12.11.2020

Od Wichny do kogoś

 Spowiła mnie ciemność, jaka prawdopodobnie otacza tonących w odmętach oceanu. Nie dosięgała mnie najmniejsza drobina światła. Wiedziałam, że… nawet nie zorientowałam się, kiedy opuściły mnie jakiekolwiek myśli. W głowie czułam całkowitą pustkę, co nie pomagało mi w odgadnięciu sytuacji, w jakiej się znalazłam. Spróbowałam wziąć oddech i nagle zrozumiałam dlaczego jest tak ciemno. Moje płuca wypełniła chłodna woda. Zaczęłam się rzucać, próbowałam znaleźć powierzchnię, ale nie udało mi się przesunąć nawet odrobinę. Obróciłam się tylko wokół własnej osi. Moje ciało zaczęło szybko tracić siły bez obietnicy oddechu. Opadałam coraz niżej, tonąc niczym w gęstej smole. W jednym momencie poczułam silny ucisk w piersi i na karku, jakby coś przebiło się przez moją skórę i szarpnęło za samo serce. Uczucie nie zniknęło, póki moja głowa nie wychynęła nad powierzchnię wody. Zaczęłam łapczywie napierać powietrze i krztusić się. Kaszlałam, rozpaczliwie machając łapami by utrzymać się ponad  poziomem śmiercionośnej cieczy. Kiedy udało mi się przestać dławić, spojrzałam na to, gdzie się znalazłam. Moim oczom ukazała się nieskazitelnie czarna tafla jeziora, prawie nie odróżniająca się od sklepienia nocnego nieba. Zobaczyłam mroczną postać unoszącą się kilka, może kilkanaście metrów przede mną, na drodze do brzegu. Ruszyłam w tamtą stronę; jeszcze chwila, a zabrakłoby mi sił, by płynąć. Kiedy minęłam cień, ten skierował się za mną i odprowadził mnie na ląd.
- Dzięki - rzuciłam - byłabym jeszcze bardziej wdzięczna za ratunek, gdybyś przysiągł, że to nie ty mnie tam wrzuciłeś.
Demon nie odpowiedział. Prychnęłam.
- Jestem twoim żywicielem. Nie powinieneś próbować mnie zabić.
- Wyciągnąłem cię - istota odezwała się pierwszy raz od dłuższego czasu. Zdążyłam zapomnieć, jak obrzydliwie brzmi jej głos; gulgoczący syk, jak wąż dławiący się własną śliną. - Nie życzę ci śmierci, nie poddawajmy się stereotypom. I ja chcę, żebyś odzyskała swoje moce. Wiesz, że i mi to przyniesie korzyści, tak jak się zresztą umawialiśmy...
Znów się żachnęłam. Odkąd zawarłam z nim pakt, zrobił się nie do zniesienia. Wcześniej po prostu szwędał się za mną, był, powiedzmy, irytującym towarzyszem, którego nie mogłam odgonić. Teraz stał się pasożytem, a ja jego żywicielką. Przez takie sytuacje zaczynam żałować, że pomogłam Aidenowi, kiedy wpadł do mojej pracowni. Gdyby nie to, co do niego przywarło i mnie zaatakowało, nie musiałabym znosić prób terapii szokowej, która ma mi podobno zwrócić utracone zdolności.
- Wiesz przecież, że “on” odebrał mi moce. Zabrał je, wyciął, usunął, zdezintegrował! One nie są ukryte czy zapomniane, ja ich najzwyczajniej nie mam! Żaden szon czy hipnoza w niczym nie pomoże, cokolwiek by nie myślał jakiś pomniejszy demon. - wlepiłam w niego wrogie spojrzenie.
- Poniżej pasa. W przeciwieństwie do ciebie, ja przynajmniej mogę nadal się za niego uważać. Ty jesteś już jedynie starym, wyssanym… ogryzkiem, że tak to ujmę. Pokręciłam z niedowierzaniem głową.
- Przypomnij mi chociaż jak się tutaj znaleźliśmy, co działo się przedtem. Nie pamiętam niczego, co mogło się dziać przez ostatnie kilka dni.
- Jesteśmy przy górskim jeziorze, niedaleko morza. Przyszliśmy tutaj… Przyszłaś tutaj pieszo. To właśnie robiłaś przez ostatnie kilka dni, smażyłaś się na czczo w jesiennym słońcu, żeby przygotować się do próby. Żeby przygotować nas do próby, nie oszukujmy się, dla mnie ta podróż też nie była przyjemna. Cóż, okazuje się, że to wszystko poszło na marne. Wracajmy więc.

- Nie wierzę…
Nie skończyłam mówić, szkoda strzępić języka. Rzeczywiście, powoli zapominam jak to jest być prawdziwym demonem. Kiedy słucham tego głosu bez wyrazu, bez emocji, jak przez mgłę przypominam sobie tę beztroskę, kiedy wiedziałam, że nigdy nie umrę, że jestem niepokonana. Uśmiechnęłam się do tych wspomnień. Ruszyłam w stronę, która zdawała się prowadzić na tereny, gdzie leży moja jaskinia. Demon wczepił się w sierść na moich plecach i przylgnął do nich na płask. Po niedługim czasie wstąpiłam na znane mi rejony i usłyszałam radosne głosy. Mimochodem zawahałam się i uświadomiłam sobie, że nadal mam kłopot z nawiązywaniem kontaktu z wilkami. Zmusiłam swoje łapy do zrobienia kolejnych kroków. W końcu minęłam się z biegającą wesoło grupką. Kilka basiorów zwróciło oczy w moją stronę i się uśmiechnęło. Wadery ledwo mnie zauważyły. Nie zorientowałam się kiedy jeden z wilków zatrzymał się przede mną i zaczął coś mówić. Zamrugałam. Cały czas czułam ciężar eterycznego stworzenia na moich plecach, a łapy uginały mi się ze zmęczenia.- Przepraszam, możesz powtórzyć? - wymamrotałam. Byłam naprawdę zmęczona.

<Wilku?>

Od Eve CD Tsuri

 Eve zastanawiała się przez chwilę Po czym stwierdziła, że nie ma konkretnego pomysłu.
-Chyba będziemy musieli po prostu je ignorować i starać się przed nimi jakoś uciec, czy coś. - powiedziała, a Tsuri tylko skinął głową ze zrozumieniem. Po odpoczynku ruszyli truchtem w stronę rzeki dusz. Jak na razie nie spotkali kruków, ale Eve dopadł katar, przez o kichnęła 3 razy z rzędu. Pod łapami młodych wilków otworzył się żółty portal, do którego wpadli z krzykiem zaskoczenia. Po kilku sekundach lotu wylądowali na drzewie kilkanaście metrów dalej, wypadając przez niebieski już portal. 
-Co to było?- spytał basior, gdy udało mu się już pozbierać i zejść z drzewa. 
-Nie mam poje...je...A psik! Pojęcia - mruknęła Eve gdy do niego dołączyła i  przetarła sobie nos, gdyż ją swędział. Po chwili znowu kichnęła i tym razem powtórzyła się sytuacja sprzed kilu minut, tylko zamiast na drzewie wylądowali w jakiejś grocie. A w wzrok Eve przykuła fioletowa błyskotka. Mruknęła coś pod nosem i miała zamiar ją wziąć, gdyż nic innego tu nie było, a to chyba do nikogo nie należało. Gdy tylko do tego doskoczyła i złapała, jak sie okazało ametystową wkrętkę w swoje łapki, to pod nimi znowu pojawił sie portal który tym razem przeniósł wilki  do samiutkiej rzeki dusz. 
-Przynajmniej szybko dotarliśmy na miejsce - ciemna wilczyca zaśmiała się nerwowo. Zaczynała rozumieć schemat tego dziwnego podróżowania. Gdy kichała otwierał się portal i ich wsysało, po czym gdzieś indziej ich wypluwało. Przyjrzała się przedmiotowi i stwierdziła, że to iż go znalazła nie było przypadkiem, Tsuri musiał to wyczytać z jej wzroku
-Myślę, że tutejsze duchy powinny coś o tym  wiedzieć- wskazał na kolczyk - i w sumie nie tylko o tym - powiedział po czym udaliśmy się na poszukiwanie i przepytywanie duchów.

