostała, a najlepiej widać to w jej charakterze. Kiedyś była pełną życia, szczęśliwą, ufną wilczycą. Teraz jest bardziej zdystansowana i sarkastyczna, ale głęboko w środku, dalej żyje w niej ta zwyczajna wesoła wadera, którą była.
Zauroczenie: Eee, nie.
Głos: Link
Partner: Partner? A po co to komu?
Szczeniaki: Nigdy w życiu. nie cierpi szczeniaków, irytują ją.
Rodzina: Żyje sobie gdzieś, na odległych terenach. Lykka na obecną chwilę nie wyobraża sobie, że mogłaby do nich wrócić.
Jaskinia: Link
Medalion: Link
Towarzysz: Kiedyś będzie.
Inne zdjęcia: Jako człowiek
Przedmioty kupione w sklepie: Brak
Dodatkowe informacje: Zna dwa ludzkie języki.
Umiejętności: Łącznie 800
: Siła: 50
: Zręczność: 50
: Wiedza: 100
: Spryt: 125
: Zwinność: 200
: Szybkość: 175
: Mana: 100
2.01.2020
Od Kai
Przeciągnęłam się teatralnie, przy okazji wzniecając kłęby pary przy ziewnięciu. Zapatrzyłam się w sopel lodu, który jako jeden z większych zwisał przy wodospadzie w Gaju. Swoją drogą, nie uśmiechało mi się stąd ruszać. Jako urodzona na tych terenach ciężko mi było ruszyć stąd swoje ociężałe dupsko. Za dużo wspomnień. Jedyne co mnie ciągnęło w nieznane to wybranie sobie nowej jaskini i ogarnięcie ciekawych miejsc. Chociaż, może bym tutaj została? Spojrzałam na ptaka, który właśnie przyleciał by zrobić sobie "kąpiel" śnieżną, pusząc się w opadłych płatkach. Jaskrawy zachód słońca dawał pomarańczowy połysk, jarząc się iskrami na opadłym puchu. Można by pomyśleć że ogień zamienił się w pomarańczowe kryształy, ozdabiające zimowy krajobraz. Samo leżenie na prawej nodze bożka było bardzo ciekawe. Po chwili usłyszałam ciche stąpanie po ziemi, tłumione przez białą pierzynkę. Poruszyłam uszami, po czym odwróciłam głowę w stronę dźwięku. Ptaki, których teraz już było nieco więcej, wzbiły się w powietrze by posiadać na gałęziach. Poruszyłam poirytowana ogonem.
- Patrzenie na topiące się w śniegu ptaki bardziej mi się podobał niż oglądanie twojej mordy - mruknęłam patrząc na idącego w moją stronę Nitaena z jakimś lizakiem w gębie. Uśmiechnął się krzywo, po czym z pomocą skrzydeł wdrapał się na głowę dziwnej buddyjskiej chyba boginki po czym położył się wyciągając tylne łapy i spojrzał za posąg, patrząc w stronę zachodzącego słońca. Pewnie światło bolało go w oczy, bo odwrócił wzrok i popatrzył w drugą stronę.
- Dla mnie to obojętne, możemy iść - mruknął jakby sam do siebie - nie czuję się przywiązany do tych terenów. W sumie do żadnych nie jestem.
- Chmm? Czytasz mi w myślach?
- Możliwe - uśmiechnął się wyjmując lizaka z pyska i usadawiając patyczek między łapami, zaczął obgryzać słodki deser - chociaż wolę zostać przy wersji, że to moje własne przemyślenia - mruknął otrzepując głowę ze śniegu, który znalazł się na jego głowie poprzez wiatr.
- Nie przywiązałeś się ani trochę?
- Do czego? Zaprzyjaźniłaś się z kimś szczególnie? Ja pamiętam tylko sprawy rodzinne i urywanie się z lekcji które i tak wszyscy mieli gdzieś - w tym musiałam przyznać mu racje. Chociaż... mimo że nie przywiązałam się do wilków, nadal czułam dziwną fantazję wynikającą z przebywania w znajomych miejscach.
- Patrzenie na topiące się w śniegu ptaki bardziej mi się podobał niż oglądanie twojej mordy - mruknęłam patrząc na idącego w moją stronę Nitaena z jakimś lizakiem w gębie. Uśmiechnął się krzywo, po czym z pomocą skrzydeł wdrapał się na głowę dziwnej buddyjskiej chyba boginki po czym położył się wyciągając tylne łapy i spojrzał za posąg, patrząc w stronę zachodzącego słońca. Pewnie światło bolało go w oczy, bo odwrócił wzrok i popatrzył w drugą stronę.
- Dla mnie to obojętne, możemy iść - mruknął jakby sam do siebie - nie czuję się przywiązany do tych terenów. W sumie do żadnych nie jestem.
- Chmm? Czytasz mi w myślach?
- Możliwe - uśmiechnął się wyjmując lizaka z pyska i usadawiając patyczek między łapami, zaczął obgryzać słodki deser - chociaż wolę zostać przy wersji, że to moje własne przemyślenia - mruknął otrzepując głowę ze śniegu, który znalazł się na jego głowie poprzez wiatr.
- Nie przywiązałeś się ani trochę?
- Do czego? Zaprzyjaźniłaś się z kimś szczególnie? Ja pamiętam tylko sprawy rodzinne i urywanie się z lekcji które i tak wszyscy mieli gdzieś - w tym musiałam przyznać mu racje. Chociaż... mimo że nie przywiązałam się do wilków, nadal czułam dziwną fantazję wynikającą z przebywania w znajomych miejscach.
Od Jasona cd Kenny
- Jakie ups?! Dasz radę to odkręcić? - zapytałem
- Tak... ale nie wiem gdzie jest księga - odpowiedział, a Al zaczął się śmiać
Zamknąłem oczy i policzyłem do pięciu, żeby się uspokoić. Dobra, trzeba znaleźć księgę. To nie może być trudne prawda? No więc było. Szukanie księgi pośród porozrzucanych rzeczy, które non stop się gdzieś przemieszczały i unikanie wszystkiego co na ciebie leci było okropne. Wiele razy dostałem to poduszką (co było nawet ok), to półką (to już bolało), to książką. Kenny zamienił się w mysz i szukał na ziemi unikając latających przedmiotów. Ile ja bym dał za taką umiejętność teraz. W końcu dostrzegłem księgę z dziwnym symbolem na okładce. To musi być ta! Jednak chroniona była przez stare, ostre kości, jakieś noże (skąd tu noże?!) oraz stalaktyty.
- Kenny - zawołałem i już po kilku sekundach przy mnie pojawiła się mysz, która zamieniła się w wilka
- To ta - powiedział i podszedł bliżej. W tym momencie wszystkie ostre rzeczy skierowały się w jego stronę. Wpadłem na pomysł i wyszeptałem go basiorowi. Teraz tylko trzeba było go wykonać. Tak więc Kenny zamienił się w jelenia i podszedł jeszcze bliżej i jeszcze. Nagle rzeczy ruszyły na niego, a ten zmieniając się w karalucha uniknął śmiercionośnego ostrzału i uciekł pod szafę. Kiedy tylko droga się oczyściła podbiegłem do księgi i kopnąłem ją w stronę szafy. Automatycznie przedmioty poleciały w moją stronę. Używając telekinezy by zatrzymać je w miejscu. Magia jednak była zbyt silna i noże, stalaktyty i kości były coraz bliżej mnie. Kontem oka widziałem jak Kenny szuka zaklęcia w księdze po czym je rzuca. Wszystkie przedmioty w jaskini padły na ziemię, a ja odetchnąłem z ulgą.
