18.06.2019

Od Shiry CD Vi

Oprowadzałam Vi po naszych terenach, aż w pewnym momencie usłyszałam głos Rayli:
- Chyba zgubiłaś swoją nową psiapsi - prychnęła z lekkim rozbawieniem.
Rozejrzałam się gorączkowo. Faktycznie! Nigdzie nie było widać wadery. Jak ja tak mogłam!? EJ czekaj jak to psiapsi?! Jestem okropna ><
- Vi? Vi?! Viiiiiiiiiiii?!!? - zaczęłam nawoływać, mając nadzieję, że to coś da.
Kiedy po kilku sekundach nic nie zobaczyłam ani nie usłyszałam, wzbiłam się w powietrze. Może uda mi się ją wypatrzeć. Na szczęście byłyśmy akurat na polanie usłanej tylko niewielką ilością drzew. Polatałam trochę w kółko, aż w końcu moim oczom ukazała się czarno-biała postać. To musi być ona! Zanurkowałam, kierując się wprost na nią, nie myśląc nawet, że to może nie być Vi. Z zawrotną prędkością zbliżałam się do ziemi, a będąc tuż przy niej, wylądowałam zaraz przed wypatrzoną postacią. Na szczęście okazało się, że to Vi.
- Ah, gluptasku, przecież idziemy w drugą stronę! - powiedziałam miło, nie ukrywając radości - masz szczęście, że szybko cię znalazłam. Mogłabyś się zgubić na dobre! - dodałam wciąż uśmiechnięta.
Rozejrzałam się dookoła.
- Chodź, Rayla czeka - dopowiedziałam, wskazując głową kierunek w którym powinnyśmy się udać.
Wilczycy zaburczało w brzuchu.
- A może chciałabyś coś zjeść? Coś upoluję - zaproponowałam.


<Vi?>



Od Tobiasa c.d Artemisia

Spojrzałem na nią i jakby przez chwilę zastanawiałem się nad tym co powiedziała. Po krótkiej chwili skinąłem głową w geście zrozumienia, a następnie odwróciłem się tym razem już całym ciałem do niej. Byłoby niegrzeczne gdybym stał tak odwrócony do niej zadem. Usiadłem na ziemi, podnosząc ogon na wysokość pyska, po czym zacząłem powoli poruszać kitą w górę i w dół, kierując przyjemne podmuchy powietrza w moją stronę.
- Nie poznałaś jeszcze większości członków watahy, prawda? - zapytałem by zagaić rozmowę, wtedy kiedy mój oddech już trochę się uspokoił.
- Tak, jedynie Alfe i parę innych członków -  odpowiedziała, po czym również usiadła.
Niestety nie było jej dane odpocząć po męczącym biegu, gdyż jakimś cudem kawałek ściółki leśnej, który jeszcze przed chwilą wytrzymał ciężar biegnącego wilka, załamał się centralnie pod nią. Przerażona zaskomlała bijąc powietrze łapami, próbując czegoś się złapać aby nie wpaść całkowicie do środka dziury. Nim na dobre spadła w głąb wyrwy, zdążyła chwycić się łapami mojego ogona. Będąc zszokowany całą tą nagłą i nieprzewidzianą sytuacją nie zdążyłem zareagować w żaden sposób, kiedy to wciągnęła mnie wraz z sobą do przepaści. Gdybym tylko nie był taki odrętwiały, może zdążyłbym złapać się jakiegoś konara czy czegoś podobnego.
Spadając mogłem zobaczyć nierówne skaliste podłoże coraz to niebezpieczniej zbliżające się w moją stronę. Choć trafniej byłoby powiedzieć że to ja skracam dystans. Upadek z tej wysokości nie był zbyt bezpieczny, jakby w ogóle spadanie z wysokości nawet jednego metra było jakkolwiek bezpieczne. Zawsze nawet można zabić się spadając z własnych nóg, kiedy to przez przypadek spadniesz głową na jakiś kamień.
Nie miałem czasu przemyśleć wszystkich możliwych opcji, dlatego wykonałem to, co przyszło mi do głowy jako pierwsze. A o czym pierwszym mógłby pomyśleć altruista? 
Pociągnąłem ogon do tyłu, błagając by waderze nie zabrakło siły, albo by jej pazury nie straciły swojej przyczepności. Teraz jednak, gdy już była nade mną,  zorientowałem się, że jej obecność na moim ogonie lekko przeszkadzała. Nie mogłem przecież aż tak łatwo odwrócić się na cztery łapy. 
Straciłem dech, kiedy uderzyłem o kamienną posadzkę, a w ustach momentalnie poczułem metaliczny posmak. Jednakże, moje cierpienie nie trwało długo. Zaraz po tym, jak zacząłem odczuwać głuchote, a moje pole widzenia zostało zasnute małymi, czarnymi plamkami - straciłem przytomność. Można to zrozumieć, jakby wszystko to trwało parę minut, w końcu sam właśnie tak się czułem. Jednakże widz patrzący z boku, nie zdążyłby powiedzieć policzyć do dwóch. Moją ostatnią myślą, która pojawiła się w tym samym momencie co upadek, było to, czy jak Artemisia spadnie na mnie, to czy na pewno nic się jej nie stanie. 
<Artemisia? Grota jest ciemna, jednak nie będzie stanowiło to żadnego problemu dla wadery o tak dobrym wzroku, nie?>

Od Lucasa "Krwawe łowy" do (?)


Delikatna mgła towarzyszyła tej nocy księżycowi w nowiu, a powietrze, pomimo swojego chłodu, ciążyło nieprzyjemnie na barkach. Natura w otoczeniu zdawała się milczeć, jak gdyby bojąc się, że zostanie odkryta przez kogoś niewłaściwego. Ciszę przerywały jedynie odbijające się echem obce nawoływania w oddali oraz niekiedy uginanie się ściółki leśnej pod ciężarem intruzów. Te drobne dźwięki wręcz dudniły w moich uszach, utrzymując mnie w ciągłym czuwaniu naprzeciw zmęczeniu.
Obława rozpoczęła się już wczesnym wieczorem i wciąż trwała, depcząc mi po ogonie i tylko czekając na moment, w którym poddam się ograniczeniom własnego ciała. W pewnych chwilach, gdy dookoła cichło, swoje szatańskie kuszenia rozpoczynał upragniony przeze mnie sen, który był przerywany przez ponownie powtarzające się krzyki, wywołujące na moim całym ciele dreszcze pobudzenia.
Cała trwająca sytuacja wciąż pozostawała dla mnie nie do końca rozumiana, jednak ponad moją paniką wciąż stawały próby trzeźwego myślenia, umożliwiające mi dalszą ucieczkę i przetrwanie. Podczas gdy cała natura pozostawała w swoim nienaruszonym świecie, nie mając świadomości tego, co dzieje się pośród niej, mój świat, który dotychczas myślałem, że dobrze znam, właśnie się rozpadał. Szukanie tymczasowej kryjówki, nasłuchiwanie i oczekiwanie, aby następnie znaleźć nowe, bezpieczne schronienie - ta rutyna wciąż trwała dla mnie tej nocy. Mijana przeze mnie roślinność, skały i zbiorniki wodne były mi całkowicie obce, a w czarnym pokryciu nocy wręcz przemieniały w wrogie. W każdy momencie, to zza tego spróchniałego dębu, zza tej pokrytej mchem skały czy też z pośród tych dziko rosnących jagód, mógł wyłonić się wróg.
Moje wytężone zmysły, będąc moimi sojusznikami, jednocześnie uniemożliwiały mi zaznanie spokoju. Wszystko dookoła było wyraźniejsze w mroku niż innych nocy, zapachy były intensywniejsze i bardziej natarczywe dla nosa, niż przez ostatnie lata, a krew w moich żyłach pomimo swojego pędu wydawała się wołać o więcej, pragnąc nadmiaru adrenaliny i uczucia dzikości. Pomimo tego, że wciąż to ja byłem poszukiwaną ofiarą, moje ciało pragnęło przemienić się w łowcę, wyrywając się tym samym z niewygodnego ograniczenia, które teraz sobie narzucałem. Nie wiedziałem jakie mogłyby być efekty mojej próby odwrócenia swojej roli, jednak to nie strach przed porażką mnie przed tym powstrzymywał, a strach przed poznaniem swojej całkowicie innej twarzy.
Z przesuwającym się w dół horyzontu księżycem milkły nawołujące mnie coraz rzadziej głosy w oddali, ostatecznie pozostając wciąż już tylko w mojej głowie, jako drobne figle ze strony przemęczenia. Przenikliwy ból zaczął pulsować w okolicach mojej lewej łopatki, gdy po woli wrzące we mnie emocje zaczynały opadać. Sierść w jej okolicach była pokryta krwią, już zastygłą i lekko sczerniałą przy końcach. Nasilające się odrętwienie z powodu zmęczenia organizmu i utraty w nim równowagi przez niezasklepioną ranę, uniemożliwiło mi dalsze przemieszczanie się. Wykorzystując najbliższe otoczenie, skryłem się pomiędzy dwoma większymi głazami, mając nadzieję, że będą one wystarczającym schronieniem na tę chwilę. Patrząc na już lekko wschodzące słońce, mimowolnie zamknąłem powieki, aby po chwili pogrążyć się w gonionym przez całą noc śnie.
Tego nowiu uchowałem swoje życie w zamian za utratę jednego skrzydła, jednak nadchodzące dni z powodu głębokiej rany wciąż miały pozostać dla mnie niewiadomymi.