<Tsuri?>

11.11.2020

Od Stromy do Ziyow

 Analizowałam "szyfr" którym się teraz posługiwała wadera, o dziwo działało, bo chyba zrozumiałam. Chciała wraz ze mną wrócić do mojego świata. Sądząc po kamiennych bransoletkach, raczej nie miała wyjścia. Zrobiło mi się jej szkoda. W głowie wyświetlił mi się obraz tego jak jej przyjaciele, ciepło powitali ją gdy tu wróciła. Położyłam dłoń na ramieniu dziewczyny i patrząc sobie w oczy uśmiechnęłam się delikatnie.
-Jeśli chcesz, ale czy nie będziesz tęsknić?- spytałam wzięłam jeden długopis i machnęłam schematycznie na kartce dwa wilki (nas) i kilka człowieczków trochę dalej. Potem spojrzałam na Ziyow. Ta zerknęła na moje rysunki i lekko się zamyśliła, Lyn stał nad nami i przyglądał się wszystkiemu.
-D0br3 py7an13. Ziyow? - po tonacji i tym, że zwrócił się do wadery stwierdziłam, że również załapał moje pytanie. - C0 73raz? -spytał i ewidentnie czekał na odpowiedź. Po dłuższej chwili ciszy, spojrzał na kamienna bransoletkę na ręce wadery. - Cza5 513 kończy. Je5l1 chc35z 70 p0jd3 z Wam1, n1c 5z390ln390 mn13 7u n13 7yma, a przypu5zczam, ż3 dłu90 na 7ym 5w13c13 n13 p0żyj3my. -Ziyow skinęła potwierdzająco głową. wstała, pomogła mi wstać i zabrawszy rzeczy z podłogi w trójkę ruszyliśmy w dal korytarzem. Dwójka ludzi rozmawiała ze sobą po drodze, ja szłam posłusznie za nimi. Po chwili zatrzymaliśmy się przed jakimiś drzwiami. Basior zniknął na za nimi, by po chwili wrócić z plecakiem. 
-Po co ci to?- spytałam wskazując na przedmiot. Chłopak się zaśmiał, znowu poczochrał mnie po mojej sierści i odparł
-Prz3z0rny zaw5z3 ubezp13cz0ny. - potem ruszyliśmy dalej. Przed wyjściem obaj uważnie się rozglądali po czym chwycili za broń palną i wyprowadzili mnie na zewnątrz. Następnie biegiem ruszyliśmy w stronę ruin do których nas przeniosło, z mojego świata. Tam Usiłowaliśmy znaleźć sposób aby przeniosło nas z powrotem, ponieważ portal nie chciał się otworzyć po naszym przyjściu, a po dokładniejszych oględzinach stwierdziłam, że nie było tu żadnej bramy, tylko stare zadrapane malowidła i zniszczona posadzka pokrywająca się piaskiem. Spojrzałam na zgromadzonych i gestykulując spytałam
-Co teraz?- ci rozłożyli ręce pokazują, że nie wiedzą. Postanowiłam pomodlić się więc do moich bogów, aby pomogli nam jakoś wrócić, albo podsunęli pomysł, jak mamy to zrobić. Usiadłam na ziemi w siadzie skrzyżnym złożyłam ręce i zamknęłam oczy. Zwolniłam oddech i oczyściłam umysł po czym gdy poczułam słabą więź z bogami wyszeptałam do nich modlitwę z prośbą. Niestety nie uzyskałam żadnej odpowiedzi z ich strony, choć niekoniecznie znaczyło to coś złego. Byłam dobrej myśli i po wszystkim po prostu siedziałam czekając i rozglądając się, w tym czasie moi towarzysze o czymś rozmawiali.

<Ziyow?>
Lyn idzie z nami, ale jak wrócimy? To już Twoje zadanie ;3

10.11.2020

Od Vespre c.d Tsumi

Weszliśmy w głąb Brunatnego lasu.
– Nie szukamy niczego szczególnego? – zapytałem.
– Po prostu zrywaj co ci się wydaje na zioło, robimy zapasy.
Rozejrzałem się po lesie. Mimo, że spędzałem z nią tak dużo czasu, dalej nie miałem bladego pojęcia co jest przydatne w zielarstwie, a co jest zwykłymi chwastami. Jedyne co w miarę kojarzyłem to że pokrzywy są chętnie zbierane przez zielarzy. Coś przykuło moją uwagę – zielony mech na korze drzew.
– Tsumiii – zawołałem waderkę zwracając łebek w jej stronę. – A me…
Pusto. Wybyła. Razem z koszykiem. Jak mam zbierać zioła bez jakiegoś pojemnika czy czegoś, gdzie mógłbym schować zioła. Już pomijając brak koszyka, to jeszcze nie wiem co jest ziołem a co nie. Jak ostatnim razem jej pomagałem to zdenerwowała się na mnie przez to, że zamiast ziół przyniosłem trochę tej smacznej trawy która jest najsmaczniejsza przed deszczem.
Spojrzałem ponownie na mech. Czy on się do czegoś przyda? Co prawda jest miękki i chłonny, ale czy ma jakieś zastosowanie jako zioło? W zielnictwie, czy jakkolwiek nazywa się to czym się Tsumi interesuje, raczej nie potrzebują żadnej naturalnej gąbki pachnącej ziemią.
Wróciłem wzrokiem do miejsca gdzie ostatnim razem widziałem waderkę. Pewnie zostawiła za sobą zapach, dzięki czemu będę mógł ją nadgonić. Podreptałem tam, zniżając pysk do ziemi. Trudno rozróżnić woń wilka pachnącego lasem będąc w środku jebanego lasu. Chwilę zajęło mi rozpoznanie zapachu nie pasującego do reszty otoczenia. Ruszyłem kłusem w ślad zapachu waderki, zwalniając co jakiś czas gdy zbaczałem z drogi.
Ból. Cofnąłem łeb gwałtownie, marszcząc pysk. Chłód. Oblizałem nos. Znajomy metaliczny posmak. Musiałem skaleczyć się o coś wystające z ziemi. A była to dziwna metalowa igła, ledwo widoczna wśród ściółki leśnej. Wyglądała specyficznie. Wypolerowana, równa i strasznie ostra. Czy ktoś z watahy mógł ją tu zgubić? Ale czy ktokolwiek z watahy posiada lub posiadał podobną? Jeżeli tak, to po co mu była potrzebna? Miejmy nadzieję że to jedynie jakiś zapaleniec akupunktury a nie ktoś lubujący się w widoku wilka nafaszerowanego metalowymi igłami. Wilki mają dziwne fetysze. Nie mieszam się w ich życie, ale takie upodobanie byłoby trochę… przerażające.
Czy powinienem zostawić tą igłę tak na pastwę losu? Inne wilki będą mogłyby się również skaleczyć. Ale jak tu ją wyciągnąć z ziemi żeby się nie skaleczyć? Do pyska na pewno nie wezmę, a łapą nie wiem czy dam sobie radę. A może jednak… Delikatnie szturchnąłem igłę od boku opuszkami przednich kończyn. Była solidnie wbita w podłoże. Nie sądzę by spadając utkwiła aż tak w ściółce leśnej. Ktoś to zrobił zamierzenie?
Ruch wkoło igły. Nie zdążyłem nawet mrugnąć. Mrożący krew w żyłach chłód blisko moich uszu. Chcąc uciec zniżyłem łeb, stykając się gardłem z rzeczą, która wcześniej skupiła moją uwagę. Przecież wcześniej nie była tak duża…
Panika.
– Nie ruszaj się – rozkazał nieznajomy głos. – Albo sam się zabijesz. 

