10.02.2019

Od Noego CD. Exana


Naprawdę chciałem już iść. Gdziekolwiek, byle z dala od wstydu, którego sobie właśnie narobiłem.

- To poszukamy go razem, ciekawe kto tu kogo odszuka.

NIEEEE.

Chciałem już dowalić posłusznym 'Tak jest, proszę Pana', ale nie zdążyłem, gdyż basior wziął mnie za szyję i zanim się nie obejrzałem byłem na jego grzbiecie.

NA MIŁOŚĆ BOSKĄ, JA SPADNĘ!

- Trzymaj się mocno- zaproponował z uśmiechem samiec, ruszając do przodu. Zachwiałem się i złapałem się go mocniej, mimo tego, że był mi obcy. Nie musiał mi tego mówić!

- Dobrze, proszę Pana...- mruknąłem cicho, wtulając się w sierść wilka. Tylko po to, żeby nie spaść!

- Nie panuj mi tu, mów mi Exan.

- To chyba nie ładnie zwracać się do dorosłego po imieniu- zauważyłem, wypatrując Royce'a w pobliżu. Oczywiście dalej byłem wczepiony w basiora, a jego lekko długa sierść na karku ograniczała mi widoczność, ale czego się nie robi, żeby nie spaść? Kiedy już znajdę tego kruka, to tak go skrzyczę, że zapomni, gdzie jest góra, a gdzie dół.

- Jeśli masz pozwolenie, to jest w porządku- odparł spokojnie.- Widzisz gdzieś swojego kruka?

- Szczerze, to w ogóle mało widzę- przyznałem dość nieentuzjastycznie. Przed oczami widniało mi tylko gęste i puszyste futerko basiora i może jakieś skrawki prawie łysych drzew, które mijaliśmy, ale po tym czarnym diable nie było śladu. Chociaż wyglądało na to, że Exan zamierza opuścić las. Mieliśmy przecież szukać Royce'a!- Gdzie idziemy?- Przezwyciężyłem swój instynkt samozachowawczy i postanowiłem wstać, z nadzieją, że ewentualny upadek nie będzie zbyt bolesny.

- Hej, hej, hej, bo spadniesz!- Basior zatrzymał się, przez co znów wleciałem w jego sierść. Powstrzymałem pisk, kiedy wydawało mi się, że rzeczywiście, tak jak przestrzegł samiec, za momencik spadnę. Udało mi się jednak utrzymać równowagę i za chwilę wczepiłem się w niego jeszcze mocniej niż poprzednio.

- Chcę znaleźć Royce'a- poinformowałem stanowczo.

- Wiem, właśnie go szukamy- odparł zdziwiony.- Myślałem, żeby pójść po twoim tropie, bo twój Royce mógł wrócić się w tamtą stronę- wytłumaczył na spokojnie.

To zdawało się mieć sens.

- I chcę chodzić po ziemi- fuknąłem.- Umiem samemu.

- Nie wątpię- odrzekł z westchnieniem, pochylając się i dając mi zejść. Już z pewnością, której zabrakło mi wcześniej, zeskoczyłem z Exana. W tamtym momencie, gdy starszy się wyprostował, zainteresowałem się niebieskim znakiem na grzbiecie basiora.

- Co to?- spytałem, spoglądając na wiadomy symbol.
<Exan? Jakość powala, wiem>


Od Yuki c.d Yuki „Hello darkness my old friend” cz.8


Podziwiałam krajobraz dopóki jedna z towarzyszek nie wyrwała mnie z transu.
- To jaką będziemy mieć strategie? – zapytała Eleonora.
- Proponowałabym znaleźć jakąś watahę i wytropić jakieś słabe i aspołeczne osobniki – zaproponowałam.
Bardzo chciałam zdobyć te części ciała jak najszybciej się da, tak aby nie czekać na koniec terminu. Takie rozwiązanie byłoby jednym z szybszych i bezpieczniejszych rozwiązań, jednak posiadało swoje minusy.
- A jeżeli w watasze jaką znajdziemy nie będzie wilków pasujących do twojego opisu? – spytała Eleonora.
Spojrzałam na nią, gromiąc jej przestraszoną i niepewną twarzyczkę płomiennym wzrokiem. Naprawdę, chyba jest najbardziej pesymistycznym wilkiem z naszej trójki. Garbuska pod ciężarem mojego wzroku się speszyła, kładąc po sobie uszy i obniżając głowę.