- Jaki tu bałagan! Nie wyrobimy się nigdy z tym pakowaniem - zaskomlał
- To pozwól, że tym razem ja pomogę - uśmiechnąłem się
Poprosiłem basiora o odsunięcie się i przyzwałem pięć demonów, które przybrały wilczą formę. Tak więc do pomocy mieliśmy pięć czarnych, wyglądających jak dym z czerwonymi ślepiami demonów. Z ich pomocą szybko się uporaliśmy. Gdy tylko jaskinia była czysta, a wszystkie rzeczy spakowane i gotowe do drogi odesłałem demony do piekła. Wykończony usiadłem na ziemi i przyglądałem się jak Kenny wyciąga jakieś księgi z jednej, starej szafy.
- Hej, jeśli po przeprowadzce nie chciałbyś mieszkać sam to zapraszam, fajnie jest mieć współlokatora - uśmiechnął się
- J-
~Chętnie, dzięki - dokończył za mnie Al. Nie dał mi wyboru, ale i tak byłem zadowolony. I Alaistar dobrze o tym wiedział, że lubiłem mieszkać z Kennym. W jaskini rozległ się syk. Towarzysz Kennego właśnie wstał. I w momencie w którym wąż podpełznął do basiora w jaskini pojawiła się wadera, która poprosiła nas o pomoc w przenoszeniu rzeczy, a basior zaproponował jej dodatkowo pomoc w pakowaniu rzeczy.
Od Jasona
Był nudny dzień. Wraz z Alastairem postanowiliśmy poćwiczyć. Trzeba być przygotowanym na niebezpieczeństwo, a leżąc i obijając się nie wyjdzie. Postanowiliśmy więc zacząć ode mnie. Na początku szybki bieg przez las aż do momentu w którym się zmęczę. Później wspinanie się na drzewa i przeskakiwanie z jednego na drugie. Na moje nieszczęście skoczyłem na gałąź która się złamała, a ja nie zdążyłem zareagować i spadłem. Nie mogłem jednak pozwolić sobie na obijanie się więc kontynuowałem trening, pomimo bólu łapy. Na koniec treningu ćwiczyłem teleportacje i przemianę w największy strach lecącej obok jaskółki. Po moim treningu przyszedł moment na Ala. Oczywiście on mógł biec przez las całymi dniami więc trzeba było mu to przerwać. Ze wspinaniem się na drzewa też nie miał trudności. Potem próba siły. Znaleźliśmy wielki głaz, który bez problemu przełamał na pół. I to w sumie koniec jego treningu, bo mocy on używać nie mógł. Poprosiłem go więc o pójście do medyka, żeby mógł obejrzeć moją bolącą łapę. Alastair ma większy próg bólu więc on nawet nie zauważył, że coś jest nie tak z naszym ciałem. Medyk powiedział, że to nic takiego i zabandażował mi łapę. Powiedział jednak żebym na nią uważał i przez kilka dni nie obciążał jej bo może się skończyć bardzo źle. Wróciłem więc do jaskini, położyłem się i zasnąłem. Następnego dnia obudziłem się w środku lasu.
- Al, co się dzieje? - zapytałem
~ Nic takiego. Pewnie jesteś głodny, a nie możesz się wysilać bo może się stać coś złego z naszą łapą więc postanowiłem iść zapolować. Przejmuję ciało do czasu aż nam się polepszy.
Nie miałem zamiaru się z nim kłócić. Wiec już po chwili pod naszymi łapami leżał martwy dzik. Zabrał go do jaskini i tam zostawił. Czułem jego ogromną radość, że nareszcie może swobodnie pobiegać, pochodzić. Nie chciałem odbierać mu tej radości, ale znając jego zdolność do wpadania w kłopoty musiałem go poprosić o przemianę. Ten odmówił błagając i tłumacząc że nie chce mieć uszkodzonej kończyny. Westchnąwszy zgodziłem się. Jednak miałem racje co do kłopotów, ponieważ dwa dni później próbował przeskoczyć wielką przepaść co oczywiste miało rezultaty. W trakcie spadania przejąłem kontrolę nad ciałem i teleportowałem przed jaskinię. Al przepraszał mnie calusieńki dzień, chociaż po szóstym razie przyjąłem przeprosiny, ale dałem mu zakaz przemiany na tydzień. Na następny dzień po tej przygodzie udałem się do medyka, który powiedział, że moja łapa już jest w pełni zdrowa i mogę normalnie funkcjonować. Szczęśliwy wróciłem do jaskini.
Od Kennego
Obudziłem się wcześnie rano i spojrzałem na Haku leżącego przy moim łóżku. Nie chciałem go budzić, ale trzeba było zabrać się za przygotowywania do przeprowadzki. Zdążyłem już przywyknąć do tej przytulnej jaskini. Myśl o opuszczeniu tego miejsca bolała. Rozejrzałem się po wnętrzu i zobaczyłem, że Jason smacznie śpi więc miałem drugi powód, żeby przygotowania zacząć później. Położyłem więc na chwilę głowę i zamknąłem oczy. Niespodziewanie zasnąłem. Obudził mnie Jason, który powiedział, że jest już późno i trzeba by zacząć się pakować. Wstałem łóżka ostrożnie, żeby nie obudzić śpiącego dalej węża i podszedłem do pierwszej szafki. Zobaczywszy ile rzeczy się w niej znajduje i ile jest jeszcze rzeczy do zabrania usiadłem na ziemi.
- Nieeeeee chce mi się - zawyłem patrząc na Jasona, a raczej już Alastaira, który ściągał coś z góry szafy. Okazało się że znalazł mojego kasztanowego ludzika, którego zrobiłem nie pamiętam kiedy. Myślałem że jakoś ożył i uciekł bo nie umiałem go znaleźć. Pewnie Haku bawiąc się zostawił go tam.
~Co z tym zrobić? - zapytał
~Zostawić
W końcu okazało się że na szafie była jeszcze pokaźna kolekcja żołędzi, liści oraz kamieni. Oczywiście nie zgodziłem się na wyrzucenie ich, ale Al wyglądając strasznie przemówił mi do rozsądku. Widząc pewnie, że jestem bliski płaczu pozwolił mi zatrzymać po jednym z każdej kolekcji. Potrafię być przekonujący! Aktor ze mnie doskonały. Godziny mijały a my nie byliśmy nawet w połowie.
- Mam dość - powiedziałem
Jason tylko spojrzał na mnie. Chyba stwierdził że nie ma sensu się odzywać. Ale kiedy tylko spojrzałem na pół jego znaku na czole oświeciło mnie! Rzuciłem się do jednej z półek i wyciągnąłem starą księgę z zaklęciami. Magia pomaga na wszystko! Po znalezieniu zaklęcia, wypowiedziałem je głośno i *poof* nic. Może to przez to że dawno nie używałem magii? Rozczarowany rzuciłem księgę za siebie i usiadłem na ziemi. Nagle zobaczyłem, że jedna szafka sama się otwarła i wyleciały z niej rzeczy. Udało się! Zadowolony zaproponowałem Jasonowi wyjście na krótką chwile by zaczerpnąć świeżego powietrza. Szybko się zgodził i niemal wybiegliśmy z jaskini. Nasze wyjście nie trwało długo bo usłyszeliśmy trzask. Kiedy tylko weszliśmy z powrotem na ziemi był bałagan a wszystkie rzeczy latały i rozbijały się o ścianę.