<Tsumi?>

6.11.2020

Od Tsumi do Vespre

Arietes oddzielił się ode mnie przed chwilą. Fluffy i Stormy zostali jeszcze w sali, najprawdopodobniej coś omawiając, co aktualnie nie specjalnie mnie obchodziło. Wzruszyłam ramionami 
- Słuchając też się uczę. Chociaż gdy nic się nie dzieje, mocno przynudzają, przez co czasem przysypiam.... - Powiedziałam nieco ciszej zażenowana. - Swoją drogą, współczuję szamanom i medykom. Jakby, rozumiem że mogą się zdenerwować. Niby robili zapasy na zimę, jednak teraz mogą znaleźć inne rośliny, a niektóre zioła najlepiej zbierać teraz - Zauważyłam wyraz pyska Vespre, więc tylko pokiwałam głową z zamyśleniem i ruszyłam przed siebie. Czekało nas szybowanie w dół wraz ze schodami, po których nie chciało mi się schodzić. 
- Podsumowując, Rose będzie marudzić - powiedział po chwili szczeniak, lądując obok mnie już na dole, w głównej części pałacu. Kiwnęłam głową na potwierdzenie z kwaśną miną.
- Rose będzie marudzić. 
- I ty też 
- Ja też. 
-...
-...
- Idziemy do brunatnego lasu pozbierać zioła i inne dziwne korzonki, zanim ogłoszą to całej watasze? -spytał po chwili stania i patrzenia się w przestrzeń. Też popatrzyłam się w przestrzeń. Przestrzeń jest interesująca. 
- Wiesz że jest prawdopodobieństwo że nas też to coś lub ktoś może zabić, prawda? - spytałam w końcu. 
- Dla ciszy i spokoju w sierocińcu i braku zrzędzącej Rose jestem w stanie nawet zmartwychwstać i zbierać zioła od nowa, nawet z dziesięć razy i jako trup. 
- Czekaj, co-
-Nie analizuj tego, po prostu choć -odparł, po czym zamiast otwierać wielkie drzwi, zamachnął się skrzydłami by podlecieć do góry, a zaraz potem zniknąć w jakimś mniejszym otwartym oknie. No cóż, czemu nie. 
-Ej, ale weźmy jakąś torbę! - zawołałam za nim, zbierając się do lotu. Wbicie do sierocińca było nagłe i natychmiastowo się skończyło. Nie miałam jakoś szczególnej ochoty rozmawiać z którymś z lokatorów. Po zabraniu losowej torby z materiału którego aktualnie nie miałam ochoty określać, wybyliśmy w stronę lasu. Wieść nie powinna się jeszcze roznieść, chociaż sądząc po tym, że Kage był na zebraniu, mogłam liczyć tylko na łut szczęścia,  że jednak nie ma obecnie żadnego ze strażników. Nie minęło wiele czasu, gdy staliśmy na obrzeżach lasu, a mój mózg jedyne co odbierał to wilgoć i zimno ciągnące od ziemi jak i fakt, że pomimo ładnej pogody i złotego słońca, jest zimno i to niemiłosiernie. 

<Vespre?>

Od Vespre c.d Tsumi

Przez szumiący wiatr ledwo co słyszałem o czym rozmawiają. Siedzenie na dachu pałacu może do najbezpieczniejszych nie należało, ale przynajmniej było ciekawsze niż czekanie tam nie wiedząc co w środku omawiają. Właśnie, czy nie powinni się lepiej zabezpieczyć? Zostawienie otwartego dachu w tak ważnym miejscu nie należy raczej do odpowiedzialnych posunięć. Rozumiem, że ktoś miał taką wizję, ale czy nie powinno się kłaść bezpieczeństwa nad efektem wizualnym? Przecież na obradach gadają o ważnych rzeczach, które powinny być chronione w kręgu tych rządzących watahą.
Cisza została przerwana przez głos Zahiry.
– Gdzie dokładniej znajdujemy martwą zwierzynę?
– Jak na razie znajdujemy padlinę tylko w Brunatnym lesie – odpowiedział zwięźle.
– Powinniśmy jakoś zamknąć ten teren dopóki nie rozwiążemy sprawy – zaproponowała moja mama.
– Szamani nie będą mogli dojść wtedy do Starego drzewa – stwierdził Fluffy. – Raczej nie będą z tego zadowoleni.
– Jeśli pozostawimy ten teren otwarty, możemy narazić na niebezpieczeństwo watahę. Cokolwiek tam jest nie powinniśmy pozwolić by wydostało się poza brunatny las, bądź by jakikolwiek wilk został jego ofiarą – ciągnęła Zahira.
– Ale jakbyśmy mieli zabezpieczyć ten teren?
– Możemy wyznaczyć warty wojownikom i patrolującym – dała propozycję Stormy.
– Nie mamy zbyt wiele wojowników, a patrolujący mają przecież własną robotę – odparł Kagekao.
– Będziemy zmuszeni…
Westchnąłem cicho, kładąc się na dachu.
– Nuda – mruknąłem.
Naprawdę współczuję Tsumi, że jest zmuszona tam być. Co prawda też tego słucham, tylko że ja w każdym momencie mogę sobie po prostu odlecieć. Ona nie ma możliwości wyjścia z tego spotkania. Skończyło się po prostu na zamknięciu Brunatnego Lasu oraz obstawieniu tam patroli. Przez cały czas Tsumi milczała, pewno nie wiedząc co takiego mogłaby mówić. No i po kiego ona tam, jak i tak jest tylko obserwatorką?
Zejście z dachu zajęło mi chwile. Waderka była już na korytarzu.
– Naprawdę nie rozumiem czemu musisz być na każdym spotkaniu rady, jak nawet się nie odzywasz. 

<Tsumi?>

Od Tsumi do Vespre

 Zamrugałam, po czym poruszyłam nieznacznie skrzydłami, które swoją drogą miały w sobie coraz więcej czarnego. 
- Hai, hai..... -westchnęłam, po czym na chwilę zniknęłam w komorze obok, by odłożyć na swoje miejsce strusie pióro, którego używałam do pisania - Idziesz ze mną, czy zostajesz? - wystawiłam głowę zza kamiennej ściany, by zaraz potem wyjść zza niej cała i skierować się do wyjścia. Basior wzruszył ramionami 
- W sumie mogę iść - Spojrzałam przez chwilę na niego, kiedy go mijałam i kierowałam się ku wyjściu. Pewnie i tak by tu nie został. Sądząc po wypowiedzi, nie przepadał za przebywaniu w tej szczelinie z wilgocią unoszącą się w powietrzu. Nie minęło wiele czasu gdy wlecieliśmy do pałacu, przy okazji zostawiając mokre ślady łap na posadzce. Popatrzyłam za siebie zdegustowana. Potem dostanę ochrzan od moich opiekunów. Popatrzyłam na Vespre 
- Nie, nie chce mi się siedzieć tutaj Bóg wie ile czasu, na zimnej płycie czekając aż skończycie - odpowiedział patrząc na mnie znacząco. Nie odpowiedziałam, tylko po raz kolejny westchnęłam i wybiegłam po wielkich głównych schodach do góry, raz po raz podlatując, gdyż jak każdy wie, moja kondycja cielesna była beznadziejna. Po chwili wbiłam do komnaty, w której byli już członkowie rady, moi opiekunowie oraz Kagekao, którego szczerze mówiąc nie widziałam od wieków.  W sali panowała cisza, która kiedy zwykle była ukojeniem, tutaj sprawiała że chciałam zniknąć z aktualnego miejsca. 
Gdy wszyscy byli już na swoich miejscach (w tym ja, między łapami Arietesa) zaczęła się obrada. Nie przepadałam za nimi. Owszem, brałam w nich udział i wyrażałam swoje zdanie, ale nadal byłam tylko uczącym się szczeniakiem, który nie wie wszystkiego. O dziwo, zaczął Kage. 
- Łowcy i zwiadowcy coraz częściej znajdują poszarpaną, zagryzioną zwierzynę na naszych terenach - powiedział nie wyrażającym jakichkolwiek emocji głosem. Pewnie spałabym na jego wykładach, gdyby nie mówił głośno, przez co dźwięk odbijał mi się wyraźnie w uszach - Zaczęło się to jakiś czas temu. Mięso jest nie tknięte - tu popatrzył na każdego z rady - Nie wiemy jednak czy jest zatrute. Trzeba by iść z tym do jakiegoś szamana. Na początku były to pojedyncze zwierzęta, jednak teraz zabijane są całe stada. W dodatku jak już mówiłem, nie wiemy czy jest zdatne do zjedzenia - tutaj zamilkł, dając radzie czas na analizę. Popatrzyłam w górę na pysk mojego opiekuna, co było zabiegiem bezsensownym, gdyż miał na nim maskę, a maska to maska. Potem mój wzrok wylądował na każdym z rady. Zabita zwierzyna? Starsi nigdy mi o tym nie opowiadali. Niby było to ponad 100 lat temu i mogło się tu pozmieniać, jednak.... to czyste tereny, chroniły je bóstwa. Zabite stworzenia? Przyszły z wcześniejszych terenów watahy? 

<Vespre?>

Ziyoł do Stormy

Zauważyłam, że między Sztormi, a Lyn coś się dzieję, może wilczyca się w nim zakochała? Kto tam może to wiedzieć, chodź ciekawa jestem co za zdolności miały, by ich dzieci.

-Lyn zajmiesz się naszym gościem, a ja pozałatwiam parę rzeczy?

-Niema problemu, jak co jesteśmy w kontakcie.