C.D.N

Od Exana cd Noe

 Po kolejnym moim stanowczym tekście, nagle usłyszałem szczenięcy, przestraszony głos. Stałem, jak ten pręt wbity w ziemię przez chwilę, zastanawiając się, czy nie podejść i nie pomóc temu komuś, jeśli dobrze usłyszałem. W końcu moje łapy były mi posłuszne, więc podszedłem bliżej do krzewów... powoli, jakbym się spodziewał jakiegoś ataku, spoglądam w dół i widzę małego, czarnego szczeniaka, który właśnie siłował się z czymś...
- Co ty mały tu robisz?- zapytałem, nie wiedząc co powiedzieć. Nie wiem, jak zachowywać się w stosunku do małych osobników, nie znam ich psychologii, choć sam kiedyś byłem szczeniakiem, ale nie pamiętam już tego, co było dawniej.
- Utknąłem.
 Z jego smutnych i przestraszonych oczu, zjechałem wzrokiem na jego łapki, które kurczowo trzymały się jakiegoś korzenia.
- Nie bój się, zaraz ci pomogę.
Mały stał niespokojnie, ale pomimo tego pomogłem mu się wyswobodzić.
Gdy szczeniak znalazł okazję do ucieczki, nie kwapił się, aby z niej nie skorzystać.
- Hej! Zatrzymaj się!- krzyknąłem do niego, a szczeniak jak na rozkaz zatrzymał się i jakby wrósł w ziemię nie zawahał się ruszyć nawet łapą.
Podszedłem do szczeniaka powolnymi, ale śmiałymi krokami.
- Nie bój się- powtórzyłem, myśląc dalej co powiedzieć. Szczeniak, uwierzył w moją dobrą wolę, więc rozluźnił mięśnie, ale dalej oddech miał nierówny.
- Czego pan ode mnie chce?- zapytał mały.
- Jak masz na imię?- zadałem pierwsze pytanie, jakie mi przyszło do głowy.
- Noe- przedstawił się krótko szczeniak.
Uśmiechnąłem się lekko, na co szczeniak usunął ze swojego pyska lęk, ale nadal było czuć od niego niepokojem.
- Jestem Exan, gdzie są twoi rodzice?
- N-nie wiem...
 Uniosłem brew.
- Jak to nie wiesz?
- Nie mam rodziców...
- W takim razie, kto się tobą opiekuje?
- Royce
- Kto to jest Royce?
 Zadawałem coraz bardziej zaciekłe pytania, bo coraz to bardziej ta sytuacja stawała się dziwniejsza.
- Kruk.
 Rozejrzałem się dookoła, wychwytując wzrokiem czarny ptasi kształt na gałęziach drzew.
- Nie widzę go...
- Pewnie mnie szuka...
- To poszukamy go razem, ciekawe kto tu kogo odszuka.
Nie mogłem liczyć na szybkość chodu szczeniaka w stosunku do mojego, więc chwyciłem Noe'go delikatnie za szyję i posadziłem go na moim grzbiecie.
- Trzymaj się mocno.
- Dobrze, proszę pana...
- Nie panuj mi tu, mów mi Exan.


<Noe?> Znaj dobre serce Exana xD

Od Noego CD. Exana 'Help'