<Ktoś chętny popisać?>

Od Krzemienia CD Michio


-Mam was pchlarze! - Zarechotał rudy młodzik, unosząc nas nad ziemię. - Heniek, łap tego drugiego!
Poczułem jak czyjeś grube łapska ciągną mnie w górę.
Zacząłem rwać się i ujadać jak wściekły, stalowe futro ślizgało się grubasowi w palcach. Czułem, że powoli tracę sreberko, przecież ten efekt nie trwa długo. Szybko się mu wyrwałem zanim będzie za późno. Pognałem przez las. Nie na długo. Usłyszałem strzał, poczułem ukłucie w tyłek, mroczki, łapy z waty, aż w końcu potknąłem się, a świadomość uciekła ze mnie momentalnie.
***
Obudziło mnie ciepłe, letnie słońce. Mięśnie były zdrętwiałe, miałem sucho w pysku, oczy piekły mnie masakrycznie. Zabrało mi chwilę, żeby dojść do siebie i uspokoić myśli.
Dobra. Znowu jestem w klatce. Jest dzień, piękny i bezchmurny. Karawana samochodów jedzie leniwie przez leśną ścieżkę, wzbijając tumany kurzu. Leżę tuż obok tego drobnego, żółtego basiorka. Pamiętam go. Nawet słodko wygląda jak się tak tuli-iiiiCZEKAJ CO? Poderwałem się na nogi, wyrywając się z objęć. Próbowałem zapomnieć o fakcie, że ja tuliłem się podobnie ciasno.
- Ał! - Wilk uderzył głową o dno klatki. Podniósł się niezgranie, masując dolną szczękę. - Co tak gwałtownie, spokojnie.
- To z nerwów.
Poczekałem aż dojdzie do siebie.
- Cóż. - Westchnąłem. - Jestem Krzemień. Zacznijmy od tego, skoro mamy tu kiblować razem.
-Michio. Miło mi. - Odparł. - Też cię zestrzelili?
- A żebyś wiedział. Brutalnie i z zaskoczenia, chociaż byłem tu dosłownie przez moment. Portal zamknął się za mną zanim zdążyłbym wrócić. - Przysiadłem koło niego. - A ty; co ci w życiu nie wyszło, że tu skończyłeś?
Miał mi odpowiedzieć, ale jeden mężczyzn wskoczył na bagażnik wozu, uderzając ciężkimi butami o podłogę. To był ten młody rudzielec, co złapał Michia za kark. Nie wyglądał wprawdzie na silnego, ale o basiorze mogłem powiedzieć to samo. Chłopak usiadł okrakiem z tyłu wozu, żując w zębach szluga. Kiedy przejechaliśmy pod starą lipą, urwał jedną z gałęzi i chyba ze znudzenia zaczął drażnić zwierzęta jej końcem między prętami. Micho cofnął się o krok, przez co chłopak nie mógł go dosięgnąć, ja zrobiłem to samo. Jednak stary niedźwiedź ciężko znosił dźganie w bok, zaczął warczeć i wierzgać, aż wreszcie złapał zębami za koniec pociągnął z całą siłą do siebie. Rudzielec poleciał do przodu, uderzając twarzą o pręty klatki. Chwila nieuwagi dłużej, a zwierzę odgryzłoby mu rękę.
- Szlag!- Młodzik odskoczył w ostatnim momencie. - Co to ma być za potwór! Na waszym miejscu ja bym ich nawet z lasu nie wynosił.
- Przymknij się, są nam potrzebne. - Mruknął jeden z brodaczy siedzących na przednim siedzeniu.
- Ja wiem wiem, ale twoja wymówka z tym jakimś czary-mary mnie nie przekonuje. - Fuknął nadąsany i przełożył głowę przez otwarte tylne okno. - Gdzieś mam waszych naukowców, wiecie? Wszystko co mają to te swoje domysły. Hipoteza o magii jest wyssana z palca, mówię wam. Kto niby zaobserwował, że te bestie umieją czarować? Budja. Zwykłe pchlarze, ja nic więcej nie widzę.
Oczy zwęziły mu się w szparki gdy próbował objąć wszystkie nasze klatki wzrokiem. Starszy mężczyzna parsknął na niego i machnął ręką.
- Mało na tym świecie żyjesz i mało wiesz,więc nie próbuj być żołnierzem i biologiem eksperymentalnym jednocześnie. Magia to rzecz, której nie pojmiesz. Wiele razy widziano jak jakieś drapieżniki straszyły myśliwych anomaliami z ognia, wiatru i mgły, przepędzały zwierzęta łowne ludziom albo sprawiały, że te już ustrzelone stawały na nogi. Ja nawet raz to widziałem: Raz, gdy zrobiłem wycieczkę rowerową z moją żoną, stado wilków biegło lasem późnym wieczorem. Gdy podjechaliśmy bliżej, jeden z nich zaczął świecić w ciemności. Jakby był cholernym świetlikiem.
- Ha, no nie gadaj. - Zaśmiał się grubas za kierownicą.
- Albo napromieniowany, albo się po prostu znowu za dużo upiłeś. To ci się zdarza Radek.
- Mówiłem smarkaczu, że nie zrozumiesz.
Chłopak wyjął głowę z framugi okna samochodowego.
- Skąd wiecie, że te, które złapaliście są zaczarowane?
-Nie wiemy młody. - odparł kierowca. - Dlatego kazali nam je zabrać do centrali. Tam są ludzie mądrzejsi od nas, oni wiedzą jak to udowodnić. Teraz proszę, oszczędź mi cierpliwości i nie gadaj tyle jakbyś mógł. Próbuję prowadzić, a do Detroid jeszcze długa droga.
Rudzielec nadąsał się, ale siedział już cicho. Przysiadł z tyłu i zaczął bawić się wypalonym szlugiem.
- Oj cholibka.- Westchnąłem do Michia.- Nie chcesz do tego ich miasta. Okropne miejsce. Czyste jakieś i kanciaste.
- Nie byłem.- Przerwał mi.- Ale mam dość jakikolwiek wycieczek. Wiejmy stąd! Czekaj, jak ty to wcześniej zrobiłeś?
Odwróciłem się do wyjścia z klatki. W miejscu gdzie powinna być kłódka, ktoś wetknął drewniany kołek. Chyba komuś się profesjonalny sprzęt skończył na nasze nieszczęście.
Nie tym razem młody. Nie roztopię prętów, podtrzymują półtonowy dach, są za duże, rozleją się na 1000 stopniową kałużę tuż na naszej drodze ucieczki.
- Przebiegłbym.
- Straciłbyś łapy. Inne pomysły?
(Michio? Wenka pobudzona? )

Od Vi CD Shira


Tego się nie spodziewałam. Przez kilka minut jedynie patrzyłam na waderę nie będąc w stanie nic powiedzieć. Nie dość, że nie była wrogo nastawiona to jeszcze rozmawiała ze mną! I w dodatku wydawała się bardzo miła. Pewnie dlatego, że nie poznała mnie jeszcze. Nie byłam pewna co do tej sytuacji. Może to była pułapka, ale głosy siedziały cicho, co oznaczało, że byłam bezpieczna. Na razie.... Coś jest nie tak. Czyżby los postanowił się do mnie uśmiechnąć? Odpłacić za te wszystkie przykrości, które mnie spotkały? Po chwili zorientowałam się, że jak idiotka stoję i się gapię na wilczycę.
- Wiesz, że niegrzecznie jest nie odpowiadać na zadane ci pytanie? - powiedział głos
- Tak, wiem..
- Co? - zapytała Shira spoglądając na mnie
- Jestem Vi - powiedziałam szybko, uśmiechając się - A co do watahy to nie jestem pewna czy to dobry pomysł, abym dołączyła... znaczy może... Chyba, że oprowadziłabyś mnie? Dzięki temu zobaczę co i jak i podejmę decyzję.
Chwilę się zastanawiała.
- Chętnie - powiedziała i ruszyłyśmy w drogę. Szłam za wilczycą. Krok w krok. Nie miałam pojęcia dokąd mnie prowadzi. A co jeśli się zgubię? Przecież jestem na terenach obcej watahy. Nie każdy może być pokojowo nastawiony jak ona. Miałam szczęście, które w każdej chwili mogło się skończyć.
Kroczyłam przed siebie rozglądając się dookoła by zapamiętać drogę którą prowadziła mnie wadera. Powiem szczerze. Nienawidzę nowych miejsc. Lubię wiedzieć gdzie chodzę, ale przecież każde miejsce do którego udajemy się po raz pierwszy jest nowe. Dopiero po kilku dniach lub tygodniach uczymy się na pamięć jak do tego miejsca dojść bez żadnych wskazówek, gdzie co się znajduje i zaczniemy czuć się tam bezpiecznie. Inaczej jest jednak z domem, którego chwilowo mi brak. Jednak gdybym dołączyła do watahy o której mówiła Shira to zyskałabym to ważne dla większości istnień miejsce. Miałabym dokąd wracać i...
- Zgubiłaś się - usłyszałam. Rozejrzałam się dookoła. Prawda. Nigdzie nie widziałam Shiry i Rayly. No i wykrakałam. A do tego z każdą minutą robiłam się coraz słabsza... i głodniejsza. Może jak po prostu pójdę przed siebie to ją znajdę? Jak pomyślałam tak też zrobiłam.
<Shira?>