-Pewnie. -odparłam i przybiłam z nim piątkę po czym skierowałem się do pokoju i do składzika gdzie zostawiłam niepotrzebne rzeczy i wzięłam zapisek.

Po załatwieniu spraw, odnalazłam Sztorm i oderwałam ja od chłopaka.

-Musimy się jakoś dogadać. -powiedzialam siadajac na ziemi z kartkami pustymi do pisania i rysunkami. -Chcesz wrócić do siebie? -Zapytałam pokazując odpowiednie kombinacje. -Bo ja bym chciała z tobą tam wrócić. -powiedziałam spokojnie, bo wiedziałam że ten świat jest skazany na śmierć. -Moze Lyn bedzie tez chciał iść z nami.

<Stormy?>

Od Vespre c.d Tsumi

Święto miodu wbrew moim oczekiwaniom przebiegło całkiem nudno. Nie dlatego, że samo w sobie było niezbyt emocjonujące czy coś z tych rzeczy. Po odkryciu miejsca w którym przechowywali miód pitnym i wpadnięciu do beczki z alkoholem dostałem parudniowy szlaban. Dlaczego? Matka wiedziała o wszystkim doskonale, bo wysłała za mną jednego z swoich węży. Przynajmniej nie zakazała mi spotykać się z Tsumi ani nie powiedziała, że jest ona dla mnie złym towarzystwem. Ale czemu dostałem szlaban za coś, co nie było moją winą? Ano wcale nie dostałem szlabanu za napicie się – a za sam fakt że próbowałem ukryć stan upojenia alkoholowego przed mamą.
Zeskoczyłem z kamienia na kamień. Szum wodospadu wręcz mnie ogłuszał. Naprawdę, jak ona może lubić siedzieć ciągle w tym strasznym hałasie? Jeszcze to umieszczenie wejścia. Ostatnio jak tu wchodziłem to o mało nie ześlizgnąłbym się z kamienia, tym samym spadając z połowy wysokości tego wodospadu. Taki upadek na pewno nie skończyłby się dobrze. Wszedłem do środka.
– Czemu aż tak lubisz to miejsce? – zapytałem widząc znaną mi waderkę. – Oddalone od centrum watahy, głośne. Jesteś masochistką?
Krzywe spojrzenie.
– Nie szumi ci czasem w uszach? W środku jest nawet cicho. I przynajmniej jestem z dala od przeszkadzających osobników.
– Dobra, dobra. Już spokojnie. Zahira cię szuka – przekazałem. – Chce omówić z tobą i resztą rady sprawę odnośnie znikającej zwierzyny. 

<Tsumi? Miało być tyle byle zadośćuczynić. No to proszę, masz 219 słów~>

4.11.2020

Podsumowanie Eventu

 Tak moi drodzy! Nadszedł czas na podsumowanie eventu z okazji święta zmarłych. Mamy nadzieję, że dobrze się bawiliście. Szkoda, że w konkursie artystycznym nikt nie wziął udziału, natomiast jeśli chodzi o aktywność...

Panie i Panowie, Wilki, Koty, Indoraptory i wszyscy, których nie wymieniono
Mamy zaszczyt przedstawić Wam Wichnę!

Wygrała ona z konkurencją z całymi 2 opowiadaniami na swym koncie. A oto jej nagroda :

Kryształowa czaszka stworzona z rzadkiego czarnego kamienia szlachetnego. Ale żeby nie była ona zwykłym świecidełkiem została ona zaklęta, dzięki czemu jej posiadacz może rozmawiać z jednym losowo wybranym przez czaszkę duchem cały rok, niezależnie od tego, czy jest święto zmarłych czy też nie. 
*Uwaga! Organizatorzy nie ponoszą odpowiedzialności za szkody wywołane przez ducha! Czaszka nie podlega zwrotowi, a jedyny sposób na pozbycie się jej to przekazanie jej innemu wilkowi. Duch jest całkowicie losowy i zmienia się on wraz z właścicielem czaszki. Nie pytajcie, dlaczego jest czarna (Nic nie sugeruję. Nie, na pewno i ktoś to w ogóle czyta?).


~Wasza kochana administracja

23.10.2020

Od Tsuri'ego do Eve

 Najpierw jej świadomość znika, po czym pojawia się i mówi że musi mieć amulet. A ja w tym czasie nie mam zielonego pojęcia co się tak właściwie dzieje. Zlustrowałem ją wzrokiem, po czym westchnąłem powoli, wydobywając z siebie prawie całe powietrze, tym samym analizując co właściwie zaszło. Nie miałem jakiejś szczególnej ochoty wchodzić w jej duchowe sprawy. Dla mnie to co się tu działo już przerastało moje aktualne oczekiwania. W końcu kiwnąłem głową, zamykając oczy. 
- No dobra - podrapałem się za uchem - Aktualnie przeszliśmy prawie całą watahę, połowę drogi porwani przez prąd wodny. - W mojej głowie zaczęła pojawiać się mapa terenów, z kilkoma białymi lukami tam, gdzie jeszcze nie byłem. Eve cierpliwie czekała, aż mój mózg przetworzy wszystkie posiadane przeze mnie informacje - No dobra. Najłatwiej byłoby czekać na handlarzy magicznymi przedmiotami, ale to może zająć jakiś miesiąc. Można też iść do takich krasnoludów żeby zrobili na zamówienie, ale to za daleko. W sklepiku aktualnie raczej nic takiego nie znajdziesz. - Przez chwilę była cisza przerywana jedynie szumem spadającej wody i wiatru. 
- Może poprosić dusze? - spytała, unosząc wzrok
- By ci znalazły? 
- Zginęło tutaj wiele stworzeń. Poza tym, przed nami żyło wiele pokoleń. Kiedyś na pewno ktoś tu zginął posiadając na sobie amulet, czy coś.... 
- Zaraz. Skoro możesz prosić dusze o takie rzeczy, to równie dobrze można by w ten sposób sprawdzić wiele tajemnic tych terenów. Poza tym -zamyśliłem się. Mój mózg zaczął przetwarzać wszelkie możliwości, nie koniecznie te najlepsze- Ej, w sumie jesteśmy teraz niewidzialni, nie? Wiesz ile moglibyśmy teraz zrobić? - Wadera spojrzała na mnie, unosząc brwi 
- Chyba zbyt wiele wolnego czasu, nawet w kryzysowej sytuacji, doprowadza cię do stanu w którym zbyt bardzo odpływasz 
- Przepraszam - mruknąłem, patrząc wzrokiem gdzieś w bok. 
- Odpoczniemy trochę i możemy ruszać na poszukiwania. Najbardziej skore do pomocy dusze pewnie będą koło tych bardziej czystych miejsc, typu stare drzewo
- Podniebne ścieżki? Ruiny?.... Lignum? 
- Albo rzeczka z duszami - odpowiedziała, kiwając z potwierdzeniem głową. 
- Tylko teraz pytanie - położyłem się na zimnych, wilgotnych kamieniach, obrośniętych nieco mchem - Gdy już po odpoczynku będziemy chcieli ruszyć dalej, co zrobimy z tymi upierdliwymi ptaszyskami? 

<Eve?>

Od Wichny do Aidena

 - A Ty? Opowiesz mi coś o sobie? Chciałbym Cię bliżej poznać... - usłyszałam słowa Aidena po chwili ciszy. Oczywiście spodziewałam się tego, że zacznie pytać, w końcu to całkiem normalne, skoro on mi odpowiedział. Ja jednak nie zamierzałam opowiadać mu swojego życia. Nie ma potrzeby, żebym chwaliła mu się swoimi "dokonaniami", tym bardziej, że po jego słowach w pomieszczeniu atmosfera zrobiła się odrobinę cięższa. Wolałabym jej bardziej nie zagęszczać, przynajmniej na razie.

- Muszę cię zmartwić, ale nie mogę opowiedzieć ci co działo się ze mną przed przybyciem tutaj. Nie powinnam ci też mówić kim tak naprawdę jestem. Na razie musi ci wystarczyć to, że znam się na leczeniu odkąd doznałam, cóż, odrodzenia. Stałam się zupełnie nową osobą i zdecydowałam raczej pomagać innym niż ich krzywdzić. Na twoje szczęście - skinęłam głową w stronę jego pogryzionej łapy. Basior nie wydawał się usatysfakcjonowany moją odpowiedzią, ale nic nie mogę na to poradzić. Moja przeszłość powinna pozostać między mną, moimi ofiarami a posłańcami "drugiej strony".