Dwadzieścia cztery, dwadzieścia pięć, dwadzieścia...
Królik!
  Szybko rzuciłem gałązki i pobiegłem za kicającym demonem prędkości. Ha! Jest ich więcej! Złapię! Złapię!
 - Noe!- kraknął Royce z naganą w głosie. Wiedziałem, że poleciał za mną, najpewniej również gubiąc swoje gałązki. Ups.
 Nie ważne!
 Jeszcze momencik, chwileczka i jeden z królików będzie...
 GDZIE ONE?!
 Prychnąłem zdenerwowany.
 - Nigdy nic nie upoluję- poskarżyłem się na smutny los, dysząc cicho. Moje łapki, zdaje się, na dobre przyległy do ziemi. Chciałem zostać w miejscu, pooddychać, nacieszyć się świeżym powietrzem. Czas zatrzymał się na chwilę. Jaskółcze trele, jak i te innego ptactwa, zmieszane z cichymi podmuchami wiatru, dawały świadectwo o najwyraźniej zbliżającej się wielkimi krokami wiośnie. Może Royce znajdzie tu sobie koleżków?
 - Tam są twoje kicaczki- zaśmiał się cicho, nadlatując z góry.- Za tym krzakiem.- wskazał na jakieś zielsko dalej- Nie szarżuj jak wariat, tylko zakradnij się, a może coś złapiesz, szczeniaku.- Znów na mnie usiadł.
 - Sam jesteś szczeniak- prychnąłem z uśmiechem.
- A wyglądam?
- Utkaj dziób, wredny ptaku- Otrzepałem się, a on, niczego się nie spodziewając, prawie spadł na ziemię.- Patrz, jak go łapię.

Momencik, chwileczka, bez nerwów, nie za szybko, niezbyt gwałtownie...

Myyyk! Skoczyłem w pokazane mi wcześniej przez Royce'a krzaki, wbijając pazury w... ziemię.
  Szamocząc się, podczas wyciągania łapy z piachu najwyraźniej zwróciłem czyjąś uwagę.
  - Kto tam? Wyłaź, nie mam czasu na zabawy.- odezwał się donośny głos basiora.
 
  Spanikowałem, sam nie wiem czemu. Czułem się, jak przyłapany na czymś niedozwolonym. Swoją drogą, mogłem tu być? Może to jakiś teren prywatny, albo...
 
 Zacząłem szarpać się mocniej, jak oszalały. Pazury chyba zachaczyły mi o jakiś korzeń krzaka, bo łapa zaczynała mnie trochę boleć, a i tak nie mogłem się wydostać. Postanowiłem pomóc sobie drugą, która, o ironio, również mi utknęła. Wiercenie się nie pomagało.
- Koniec żartów, chodź tu.
- Kiedy ja nie mogę!- zawołałem, próbując wyjść z krzaka, co się nie udało. Zaskomlałem żałośnie.
- Jak to nie możesz? Co ty tam robisz?
- Zaklinowałem się! Już mnie tu nie ma, zaraz się wydostanę, tylko... tylko jakoś odhaczę się od tych korzeni i zmykam, proszę Pana.


<Exan? Pomożesz Noemu? Nie będzie już taki narwany, obiecuję!>

Od Noego 'Leśne zwiady' c.d.n.

Minutkę później, wraz z Roycem byłem już w drodze. Leciał obok mnie, lekko nad moją głową. Jak praktycznie zawsze. Był ze mną od kiedy pamiętam. Każda zmiana lokum była z nim w duecie, chociaż wcale nie musiał utrudniać sobie życia ciągłymi przeprowadzkami. Po prostu był. Bezwarunkowo.
  Wydeptane ścieżki ułatwiały mi przemieszczanie się, ale były dość nudne. Spojrzałem dalej przed siebie. Niedaleko jest las, na pewno znajdzie się tam coś do roboty. Chociażby szukanie i zbieranie gałązek dla Royce'a.
  - Rozejrzę się- zaproponował kruk, widząc, że od dłuższego czasu przyglądam się zadrzewionej przestrzeni, i wyleciał w tamtą stronę, przyspieszając ruchy skrzydeł.
  Swoją drogą to chyba najliczniejsza wataha, w jakiej byłem- zauważyłem. Wiele wilków się tu pałęta, chyba dość często. Inaczej zapach nie byłby tak wyraźny.
  Gdy wkroczyłem do lasu, Royce usiadł mi na głowie.
- I jak?- spytałem spokojnie.
- Trudno się lata.
- Jak to w lesie- wzruszyłem ramionami.

///C.D.N.///

Od Noego 'Wrażenia z przeprowadzki' c.d.n.