17.06.2019

Od Shiry CD Vi

Razem z Raylą znowu przechadzałyśmy się po lesie. Dookoła nas było pełno dużych i małych drzew, a pomiędzy liśćmi przebijało się błękitne, bezchmurne niebo, razem z palącym słońcem. Nasze łapy muskały zielone źdźbła trawy. Co jakiś czas można było usłyszeć świergot ptaków lub liście szumiace pod wpływem ciepłego wiatru. Co nas skłoniło do wyjścia w taki skwar? Sama nie wiem, chyba nuda do reszty zawładnęła moim umysłem. Rayli też, bo przecież jest tu razem ze mną. Ale zaraz, może jeszcze mam resztki rozumu. Nie było nam gorąco, bo przywołałam zimny wiatr, który nas otaczał, dzięki czemu było nawet przyjemnie. W pewnym momencie dostrzegłam jakąś postać. Postanowiłam do niej podejść. Niestety kiedy mnie zauważyła, zaczęła się cofać. Po kilku krokach napotkała na swojej drodze drzewo, uniemożliwiające dalszą ucieczkę. Byłam już na tyle blisko, że mogłam stwierdzić, iż jest to wadera. Wyglądała dosyć... Ciekawie. Nieznajoma przymknęła oczy. Chyba się bała. Po chwili ciszy z powrotem je otworzyła, a Rayla cicho zachichotała. Czy ona zawsze musi wszystko psuć?
- N-nie musisz się bać, nic ci nie zrobię - powiedziałam z uśmiechem - jej też nie - dodałam prędko, wskazując na tygrysicę.
Wadera odrobinę się rozluźniła, lecz nadal pozostawała spięta. Jak dla mnie wyglądała na głodną i wyczerpaną.
- Jestem Shira, członkini Watahy Mrocznych Skrzydeł, a to moja towarzyszka Rayla - przedstawiłam nas, a po chwili ciszy dodałam - chciałabyś do nas dołączyć? A może jesteś nowa i po prostu cię jeszcze nie widziałam? Jak chcesz, to zaprowadzę cię do Lii, ona na pewno cię przyjmie! - zaczęłam paplać bez większego namysłu.
Zaraz jednak doszło do mnie, że nie daję jej dojść do słowa.
-Oh, przepraszam, za dużo mówię... - powiedziałam zawstydzona, znacznie ciszej niż wcześniej, kładąc uszy.
Znając życie już zdążyłam odstraszyć i zniechęcić do siebie tą wilczycę. Jednak jak to optymistka, został mi cień nadziei na to, że jeszcze wszystkiego nie popsułam.


<Vi?>


16.06.2019

Od Asterii c.d Chętny

Biegłam. Nic i nikt nie mógł mnie zatrzymać. Musiałam uciekać, uciekać szybciej niż kiedykolwiek. Za sobą słyszałam głośne powarkiwania, trzaski łamanych gałęzi, huk wydobywający się z metalowych rur, które dzierżyli w dłoniach ludzie. Doganiali mnie. Starałam się używać swojej mocy lewitowania by szybciej odpychać się od podłoża, ale kluczyłam wśród drzew i co chwila potykałam się o pniaki czy wystające korzenie. Nie miałam pojęcia, ile jeszcze wytrzymam. W pewnej chwili usłyszałam krzyk, który zmroził mi krew w żyłach. Głos mojej siostry huczał mi w czaszce, gdy oglądałam się do tyłu, by potwierdzić, iż tam jest. Była. Złapana przez człowieka, z zakrwawioną głową… W tym momencie uderzyłam w drzewo. I się obudziłam.
Serce waliło mi w klatce piersiowej dziesięć razy szybciej niż zazwyczaj. Całe moje ciało przechodziły fale nieprzyjemnego mrowienia, jakby oblazły mnie mrówki. Podniosłam się po chwili dziwnie obolała. Dawno nie miałam koszmarów, ale ten był bardzo znajomy. Przez fakt, iż ponad rok uciekałyśmy z siostrą przed ludźmi, którzy omal nas nie zabili, przez jej opowieść o tej okropnej nocy, której nie pamiętam, a mimo to wydaje się być niezwykle żywa i barwna, gdy o niej myślę, przez to wszystko, co nas spotkało w każdym moim koszmarze są albo ludzie, albo moja umierająca siostra. Dziś było i to, i to. Nieźle.
Skierowałam się do jaskini Misi, ale jej tam nie było. Zdziwiłam się, że tak wcześnie gdzieś wyszła, ale z drugiej strony wiedziałam, gdzie poszła. Upiera się, by dalej przynosić mi jedzenie. Nawet jeśli zostałam zaganiaczką, co teoretycznie oznacza, iż to ja powinnam łapać jedzenie dla niej. Cóż, z moją siostrą często w zdania trzeba było wplatać słowo „teoretyczne”.
Postanowiłam trochę pobiegać z rana i być może złapać coś na śniadanie. Ruszyłam z jaskini żwawym krokiem i skierowałam się w stronę terenów łownych. Słońce zaczynało już przygrzewać, zapowiadał się kolejny upalny dzień. O dziwo nie spotkałam nikogo po drodze, choć wydawało mi się, że przecież powinnam kogoś minąć póki jeszcze nie jest tak gorąco. Nie natrafiłam na żadne ciekawsze zwierzę prócz zająca, ale zadowoliłam się nim w pełni. Był tłusty i całkiem duży, w sam raz na śniadanie. Po posiłku poleżałam chwilę, po czym postanowiłam poruszać się i urządziłam sobie gonitwę między trawami. Dotarłam do małego jeziorka otoczonego dużymi kamieniami. Postanowiłam ochłodzić się w nim nieco, jednak nie znając głębokości wytworzyłam kilka kuli wodnych i przy ich pomocy ochłodziłam nieco futro. Po tych zabiegach położyłam się na jednym z ogromnych kamieni i przymknęłam oczy. Generalnie nie lubię odpoczywać w ciągu dnia, czy leniuchować, ale w taki skwar ciężko skupić się na czymkolwiek sensownym. Miałam ochotę wywalić jęzor na wierzch i po prostu zapomnieć o wszystkim. Rozmyślałam też nad tym, że w tak teoretycznie idealnym miejscu do spędzenia upalnego dnia nie ma nikogo. Albo to pech, albo moja siostra wystraszyła wszystkich potencjalnych rozmówców w strachu o moje życie. Ehh, ciężko jest mieć nadopiekuńcze rodzeństwo. Słońce zaczynało już naprawdę palić, dziwiłam się, że jeziorko jeszcze nie wyparowało. Zeskoczyłam z kamienia i ukryłam się pod nim, ponownie też ochłodziłam się przy pomocy wodnych kulek. „Teraz to już na pewno nie zobaczę, czy ktoś tu będzie przechodził” przemknęło mi przez głowę. Jednak mimo swoich marnych szans na dojrzenie kogokolwiek niedługo później usłyszałam ciche kroki i ciężki oddech. Oho, ktoś w końcu przybył! Wygrzebałam się spod głazu i ujrzałam samotnego wilka. Zanim jeszcze podszedł do mnie, przedstawiłam się:
- Witaj, jestem Asteria. Niedawno dołączyłam z siostrą do watahy. - uśmiechnęłam się jak najbardziej przyjaźnie mogłam.
<Ktoś?... >

Od Kalego CD. Haraczki

Czułem się lepiej z krwią, zlepiającą moje futro. Wszystkie problemy, wszystkie myśli zostawały głęboko we mnie, nie mogąc się wydostać. Lubiłem to? Oh, nie koniecznie. Było to jednak o wiele łatwiejsze niż wyrzucanie wszystkiego z siebie i myślenie o tym. Lubiłem mordować. Lubiłem czuć się ważniejszy. Lubiłem czuć się groźniejszy i uwielbiałem ten strach w oczach moich ofiar. Kochałem tę władzę i to uczucie, kiedy zwierzyna już bez szans na przeżycie miota się pode mną, próbując bezcelowo uciekać. Czasami zostawiałem już umierające i wystarczająco skrzywdzone, by dobiły się same. Patrzenie, jak krzywdzą się, dodatkowo próbując wstać, było komiczne. Jednak nie dzisiaj. Sarnę, którą złapałem, rozszarpałem tak brutalnie, jak tylko umiałem.
Podejrzewałem przez chwilę, że wkurzyłem się na tyle, by osiągnąć 'red alert', ale co miałoby mnie tak wkurzyć? Zresztą nieważne. Nie czułem się jak na 'red'. Nie panikowałem. Byłem świadomy swoich przemyśleń.

Nic nie stało w ogniu.

Przedzierałem się przez krzaki. Skrzywiłem się lekko, gdy otarłem się o ostrzejszą gałąź. Pokręciłem głową, zastanawiając się, która może być godzina. Po chwili zrezygnowałem z wszelkich prób dostrzeżenia ułożenia księżyca czy też już słońca w tym gąszczu. Walona wiosna.
Nie ważne. Wracam do siebie.
Wylazłem z krzaków, przez które musiałem się przedrzeć, by trafić szybciej na utartą ścieżkę.
Zatrzymałem się, próbując przypomnieć sobie, z której strony przylazłem albo chociaż, gdzie tu jest jakaś woda. Krew zaczynała zasychać, a to źle robiło na futro. Trudno to potem zmyć. Chociaż raczej się przyzwyczaiłem, ale to i tak niezłe uniedogodnienie.
Księżyc błysnął wysoko na niebie, gdy las okazał się nie być taki gęsty w swojej zachodniej części. Powietrze było rześkie i pobudzające.
Warknąłem pod nosem. Wszystko tak prowokująco ze sobą nie współgrało. W nocy powinno chcieć się spać. Chociaż może jednak był ranek?

- Kaliś!?

Mówiłem coś o „irytującym niewspółgraniu"?

Nadawczyni tych słów była jedną wielką sprzecznością, która tą sprzeczność zasiewała i we mnie. Nie lubiłem tego, ale czułem, że nie dam rady samodzielnie temu zapobiec. Z jednej strony chciałem, a z drugiej cholernie nie chciałem niczego zmieniać. Wolałem mieć zrytą banię co dzień do końca życia, niż teraz odpuścić znajomość z Panią Doktor. Szczególnie że czułem się już lepiej. Ciekawe, czy ona też, bo po jej tonie wnioskuję, że nie bardzo chce mnie widzieć. A może chce? Jestem beznadziejny w odczytywaniu takich rzeczy.

- Bry- mruknąłem cicho. Nie wiedziałem, czy postawić na ranek, czy raczej wieczór, więc pozostawiłem tę formę przywitania tak, jak była. Szczurzyca stała jak wryta.