- Ups...
<Jason?>
Od Yuki „Hello Darkness my Old Friend” cz.26
Jeżeli to wszystko co widziałam było terenami Watahy Słonecznego Wzgórza, to chyba musiałyśmy się pomylić podczas typowania kierunków. Głęboka, zalesiona dolina rozciągała się tuż przed samą górą. W samym jej środku mieściła się łąka, możliwe, że będąca jednym z głównych miejsc w watasze. Nie musiałam się zbytnio rozglądać za rzekami – było ich tu od groma. Najbliższa z nich była niedaleko nas, po prawej. Gdzieś z paręnaście minut drogi piechotą.
Wylądowałam na ziemi pozbywając się niewidzialności.
– Najbliższa w prawo – oznajmiłam. – Paręnaście minut drogi.
Eleonora się skrzywiła.
– Za długo – rzekła. – Obmycie rany po tak długim okresie czasu nic nie da.
– Masz żywioł materii, prawda? – odezwała się dotychczas milcząca Lilia.
Pokiwałam głową.
– Nie będzie dla ciebie dużym obciążeniem przeteleportowanie nas do strumienia? – zapytała.
Zastanowiłam się. Jestem po walce, obolała i na pewno osłabiona. Przeniesienie trzech wilków paręset metrów dalej nie jest najłatwiejszym zadaniem nawet dla kogoś w pełni sił. Jedynie cudem mogłabym przenieść nas wszystkich do strumienia.
– Myślę że nie zdołam przenieść więcej niż dwójki wilków, włącznie ze mną – powiedziałam w końcu. – Któraś z was musiałaby tutaj zostać.
Chwila ciszy, Lilia i Eleonora spojrzały po sobie.
– Myślę że ja zostanę – oznajmiła śmiało niższa z nich. – Mogę po drodze poszukać jakiś jajek lub miodu.
– Okej. – Garbuska nie wydawała się zbytnio zadowolona rozwiązaniem tej sytuacji. – Ale jak cię znajdą to poradzisz sobie z patrolem?
– Może pójść z moim klonem. – Mówiąc to spojrzałam na moją podróbkę, wąchającą w tej chwili losowe kwiatki. – Nie jest zbyt mądry, ale na pewno dobrze walczy. Jakby się ciebie nie słuchał pociągnij go za ucho lub ogon. - A się nie zdenerwuje? – zapytała na co ja pokręciłam głową.
Przywołałam klona do nas i szybko wytłumaczyłam mu co jest jego zadaniem.
– Pożyje jeszcze dwadzieścia ileś minut więc się śpiesz. – odpowiedziałam.
Dając znak, że zrozumiała, ruszyła w stronę strumyka zostawiając mnie i Eleonorę sam na sam. Dopiero też sobie uświadomiłam że moje kosze nie nadają się już do przechowywania zapasów.
– Mogę włożyć moje rzeczy do twoich juk?
Pokiwała głową zdejmując torby z grzbietu. Jakimś cudem upchałam tam te wszystkie medaliony i pożywienie. Gdy byłyśmy gotowe, bez zbędnego gadania zabrałam się za przenoszenie nas do strumienia. Najpierw Eleonora, później ja. Czas płynął wtedy jak w zwolnionym tempie, dłużąc się niemiłosiernie. W chwili, kiedy byłam już przeteleportowana do strumienia, odetchnęłam z ulgą, posapując ciężko. Jeżeli da się mieć zakwasy od nadużywania magii, pewnie nie mogłabym jutro wstać.
– Wejdź do rzeki – zarządziła, nie dając mi nawet chwili na odpoczynek.
Wykonałam jej rozkaz bez większego marudzenia, mimo że osobiście chciałam po prostu się położyć i nie wstawać. Przestałam wchodzić głębiej, kiedy to lodowata woda zetknęła się z moim brzuchem. Nagły przypływ bólu zmieszany z poczuciem ulgi sparaliżował mnie do tego stopnia, że nie potrafiłam się ruszyć. Cofnęłam zesztywniałe uszy, wstrzymałam dech i patrzyłam wielkimi oczami w nieokreślony punkt. Eleonora na pewno zauważyła moją reakcję.
– Wejdź głębiej, nawet się nie zamoczyłaś.
Łatwo jej mówić. Nie moczy ogromnej świeżej rany w lodowatej wodzie. Widząc, że nie potrafię się ruszyć by wejść głębiej, westchnęła. Usłyszałam chlupot wody za mną, żeby następnie poczuć jak jakaś siła wpycha mnie głębiej do rzeki. Nie chcąc czuć na całym brzuchu tego nieprzyjemnego uczucia, zapierałam się łapami, wbijając w muł palce i pazury.
– No właź. – Popchała mocniej.
Muliste podłoże nie wytrzymało, pozwalając mojemu ciału wsunąć się o wiele głębiej niż musiałam. Stałam teraz po szyję w wodzie. Czułam że woda płynie tutaj szybciej niż na brzegu. Jeżeli spróbuje się ruszyć, możliwe że prąd mnie porwie. Musze zostać w tej pozycji, dopóki nie oswoję się z temperaturą rzeki. Inaczej możliwe że się utopię, kiedy będę płynąć z prądem rzeki.
– Wiem że szczypie, ale musisz to wytrzymać – próbowała uspokoić garbuska. – Wyjdź kiedy przyjdzie Lilia. – Wyszła z wody.
Z zimna zaczęłam się trzęść i klekotać zębami. Przecież ona wróci dopiero za paręnaście minut. Zamarznę tutaj chyba na śmierć.
– Nie mogę wyjść za chwilę? – zapytałam jąkając się.
– Powiem ci kiedy będziesz mogła wyjść.
Próbowałam się pocieszać, że przecież ten czas minie jak z bicza strzelił. Nie miałam co robić, z kim rozmawiać, a ni czym się zająć. Eleonora najwidoczniej była czymś zajęta, ponieważ nie zwracała uwagi na moje ciągłe pytania kiedy mogę wyjść. Nie widziałam co robiła – byłam odwrócona do niej tyłem. Na pewno minęło już pół godziny. Gdzie ta Lilia? Powinna już tu być. Przysięgam, że jak tylko poczuję się lepiej to jej łapy z torsu powyrywam.
– Tu jesteście! – usłyszałam tak długo wyczekiwany głos. – Znalazłam trochę ptasich jaj.
Chcąc jak najszybciej wyjść odwróciłam się gwałtownie w tył. I to był mój błąd. Straciłam kontakt z podłożem, a prąd rzeczny zrobił resztę. Moja głowa wylądowała pod wodą. Zaczęłam machać szaleńczo łapami, próbując pływać. Wypłynęłam na powierzchnię, próbując kaszlem pozbyć się cieczy z moich płuc. Nie potrafiłam jakoś złapać rytmu, tylko bijąc powierzchnię wody łapami.
Szczęście w nieszczęściu – wpłynęłam na wystające korzenie drzewa. Były solidne, dlatego nie połamały się pod naporem mojego cielska. Widziałam jak Lilia biegnie w moim kierunku. Powoli się zbliżałam do brzegu, podciągając się na korzeniach. Wadera która była już przy mnie pomogła mi wyjść. Już chyba serio wolę mieć wielką bliznę na brzuchu, niż przeżywać takie coś.
C.D.N
– Najbliższa w prawo – oznajmiłam. – Paręnaście minut drogi.
Eleonora się skrzywiła.