- Cóż... Szczerze miałem nadzieję, że czegoś się o tobie dowiem, ale muszę obejść się smakiem - uśmiechnął się na wyraz chwilowej rezygnacji - Może w takim razie powiesz mi coś więcej o tym zagrożeniu, które na mnie czyha? 

Wiedziałam, że wilkowi w końcu znudzą się te wszystkie tajemnice, ale co ja mu powinnam właściwie powiedzieć?

- To jakiś rodzaj mrocznej, potężnej siły... - zaczęłam - Przypuszczam, że węże, na które trafiłeś były zainfekowane przez coś albo były nosicielami jakichś innych stworzeń, które teraz chcą na tobie żerować. Obawiam się, że może nie być łatwo je zgubić.

- Wiesz czym mogą być te stworzenia?

- Trudno powiedzieć... Widziałam je przez chwilę w twojej aurze, później mnie zaatakowały, mimo że byłam od ciebie dość oddalona. Może poczuły się zagrożone? to by wykluczało demony, one raczej nie odczuwają strachu. W tej chwili nazwałabym to po prostu pasożytami. - czekałam na jego reakcję.

W tym samym momencie poczułam zapach siarki i lekki dotyk na moich plecach. Ucisk zaczął stawać się coraz silniejszy, na końcu czułam jakby przygniatało mnie wiele kilogramów. Ledwo udało mi się nie zachwiać. Nie chciałam, żeby Aiden coś zauważył. Jednocześnie przypomniało mi się do czego zmusiły mnie stworzenia, które przyprowadził do mnie wilk.

- Nawet nie wiesz ile na to czekałem... - obrzydliwy syk dobiegł do mojego ucha - Gdybym wiedział, że tak łatwo pójdzie, o ile tylko poczujesz oddech śmierci, już dawno pomógłbym ci w jego odnalezieniu... Lot w czeluście wąwozu, ciosy dzików na polowaniu, dopiero teraz widzę ile okazji przegapiłem - usłyszałam cichy, gulgoczący śmiech - Będziemy się świetnie bawić, moja miła.

Demon zniknął, a ciężar na moich plecach razem z nim.

- Pasożyt nie brzmi pocieszająco, tym bardziej jeśli nie jest on czymś materialnym co można wytępić - Aiden wreszcie odpowiedział.

- Masz rację. Jestem gotowa ci z nim pomóc, po to tutaj jestem. - zastanowiłam się nad demonem, który się do mnie przyczepił - I myślę nawet, że znam kogoś, kto może nam pomóc. Niestety, na pewno nie za darmo. A teraz musimy wymyślić od czego zacząć. Jestem prawie pewna, że niezbędne będzie coś w rodzaju sanktuarium albo źródła mocy, dzięki któremu będziemy mogli ustalić coś więcej na temat tego "czegoś". Co o tym myślisz?


<Aiden?>

21.10.2020

Od Demoness do Aidena

Gdy dołączyłam do watahy postanowiłam odnaleźć brata. Musiałam mu tyle opowiedzieć. Wiele działo się przez te lata, ale przede wszystkim zmienił mi się kolor sierści i zmieniłam imię po tym co się stało, gdy pozabijałam tych ludzi. Znalazłam go siedzącego na skraju jeziora. Podeszłam do niego i zagadnęłam.
- Cześć, Aiden pamiętasz mnie?- zapytałam go uśmiechając się do niego tak samo jak za pierwszych paru miesięcy życia.
- Nie, spotkałem cię kiedyś?- zapytał i napiął mięśnie.
- Tak, ale sporo się od tego czasu zmieniłam ostatni raz, gdy cię widziałeś to uciekałeś w głąb lasu przed ludźmi, a ja zostałam schwytana w sieć.- odpowiedziałam
- Skąd wiesz co się stało z moją rodziną- warknął.
- Ja wiem o tobie więcej niż ktokolwiek inny, znałam cię od początku, od urodzenia- mówiłam dalej spokojnym tonem głosu cały czas patrząc mu w oczy.
- Nie wierzę nie może być moja siostra nie żyje, a poza tym byłem jednym czarnym wilkiem z rodziny- powiedział.
- Tak, ale jak już mówiłam zmieniłam się o 180 stopni. Nie nazywam się już Anais, bo jestem inna. Uwolniłam się zabijając tych, którzy mnie porwali i potrafię rzeczy straszne, po tym co zrobiłam zmieniłam imię na Demoness- odpowiedziałam.
- Ale to nie wyjaśnia, dlaczego masz czarne futro, moja siostra miała szaro-białe- warknął.
- Przed zabiciem ludzi moje futro było faktycznie popielate, ale gdy ich zabiajałam zmieniłam się w demona i po powrocie do własnego ciała juz moje futro było jakie jest teraz- odpowiedziałam.
- Zaraz zaraz ty się zmieniasz w demona- wykrzyknął.
- Tak, ale to nie jest teraz najważniejsze. Przemyśl proszę to wszystko i spotkajmy się tutaj jutro w południe- mówiąc to odeszłam zostawiając mojego brata sam na sam z jego myślami.
***Nazajutrz***
Wstałam i pierwsze co zobaczyłam to jasne światło słońca. Wyszłam na zewnątrz chłodne jesienne powietrze przyniósł do mnie wiatr, a wraz z nim zapach zwierzyny. Uśmiechnęłam się mimowolnie i moje oczy zmieniły kolor na wściekle niebieski, zaraz jednak się opanowałam i zaczęłam węszyć tuż przy ziemi. Był to średniej wielkości zająć, pewnie tegoroczny podsunął mi mój rozum. Parę sekund później zwisał martwy z mojego pyska. Zjadłam go pośpiesznie i oblizałam się z zadowoleniem. Moja straszniejsza natura próbowała dojść do głosu jednak uświadomiłam jej, że nie muszę jej uwalniać za każdym razem, gdy idę coś zabić. Zajęłam się różnymi rzeczami i nie zauważyłam, gdy wybiło południe. Gdy uświadomiłam sobie ten błąd zmieniłam się w demona pozwalając by wypełniła mnie ta niesamowita siła. Głos w mojej głowie znów się odezwał idziemy coś zabić zapytał. Nie ale potrzebuje twojej pomocy odpowiedziałam. Gnałam już po chwili z prędkością niedostępna dla innego wilka. Zanim jednak dobiegłam do jeziora, zmieniłam się z powrotem w swoją zwykłą wersję. Aidena już siedział na skraju jeziora, gdy mnie zauważył.
- Spóźniłam się- powiedział cierpko.
- Dobra dobra- odpowiedziałam.
- No więc...- powiedział nagląco.
- Czy mi wierzysz?- zapytałam.
<Aiden?>

Od Aidena do Wichny

Wadera pytając o mnie wydawała się pytać, jakby o moje życie, co zdziwiło mnie nieco, bo nikt wcześniej o mnie nie pytał, ani w żadnym stopniu się nie interesował moją przeszłością.

- Cóż... Należałem z rodziną do jakiejś watahy , ale niestety nie wiem jakiej. Byłem jeszcze wtedy w łonie matki wraz z rodzeństwem. Pewnego dnia matka z ojcem musieli uciekać, bo na stado został przeprowadzony atak ze strony ludzi. Mój ojciec chcąc nas ocalić pomógł usadzić moją mamę w jakimś bezpieczniejszym miejscu niż siedlisko stada i wybiegli do lasu. Mama była już bliska porodu, więc cudem udało jej się na czas znaleźć norę do wydania nas na świat. Mimo to po jakimś czasie ludzie wraz z psami myśliwskimi i tropiącymi odnaleźli moich rodziców. Jedynie ojciec z nimi wtedy walczył, bo matka już miała zaczątki porodu, te wszystkie skurcze i wiesz... Po prostu rodziła. - spojrzałem na Waderę po raz pierwszy od momentu, w którym zacząłem opowieść. Słuchała w bezruchu. - Ojciec został brutalnie zameldowany na jej oczach... Ludzie odeszli, zostawili nas w spokoju. Do czasu... Moja matula wydała na świat trzy młode, z czego jeden z nich, który teraz byłby moim bratem zmarł... Był zbyt słaby, żeby przetrwać. Urodziliśmy się na przełomie jesienno-zimowym. Warunki mu na ro nie pozwalały... Przeżyłem z moją siostrą. Matka wychowywała nas tylko rok, bo kolejny raz odnaleźli nas ludzie. Moja mama była bardzo odważna. Do dzisiaj pamiętam jak zasłaniała nas ciałem przed czymś w rodzaju oszczepów i siatek, wyrywała się na przód w kierunku broni i ludzkich zabawek, które strzelały. Mówią na to spluwy, pistolety. Kazala mi i mojej siostrze uciekać, więc ruszyliśmy przed siebie, ale coś nas zatrzymało. Cisza. - uśmiechnąłem się smutno pod nosem przypominając sobie jak często jej doświadczam - Moja matka zawyła przeraźliwie i odwróciwszy do nas łeb jeszcze raz warknęła na znak ucieczki. Spływała z niej krew i łzy, była rozszarpana przez oszczepy i noże. Podziurawiona przez naboje broni... To było straszne. W jednej chwili świat się zatrzymał, wszystko było w zwolnionym tempie. Moja siostra zdezorientowana sytuacją w ułamku sekundy została złapana w sieć, a skomląc z przerażenia zwiałem w las. Nie dogonili mnie. Później, po dość dłuższym czasie wróciłem tam. Do „domu”. Warowałem przy mamie, starałem się ją obudzić, nakarmić i napoić. Nic nie skutkowało. Zostałem sam. Widząc, że moja pozbawiona zębów, rozerwana, pokłuta i rozstrzelona matka nie oddycha, nie mówi i leży w bezruchu kilka godzin postanowiłem odnaleźć siostrę. Zamknąłem mamie oczy, przykryłem liśćmi i pożegnałem się z nią, obiecywałem że odnajdę Anais. Nigdy mi się to nie udało... Myślę, że ona nie żyje.