- Bry, bry!- prychnęła w końcu, przedrzeźniając mnie.- Jak ty wyglądasz!?- Przerwała chwilę ciszy, która zaraz wykiełkowała na nowo.

Krew zasychała na mojej sierści powoli, ale skutecznie. Trzeba było jak najszybciej się tego pozbyć. Patrzyłem na szczurzycę, która podchodziła do mnie, zachowując, potrzebny do ciul wie czego, dystans.

- Miałem właśnie się ogarniać- mruknąłem cicho.- To... do zobaczenia?

- Chyba ci się w łebku przewróciło, Kaliś.

... Chyba te częste utraty przytomności źle mi robią na mózg.

- Słucham?

<Haraczka?>

Od Vi do kogoś

Od ucieczki minęło wiele miesięcy. Miałam już dość tego ciągłego włóczenia się. Wiadomo również, że kiedy jest się samemu w lesie i jeszcze jest się nie w pełni sił, szanse na przeżycie są dosyć niskie. Usiadłam przy drzewie, a kiedy usłyszałam szelest liści, spojrzałam w górę. Ujrzałam tam pięknego białego ptaka, którego pióra lśniły jakby były zrobione z metalu. Stworzenie chwilę mi się przyglądało, po czym odleciało co chwilę spoglądając na mnie.
- Aż taka straszna jestem? - położyłam się chcąc choć chwilkę odpocząć przed dalszą podróżą
- Tak... znaczy nie... n-no troszkę. Widziałaś się ostatnio? - usłyszałam
Postanowiłam zostawić to bez komentarza. Chciałam się nacieszyć spokojem, ciszą i otaczającym mnie pięknem lasu. Niestety nie trwało to zbyt długo.
- Coś się zbliża. Radzę ci się oddalić stąd jak najdalej. - powiedział jeden z moich głosów. Podniosłam się powoli i ruszyłam przed siebie. Nie chciałam sprawdzać co to było. Nie miałam siły na walkę, a nawet jeśli to nie było groźne to i tak wolałam nie ryzykować. Po dłuższym czasie dotarłam do jeziora. Przy nim znajdował się jakiś stary wilk, wpatrujący się w wodę. Nie byłam pewna co zrobić. Jeśli był wrogo nastawiony to już po mnie. Podeszłam więc parkę kroków bliżej by przekonać się czy zaatakuje. On tylko odwrócił się, spojrzał na mnie, zachichotał i wrócił do tego co przed chwilą robił. Podeszłam napić się wody. Starzec podszedł bliżej mnie po czym kamieniem narysował uśmiech z dwoma X zamiast oczu. Po tym jak wpatrywał się we mnie przez bardzo długo trwającą minutę odbiegł.
- Dziwak... - powiedział jeden z głosów
- Nie gorszy niż ja - zaśmiałam się i spojrzałam dookoła siebie. Znowu zostałam sama. Wszyscy się ode mnie oddalają. Samotność - to jedyne co mnie czeka. Zamknęłam oczy próbując odgonić od siebie te depresyjne myśli. Poczułam się senna i dopiero w tym momencie uświadomiłam sobie, że nie pamiętam kiedy ostatnio spałam spokojnie. Bez koszmarów, bez budzenia się w środku nocy i uciekania. Na dodatek nie pamiętam kiedy ostatnio coś jadłam. Muszę udać się w jakieś bezpieczne miejsce i zadbać o siebie. Z tą myślą wstałam i kontynuowałam wędrówkę. Spokojnie próbując wymyślić dokąd się udać szłam powoli przed siebie. Nagle usłyszałam szelest liści. Odwróciłam się w tamtą stronę. Ujrzałam tego dziwnego starca. Pokazał mi żebym ruszyła za nim. Co było najgłupszą rzeczą którą mogłabym zrobić w tym momencie? Pójść za nim. Więc co zrobiłam? Poszłam za nim! Zrobiłam to tylko dlatego, że moje głosy w głowie powiedziały mi, żebym mu zaufała. Starzec prowadził mnie przez dwa dni bez przerwy. Nagle zatrzymał się po czym spojrzał na mnie, uśmiechnął się i zniknął. Nie mam pojęcia co to było. Może jestem już tak zmęczona, że widzę już rzeczy których nie ma... A może pogrążyłam się już w swoim szaleństwie? Rozejrzałam się dookoła. Nie zobaczyłam nic po za drzewami i jakąś postacią zbliżającą się do mnie. Super! Unikasz kłopotów, więc one same przychodzą do ciebie. Kiedy postać była coraz bliżej zaczęłam się cofać. Nie mam siły na użycie mocy. W końcu za mną znalazło się drzewo uniemożliwiając mi dalsze cofanie się. Zamknęłam oczy i czekałam na atak przeciwnika. I czekałam... i czekałam... I nic! Czyżby nie chciał mnie zabić? Otworzyłam oczy i usłyszałam, że cicho chichocze.
<Ktoś dokończy?>

Od Artemisii cd. Tobias

- Dołączyłam niedawno. - odparłam cicho. - Z siostrą. 
Byłam dosyć zmieszana. Albo byłam mało charakterystyczna podczas przedstawiania, albo nigdy wcześniej nie widziałam tego wilka. Nie pamiętałam, żebym go widziała, ale niewiele wilków przyuważyłam. „Tak się kończy unikanie członków stada. Potem mają cię za intruza.” 
- W takim razie przepraszam, nie chciałem cię urazić ani nic takiego. - odparł jakby przestraszony, że mogło mi się zrobić przykro. Odrobinę zaskoczyła mnie jego postawa, wydawać by się mogło, że to raczej ja byłam winna jego podejrzeniom, nie ukazując się wcześniej. 
- Nic się przecież nie stało… - lekko uniosłam kąciki w lekko niezręcznym uśmiechu.
Zapadła bardzo niezręczna cisza. Wilk wydawał się bardzo zamyślony, a ja nie wiedziałam, co robić. Wyrwać go z zamyślenia? Może odejść? Nie, lepiej coś powiedzieć. Tylko co? Nigdy nie miałam głowy do rozmów, nawiązywania kontaktów, czy choćby sklecenia prostego pytania by zagaić obcego wilka. 
Stałam tak, usiłując wysilić swój móżdżek, by w końcu pojawił się w nim jakiś zalążek tematu do rozmowy. Jednak zanim zdołałam cokolwiek wymyśleć, basior wyrwał się z zamyślenia.
- Przepraszam, zamyśliłem się. I w ogóle, gdzie moje maniery! Mam na imię Tobias, jestem strażnikiem dziennym. - uśmiechnął się niepewnie i przepraszająco zarazem. Och, no tak. Nawet nie pomyślałam, że mogłabym mu się przedstawić. „Czemu muszę być taka nieporadna towarzysko? Nawet nie wiem jak ten basior się nazywa. Nie dość, że nie mogłam znaleźć żadnego tematu do rozmowy, to nawet nie zdawałam sobie sprawy, że nie znam jego imienia! Ehhh, czemu to wszystko jest takie trudne.” Zorientowałam się, że trochę zbyt długo zwlekam z podaniem swojego imienia, więc czym prędzej powiedziałam:
- Ja jestem Artemisia. Dostałam stanowisko zabójczyni i wojowniczki. Miło mi cię poznać.
- Mnie też bardzo miło poznać nową waderę. - uśmiechnął się. Poczułam się zobligowana, by odpowiedzieć mu uśmiechem. Poniosłam więc ponownie kąciki pyska i wąsy. Próbując znowu znaleźć jakiś temat, najchętniej taki, na który ja nie musiałabym zbyt dużo mówić, uczepiłam się informacji o jego profesji.
- Zatem jesteś strażnikiem. To wyjaśnia czemu mnie tak przydybałeś. - zagaiłam.
- Cóż, moim obowiązkiem jest ochrona terenów. Nie potrzebujemy nieproszonych gości, ani wrogów. - odrzekł. - Nie myśl, że uważam cię za wroga. - dodał szybko. - Trzeba być zawsze czujnym na służbie. 
- Rozumiem. - odpowiedziałam. Mogło to jednak zabrzmieć jakbym jednak była o to zła. Szybko postanowiłam dodać: - Masz szczęście, że dostał ci się patrol w lesie. Gdybyś miał tam, na otwartej przestrzeni to… - wzdrygnęłam się - Można się ugotować.
Niestety nie trafiłam z tematem. Tobias wyraźnie się zmieszał. Prawie przewrócił się o konar drzewa, który wystawał spod jego łap. 
- Emm, taaak… Cóż, nie do końca tak jest… - zaczął się tłumaczyć, jednak co chwila przerywając. Kiedy już miał kończyć zdanie nadstawiłam uszu. Ktoś się zbliżał. Zmieszany dotąd Tobias szybko poszedł w moje ślady i już nie wydawał się być zmieszany, a bardzo spanikowany. 
- Nie powinno Cię tu być, prawda? - wyszeptałam do niego, również momentalnie przejęta. Nie do końca wiedziałam dlaczego, ale zdenerwowałam się równie bardzo, jakbym to ja robiła coś złego. Tobias rzucił się do ucieczki, a ja niewiele myśląc popędziłam za nim. Trzymałam się z tyłu, nie wiedząc dokąd biegniemy. Część mnie kompletnie nie rozumiała, czemu pędzę na oślep za nowopoznanym wilkiem w głąb lasu, którego nie znam, w dodatku zupełnie bez powodu. Była to teoretycznie racjonalna część, która jednak w tamtym momencie zdawała się do mnie kompletnie nie trafiać. Czułam, że gdybym została, naraziłabym się na więcej rozmów, może nawet konieczne wyjaśnienia, nie chciałam też wpakować dopiero co poznanego basiora w kłopoty. Pozostało mi tylko wpatrywać się w koniec jego ogona, gdy pędził przed siebie. Wspomagał się swoimi pazurami by swobodnie odpychać się od pniaków powalonych drzew, wielkich kamieni, które mijaliśmy co jakiś czas, wystających korzeni ogromnych, rozłożystych drzew, czy samych ich pni. Ledwo za nim nadążałam, jednak nie było trudno za nim trafiać, dużo przy tym biegu hałasował. Gorzej było z odnalezieniem się w zupełnie obcym terenie. 
Biegliśmy dobre dziesięć minut bez przerwy, w pełnym pędzie. Dawno już straciłam orientację w terenie, czy jakąkolwiek nadzieję, że dałabym radę wrócić do jaskini. W końcu basior zaczął zwalniać i zatrzymał się. Zaczynało mi już brakować tchu, więc również szybko wyhamowałam. Niestety potknęłam się o korzeń i prześlizgnęłam lekko łapami, ale Tobias na szczęście był odwrócony. Jeszcze tego brakowało, żeby zobaczył jak się przewracam. Zapamiętałby mnie jako powodującą kłopoty niezdarę. Jakbym nie narobiła sobie już bigosu lecąc tu za nim na łeb na szyję. 
- Nie wiedziałam, czy jeśli zostanę nie będę się musiała jakoś tłumaczyć. Czy coś. - bąknęłam na usprawiedliwienie swojej ucieczki z nim. Czułam się jakoś dziwnie zawstydzona. 
<Tobias? Napisałam chyba najnudniejsze dialogi na świecie xD>