– Za długo – rzekła. – Obmycie rany po tak długim okresie czasu nic nie da.
– Masz żywioł materii, prawda? – odezwała się dotychczas milcząca Lilia.
Pokiwałam głową.
– Nie będzie dla ciebie dużym obciążeniem przeteleportowanie nas do strumienia? – zapytała.
Zastanowiłam się. Jestem po walce, obolała i na pewno osłabiona. Przeniesienie trzech wilków paręset metrów dalej nie jest najłatwiejszym zadaniem nawet dla kogoś w pełni sił. Jedynie cudem mogłabym przenieść nas wszystkich do strumienia.
– Myślę że nie zdołam przenieść więcej niż dwójki wilków, włącznie ze mną – powiedziałam w końcu. – Któraś z was musiałaby tutaj zostać.
Chwila ciszy, Lilia i Eleonora spojrzały po sobie.
– Myślę że ja zostanę – oznajmiła śmiało niższa z nich. – Mogę po drodze poszukać jakiś jajek lub miodu.
– Okej. – Garbuska nie wydawała się zbytnio zadowolona rozwiązaniem tej sytuacji. – Ale jak cię znajdą to poradzisz sobie z patrolem?
– Może pójść z moim klonem. – Mówiąc to spojrzałam na moją podróbkę, wąchającą w tej chwili losowe kwiatki. – Nie jest zbyt mądry, ale na pewno dobrze walczy. Jakby się ciebie nie słuchał pociągnij go za ucho lub ogon. - A się nie zdenerwuje? – zapytała na co ja pokręciłam głową.
Przywołałam klona do nas i szybko wytłumaczyłam mu co jest jego zadaniem.
– Pożyje jeszcze dwadzieścia ileś minut więc się śpiesz. – odpowiedziałam.
Dając znak, że zrozumiała, ruszyła w stronę strumyka zostawiając mnie i Eleonorę sam na sam. Dopiero też sobie uświadomiłam że moje kosze nie nadają się już do przechowywania zapasów.
– Mogę włożyć moje rzeczy do twoich juk?
Pokiwała głową zdejmując torby z grzbietu. Jakimś cudem upchałam tam te wszystkie medaliony i pożywienie. Gdy byłyśmy gotowe, bez zbędnego gadania zabrałam się za przenoszenie nas do strumienia. Najpierw Eleonora, później ja. Czas płynął wtedy jak w zwolnionym tempie, dłużąc się niemiłosiernie. W chwili, kiedy byłam już przeteleportowana do strumienia, odetchnęłam z ulgą, posapując ciężko. Jeżeli da się mieć zakwasy od nadużywania magii, pewnie nie mogłabym jutro wstać.
– Wejdź do rzeki – zarządziła, nie dając mi nawet chwili na odpoczynek.
Wykonałam jej rozkaz bez większego marudzenia, mimo że osobiście chciałam po prostu się położyć i nie wstawać. Przestałam wchodzić głębiej, kiedy to lodowata woda zetknęła się z moim brzuchem. Nagły przypływ bólu zmieszany z poczuciem ulgi sparaliżował mnie do tego stopnia, że nie potrafiłam się ruszyć. Cofnęłam zesztywniałe uszy, wstrzymałam dech i patrzyłam wielkimi oczami w nieokreślony punkt. Eleonora na pewno zauważyła moją reakcję.
– Wejdź głębiej, nawet się nie zamoczyłaś.
Łatwo jej mówić. Nie moczy ogromnej świeżej rany w lodowatej wodzie. Widząc, że nie potrafię się ruszyć by wejść głębiej, westchnęła. Usłyszałam chlupot wody za mną, żeby następnie poczuć jak jakaś siła wpycha mnie głębiej do rzeki. Nie chcąc czuć na całym brzuchu tego nieprzyjemnego uczucia, zapierałam się łapami, wbijając w muł palce i pazury.
– No właź. – Popchała mocniej.
Muliste podłoże nie wytrzymało, pozwalając mojemu ciału wsunąć się o wiele głębiej niż musiałam. Stałam teraz po szyję w wodzie. Czułam że woda płynie tutaj szybciej niż na brzegu. Jeżeli spróbuje się ruszyć, możliwe że prąd mnie porwie. Musze zostać w tej pozycji, dopóki nie oswoję się z temperaturą rzeki. Inaczej możliwe że się utopię, kiedy będę płynąć z prądem rzeki.
– Wiem że szczypie, ale musisz to wytrzymać – próbowała uspokoić garbuska. – Wyjdź kiedy przyjdzie Lilia. – Wyszła z wody.
Z zimna zaczęłam się trzęść i klekotać zębami. Przecież ona wróci dopiero za paręnaście minut. Zamarznę tutaj chyba na śmierć.
– Nie mogę wyjść za chwilę? – zapytałam jąkając się.
– Powiem ci kiedy będziesz mogła wyjść.
Próbowałam się pocieszać, że przecież ten czas minie jak z bicza strzelił. Nie miałam co robić, z kim rozmawiać, a ni czym się zająć. Eleonora najwidoczniej była czymś zajęta, ponieważ nie zwracała uwagi na moje ciągłe pytania kiedy mogę wyjść. Nie widziałam co robiła – byłam odwrócona do niej tyłem. Na pewno minęło już pół godziny. Gdzie ta Lilia? Powinna już tu być. Przysięgam, że jak tylko poczuję się lepiej to jej łapy z torsu powyrywam.
– Tu jesteście! – usłyszałam tak długo wyczekiwany głos. – Znalazłam trochę ptasich jaj.
Chcąc jak najszybciej wyjść odwróciłam się gwałtownie w tył. I to był mój błąd. Straciłam kontakt z podłożem, a prąd rzeczny zrobił resztę. Moja głowa wylądowała pod wodą. Zaczęłam machać szaleńczo łapami, próbując pływać. Wypłynęłam na powierzchnię, próbując kaszlem pozbyć się cieczy z moich płuc. Nie potrafiłam jakoś złapać rytmu, tylko bijąc powierzchnię wody łapami.
Szczęście w nieszczęściu – wpłynęłam na wystające korzenie drzewa. Były solidne, dlatego nie połamały się pod naporem mojego cielska. Widziałam jak Lilia biegnie w moim kierunku. Powoli się zbliżałam do brzegu, podciągając się na korzeniach. Wadera która była już przy mnie pomogła mi wyjść. Już chyba serio wolę mieć wielką bliznę na brzuchu, niż przeżywać takie coś.
C.D.N
1.01.2020
Od Shiry CD Vi
Polowanie z Vi było ciekawe, zważając na jej umiejętność klonowania się. Niestety ten jeden jeleń w zupełności jej wystarczał, a ja nie lubiłam polować dla zabawy. A kiedy zdobycz znalazła się w przeznaczonym dla siebie miejscu, zadanie było wykonane. Co teraz?
Ze swojej jaskini wyłoniła się Vi.
- Chcesz gdzieś iść? Masz może jakieś plany... albo potrzebujesz w czymś pomocy? - zapytała.
Zastanowiłam się chwilę. Planów nie mam, pomocy chyba w niczym nie potrzebuję, chyba że zapomniałam o czymś. A czy chcę gdzieś iść? Iść gdzieś mogę, tylko gdzie...
- Już wiem, gdzie możemy iść! - powiedziałam wesoło.
Było takie jedno miejsce, w którym lubiłam przebywać. Zawsze gdy skręcałam w te strony, nie ważne czy z Raylą czy bez, roiło się tam od różnych małych, przyjaznych stworzeń. Idąc w zamyśleniu, dopiero po chwili zauważyłam, że jesteśmy już blisko.