Skończyłem historię i posiłek w jednym czasie z waderą. Kiedy na nią spojrzałem miała szeroko otwarte oczy ze zdumienia, przeszkolone jakby miała płakać.

- To okropne... Aiden ja... Przepraszam. - powiedziała samiczka kuląc się przede mną. Wyglądała na smutną i zdenerwowaną.

- Spokojnie, tak po prostu wygląda moje życie. Powiem Ci ciekawostkę. Ponadto jako jedyny z rodziny urodziłem się tak umaszczony. Cala moja rodzina była biało-popielata. Jestem jedynym czarnym wilkiem z całego mojego świata. - uśmiechnąłem się chcąc rozluźnić atmosferę.

- Wow, to naprawdę piękna opowieść. Pełna bólu, cierpienia, a jednocześnie tak pochłaniająca i okropnie śliczna, że jestem pod wrażeniem Twoich przeżyć. Malo który wilk przeżywa bez matki czy ojca mając zaledwie rok. - podsumowała wadera, najwidoczniej ciężko jej uwierzyć w moją historię, ale tak już jest. To moje życie i chociaż bardzo ciężko mi z tym, że nie miałem normalnej historii, to nigdy nie przestanę mówić o moich rodzicach. Najpiękniejsze charaktery jakie kiedykolwiek mogły mieć ze mną styczność. Gdyby tylko odnalazła się Anais...

- A Ty? Opowiesz mi coś o sobie? Chciałbym Cię bliżej poznać... - zaproponowałem.


> Wichna? :>>

20.10.2020

Od Eve cd Tsuri

 Kapliczka - święte miejsce wolne od złych demonów i czarnej magii. Eve doskonale wyczuwała pozytywną energię płynącą z tego miejsca. Czuła coś jeszcze, inną energię, ale sama nie do końca wiedziała co to. Postanowiła jednak zachować ten fakt dla siebie. Wzięła głębszy wdech i powoli podeszła pod sam ołtarzyk. Skłoniła się i w tej pozycji zaczęła się cicho modlić do znanych jej bogów o oświecenie i ratunek z tej sytuacji. Tsuri przez chwilę jej się przyglądał, leżąc na progu kapliczki. W pewnym momencie ciemna wilczyca przechyliła się w bok i z tłumionym hukiem upadła na ziemię. Duch łasiczki pisnał i zniknął, wylatując przez marmurową ścianę, to nie na jej nerwy.
-Eve?- spytał Tsuri, ale biały basior nie uzyskał odpowiedzi. Wstał więc i podszedł do wadery, po czym szturchnął ją nosem - Eve? Nie wygłupiaj się.- zwrócił się do niej próbując ją ocucić. Nie mógł jednak tego zrobić młoda wilczyca weszła bowiem w stan głębokiego snu. Tsuriemu nie pozostało nic oprócz czekania, aż jego towarzyszka się obudzi. 

*****W śnie*****

Eve stała przed takim samym ołtarzykiem, jak ten przed którym modliła się zaledwie chwilę temu, z tym jednak wyjątkiem, że ten znajdował się na pięknej, równinnej łące. Gdy rozejrzała się dookoła wszystko po chwili zakryły chmury, a z nich wydobył się przyjemny żeński głos. Po ciele Eve przeszedł dreszcz, a w piersi wadera poczuła ciepło, które zaczęło rozchodzić się do wszystkich jej kończyn. 
-Dziecko... - powiedział głos zwracając się do ciemnej wadery- Twa moc się budzi, ona pozwoli Wam wyjść z tej sytuacji.
-Ale... nie wiem jak ją kontrolować, nie mam jeszcze Amuletu - odpowiedziała Eve spuszczając głowę. Nie szukała wzrokiem rozmówcy, wierzyła bowiem, że byłą to któraś z bogiń. Powoli analizowała każde powiedziane do niej słowo. Obawiała się błędów jakie może popełnić, nie chciała swoimi budzącymi się dopiero mocami sprowadzić na nich kolejnych kłopotów. Głos zaśmiał się pobłażliwie
-Wszystko w swoim czasie. Powinnaś już wracać do swego przyjaciela, martwi się o Ciebie.
-A co z tymi demonicznymi krukami? - Spytała zanim obraz zaczął jej się rozmywać. Wszystko się zatrzymało, głos zamilkł a po chwili dodał bez jakichkolwiek emocji
-Skup się na drodze do celu- Wszystko zawirowało zmieniając się w czerń. 

*****W kapliczce****

Eve poderwała się do siadu, łapiąc gwałtownie wdech. Zdeżyał się przy tym głową z Tsurim.
-Of! - stęknął basior i opasował łapą bolące miejsce.
-Przepraszam - powiedziała Eve i również pomasowała głowę. -Chyba wiem już co powinniśmy zrobić, ale najpierw muszę zdobyć Amulet. - powiedziała po chwili patrząc w oczy Tsuriego. 

<Tsuri?>
1.Zmieniłam styl narracji, jak pewnie widać. Uczę się i jednocześnie zastanawiam nad mieszanym trybem narracji, dlatego możesz dać znak, jak Ci to odpowiada. 2.Czas płynie nieubłaganie i zaczęłam sklejać formularz dorosłego, dlatego postanowiłam ruszyć z losem Eve do przodu. Możesz mi w tym pomóc Podpowiem, że Eve szuka fioletowego kolczyka "wkrętki", a konkretnie to z kryształkiem Ametystu. Pozdrwaim ;3

Od Fluffiego do Nuty

 Był to zwykły dzień, kiedy Fluffy spał sobie na półce skalnej w swojej jaskini. Poprzednia noc go ostro wykończyła, gdyż razem z kilkoma innymi wilkami spędził całą noc w bibliotece, poszukując książki o magicznych stworzeniach, którą Shira gdzieś zapodziała. Obudziło go jego burczenie w brzuchu. Wstał i podszedł do półki z zapasami po coś do jedzenia. Były tam różne owoce i zioła. Nie było jednak pożywnego mięsa. Udał się więc do rzek pajęczych, żeby zapolować na coś małego. Zobaczył kilka królików biegających po leśnych ścieżkach,  sarny czające się w trafie i dziwne istoty skaczące po skałach. Nie miał jednak ochoty na gonitwę i wolał coś prostszego do złapania. Wszedł więc do płytkiej, delikatnie płynącej rzeki. Złapał kilka ryb, a następnie sobie je zjadł. Potem położył się na skale i zaczął się suszyć. Po powrocie miał zamiar wrócić w spanko, gdyż nie do końca się wyspał. Jednak nie było mu to pisane. Na ścianie jaskini wisiał przyklejony liścik.


"Witam. Byłam u ciebie, ale nie zastałam cię w środku. Prosiłabym cię, żebyś przyrządził miksturę na kaszel, gdyż ja muszę udać się do brunatnego lasu. Nie będzie mnie do jutra, a mikstura jest potrzebna do wieczora. Gotowy napar zostaw na półce w sklepie wonny".