15.06.2019

Od Tobiasa c.d Artemisia

Pełniąc patrol w tym upale bardzo łatwo odejść od zmysłów. Szczególnie kiedy twoja tura przypadła na najgorętszy jak dotąd dzień w obecnym roku. Przeraźliwy gorąc piekł sierść na moim grzbiecie tak mocno, że czułem się jakbym spacerował po wielkim, bezkresnym ognisku. Chciałoby się teraz urwać z pracy i pójść obmyć się w jakimś małym bajorku. Próbowałem nie myśleć o wodzie, o tym jakbym mógł wejść do jakiegoś lodowatego jeziorka w środku ciemnej jaskini i pozbyć się okropnego uczucia gorąca i duchoty.

W pewnym momencie upał stał się tak nieznośny, że wręcz musiałem skręcić do zacienionego lasu. Jeżeli zachowam odpowiednie środki czujności, nie powinienem zostać wykryty przez alfę ani rodziców. Gdyby tylko się mama się dowiedziała, na pewno rozpowiedziałaby to reszcie bet, a wtedy już krótka droga do Rachel. Nie uśmiechało mi się zostać skrzyczanym za to, że lenię się podczas godzin pracy. Muszę znaleźć jakieś zacienione miejsce, najlepiej zagłębione w ziemi. Jakaś nora pod korzeniami wielkiego drzewa byłaby idealna. Ciemna, zimna i ciasna.

Kiedy przedzierałem się wśród gęstwiny leśnych krzewów, jak najciszej tylko się dało, zdołałem wyczuć obcy mi zapach. Nieznajomy? Poczułem charakterystyczne uczucie w okolicy mostka, jakby ktoś wbił mi metalowy, zimny pręt. Serce zaczęło mi szybciej bić, a ja jakby instynktownie napiąłem wszystkie mięśnie, jakby gotowy do ataku. Bałem się, że mogę trafić na kogoś, kogo można by nazwać drugim Zero.

Podniosłem wyżej głowę, otwierając lekko pysk. Woń była mocna - nieznajomy musiał być blisko. Zdecydowanie nigdy wcześniej nie czułem tego zapachu. Jednak, posiadała w sobie coś, co uspokoiło troszkę moje napięte nerwy. Pachniała kobieco, co zmniejszało choć troszkę możliwość natrafienia na agresywnego osobnika. W końcu w większości wadery są spokojniejsze, nieprawdaż?

Pewniej, ruszyłem w kierunku, z którego dobiegała woń. Nie musiałem jednak daleko chodzić. Dosyć szybko zdołałem zauważyć waderę o czarnej sierści i niebieskich, jakby świecących przebarwieniach. Nie wyglądała jakby była agresywnym osobnikiem, co uspokoiło mnie już na dobre. Teraz jedynie podejść do niej i uświadomić że przebywa na zamieszkałych terenach, tak jak powinien strażnik podczas swojej służby. Kiedy do niej podchodziłem, musiała zauważyć moją obecność. Zwolniła, ostatecznie się zatrzymując.

– Witaj – przywitałem się grzecznie. – Co taka zbłąkana duszyczka robi na terenach Watahy Mrocznych Skrzydeł?

– Ostatnio tu dołączyłam – rzekła z ledwo wyczuwalnym spięciem w głosie.
Czyli była nowa? Zrobiło mi się troszkę głupio, co można było zobaczyć po mojej minie.

– Chciałem cię przegnać, ponieważ myślałem że jesteś następnym samotnym wilkiem polującym na naszych terenach… Przepraszam. – Mówiąc to położyłem po sobie uszy. – Musiałaś naprawdę niedawno tu dołączyć skoro cię nie poznałem. Kiedy to było?

< Artemisia? No kiedy dołączyłaś do watahy? >

Nowy basior! Markus (a może mam pisać Toxic...?)


Autor grafiki: Naprawdę nie znany lub nie do znalezienia. Jednak strona, z której jest to 'UI-EX".
Właściciel: mqrkus76@gmail.com
Imię: Markus, leczy wszyscy myślą, że ma na imię Toxic i tak się do niego zwracają. Nikt nie wie, że ma na prawdę na imię Markus. Pseudonim Toxic powstał od tego, że Markus zabija swoje ofiary trującym gazem.
Wiek: 3 lata
Płeć: Basior/Samiec
Żywioł: Trucizna, Śmierć, Ból, Cierpienie.
Stanowisko: Zabójca i zwiadowca.
Cechy fizyczne: Markus jest wysoki i chudy. Jego nogi są długie. Ma na sobie maskę gazową. Na jego szyi widoczna jest czarna obroża z kosmitą. Toxic ma krótkie rogi. Jego futro jest czarna i długie. Ma zielone piękne oczy. Jego pysk zdaję się spokojna, lecz zimny.
Cechy charakteru: Wilk jest spokojny. Szybko wybacza innym. Jest bardzo mściwy. Zabija swoje ofiary trującym gazem. Jest bardzo poważny. Czasami pożartuje z innymi, ale to rzadko. Szybko przywiązuje się do innych. Lubi podrywać inne wilki. Jeśli ktoś z nim zadrze nie będzie mieć długo od niego spokoju. Symbolizuje apokalipsę lub zarazę. Często inne wilki go omijają z daleka. Jest aspołeczny. Stawia pracę na pierwszym miejscu. Jest pracoholikiem.
Cechy szczególne: Nosi maskę przeciwgazową. Ma długie i chude łapy. Jest bardzo wychudzony co ma symbolizować epidemie i zarazę.
Lubi: Toxic lubi biegać i pływać. Kocha siać zniszczenie. Markus uwielbia węże, gady i owady. Pasuje mu tylko cisza i spokój.
Nie lubi: Nienawidzi hałasu.
Boi się: Poznać kogoś bliskiego.
Moce: Sieje epidemie i zarazę. Tworzy trujący gaz. Podłoże, po którym idzie w miejscach jego śladów ocieka trującą zieloną mazią. Rośliny pod jego łapami więdną,gniją lub obumierają.
Historia: Wilk błąkał się po lesie, szukając "szczęścia". Rośliny pod jego łapami obumierały. Tak bardzo chciał dotknąć rośliny. Wpatrzeć się w nią powąchać. Usiadł na ziemi. Zakradł się do krzewów. Zauważył stado saran i jeleni. Z jego maski wydobył się zielony trujący gaz. Zwierzęta po chwili padł na ziemie. Ptaki, sarny, jelenie... Leżały martwe na trawię.  Ominął tą polanę szerokim łukiem i zaczął iść przed siebie. Z daleka zauważył zwierzęta. Z jego maski znowu poleciał zielony gaz. Podchodził powoli do istot. Okazało się, że to były inne wilki. Gaz przestał lecieć z maski. Markus zapoznał się z nimi i dołączył do Watahy Mrocznych Skrzydeł.
Zauroczenie: Nie ma.
Głos: ReTo - Piotruś Pan
Partner: Brak, cały czas szuka. Jest to dość trudne.
Szczeniaki: Brak, ale chciałby mieć.
Rodzina: Nikt je nie zna, a Markus o niej nie mówi.
Jaskinia: Mieszka w cichej i oddalonej od innych jaskini.
Medalion: Link
Towarzysz: brak
Inne zdjęcia: brak
Przedmioty kupione w sklepie:  brak
Dodatkowe informacje: Chyba to wszystko
Umiejętności:
: Siła: 40
: Zręczność: 90
: Wiedza:50
: Spryt: 110
: Zwinność: 100
: Szybkość:100
:Mana: 310

Od Artemisii c.d Chętny

Obudziło mnie niezwykle głośne ćwierkanie ptaków. Właściwie, gdyby dało się odróżnić w ich mowie krzyczenie od zwyczajnego mówienia, można by zdecydowanie rzec, iż obudziły mnie ich wrzaski. Darły się i darły, nawet gdy zaspana wyjrzałam z jaskini, jakby ostentacyjnie pokazując mi, że są niezwykle rozemocjonowane. Cóż, ja nie byłam. Jak co rano, zero zapału. Może jedynie by sprawdzić, czy siostra jest za tymi grubymi, kamiennymi ścianami. Poziewując poczłapałam więc do tunelu, który prowadził do jej jaskini. Upewniwszy się, że jeszcze sobie smacznie śpi, zaczęłam zastanawiać się, co tu począć. Nic ciekawego, co mogłabym robić nie przyszło mi do głowy, dlatego jak co dzień ruszyłam, by złapać sobie coś do jedzenia. Niby są wspólne posiłki, przydziały porcji i tak dalej, ale gdy nie ma się co robić, a chce ograniczać kontakty z innymi wilkami do minimum, to cóż, polowanie na własną łapę jest całkiem dobrym pomysłem na zaczęcie dnia. Ruszyłam więc truchcikiem w stronę polan z wysokimi trawami, dwa króliki powinny wystarczyć dla mnie i Asti.
Po szybkim polowaniu i zjedzonym śniadaniu wróciłam jeszcze na chwilę do domu, by zostawić Asterii królika. Nie było jej, ale nie zepsuje się przecież. Jako że słońce było już wysoko na niebie zaczynał się robić upał, toteż postanowiłam pójść na spacer do lasu. Przechadzałam się między ogromnymi, powykręcanymi drzewami, a iskry na moich przednich łapach wydawały się lśnić bardziej niż zwykle. „Będę musiała niedługo trochę poćwiczyć, żeby się wyładować” pomyślałam. W tym samym momencie usłyszałam szelest. Nie tylko ja wpadłam na ten genialny pomysł by w tak słoneczny dzień udać się na spacer do lasu. Cóż za niespodzianka. Za drzewami majaczyła samotna postać i ewidentnie zmierzała w moją stronę.