- To tu! - powiedziałam podekscytowanym szeptem.
Miejsce, w którym się znajdowałyśmy było niewielką polanką gęsto otoczoną drzewami. Przysiadłam na środku niej, mniej więcej w tym samym miejscu co zawsze. Po chwili zza drzew zaczęły wyłaniać się pierwsze - tym razem - wiewiórki.
Ze swojej jaskini wyłoniła się Vi.
- Chcesz gdzieś iść? Masz może jakieś plany... albo potrzebujesz w czymś pomocy? - zapytała.
Zastanowiłam się chwilę. Planów nie mam, pomocy chyba w niczym nie potrzebuję, chyba że zapomniałam o czymś. A czy chcę gdzieś iść? Iść gdzieś mogę, tylko gdzie...
- Już wiem, gdzie możemy iść! - powiedziałam wesoło.
Było takie jedno miejsce, w którym lubiłam przebywać. Zawsze gdy skręcałam w te strony, nie ważne czy z Raylą czy bez, roiło się tam od różnych małych, przyjaznych stworzeń. Idąc w zamyśleniu, dopiero po chwili zauważyłam, że jesteśmy już blisko.
- To tu! - powiedziałam podekscytowanym szeptem.
Miejsce, w którym się znajdowałyśmy było niewielką polanką gęsto otoczoną drzewami. Przysiadłam na środku niej, mniej więcej w tym samym miejscu co zawsze. Po chwili zza drzew zaczęły wyłaniać się pierwsze - tym razem - wiewiórki.
<Vi?>
Od Igazi
Nim zdążyłam pomyśleć, aby spróbować cokolwiek zrobić, poczułam jak tracę dech. To wadera upadła na mnie całym swoim ciężarem, sprawiając że uszło ze mnie całe powietrze. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę że paraliż minął i w końcu mogłam się ruszać. Natychmiast wygrzebałam się z zdezorientowanej wadery, żeby odbiec od obu wilków na bezpieczną odległość. Może i brązowa wilczyca nie próbowała mnie zabić, jednak przez sytuacje sprzed chwili, bałam się że może okazać się kimś, kto panuje nad tym światem.
– Gdzie my jesteśmy? – zapytała już mniej płaczliwie niż wcześniej.
Pierzasta wadera wstała z ziemi, nie będąc już taka agresywna jak wcześniej.
– W świecie astralnym, odmętach dusz – powiedziała beznamiętnym głosem. – Czym jesteś? – zabrała głos nim druga zdążyła coś powiedzieć.
Pytanie zdziwiło waderke.
– Wilkiem? – odpowiedziała niepewnie.
Zamknęła oczy krzywiąc pysk sfrustrowana. Powstrzymywała się przed agresją?
– Mam oczy. Widzę jakiego gatunku jesteś. Chodziło mi raczej, czym jesteś, bo nie dość że się tutaj dostałaś, to jeszcze potrafisz kontrolować dusze – wytłumaczyła od niechcenia.
– Ja... sama nie wiem – rzekła zmieszana. – Jedyne co pamiętam przed pojawieniem się tutaj, to ceremonia wręczenia medalionów.
Zauważyłam, jak wyraz twarzy czarnej wadery się zmienia. Oczy zabłyszczały kiedy wilczyca podniosła wyżej łeb.
– Dostałaś wtedy swój medalion? – W jej głosie nie było już tyle jadu co wcześniej.
– Tak – potwierdziła niepewnie. – Znaczy… Chyba tak – sprostowała.
– Chyba? – Uniosła brwi.
– Nie pamiętam żebym dostała medalion, ale kojarzę coś, że ktoś wręczał mi wisiorek.
– I nie masz żadnych innych wspomnień?
Brązowo-biała wadera pokręciła głową, na co druga uśmiechnęła się szeroko. Wcale nie przyjaźnie, a tak, jak najbardziej jadowity wąż. Cokolwiek ona planowała, na pewno nie było niczym dobrym. Druga wadera również to wyczuła – położyła po sobie uszy, zniżając łeb.
– I co z tego że nic nie pamiętam? – powiedziała siląc się na odważny głos, co nie wyszło jej zbyt dobrze.
– Nic, jednak wiem już czym tak właściwie jesteś, a raczej co takiego posiadasz.
Byłam tak samo zainteresowana jak sama nieznajoma, mimo że to mnie w ogóle nie dotyczyło. Pierzasta widząc pytający wzrok przybłędy, dopowiedziała:
– Żywioł duszy. Najwidoczniej przez swoją moc strąciłaś swoją duszę w świat astralny. To znaczy że najpewniej jesteś w prawdziwym świecie martwa, albo jeżeli ci się poszczęściło, pozbawiłaś życia parę wilków, wciągając ich do twojego ciała – mówiła, jakby napawając się strachem rozmówczyni, który to narastał z każdym wypowiadanym przez nią słowem. – Możesz albo wrócić, i pozbawić ich życia, albo pozwolić by twoja dusza została tutaj zniszczona wraz z upływem czasu.
C.D.N czyli do następnej czystki XD
– Gdzie my jesteśmy? – zapytała już mniej płaczliwie niż wcześniej.
Pierzasta wadera wstała z ziemi, nie będąc już taka agresywna jak wcześniej.
– W świecie astralnym, odmętach dusz – powiedziała beznamiętnym głosem. – Czym jesteś? – zabrała głos nim druga zdążyła coś powiedzieć.
Pytanie zdziwiło waderke.
– Wilkiem? – odpowiedziała niepewnie.
Zamknęła oczy krzywiąc pysk sfrustrowana. Powstrzymywała się przed agresją?
– Mam oczy. Widzę jakiego gatunku jesteś. Chodziło mi raczej, czym jesteś, bo nie dość że się tutaj dostałaś, to jeszcze potrafisz kontrolować dusze – wytłumaczyła od niechcenia.
– Ja... sama nie wiem – rzekła zmieszana. – Jedyne co pamiętam przed pojawieniem się tutaj, to ceremonia wręczenia medalionów.
Zauważyłam, jak wyraz twarzy czarnej wadery się zmienia. Oczy zabłyszczały kiedy wilczyca podniosła wyżej łeb.
– Dostałaś wtedy swój medalion? – W jej głosie nie było już tyle jadu co wcześniej.
– Tak – potwierdziła niepewnie. – Znaczy… Chyba tak – sprostowała.
– Chyba? – Uniosła brwi.
– Nie pamiętam żebym dostała medalion, ale kojarzę coś, że ktoś wręczał mi wisiorek.
– I nie masz żadnych innych wspomnień?
Brązowo-biała wadera pokręciła głową, na co druga uśmiechnęła się szeroko. Wcale nie przyjaźnie, a tak, jak najbardziej jadowity wąż. Cokolwiek ona planowała, na pewno nie było niczym dobrym. Druga wadera również to wyczuła – położyła po sobie uszy, zniżając łeb.
– I co z tego że nic nie pamiętam? – powiedziała siląc się na odważny głos, co nie wyszło jej zbyt dobrze.
– Nic, jednak wiem już czym tak właściwie jesteś, a raczej co takiego posiadasz.