Wyszedłem z sierocińca, który w tej watasze miał się okazać moim domem. Nikt nie chce mieć mnie na głowie, więc została mi buda. Nie ważne. Po południu raczej nikt nie powinien tu zaglądać. Pora rozprostować łapki.
- Royce, idziesz?- spytałem swojego towarzysza, z nutką zniecierpliwienia w głosie. Stałem przy wyjściu już chwilę, a on zdeklarował się, że za moment podleci, tylko zbierze gałązki na nowe gniazdko, którego budową zajmie sie wieczorem.
- Zaraz!- odezwał się, przelatując mi nad głową.- Już kończę!
- To samo mówiłeś chwilę temuu- przypomniałem zrezygnowany.- No choodź, pozbieram te gałązki z tobą, kiedy już wyjdziemy!- zaproponowałem na szybko. Nie chciało mi się siedzieć w tym miejscu. Już sama jego nazwa odstraszała. Sierociniec. Sierota.

W budzie było dużo miejsca, ciemnych zakamarków bez liku, o przytulności nie było mowy, a o miłej atmosferze już nawet nie wspominam. W dodatku nikt mnie tu nie pilnował. Rano ktoś był, ale tylko po to, żeby mnie tu zaprowadzić. Podobno była tu jeszcze jakaś waderka, ale nie widziałem jej. Czyli raczej mogę z tąd wyjść na legalu. W końcu, jak ona, to i ja. Czemu mam być gorszy? Poza tym, trochę zgłodniałem.

///C.D.N///
 

9.02.2019

Od Igazi


Zaszarżowałam.
Wadera spodziewając się mojego ruchu zwinnie odskoczyła na bok, okręcając się wokół własnej osi. Zaryłam pazurami o twardą, nieistniejącą posadzkę, zmniejszając prędkość nadaną podczas szarży. Przy okazji zdążyłam obrócić się w stronę mojego przeciwnika, który akurat teraz bez rozbiegu skoczył w moją stronę, chwytając w swoją paszcze mój bark. Zaskomlałam, jednak nie poddałam się tak prędko. Próbując ją z siebie zrzucić odepchnęłam się tylnymi łapami od podłogi , z przednimi pazurami nadal wbitymi w podłogę. W taki sposób odskakując pociągnęłam ją za sobą, i dzięki sile odśrodkowej, troszkę uszkadzając mięśnie na barku, zrzuciłam ją z siebie. Lekko zakręciło mi się w głowie od piruetu.
Dzięki chwili słabości wilczyca była w stanie się na mnie rzucić, obalając na ziemie. Przyszpiliła mnie swoimi ostrymi pazurami, wbijając je w moją klatkę piersiową. Spojrzała w moje oczy szaleńczym spojrzeniem, jakby zdradzając swoje mordercze intencje. Nie chciała mnie zagryźć. Chciała mnie szarpać, drapać, podgryzać dopóty nie będę jej błagała o śmierć. Zanim zdążyła zryć moją pierś pazurami, zdążyłam kopnąć ją z całej swojej siły w słabiznę. Nikt nie powstrzymałby się od krzyku bólu, włącznie z nią. Kopnięcie było na tyle silne, by odepchnąć ją ode mnie na tyle, bym mogła wstać na cztery łapy.
Dopiero wtedy zauważyłam, że zamiast krwi cieknie ze mnie dziwna, błękitno-kryształowa maź o konsystencji podobnej do śliny. Najwyraźniej jest to odpowiednik szkarłatnej cieczy tak bardzo potrzebnej do funkcjonowania organizmu żywego.
Spojrzała na mnie nienawistnie, kryjąc ból swoją chęcią mordu. Jeżeli nie zostanę obdarowana opatrznością bożą, jest ogromnie wielkie prawdopodobieństwo że zginę.
- Nawet nie myśl że ktoś przyjdzie ci z pomocą, a szczególnie ci zapchleni bodzy – rzekła, jakby czytając mi w myślach. – Ich siła tutaj nie sięga, jesteśmy tu tylko my. Nie masz żadnych szans na ratunek.
Jej słowa mnie strasznie przeraziły. Spojrzałam na nią szeroko otwartymi oczami, czując w głębi duszy strach przed śmiercią. Nie będzie to zwykła śmierć – zniknę na zawsze. Nie doznam spokoju wiecznego ani płomieni piekielnych. Nawet ta druga opcja zdawała się w tej chwili wybawieniem. Ogromnym marzeniem które nigdy nie miało się spełnić. Nikt nie chciałby tak skończyć, szczególnie osoba młoda, jeszcze przed ukończeniem pełnoletności. To było straszniejsze niż wszystko co zdołałabym sobie wyobrazić.
- Ktoś… Ktoś tutaj jest? – usłyszałam obcy głos zza moich pleców.