<Ktoś dokończy?>

Poznajcie Artemisie i Asterie, siostry które zdecydowały dołączyć do Naszej watahy!

 Autor grafiki: DragginCat 

Właściciel: Hoshiko 
Imię: Artemisia, siostra mówi na nią Misia
Wiek: 3 lata 5 miesięcy
Płeć: Wadera
Żywioł: Błyskawica, woda, chaos, mrok
Stanowisko: Zabójca, Wojownik
Cechy fizyczne: Jest mocno zbudowana, nie gruba, ale przysadzista. Ma czarną, puszystą i grubą sierść z niebieskimi znakami i plamami, które delikatnie mienią się na niebiesko (a gdy ktoś się przyjrzy, może zauważyć, iż wygląda to jakby skrzyły się niczym miliony malutkich błyskawic). Ma przebite uszy i liczne kolczyki.
Cechy charakteru: Artemisia jest raczej wycofana, spokojna i smutna. Próbuje maskować swój smutek przed siostrą, która jest dla niej najważniejsza na świecie. Miewa momenty załamania, w których może myśleć tylko o tym, że zawiodła swoją rodzinę, ucieka wtedy od wszystkich. To bardzo sumienna wadera, uprzejma, najczęściej miła, ale niewielu ma okazję się o tym przekonać. Ze względu na swoją wrażliwość rzadko kogoś do siebie dopuszcza. Najczęściej ucieka od towarzystwa. W jej życiu nigdy nie była z nikim naprawdę blisko, od wszystkich raczej się odsuwa. Siostra jest jedyną osobą, przy której czuje się w miarę spokojnie, ale też nie całkowicie. Nie ma tak naprawdę kogoś, kto by ją zrozumiał, większość czasu jest więc sama.
Cechy szczególne: Jej znamiona opisane wyżej. Kolczyki w uszach.
Lubi: Samotne spacery, cień, chłodną pogodę, przebywać blisko wody, czytać, trenować walkę. Bardzo lubi jeść. Najbardziej lubi spokój.
Nie lubi: Cóż, dużo by się tego znalazło. Nieprzyjemnych, nachalnych, irytujących wilków. Upałów. 
Boi się: Że może znaleźć się w sytuacji, gdy nie będzie mogła się wyładować (w przenośni i dosłownie). Ale najbardziej martwi się o swoją siostrę, została jej tylko ona i próbuje ją chronić za wszelką cenę.
Moce: 
~ Może przeniknąć w cień, staje się wtedy niewidoczna, może to być naprawdę niewielki skrawek cienia
~ Potrafi wytworzyć wokół siebie bądź innych kopuły czy też bariery z wody, a następnie wedle własnego życzenia może sprawić by znalazły się pod śmiertelnym napięciem, sama decyduje też czy ma być ono niebezpieczne od zewnątrz czy też od wewnątrz, zależy to od jej intencji - może to być bronią, może być ochroną
~ Czasem miewa napady jak to nazywa „szału elektrycznego”, wtedy to z jej znaków, uszu, oczu, pazurów, które normalnie jedynie się skrzą zaczynają się wydobywać prawdziwe błyskawice o niebotycznej sile, niebieskie światło rażące najbliższe otoczenie, wtedy też jej natura chaosu wychodzi na wierzch i ledwo powstrzymuje się przed rozszarpywaniem wszystkiego na strzępy, wygląda wtedy inaczej, strasznie; prawie jest już w stanie kontrolować te ataki, jednak w chwilach wielkiej wściekłości mogłoby się jej to nie udać
~ Niekiedy wzmacnia swoje uderzenia, ciosy, drapnięcia czy ugryzienia błyskawicami, wtedy są jeszcze silniejsze
~ Doskonale widzi w ciemnościach
Historia: Urodziła się jako jedyna wadera w miocie. Jej rodzice nie należeli do żadnej watahy, mieli tylko siebie. Musiała od małego pomagać w zdobywaniu jedzenia, tak naprawdę nie miała beztroskiego dzieciństwa, co chwilę musieli się przenosić. Kiedy dalej była maluchem jej matka ponownie urodziła, tym razem siódemkę. Przeżycie ich wszystkich było nieomal niemożliwe. Pierwsze miesiące przetrwała piątka, czwórka z nich była bardzo silna, jedna dziewczynka, Asteria, bardzo słaba. Wtedy natrafili na watahę magicznych wilków, takich jak oni. Przyjęli ich do siebie, a Artemisia czuła ogromną ulgę nie musząc się już martwić o jedzenie dla młodszego rodzeństwa, o to, czy nie będą musieli porzucać swoich kryjówek na rzecz innych stworzeń. Jednak bezpieczeństwo to nie trwało długo. Pewnego wyjątkowo ponurego wieczoru siedlisko ich watahy zostało odnalezione przez ludzi. Najpierw słychać było wycie ich psów. Potem zjawili się oni, zaczęli narzucać sieci na wilki, strzelać z dziwnie wygiętych patyków, podpalać ich domy. Łapali ich, zabijali, podpalali. W furii nie zważali na nic. Wtedy dwuletnia Artemisia popędziła do drzewa przy którym mieszkała wraz z rodziną. Zobaczyła jak ojciec walczył z ludzkimi psami. Umarł na jej oczach. Chwilę po tym, kiedy jeszcze biegła w stronę domu zawaliło się drzewo, podpalone przez ludzi. Zatorowało drogę do jaskini, w której utknęło jej rodzeństwo i matka. Próbowała sprowadzić swoich braci, których wcześniej widziała walczących, ale nie mogła ich znaleźć. Wszyscy uciekali lub ginęli. W końcu udało jej się uratować najmniejszą z młodszego rodzeństwa, tylko ona zdołała się przecisnąć pod zawalonym drzewem. Uciekła z nią starając się nie myśleć o tym, że przez nią ginie jej rodzina. Później tułały się razem po lasach i górach i dolinach. Nie mogły znaleźć nikogo ze starej watahy, o braciach słuch także zaginął. W końcu natrafiły na kolejną watahę.
Zauroczenie: Brak
Głos: Debbie Harry
Partner: Brak
Szczeniaki: Brak
Rodzina: Rodzice jak i młodsze rodzeństwo (poza Asterią) zginęli, jej braci (Arminiusa i Clarence’a) uznaje się za zaginionych, jednak najbardziej prawdopodobne jest, iż również nie przeżyli
Jaskinia: To jaskinia połączona z jaskinią jej siostry niezbyt dużym tunelem 
Medalion: ~~~
Towarzysz: Brak
Inne zdjęcia:
kiedy była mała
kiedy jest w szale (autor PineappleBarghest)  
Przedmioty kupione w sklepie: Brak
Dodatkowe informacje: 
~ Nosi swój medalion przewiązany na tylnej łapie
~ Podczas używania mocy jej nos świeci się na niebiesko
Umiejętności: 
: Siła: 200
: Zręczność: 100
: Wiedza: 100
: Spryt: 100
: Zwinność: 120
: Szybkość: 100
:Mana: 80



Autor grafiki: Nie mogłam znaleźć ): (To jakiś rusek z jakiejś podrzędnej strony, choć nawet nie wiem czy to on)