Basior popatrzył smutno na liścik i postanowił od razu wziąć się do pracy. Nie był może jakimś mega dobrym alchemikiem, ale na lekarstwach się znał. Udał się więc do biblioteki po książkę z przepisami, a następnie do ogrodów pałacowych po potrzebne zioła. Gdy wyciągnął łapkę po kwiaty, usłyszał szelest i kichnięcie. Odwrócił się i zobaczył rudą, puszystą kulkę buszującą w krzaczkach.



<Nuta?> ~Proszę, Nutka. Jest pierwsze opowiadanie ;3

Od Wichny do Aidena

 Przez długi czas przyglądałam się basiorowi z zainteresowaniem. Bardzo wprawnie przygotowywał jedzenie, czego szczerze się nie spodziewałam. Obserwowałam jak dorzuca kolejne składniki i szykuje je do podania. W pracowni zaczął unosić się piękny aromat ziół i pieczonego mięsa. Wilk wydawał się odzyskiwać siły, miałam więc nadzieję, że moje antidotum zadziałało odpowiednio i nie spowoduje żadnych powikłań. Jedyne do mnie zaniepokoiło to ciemna aura, która coraz bardziej wzbierała wokół niego. Nieświadomie zaczęłam mierzyć basiora wzrokiem jakby był obiektem badawczym, jak przez lupę, próbując określić czym dokładnie jest smolista łuna. Nie zauważyłam kiedy on odwrócił się w moją stronę.

Poczułam jakby coś wyrwało mnie z czasu. Przez chwilę nie znajdowałam się już w mojej pracowni, ale w pustej przestrzeni, jakby próżni. Nic nie słyszałam, widziałam tylko zarys smug czarnego dymu, który odczepił się od nieznajomego i podążył za mną. Po chwili zaczęłam słyszeć ciche, syczące głosy, dochodzące to do jednego, to do drugiego ucha. Nie rozlegały się w przestrzeni, tylko jakby w mojej głowie.

Nie raz doświadczyłam już przeniesienia do Otchłani, ale jeszcze nigdy nie wyrwano mnie ze świata tak brutalnie. Przejście zawsze odbywało się po długich przygotowaniach, medytacji, rozmowach z istotami, które miały być moimi przewodnikami albo pomocnikami. Tym razem to było coś innego. Coś wciągnęło mnie na drugą stronę wbrew mojej woli jak zakładniczkę.

Nagle coś dotknęło mojej sierści na grzbiecie i zaczęło przesuwać się w stronę głowy. Poczułam, jak coś śliskiego oplata powoli moje nogi i coraz bardziej się zaciska. Spojrzałam w dół i zobaczyłam czarne, nieprzeniknione macki pochłaniające powoli całe moje ciało. Nie mogłam się ruszyć i zaczęłam panikować. Do głowy przyszło mi tylko jedno rozwiązanie. Jeśli mi się nie uda, prawdopodobnie zginę. Nie chcę tego robić. Muszę to zrobić.

Nabrałam powietrza, o ile można mówić o powietrzu w tym miejscu. Jadowity odór sparzył mi drogi oddechowe jak żrący kwas. Wreszcie wydusiłam z siebie kilka słów, które utknęły w niemej próżni. Macki coraz szybciej mnie oplatały, połowa mojego ciała pogrążyła się już w cieniu. Moje białe futro zamieniało się w popiół.

Zaczęłam zapadać się w nicość.

W ostatnim momencie, kiedy na powierzchni pozostała już tylko moja kufa, poczułam jak coś wyszarpuje mnie z odmętów. Usłyszałam wrzaski, przeraźliwe krzyki i odgłosy rozrywanego ciała. Uścisk zelżał, ale nadal czułam ciężar czarnego cielska. Po chwili i on zniknął. Moim oczom ukazała się znajoma postać, której nigdy nie chciałam zobaczyć w pełni. Ujrzałam stworzenie, które towarzyszyło mi od miesięcy, a które zawsze kryło się w innych formach. Głos, który zawsze słyszałam przy swoim uchu. Zobaczyłam jak unosi kończynę. Wykonał drobny ruch i nagle znalazłam się z powrotem w mojej pracowni.

Wilk wpatrywał się we mnie jakby nigdy nic. Dało się poznać, że w tym świecie nie minęła nawet sekunda. Wzięłam głęboki wdech i z ulgą powitałam świeże, chłodne powietrze. Powoli wypuściłam je z płuc. Spróbowałam sprawiać wrażenie jakby nic się nie stało. Niestety, w ogóle mi się to nie udało. Patrzyłam na basiora jak na wybuchającą gwiazdę, która śle w moją stronę miliardy śmiercionośnych odłamków. On za to złapał ze mną kontakt wzrokowy i czekał aż coś powiem.

- Słuchaj… Jak ty właściwie masz na imię? - zapytałam, otrząsając się. Widziałam, że basior patrzy na mnie jakoś szczególnie.

- Aiden. Przepraszam, zapomniałem, że wcześniej się nie przedstawiłem. Wyglądasz na zmieszaną, coś się stało?

- Nie… Chociaż tak, tak, chyba się stało. Jednak nie wiem jeszcze co. Przypuszczam jednak, że to może mieć związek z tym, co cię ukąsiło. Możliwe, że przeniosło na ciebie coś, jakby chorobę. Obawiam się, że możesz mieć przez to kłopoty.

- O czym mówisz? Przecież to był tylko wąż. Może i jadowity, ale nadal wąż…

- Jeszcze nie wiem co to, naprawdę. Wiem tylko tyle, że zaprezentowało mi przed chwilą próbkę swoich mocy. Jak mówiłam, to może być coś w rodzaju rozszerzającej się choroby, tyle że nie z tego świata. Z tego drugiego, poza osłoną śmiertelności… Nie wiem jak ci to wytłumaczyć, tak żebyś nie uciekł albo nie uznał mnie za wariatkę. Chcę ci pomóc.

Aiden cały czas spoglądał na mnie z niekrytą ciekawością. Mówiłam chaotycznie, może nawet nie powinnam mu wspominać o swoich przeżyciach sprzed kilku minut. Oczywiście nie zamierzałam ujawnić mu wszystkiego, tym bardziej tego kto mnie uratował. Czułam jednak, że musi wiedzieć, że coś może mu grozić.

- Może usiądźmy i zjedzmy - odezwał się - i przy okazji powiesz mi coś więcej?

- Nie obiecuję, ale tak, usiądźmy i zjedzmy.

Aiden postawił przede mną naczynie z jedzeniem, po tym wziął swoją i usiadł naprzeciwko mnie. Wzięłam kilka gryzów w milczeniu. Z zadowoleniem przyznałam, że to, co przygotował było wyborne.

- Może najpierw ty powiesz mi coś o sobie? - zagadnęłam - Wpadłeś tutaj właściwie bez słowa i nie wiem nawet kim jesteś. Chciałabym wiedzieć kogo leczę i z kim jem. - uśmiechnęłam się do niego zachęcająco.


<Aiden?>

19.10.2020

Event z okazji Święta Zmarłych

Droga społeczności! 

Zbliża się święto zmarłych, ale to nie czas by się smucić. W tym roku obchodzimy je na wesoło, czyli jako: Dia Todos los Santos. Czas więc na zabawę wraz ze zmarłymi! Łapcie za farbki i pędzle! Pomalujcie wasze pyski aby przypominały czaszki, przystrójcie się w kwiaty, przebierzcie się za waszych bliskich zmarłych i tańczcie z duchami. Zbudujcie ołtarzyk dla duchów i złóżcie im hołd. Ozdóbcie go w kolorach tęczy, niech to będzie wesoły czas, albowiem czas się radować ze spotkania. Nie zapomnijcie również o wspólnym posiłku! W tym roku polecamy cukrowe czaszki, babeczki i ciasta w  motywie czaszki oraz wiele, wiele innych.  Koniecznie spróbujcie huesos de Santo - czyli marcepanowych kości świętych. 