C.D.N


Od Yuki c.d Yuki „Hello darkness my old friend” cz.7


- Czemu jesteś tego taka pewna? – zapytałam zdziwiona, niepewnie za nią ruszając.
- Z tej strony wieje świeże powietrze – odpowiedziała nawet się nie odwracając.
Rzeczywiście, jak mogłam tego nie poczuć. Z prawej strony wiał lekki, rześki wiaterek. Eleonora ruszyła za nami. Po chwili zrównałyśmy kroku z różowo-futrom. Co każdy następny krok powietrze stawało się coraz bardziej świeższe. W końcu wyszłyśmy na zewnątrz.
Naszym oczom ukazał się krajobraz zapierający dech w piersiach. Zielone, pełne życia lasy. Białe jak śnieg obłoczki pływające spokojnie po błękitnym niebie. I oczywiście wielka, beżowa góra, o stromym zboczu i czubku przyprószonym jasnym puchem. Zdecydowanie, to miejsce musiało być ucieleśnieniem raju. Nawet mimo tego, że w watasze mrocznych skrzydeł był teraz mroźny luty, tutaj zdawało się jakby właśnie trwało lato.

C.D.N


Od Yuki c.d Yuki „Hello darkness my old friend” cz.6

Przeniosłyśmy się na wschód, tak jak poradziła Lilia. Miejsce teleportu znajdowało się w ciemnej, ale przytulnej jaskini. Jej granitowe skały były pokryte mchem oraz licznymi pnączami czy lianami. Nie odznaczała się jednak bogatą szatą naciekową, co oznaczało że z świecą było szukać jakiegoś stalaktytu czy stalagmitu. Było tutaj strasznie duszno, wilgotno i gorąco. Można by się poczuć jak przy jakimś gorącym źródle.
Zeszłam z kamiennego podwyższenia. Ziemia przeciwnie do powietrza była całkiem zimna.
- Wyjście powinno być w tą stronę – powiedziała Lilia, wyprzedzając mnie i idąc w jeden z korytarzy po prawej stronie.
- Czemu jesteś tego taka pewna? – zapytałam zdziwiona, niepewnie za nią ruszając.

C.D.N

Zapomniałam o towarzyszu Noego, więc oto on!

https://goo.gl/images/4Jt8Bo

Właściciel: Noe

 Imię: Royce

Wiek: 3 lata

Gatunek: Kruk meksykański

Płeć: Samiec 

Opis: Czarny jak smoła, kochany, skrzydlaty diabełek. Oczki może małe, ale widzą, kiedy chcesz zrobić krzywde jemu lub jego właścicielowi! Ah, i szpony! Lepiej sobie uważaj!

Cechy charakteru: Lubi tych, co lubi, nie lubi tych, co nie lubi. Żadna filozofia. Da się dotknąć, tylko nie ruszaj jego skrzydeł na siłe, bo oddziobie ci łape! Na ogół przyjazny; dotrzymuje towarzystwa Noemu.

Od Iwona (ten moment kiedy dawno nie piszesz postacią)