Byłam tak samo zainteresowana jak sama nieznajoma, mimo że to mnie w ogóle nie dotyczyło. Pierzasta widząc pytający wzrok przybłędy, dopowiedziała:
– Żywioł duszy. Najwidoczniej przez swoją moc strąciłaś swoją duszę w świat astralny. To znaczy że najpewniej jesteś w prawdziwym świecie martwa, albo jeżeli ci się poszczęściło, pozbawiłaś życia parę wilków, wciągając ich do twojego ciała – mówiła, jakby napawając się strachem rozmówczyni, który to narastał z każdym wypowiadanym przez nią słowem. – Możesz albo wrócić, i pozbawić ich życia, albo pozwolić by twoja dusza została tutaj zniszczona wraz z upływem czasu.
C.D.N czyli do następnej czystki XD
Od Vi
Gdy tylko usłyszałam o przeprowadzce zaczęłam się pakować. Nie mogłam zostawić tylu niezbędnych składników i ksiąg. Jednakże byłam świadoma tego że nie dam rady zabrać wszystkiego sama. Postanowiłam więc poprosić o pomoc moich znajomych. Myśląc kto nie ma na pewno za dużo do zabrania i pomyślałam o Kennym i jego współlokatorze. Po tym jak skończyłam opróżniać jedną z wielu szafek udałam się zaraz do nich z wizytą. Na moje szczęście zastałam obu. Przywitałam się z nimi i zwróciłam się z prośbą o pomoc w przenoszeniu rzeczy.
- A masz wszytko spakowane? - zapytał Kenny opróżniając jedną szafkę z jakimiś książkami
- Nie do końca, muszę jeszcze parę szaf opróżnić...
- Pomożemy... I tak już skończyliśmy - powiedział z uśmiechem basior spoglądając na drugiego, na co ten spojrzał na mnie i kiwnął głową
W towarzystwie basiorów i jednego węża wróciłam do swojej jaskini i pomijając fakt że parę szklanych rzeczy się rozbiło miałam wszystko spakowane i gotowe do przeprowadzki.
- Dzięki, nie wiem jak wam się odwdzięczę.
- Od tego są przyjaciele.
Nie wiedząc co robić postanowiliśmy się jeszcze przejść. Rozmawiając o wszystkim i niczym doszliśmy do jeziora.
- Zaczekajcie tu chwilę, proszę! - krzyknął naglę Kenny i odbiegł od nas
Po krótkiej chwili wrócił z torbą z której wyjął szkicownik i poprosił nas żebyśmy się nie ruszali. Po wielu godzinach stania w jednej pozycji nareszcie powiedział, że skończył wstępny szkic. Po obudzeniu Jasona podeszliśmy do basiora żeby pokazał nam jego dzieło. Ten jednak szybko schował szkicownik do torby i powiedział, że jak skończy to nam pokarze.
- Musimy wracać - powiedział Jason i po pożegnaniu ruszyłam w swoją stronę. Położyłam się w jaskini koło toreb.
- Nowy rozdział czas zacząć - powiedział głos a ja wyjątkowo się z nim zgodziłam.
Od Igazi
Zesztywniałyśmy obie od razu, gdy usłyszałyśmy obcy głos.
– Jak… – Przeciwniczka utkwiła wzrok swoich białych oczu na coś, co znajdywało się za mną. – Jak?! – Jej głos wskazywał, że nie mogła uwierzyć w to, co widzi.
Odwróciłam się w stronę tajemniczej postaci. Parędziesiąt metrów od nas stała krępa brązowo-biała wilczyca. Nie mogłam dostrzec wyrazu jej pyska kiedy nas zobaczyła, jednak z postawy ciała było widać, że cała ta sytuacja ją przeraża. Można było wtedy przewidzieć kolejny ruch nieznajomej – zaczęła biec w naszą stronę, najpewniej oczekując po naszej dwójce ratunku. Jakież było jej zdziwienie, kiedy zbliżając się do nas zaczęła dostrzegać coraz więcej szczegółów – błękitną ciecz na naszych futrach, poszarpaną sierść czy w końcu nienawistne spojrzenie drugiej wadery. Pewnie przez to ostatnie zwolniła w biegu, nabierając niepewności czy na pewno dobrze postąpiła podbiegając do nas.
Oponentka prężnie skoczyła w kierunku przybłędy, wymijając mnie szybciej, niż zdałam sobie sprawę co się właśnie dzieje. Brązowo-biała wadera zaryła pazurami o posadzkę, chcąc wyhamować przed zbliżającą się w jej stronę wilczycą. Dopadła ją, od razu przygwożdżając ją do ziemi. Przez myśl przeszło mi, czy może nie pomóc nieznajomej. Czarna wadera najwidoczniej zapomniała o mnie – odwróciła się w moją stronę tyłem, jakby prosząc o niespodziewany atak. Przybłęda próbowała wyrwać się spod łap napastniczki, wiercąc się i piszcząc zawzięcie.
– Zamknij mordę. – wywarczała, jeszcze mocniej dociskając łeb niższej do niewidzialnego podłoża. – Jak się tutaj dostałaś!? – zapytała, zniżając pysk do jej poziomu.
Nie chciałam dalej oglądać sceny znęcania się na zwierzętami – postanowiłam zainterweniować. Przełamując strach, ruszyłam w stronę oprawczyni. Zdała sobie sprawę z tego że się zbliżam, jednak za późno by zareagować. Zrzuciłam ją z nieznajomej, nie przemyślając jednak swoich czynów. Przetoczyłyśmy się po twardej posadzce. Niestety, oponentka szybciej się ogarnęła, przez co gdy wyhamowałyśmy, to ja leżałam pod nią. Rzuciła się na mnie z zębami, celując w moją odsłoniętą krtań.
– Nie!!! – Naszą walkę przerwał krzyk trzeciej wadery.
Obie skamieniałyśmy. Mimo, że próbowałam się ruszyć, dalej tkwiłam w pozycji w jakiej zastygłam. Tak samo wilczyca nade mną.
– Proszę – powiedziała łamiącym się głosem. – Nie walczcie – poprosiła tak, jakby miała się za chwilę rozpłakać.
C.D.N
– Jak… – Przeciwniczka utkwiła wzrok swoich białych oczu na coś, co znajdywało się za mną. – Jak?! – Jej głos wskazywał, że nie mogła uwierzyć w to, co widzi.
Odwróciłam się w stronę tajemniczej postaci. Parędziesiąt metrów od nas stała krępa brązowo-biała wilczyca. Nie mogłam dostrzec wyrazu jej pyska kiedy nas zobaczyła, jednak z postawy ciała było widać, że cała ta sytuacja ją przeraża. Można było wtedy przewidzieć kolejny ruch nieznajomej – zaczęła biec w naszą stronę, najpewniej oczekując po naszej dwójce ratunku. Jakież było jej zdziwienie, kiedy zbliżając się do nas zaczęła dostrzegać coraz więcej szczegółów – błękitną ciecz na naszych futrach, poszarpaną sierść czy w końcu nienawistne spojrzenie drugiej wadery. Pewnie przez to ostatnie zwolniła w biegu, nabierając niepewności czy na pewno dobrze postąpiła podbiegając do nas.
Oponentka prężnie skoczyła w kierunku przybłędy, wymijając mnie szybciej, niż zdałam sobie sprawę co się właśnie dzieje. Brązowo-biała wadera zaryła pazurami o posadzkę, chcąc wyhamować przed zbliżającą się w jej stronę wilczycą. Dopadła ją, od razu przygwożdżając ją do ziemi. Przez myśl przeszło mi, czy może nie pomóc nieznajomej. Czarna wadera najwidoczniej zapomniała o mnie – odwróciła się w moją stronę tyłem, jakby prosząc o niespodziewany atak. Przybłęda próbowała wyrwać się spod łap napastniczki, wiercąc się i piszcząc zawzięcie.