Właściciel: Hoshiko
Imię: Asteria, w skrócie Asti
Wiek: 2 lata 6 miesięcy
Płeć: Wadera
Żywioł: Woda, lód, powietrze, jeszcze jednego nie odkryła
Stanowisko: Nauczyciel liczenia, Zaganiacz
Cechy fizyczne: Asti jest niska jak na wilka. Ta młodziutka, szczupła wadera ma bardzo puszystą sierść i ogon przypominający szczotkę. Jej czarne futerko przecinają gdzieniegdzie białe lub niebieskie, (słabo) świecące w ciemności plamy. Ma bardzo puszysty szal z futerka wokół szyi, a długa sierść często wpada w oczy.
Cechy charakteru: Asteria jest dosyć radosną i cieszącą się z życia wilczycą. Jest bardzo przyjazna, towarzyska i miła. Przy siostrze bywa czasem wycofana i zamknięta w swoim świecie, ale dużo częściej jest narwana i do bólu optymistyczna. Należy do osób, które nie mogą się nudzić, ani nic nie robić. Próbuje udowodnić siostrze, że ta nie musi się o nią nieustannie martwić, więc mimo swojej dziecinności stara się zachowywać jak dojrzała wilczyca. Jest bardzo empatyczna i domyślna, uważa, że ma szósty zmysł, który nigdy jej nie zawodzi.
Cechy szczególne: Bardzo często śpiewa albo nuci pod nosem. Na jej ciele są niebieskie znaki, które świecą w ciemnościach na błękitny kolor.
Lubi: Śpiewać, biegać, przepada za słodyczami. Musi też czuć się potrzebna, więc lubi mieć coś do roboty. Uwielbia polowania, aktywność fizyczną, ale także usiąść i poczytać książkę, więc jej plan dnia jest zazwyczaj dokładnie ułożony, by miała czas na wszystko.
Nie lubi: Niesprawiedliwości, oszustw i kłamstw, zdrady to w jej mniemaniu jedna z najobrzydliwszych rzeczy. Ponadto nie przepada za zadufanymi w sobie, ale kto by lubił cokolwiek z wymienionych tu rzeczy. Nie znosi też smutku, zawsze próbuje jakoś naprawić sytuację czy też humor innego wilka.
Boi się: Że ktoś może przez nią cierpieć, że straci swoją siostrę, że jej siostra nie będzie miała nigdy szczęścia w swoim życiu. Nieswojo czuje się również w otoczeniu bardzo, bardzo wysokich drzew.
Moce: 
~ Potrafi manipulować wodą (o ile jest jakaś w pobliżu) i walczyć za pomocą robionych z niej kul bądź biczy
~ Umie lewitować, ale nie trwa to zbyt długo (nie wytrzyma więcej niż godzinę), wtedy może się również poruszać, więc tak jakby biegnie w powietrzu, jest to jednak dosyć wyczerpujące; dzięki temu jest również superszybka, gdyż podczas susów wspomaga się zdolnością do lewitowania na dosłownie ułamek sekundy, po czym wspomaga się wytworzonym pędem by osiągać zawrotne prędkości czy poprawić zwrotność
~ Może zrobić wokół siebie kopułę z lodu, ewentualnie tarczę z lodu przy innym wilku (taką część kopuły), jest ona nieomal nie do przebicia
~ Jest w stanie chodzić po wodzie tworząc na jej powierzchni małe punkty z lodu, bądź zamienić całą taflę w lód (nawet na słońcu)
Historia: Historia jest opisana w formularzu jej siostry, Asteria praktycznie nic nie pamięta ze straszliwej nocy, głównie jej tułaczkę z siostrą.
Zauroczenie: Brak, ale kto wie czy nie znajdzie się jakiś miły wilczek, który wpadnie jej w oko…?
Głos: Dolly Parton
Partner: Brak
Szczeniaki: Brak
Rodzina: Rodzice i trójka rodzeństwa z tego samego miotu nie żyją, nie wiadomo co ze starszymi braćmi, starsza siostra żyje i mieszka z nią
Jaskinia: Jest połączona w kompleks jaskiń z jaskinią jej siostry 
Medalion: ~~~
Towarzysz: Póki co brak
Inne zdjęcia: Brak
Przedmioty kupione w sklepie: Brak
Dodatkowe informacje: 
~ Ma wielką słabość do ładnych kamieni (nie tylko szlachetnych) i je kolekcjonuje
~ Tak jak jej siostra nosi swój medalion zawiązany na łapie
Umiejętności: 
: Siła: 50
: Zręczność: 120
: Wiedza: 120
: Spryt: 100
: Zwinność: 150
: Szybkość: 200
: Mana: 60


14.06.2019

Nowa wadera! Vi


Właściciel: Mika913
Imię: Vi
Wiek: 3 lata
Płeć: wadera
Żywioł: Szaleństwo, czarna magia, iluzja, cień
Stanowisko: szaman
Cechy fizyczne: Mimo, że wygląda jakby miała niedowagę Vi jest dosyć szybką, zwinną i wytrzymałą waderą. A kiedy odczuwa swoją żądze mordu to nawet nie jest jej potrzebna siła by skoczyć i wbić pazury i kły w swoją ofiarę.
Cechy charakteru: Vi - jak to mówią - jest dziwna. Często rozmawia głosami które tylko ona słyszy. Często przy innych wilkach bo zapomina że słyszy je tylko ona. Jest nieśmiała, ale mimo wszystko miła i lojalna, tylko przez jej zachowanie inni nie są zbyt chętni do poznania jej. Zdenerwowana jednak potrafi być bardzo niebezpieczna.
Cechy szczególne: Jej czarne jak smoła oczy z których ciągle płynie krew oraz czerwone paznokcie.
Lubi: Spokój i spanko
Nie lubi: Kiedy się na nią krzyczy
Boi się: Utraty głosów i całkowite pogrążenie się w szaleństwie
Moce: 
- posiada głosy które jej pomagają
- potrafi wprowadzić kogoś w obłęd, sprawić by pogrążył się w szaleństwie
- Voodoo, rozmowa z martwymi za pomocą tablicy, rzucanie klątw - ogólnie czarna magia
- potrafi wytworzyć swojego klona, który wygląda jak ona, zachowuję się jak ona i mówi ja ona. Nie jest on jednak materialny przez co przenikają przez niego przedmioty (lub sam może przeniknąć przez np. ścianę) więc walczyć też nie może
- Iluzja świata - Potrafi wytworzyć jakby hologram swojej rzeczywistości - np. wymyśli sobie kwiatka i będzie on widoczny przez jakieś 20 sekund ponieważ jest to bardzo wyczerpujące.
- Podróż cieniem
Historia: Jej wataha była bardzo przesądna. Według nich nic nie działo się bez przyczyny. Przez takie podejście wilki te bały się wszystkiego. Dosłownie. Podczas jej narodzin do jaskini w której Vi była rodzona przyleciało 6 kruków. Uznano to za zły omen i jej ojciec bojąc się konsekwencji uciekł zostawiając ją tylko z matką. Przywódcy więc nakazali baczą obserwacje młodą waderę by zobaczyć czy nie została ona przysłana przez zło. Na pamiątkę tego wydarzenia nadali jej imię Vi które oznacza cyfrę 6. Wszystko było dobrze, aż do jej 1 urodzin. Wtedy wadera zaczęła słyszeć głosy. Oczywiście próbowała to ignorować, ale kiedy pewnego razu podczas zabawy zaczęła się kłócić z jednym wilkiem, a głosy stały się tak głośne i nie do zniesienia, że odzyskała świadomość dopiero zmywając krew z pazurów. Wataha kiedy znalazła ciało martwego wilka od razu skierowała podejrzenia na Vi. Wstawiła się za nią jednak matka, przez co została uniewinniona. Pewnej nocy jednak usłyszała głosy które nakazały jej iść do wyjścia jaskini. Podeszła do wyjścia jaskini i ujrzała tam matkę mówiącą, że jest to demon nie wilk i że należy ją zlikwidować jak najszybciej. Wadera wróciła i udawała że śpi. Na następny dzień gdy tylko chciała wyjść zatrzymała ją matka. Ta kiedy usłyszała że Vi wszystko poprzedniej nocy słyszała rzuciła się na nią zostawiając paskudną bliznę na jej boku. W tedy wadera zapłakała krwią po raz pierwszy a jej oczy stały się czarne. Matka wystraszona tą zmianą odskoczyła od córki i pozwoliła jej uciec. Podczas wędrówki Vi dogadała się ze swoimi głosami. Były one bardzo pomocne np. nauczyły ją które rośliny pomogą jej z ranami, które są dobre na choroby albo co zrobić gdy znajdziesz się w jakiejś sytuacji. Dowiedziała się jednak że nie są one wszechwiedzące bo nie umiały jej pomóc z prostymi czynnościami jak np. polowanie. Sama musiała wytropić zwierzynę i oszacować jak mniej więcej sobie z nią poradzić. Z czasem i pomocą głosów nauczyła się kontrolować swoich mocy i obiecała sobie jedno. Nigdy nie wróci do starej watahy.
Zauroczenie: na razie nie ma nikogo na oku
Głos: Link
Partner: brak
Szczeniaki: brak
Rodzina: Ojciec uciekł kiedy była mała, a matka próbowała ją zabić - więc brak
Jaskinia: Link
Medalion: Link
Towarzysz: brak
Inne zdjęcia: brak
Przedmioty kupione w sklepie: brak
Dodatkowe informacje: Kiedy bardzo się zdenerwuje głosy w jej głowie krzyczą tak głośno, że aż nie słyszy co do niej mówią inni. W takiej sytuacji należy uważać, nie prowokować i poczekać aż się uspokoi. Nie chcemy przecież nikogo krzywdzić... prawda?
Umiejętności:
Siła: 100
Zręczność: 114
Wiedza: 122
Spryt: 120
Zwinność: 114
Szybkość: 115
Mana: 115

12.06.2019

Michio CD. Krzemień

Cóż, nie od dzisiaj wiedziałem, że ludzie są okropni. Nie miałem zielonego pojęcia, co tu robię. W jednej chwili idę sobie spokojnie, w drugiej jestem w klatce. W więzieniu! Przeskrobałem coś? Szczerze wątpię. Do czego mogłem być potrzebny tym niewyżytym ludzikom?
Trzeba stąd wyjść.

...

Kłódka?

Cudownie.

Obszedłem jeszcze swój metalowy pokoik kilka razy, żeby upewnić się, czy aby na pewno nikt nie zostawił tu klucza. Tak choćby przez nieuwagę. Jednak moje nadzieje okazały się bezcelowe. Nic oprócz pustki, której było tak dużo, że zdawała się wyciekać przez kraty. Nic oprócz ciemności, przez którą ledwie byłem w stanie zobaczyć swoje łapy.

Tak to jest, jak spacer wydłuża się do wieczora.

Gdzieś musi być wyjście, cholera!