Ogłaszamy również 2 konkursy z nagrodami, a oto i one:


1. Naj aktywniejszy wilk
Wilk o największej ilości opowiadań wstawionych w czasie trwania eventu zostanie nagrodzony, dzień po jego zakończeniu. Nic trudnego ;3
Wskazówki: W opowiadaniach powinniście zawrzeć wątek święta. Kto wie kim okaże się ten podejrzany przebieraniec zza rogu? Może to ktoś z watahy, a może duch? A może masz szansę złapać złodzieja słodyczy? Odbijesz słodkości, czy przyłączysz się do kradzieży? 
Obowiązkowo: oznacz opowiadanie odpowiednią etykietą "cukrowa czaszka


2. Konkurs plastyczny: "Wilk Dia Todos los Santos"
Wskazówki: masz pomysł na Wilka z makijażem? Może to czas by zaprezentować waszą postać z garścią słodyczy, albo w towarzystwie ducha? 
Obowiązkowo: Wyślij podpisaną pracę na discorda w #twórczość. W opisie podaj imię wilka (nawet jeśli masz ich kilka to tylko jeden wilk dostanie nagrodę) oraz podpisz: "Konkurs". ZGŁASZAMY TYLKO JEDNĄ PRACĘ! 


Event trwa od 20 października do 3 listopada, do godziny 23:59


Tak więc życzymy powodzenia i miłej zabawy ;3

~Administracja

13.10.2020

Od Aidena do Wichny

Wadera stanęła ze świeżym jedzeniem w wejściu i spojrzała na mnie badawczo.

- Przyniosłam Ci jedzenie. - powiedziała. Uśmiechnąłem się lekko.

- Dziękuję, ale niegrzecznie będzie wykorzystywać Twoją dobroć do najedzenia się. W podzięce złożyłem koc i chyba odłożyłem na miejsce. Nie będę Cię dłużej zajmował głupotami. - poczułem się jak idiota, kiedy ogarnąłem, że pogryziony przez węże dotarłem do niej i nawet nie powiedziałem co się stało. Poczułem się jak przegryw. Padłem jak mucha, jak w ogóle to możliwe, że jeden mały wąż omal mnie nie zabił?

- Chyba żartujesz? Nie jesteś jeszcze w pełni zdrowy. Musisz tutaj zostać, zdrzemnąć się, a ja w tym czasie dokonam obserwacji. Muszę jeszcze sprawdzić na przestrzeni doby bądź dwóch w najgorszym przypadku, czy trucizna w pełni została usunięta z Twojego organizmu. Detoksykacja jaką Ci zrobiłam była w pełni uniwersalna, ponieważ nie wiedziałam jakie wąż dokładnie Cię pokąsał. - wadera wyjaśniła mi wszystko po czym w skrócie dodała jak tu trafiłem, nic kompletnie nie pamiętałem.

- Dobrze, ale pozwól, że zrobię w zamian za to jedzenie. Chciałbym się jakoś odwdzięczyć, a mam nawet pomysł na tego bażanta. - uśmiechnąłem się robiąc krok w stronę wadery. Odwzajemniła uśmiech i speszyła się. - Jestem Aiden. Dziękuję za pomoc i opiekę. - ukłoniłam się po czym zabrałem od niej pożywienie i skierowałem się w stronę ogniska.

- Wichna. Jestem Wichna. Gdybyś potrzebował ziół i przypraw to wszystko znajduje się po Twojej lewej na szafce ze szkatułkami. - uśmiechnęła się siadając obok mnie i patrząc na moje ruchy. Zgrabnie zabrałem się za przygotowywanie ruszta z drewna. Po piętnastu minutach składania patyków i gałęzi w idealny kształt wziąłem się za bażanta. Szybko, ale starannie i dokładnie przygotowałem go, zdarłam pióra i usunąłem niejadalne kończyny, z dziobem i głową. Opaliła go delikatnie nad ogniskiem po czym umieściłem na ruszcie. Wcześniej obsmarowali go wywarem z Czarnego Bzu, Orchideii i Miodu, aby nadać aromatu i smaku. W między czasie przygotowałem coś w rodzaju dodatku do mięsa z owoców, które przyniosła Wichna. Musieliśmy odczekać jednak jakieś piętnaście minut, aż mięso osiągnie odpowiedni stopień pieczenia. Nie mogłem popisać się surowym jedzeniem. Wadera uważnie mi się przyglądała, jakbym był jej celem. Od góry do dołu. W końcu odwróciłem się do niej i nawiązałem kontakt wzrokowy. Zrobiło się jakoś... Jakoś inaczej.

Wichna w końcu odezwała się pierwsza...


> Wichna? Wybacz że tak długo to trwało ,praca :c<

Od Aidena do Makreli

- Wyrzuć to z kieszeni, mówię serio. - zaskakujące było to, jak bardzo ciekawa była tych wynalazków. Nie chciałem, żeby komuś stała się krzywda. Warto było zbadać ten teren.

- Ale dlaczego? Przecież to tylko ludzka zabawka! Możemy razem z nią coś pokombinować? Proszę, takie cacka to unikaty! - krzyknęła wręcz z podekscytowaniem, a ja widząc dym unoszący się z kieszeni zamarłem. Boże... Przecież to się zaraz tam zapali...

Nie czekając ani chwili dłużej szybkim i zwinnym ruchem lapy powaliłem waderę na ziemię. Starałem się zrobić to jak najdelikatniej, żeby nic ją przypadkiem nie zabolało i chyba akurat mi się udało, ponieważ teren był bardzo zakrzaczony i trawiasty. Wadera była spanikowana i wystraszona, ale nie próbowała ze mną walczyć. Leżała w bezruchu, jak żuk w momencie zagrożenia czekając, aż odpuszczę. Nie mogłem jednak dać jej się tym bawić. Może z wyglądu jestem potworem, mam grubą skórę, ciemne futro i przeszywające spojrzenie, a moje ukształtowanie i postawa pokazują jakim jestem „nieustraszonym wojownikiem”, ale w głębi od zawsze chciałem tylko spokoju, pokoju i tego, aby nikomu nie stała się krzywda. Ludzie to potwory, a samiczka najwidoczniej tego jeszcze nie doświadczyła...

- Przepraszam, ja... Nie rób mi krzywdy! Już sobie stąd pójdę jeśli wpadłam na Twoje terytorium... - wadera spojrzała na mnie błagalnie, a ja myślałem jak wyjąć dymiące ustrojstwo z jej kieszonki. Dym unosił się coraz bardziej i bardziej nad torbą, aż samiczka spojrzała to na mnie, to na torbę i tak kilka razy, aż zorientowała się dlaczego tak reaguję. Minęła dosłownie chwila, chociaż ta scena dłużyła się z mojej perspektywy okropnie. Jęki przerażenia wadery zmusiły mnie do natychmiastowego reagowania. Złapałem kłami za torbę samicy i najmocniej jak mogłem szarpnąłem nią, żeby rozerwać pas i móc z niej to ściągnąć. Kiedy udało mi się rozerwać solidny pasek torba zaczęła się palić. Wadera oniemiała. Zostawiłem ją w tym miejscu i z płonącym gadżetem ile sił w nogach pobiegłem w las. Omijałem drzewa, krzaki i krzewy, aby jak najdalej od naszej dwójki zostawić ten cały szajs. Czym ona się tak ekscytowała?! - pomyślałem zły na siebie, że pozwoliłem temu tak długo zostać w jej torbie. Upuściłam ustrojstwo w jakiś średniej wielkości wykopany dół i zawróciłem na pięcie bez zatrzymania. Biegłem jeszcze szybciej niż wcześniej. Musiałem dobiec do miejsca naszego spotkania, żeby znaleźć się w bezpiecznej odległości. Kiedy wybiegałam z lasu za sobą usłyszałem dość głośny huk. Wybuchło...

- Nie! Nie! Nie! Pomocy! Tam zginął wilk! - samiczka we łzach w oczach skomlała i nawoływała pomocy, ale z znikąd ratunku. Nerwowo obracała się i szukała kogoś wzrokiem. Kiedy się pojawiłem zamarła.

- Naprawdę myślałaś, że pobiegłem tam z tym, żeby rozerwało mi głowę? - uśmiechnąłem się. Dymiący wrak za nami byl okropnym widokiem w zaistniałej sytuacji.

- Ty żyjesz... Ty żyjesz! - wadera zaczęła skakać i łasić się do mnie, ale łzy nie zniknęły. - Myślałam, że umarłeś w tym lesie! Z moją torbą i tą zabawką i... I moja torba! Pewnie została zniszczona...- samiczka posmutniała wyraźnie wspominając o kieszonce w której schowała palącą się zabawkę.

- Spokojnie, pomogę Ci w zrobieniu, albo dobraniu nowej. Apropo... Chciałbym Cię przeprosić za tę akcję, wiesz... Mam nadzieję, że powalenie łapą Cię nie bolało. Chciałem Ci pomóc, rozumiesz sama. Jestem Aiden. A Ty?


> Makrela, przepraszam że tak długo, ale praca ;c<