– Zamknij mordę. – wywarczała, jeszcze mocniej dociskając łeb niższej do niewidzialnego podłoża. – Jak się tutaj dostałaś!? – zapytała, zniżając pysk do jej poziomu.
Nie chciałam dalej oglądać sceny znęcania się na zwierzętami – postanowiłam zainterweniować. Przełamując strach, ruszyłam w stronę oprawczyni. Zdała sobie sprawę z tego że się zbliżam, jednak za późno by zareagować. Zrzuciłam ją z nieznajomej, nie przemyślając jednak swoich czynów. Przetoczyłyśmy się po twardej posadzce. Niestety, oponentka szybciej się ogarnęła, przez co gdy wyhamowałyśmy, to ja leżałam pod nią. Rzuciła się na mnie z zębami, celując w moją odsłoniętą krtań.
– Nie!!! – Naszą walkę przerwał krzyk trzeciej wadery.
Obie skamieniałyśmy. Mimo, że próbowałam się ruszyć, dalej tkwiłam w pozycji w jakiej zastygłam. Tak samo wilczyca nade mną.
– Proszę – powiedziała łamiącym się głosem. – Nie walczcie – poprosiła tak, jakby miała się za chwilę rozpłakać.
C.D.N
Od Vi cd Shira
Z początku skakanie do liści wydawało mi się głupie i dziecinne, ale myliłam się W każdym z nas jest szczeniak domagający się zabawy.
- Warto - zaśmiałam się i spojrzałam na kupkę liści za nami.
Nie pamiętam od jak dawno tak dobrze się bawiłam. Pamiętam za to że jako szczeniak zawsze gdy przychodziłam z pytaniem o zabawę to wszyscy uciekali. Ale niestety nic co fajne nie trwa wiecznie i trzeba było wrócić do brutalnej rzeczywistości i do próby przeżycia na tym świecie. A akurat przypomniało mi się że kończą mi się zapasy, a zima już tuż tuż. Nie miałam zamiaru umierać z głodu i męczyć się ze znalezieniem czegoś w kupie śniegu, albo liczyć na szczęście którego mi brak, że jakiś zając nie będący koloru białego akurat stanie mi na zaśnieżonej drodze.
- Muszę iść coś upolować... Chcesz się przyłączyć?
Wadera pokiwała głową zgadzając się i ruszyłyśmy przed siebie. Po krótkim spacerku towarzyszka Shiry zauważyła kulawego, starego jelenia. Stworzyłam klona, który biegł ze strony w którą zmierzała zwierzyna, co spowodowało że jeleń biegł w naszą stronę. Z pomocą Shiry i Rayly otoczyłyśmy go i po chwili leżał już martwy na ziemi. Po tym udałyśmy się do mojej jaskini ze zdobyczą. Po schowaniu jej w specjalnym pomieszczeniu, wyszłam z jaskini i zapytałam:
- Chcesz gdzieś iść? Masz może jakieś plany... albo potrzebujesz w czymś pomocy?
<Shira?>
Od Lii - Zacznijmy od nowa
Patrzyłam na powoli spadające płatki, pokrywające w miarę czasu coraz większą warstwą śniegu ziemię.
- Będzie można za niedługo lepić rzeźby w lodzie i śniegu, co? - spytałam niby sama siebie. Zaczynałam spostrzegać monotonność w tym życiu. Brak ekscytacji, uczucia niebezpieczeństwa. Wszystkie uśpione uczucia zawarte w tych małych, powolnie spadających płatkach śniegu. Westchnęłam przeciągle, po czym położyłam głowę na łapach. Cóż za marnowanie czasu. Dopada mnie starość? Nie, to nie to. Nie podobało mi się to ustatkowanie. Zdawało się, że z każdym następnym dniem, ta nieustająca cisza wszystko uśmiercała. Zaczęło się już w jesieni, jakby czas stanął w miejscu. Jeśli mam być szczera, to nawet ostatnio dziwne kreatury ani ludzie nie nawiedzali terenów. Sierociniec i pola były pozbawione młodych wilków skaczących beztrosko w śniegu i bawiących się w łapanie spadających płatków. Zimny wiatr przeszył mi futro. Ugh... jakie utrapienie. Wstałam i szybkimi krokami, omijając ogon śpiącej Crystal, złapałam zębami czarny szalik, po czym owinęłam go sobie wokół szyi. Po chwili wybiegłam z miejsca zamieszkania, wskakując do jakiejś zaspy. Heh, uroki mieszkania w górach. Otrzepałam się ze śniegu, po czym ruszyłam na małe polowanie. O tej porze mogłam liczyć tylko na jakieś zabłąkane sarny czy zająca. Ptaki bardzo łatwo by mnie wypatrzyły. Nie jestem kotem. Chociaż... gdybym spróbowała nad rzeką? W ostateczności udało mi się złapać jakiegoś królika. Gdzie teraz? Gaj? Las? Altana? .... altana. Moja sierść podczas lotu zdążyła cała się oblepić w białych drobinkach, przez co wyglądać mogłam jak szybujący bałwan. Wylądowałam na brzegu rzeki. Po drugiej stronie, na małej skale (chociaż można by nazwać to w sumie wyspą) obok młodego drzewa stała altanka, oświetlona słabym światłem ponurego dnia.
Czas sobie w niej posiedzieć i popatrzeć w nicość, chm? weszłam do altany, na zasypaną przez puch drewnianą podłogę. Pomimo grubej warstwy lodu, poda pod nim ciągle płynęła, przenosząc żyjące na dnie ryby. Ogołocone gałązki zasłoniły sobą mały kawałek altany, przez co mała część była mniej zasypana. Nagle poczułam dreszcz na karku. Odwróciłam się na pięcie, by stanąć pyskiem w pysk z niebieską waderą. Coś z nią było nie tak... jakby... oh...
- Jestem pewna, że niczym nie zawiniłam! - powiedziałam szybko, cofając się trochę. Samica nie zareagowała, tylko popatrzyła na mnie z przymkniętymi powiekami.
- Ta wataha umiera, dobrze o tym wiesz. Wraz z zapadającą głębiej zimą, bogowie zaczynają być bardziej senni. Brak aktywności i modłów sprawia, że zaczynamy zanikać... - Jej świecące, błękitno-białe oczy błysnęły niepokojąco - Tereny usypiają...
- Myślisz, że to moja wina? - spytałam marszcząc brwi - od kilku miesięcy się to nie zmienia! Sama natura stara się jakby zniknąć. - wadera pokręciła głową. Dziwne niebieskie światła, które towarzyszyły jej przez cały ten czas zaczęły jakby mocniej połyskiwać.
- Rada bogów stara się przetrwać, tak jak każde żyjące stworzenie. To że jesteśmy nieśmiertelni, nie oznacza, że nie możemy zniknąć. Dawniej nawiązaliśmy kontrakt z innymi bóstwami. Uprzedzając twoje pytanie-już dawno zniknęli lub zamienili się w duchy natury. Przekierujemy tą watahę na inne tereny. Tej ziemi należy się odpoczynek. Należy zmienić uprawę na tej ziemi.