Powierciłem się trochę bez celu, mając nadzieję, że na coś wpadnę. No i może nie ja na coś wpadłem, ale ktoś postanowił wpaść do mnie. Dość wysoki basior zerknął do mojej metalowej komnaty. Przechadza się czy ucieka?
Chciałem go poprosić o pomoc, jednak głos uwiązł mi w gardle i mogłem jedynie otworzyć i zamknąć paszczę na podobieństwo 'pomóż'. Wilk na szczęście zrozumiał aluzję i podszedł bliżej. Nie mógł być źle do mnie nastawiony, prawda?

Raczej nie, ponieważ po chwili mogłem wyjść na wolność. Skinąłem mu głową, nie wiedząc, czy jestem już zdolny do mowy. Przyglądając się zmianie koloru jego sierści, wyskoczyłem z klatki. Nagle coś głośno szurnęło. Czułem jak moje futro na karku rwie się do góry. Absolutnie nie miałem zamiaru tam zostać.

<Krzemień? Sorki, że tak słabo merytorycznie, ale serio nie mam pojęcia, co wykombinować.>

8.06.2019

Od Lii do Noego

Chyba za dużo sypnęłam przyprawy do piernika. Chyba. No ale, raz się żyje! Po tym pierniku raczej długo nie pożyjemy.
- Crys, weź rozgrzej piec! - zawołałam do smoka. Samica coś tam burknęła pod nosem unosząc powieki, i przechylając głowę w moją stronę.
- Naucz się używać zapałek - burknęła zataczając się na bok, i tak leżąc.
- No choć tu. Kici kici - uśmiechnęłam się pod nosem, gdy smoczyca parsknęła, po czym wstała by rozgrzać niby piec. No, i fajnie.

***Przeskok czasowy bo nie chce mi się opisywać czekania aż się upiecze i reszty robienia ciasta***

Odmierzanie czasu było równie nudne co czekanie na zaschnięcie się farby na ścianie, albo aż herbata ci ostygnie, bo przez wrażliwy język nie możesz pić gorącego. Duszki wietrzne wyłożyły blachę z piernikiem na deskę. Podeszłam by zobaczyć czy się nie spalił. Nie wyglądało na to. Para unosząca sie w powietrzu mówiła sama za siebie, że ciasta nie trza ruszać. I teraz od nowa czekanie, aż ciasto wystygnie.

<Noe? Czy tylko ja nie mam na to pomysłu?>

Od Krzemienia do Michia


Klatka była mała, żeliwna i nieprzyjemnie lodowata. Blady, ciepły blask ogniska nie zalewał na tyle przestrzeni obozowiska by oblać i mnie. Pośród ognia krzątali się ludzie, ubrani w zielone mundury, może to skauci, może żołnierze, pojęcia nie miałem. Jeden z nich kucał nad blaszanym garnkiem i mieszał coś w środku, kolejna dwójka przysiadła na kłodach obok i śmiała się z jakiś beznadziejnych kawałów. Trzeci kulił się przy kłodzie i gryzł ponuro czerstwy chleb. Namioty wokół nich skutecznie zniekształcały pole widzenia tak, że żeliwne klatki na uboczu nikły w półmroku. Nie dało się sprecyzować ilu jeszcze prócz mnie zasłużyło sobie na zestrzelenie lotką usypiającą i zapakowania do pick-up’a (nie pytajcie skąd ja takie nazwy znałem. Załóżmy, że dużo się przez przez te parę lat doświadczyło). W cienistych sylwetkach rozpoznałem może parę lisów, jakiegoś borsuka oraz dwie wyderki tulące się do mojego ogona. Wiem, urocze, ale nie o tym wtedy musiałem myśleć.Nie miałem pojęcia po co im aż tyle zwierząt, do tego mięsożernych i dzikich- z tego co wiem, ludzie raczej nie kwapią się, żeby nas jeść. Wolą tłuste, potulne trawojady. Futer też raczej nie chcą, bo gdyby tak było, już wszyscy wisielibyśmy głową w dół na jakiejś gałęzi, dawno martwi i oskórowani. Nie bylibyśmy im potrzebni żywi, futra i tak się nie psują jak mięso, mam rację? Cała ta sytuacja była co najmniej dziwna.
- Trzeba wiać i to prędko- Mruknąłem pod nosem i słyszałem, jak głos przesiąkł mi niepokojem. Po co ja do jasnej cholery przechodziłem przez ten durny portal...
Poczekałem tak z godzinę lub dwie, aż gromadka ludzi rozejdzie się do namiotów, pozostawiając po sobie tylko tlące się ognisko. Bosko.
Skupiłem całą uwagę na kłódce zwisającej z boku mojej klatki, trochę postękałem, powytrzeszczałem gały, aż metal zaczął się zamieniać w bezkształtnego gluta i opadł z plaskiem na dno bagażnika pick-up’a. Gorąca maź przeżarła się z sykiem przez podłogę po czym zniknęła w ziejącym mrokiem otworze w podłodze. Drzwi klatki uchyliły się- wolność. Dwie wyderki zwiały szybciutko przez szparę i zniknęły w gęstwinie lasu, a ja ostrożnie, powoli zgramoliłem się z auta. Wybaczcie współwięźniowie, nie mam zamiaru za was umierać. Bon voyage! Zacząłem pełzać między namiotami nisko przy ziemi, jak jakaś skradająca się lwica. Uszy drgały nerwowo, próbując wyłapać każdy nawet najdrobniejszy szmer. Próbowałem nie potknąć się przy okazji o żaden wystający kołek albo linkę namiotową, o garnek, butelkę, cokolwiek co mogło nahałasować. Nagle z jednego z namiotów strzelił snop światła. Zamarłem momentalnie i przytuliłem się do ściany namiotu. Młody rudzielec wyskoczył ze środka, siłując się z rozporkiem i wpadł po kolana w krzaki. Powoli wypuściłem powietrze z płuc. Uznałem, że trochę mu się zejdzie, więc ruszyłem dalej. Minąłem kolejne auto wypakowane po brzegi klatkami. Już miałem je zignorować i ominąć, ale jeden z kształtów poruszył się nagle.. Odruchowo zerknąłem za siebie i znów znieruchomiałem. O, proszę proszę. Wilka też złapali. Dość drobny basior lub wadera (ciężko sprecyzować w tym mroku), wychylił swój czarny pyszczek spomiędzy prętów i wypowiedział nieme “pomóż”. Znał nasz język, czyli nie mógł być stąd. Ha, a więc nie tylko mi się zamarzyło przechodzić przez portal. Więc podszedłem, nie zostawię swojego na lodzie.
(Michio?)

3.06.2019

Od Shiry CD Elliot

- Ruszajmy więc! - zawołałam radośnie i skierowałam się w stronę domu Lii.
Elliot dorównał mi kroku. Rayla dopiero po chwili ruszyła się i niechętnie włóczyła łapami po mojej prawej. Ciekawe czy polubi tego basiora. W pewnym momencie tygrysica podeszła do Elliota.
- Jesteś taki mizerny, że ledwie na śniadanie by mi cię starczyło - zaśmiała się i szturchnęła go w bark.
Ten tylko zaśmiał się nerwowo i położył uszy po sobie. Pokręciłam głową. Ah czy ona musi wszystkich nie lubić?
- Nie zwracaj na nią uwagi, ona tylko żartuje - powiedziałam, wzdychając.
Towarzyszka rzuciła mi spojrzenie typu "no co?" i machnęła ogonem.
Przewróciłam oczami. Cóż, można uznać, że to był żart więc może jest pozytywnie nastawiona do basiora? Niedługo potem byliśmy już przed jaskinią alfy. Tygrysica została przy wejściu, a my weszliśmy do środka, chociaż Elliot trochę niepewnie. Przywitałam się z Lią i opisałam krótko sytuację. Po kilku słowach basior został przyjęty do watahy. Pożegnaliśmy się z alfą i wyszliśmy.
- A więc witamy w Watasze Mrocznych Skrzydeł, Elliot - powiedziałam i posłałam basiorowi ciepły uśmiech.

<Elliot?>

1.06.2019

Od Noego CD. Lii 'Smok pewnie wie...'


Royce, tak jak ja wcześniej, rozkoszował się ciepłem i miękkością kocyków Alphy, podczas gdy ja przyglądałem się składnikom potrzebnym do przygotowania piernika. Nigdy nic nie piekłem, więc postanowiłem, że będę robił jak najmniej, żeby nic przypadkiem nie zepsuć. Wkrótce pałętające się wszędzie duszki uciekły do swoich zajęć, a jeden z nich zostawił nam całkiem sporą książkę kucharską. Przynajmniej tak wywnioskowałem po drewnianej łyżce i kapeluszu szefa kuchni na okładce. Cóż, nie umiem czytać. Ale się nauczę!
Szara wadera przemknęła szybko obok mnie i przekartkowała strony, aż nie ukazało się jej to, czego szukała. Wgapiała się chwile w małe literki, śmiesznie przybliżając się do literek.

- To najpierw mąka. Tylko trzeba ogarnąć miskę. Chcemy mieć dużo czy mało ciasta?- Wzruszyłem ramionami.- To dużo.

Pani Alpha w jednym momencie odwróciła się, a w drugim miała największą miskę, jaką widziałem w życiu.

- Przyda się więcej mleka- mruknęła pod nosem.- Podaj mąkę- poleciła, a mało wyraźne duszkowate stworki zaraz przyniosły jej dzban mleka.

Przesunąłem paczkę z białym proszkiem w stronę Alphy. Cudem udało mi się jej nie rozsypać. I bardzo dobrze. Nabrudzenia w jaskini Alphy bym nie przeżył. Smok pewnie doskonale wie, co robić z takimi bałaganiarzami.
Przełknąłem ślinę i nerwowo zerknąłem na Crystal. Gdy jednak okazała się smacznie spać, wróciłem do wpatrywania sie w zdolności kucharskie Pani Alphy.

- Dzięki.- I wsypała wszystko do miski. Sporo tego będzie...


Zerknąłem na Royce'a.


<Lia?>