-... Już na początku przenieśliśmy nieco nasze tereny bardziej w góry, mało który wilk to pamięta. Myślisz, że teraz ruszyliby w nieznane, zaraz po tym, jak bogowie którzy nie odzywali się przez długi czas, postanowili nagle zejść z nieba i oznajmić że zanikają? - światła wokół bogini poruszyły się jakby niespokojnie, jaśniej świecąc - I tak właściwie gdzie mamy iść? Macie jakiś plan?
- Mamy... domysły. Zarys gdzie możecie iść. Przy okazji spełnimy obietnicę. Polecamy się przenieść teraz, zanim nadejdzie wiosna.
- W zimę? Poszaleliście?
- Nie macie szczeniąt które by sobie nie poradziły -powiedziała spokojnie bogini, po czym zaczęła powoli zanikać, jakby zmieniała się w pył i zlewała z wiejącym wiatrem - odezwiemy się jeszcze.
C.D.N
Od Tenshi do Shiry ,,Zabawa w hodowanie"
W tych rejonach trzeba zawsze uważać na stworzenia, które chętnie ukradną jakąś sakiewkę z kosztownościami. Najbardziej obawiałam się małych smoków, gryzoni oraz tych ludziopodobnych elfów, wróżek czy innych. Im było najłatwiej coś zwędzić. Chociaż koty i lisy nie lepsze...
- Czego dokładnie szukamy...? - spytała Shira idąc za mną, przy okazji wodząc wzrokiem po różnych ziołach
- Smoka - odparłam lekko - dokładniej samca
- Ale... - tutaj jej wzrok spoczął na innym smoku, który właśnie sprzedawał jakieś złoto. Spojrzała na mnie pytająco
- To normalne. W sumie jak handel niewolnikami. Jesteś zbyt słaby żeby się obronić, nie masz nic na wymianę, jesteś sierotą, chcesz się pozbyć swoich dzieci lub kogokolwiek, nie masz celu w życiu lub grupy do której należysz? Spodziewaj się klatek i handlu. Oczywiście w kajdanach wymazujących moce... - mruknęłam patrząc na jakieś stworzenie w klatce, patrzące mętnie na swoje łapy.
- Nie da się ich odkupić albo uwolnić? - spytała śnieżna wadera, nadal za mną idąc
- Odkupić? Masz tyle pieniędzy? Wystarczająco by zamienić na inną walutę? A uwolnić? Ph, nie polecałabym tego. Wszyscy by się na ciebie uwzięli, bo zepsułaś im interes. Goniliby cię tak długo, do puki albo ty byś nie padła, albo by cię nie złapali. Pewnie skończyłabyś jako danie dla jakiegoś demona albo niewolnik tak samo jak oni. - Reszta drogi przebiegła raczej w milczeniu. Kilka razy miałam ochotę zatrzymać się by kupić jakieś rupiecie czy ziółka więc za każdym razem Shira musiała mnie odciągać od stoisk. W końcu zawędrowałyśmy gdzieś w boczny róg stoisk.
- Ej, patrz. Wydaje się odpowiednio wysoki, nie? - usłyszałam głos towarzyszki, który nagle się oddalił. Zatrzymałam się i popatrzyłam w stronę z której dobiegał głos. Samica skręciła w lewo i własnie biegła do jakiegoś smoka osłoniętego cieniem góry.
-Em.... - popatrzyłam na pysk gada. Nie wydawał się zadowolony ze swojej niewoli, jednocześnie sprawiając wrażenie jakby się przyzwyczaił i nic go już nie ruszało. Na szyi miał dziwną metalową "obrożę" z której zwisał łańcuch przymocowany do skały - tak... w sumie...
- Dobry okaz z niego - usłyszałam nowy głos, odwracając głowę w stronę dźwięku. Przede mną stał krasnal, odziany w jakieś skóry. Mnie pewnie też by chętnie sprzedał...
- Skąd pochodzi? - spytałam mierząc człekopodobnego wzrokiem
- Z innego krańca. Z drugiej strony gór. Rzadkością jest spotkać tam smoka o takim ubarwieniu
- Ile ma lat?
- Około setki. Może więcej.
- Dobra, nie ważne. Ile kosztuje...?
<Shira?>
- Czego dokładnie szukamy...? - spytała Shira idąc za mną, przy okazji wodząc wzrokiem po różnych ziołach
- Smoka - odparłam lekko - dokładniej samca
- Ale... - tutaj jej wzrok spoczął na innym smoku, który właśnie sprzedawał jakieś złoto. Spojrzała na mnie pytająco
- To normalne. W sumie jak handel niewolnikami. Jesteś zbyt słaby żeby się obronić, nie masz nic na wymianę, jesteś sierotą, chcesz się pozbyć swoich dzieci lub kogokolwiek, nie masz celu w życiu lub grupy do której należysz? Spodziewaj się klatek i handlu. Oczywiście w kajdanach wymazujących moce... - mruknęłam patrząc na jakieś stworzenie w klatce, patrzące mętnie na swoje łapy.
- Nie da się ich odkupić albo uwolnić? - spytała śnieżna wadera, nadal za mną idąc
- Odkupić? Masz tyle pieniędzy? Wystarczająco by zamienić na inną walutę? A uwolnić? Ph, nie polecałabym tego. Wszyscy by się na ciebie uwzięli, bo zepsułaś im interes. Goniliby cię tak długo, do puki albo ty byś nie padła, albo by cię nie złapali. Pewnie skończyłabyś jako danie dla jakiegoś demona albo niewolnik tak samo jak oni. - Reszta drogi przebiegła raczej w milczeniu. Kilka razy miałam ochotę zatrzymać się by kupić jakieś rupiecie czy ziółka więc za każdym razem Shira musiała mnie odciągać od stoisk. W końcu zawędrowałyśmy gdzieś w boczny róg stoisk.
- Ej, patrz. Wydaje się odpowiednio wysoki, nie? - usłyszałam głos towarzyszki, który nagle się oddalił. Zatrzymałam się i popatrzyłam w stronę z której dobiegał głos. Samica skręciła w lewo i własnie biegła do jakiegoś smoka osłoniętego cieniem góry.
-Em.... - popatrzyłam na pysk gada. Nie wydawał się zadowolony ze swojej niewoli, jednocześnie sprawiając wrażenie jakby się przyzwyczaił i nic go już nie ruszało. Na szyi miał dziwną metalową "obrożę" z której zwisał łańcuch przymocowany do skały - tak... w sumie...
- Dobry okaz z niego - usłyszałam nowy głos, odwracając głowę w stronę dźwięku. Przede mną stał krasnal, odziany w jakieś skóry. Mnie pewnie też by chętnie sprzedał...
- Skąd pochodzi? - spytałam mierząc człekopodobnego wzrokiem
- Z innego krańca. Z drugiej strony gór. Rzadkością jest spotkać tam smoka o takim ubarwieniu
- Ile ma lat?
- Około setki. Może więcej.
- Dobra, nie ważne. Ile kosztuje...?
<Shira?>
Nowy rok!
A więc moje miśki, witajcie w roku zmian! Mam nadzieję że nie zaśpicie i będziecie teraz aktywni, czego oczekuję całym serduszkiem. W raz z nowym rokiem - uwaga, uwaga.... CZYSTKA! Tak mili państwo! Dobrze widzicie ten napis na poście! (jeśli jest napisane nie wyraźnie, przeczytaj jeszcze raz) Od teraz, przez dwa tygodnie. Wszelkie informacje w poście o czystce. (będzie ona normalna, nie tak jak dwie poprzednie)
Dużo weny w nowym roku!
~Lia
Subskrybuj:
Posty (Atom)