Znacie ten moment, kiedy marchew wejdzie za mocno? Zima nie miała zamiaru nas opuszczać, i po chmurach mogłem stwierdzić, iż jeszcze nam dosypie, a wracając do poprzedniego tematu... skąd miałem marchew? Uhodowałem! Wdowiec uprawiający zimą warzywa... - zaśmiałem się ironicznie. Jak mogłem się tak stoczyć. Ułożyłem się wygodnie i zacząłem gryźć koniec pozawijanej w różne strony marchwi. Moje pomarańczowe zdobycze nie były proste. Wręcz przeciwnie: Często powywijane i robiące za spirale. Nie miałem towarzysza, co było raczej oczywiste. Jeśli się tak zastanowić to Inga miała towarzysza.... Nokia się nazywała? Jakoś tak... chyba miałem jeszcze mak gdzieś w osobnej części jaskini. Jak zna się recepturę to można z tego dobry alkohol zrobić, który doskonale działa na sen. W sumie można by spróbować... płatki maku.. trochę czystego alkoholu.. woda, cukier. Ominąłem coś? Raczej nie. Zaraz, stop. CHWALMY ZIMĘ, SŁOŃCA NIE MA! HA HA ŻYCIE JEST CUDOWNE! W tym zdaniu było tyle ironii, a w czasie spędzonym w jaskini tyle nudy, że z marszu wybyłem na dwór. To uczucie kiedy chcesz coś zrobić ale nie masz co i jak i w sumie twoje życie jest do bani. Może kogoś odwiedzić? No ale kto by chciał zobaczyć starego wilka który nie umie ogarniać swojego życia? Porobiłem kilka kółek, slalomów i innych szlaczków niczym w podstawówce, aż wyszło mi kilka ósemek i znak nieskończoności. Niczym nieskończona męka! Ugh... staczam się. Czy ja się powtarzam? Podszedłem do jakiegoś drzewa, na którym wisiały sople. Śnieg się nadawał do lepienia więc... z pomocą lekkiego wietrzyku ulepiłem ze śniegu alpakę, a zerwany sopel wbiłem do czoła, przez co zamiast lamorożca był alpakorożec. Zrobiłem takich jeszcze kilkanaście, i takim oto sposobem miałem całą armię alpakorożców, gotowych by stopnieć przy nadchodzącej odwilży. Stawić czoło nie przewidywalnej pogodzie i gwałtownemu ociepleniu klimatu!

KONIEC.

Nowy szczeniak! Noe


Znalezione obrazy dla zapytania dark wolf drawing

Imię: Noe
Wiek: 1 rok i 7 miesięcy
Płeć: Basior
Cechy fizyczne: Przeciętnego wzrostu, normalnej wagi, ciemnawe futro nie za długie, nie za krótkie. Spokojne, ogniste oczy, ciemne łapki, lekko nadszarpane ucho. Nic nadzwyczajnego. Pomińmy tą część, dobrze?
Cechy charakteru: Przywiązanie się nie jest takie proste dla tego basiorka. Samczyk może cię polubi, jeśli okażesz mu serce i zainteresowanie. Jednak jeśli go spławisz, nie będzie po tobie płakał. I tak wszyscy go zostawiają, więc dlaczego ktoś następny miałby zrobić mu różnice? Zachowuje się jak typowy, może czasem troszkę znudzony, ale na ogół energiczny. Czasem ma chwile smutków, czasem się gniewa, ale na dłuższą metę niczym się nie wyróżnia. Tylko nie zdziw się, kiedy powie do ciebie per 'Pan/Pani'.
Cechy szczególne: Chodzi o te nadszarpane ucho, tak? To od poniewierania nim. Nie zwracaj uwagi.
Lubi: Głaskanie, przytulanie, gryźć, śmiać się, chodzić gdzie mu sie podoba, gadać o bzdurach...
Nie lubi: Siedzieć samemu. Woli być z kimś przez krótki czas niż nie być z nikim wcale
Boi się: Niektórych cieni i głośnych dźwięków. Trochę cyka się Alphy
Historia: W życiu każdego szczeniaka nadchodzi taki moment, w którym uświadamia sobie on, że rodzice go nie kochają, albo co gorsza... Czekaj, co? To nie prawda? Wytłumacz to Noemu, bo on jeszcze nie spotkał się z czymś takim, jak kochani rodzice. Poznał wiele świetnych wilków i innych zwierząt, które bardzo polubił, ale jego rodzinka od zawsze nie była do niego przyjaźnie nastawiona. A może była...? Sam nie wie, mieszka z obcymi od kiedy pamięta, ale skoro mamusia i tatuś nigdy do niego nie przyszli, to nie mogli go kochać, prawda? Nie zostawiliby go. Eh... Maluch przerzucany z łapek do łapek i z miejsca na miejsce trafił w końcu do tej watahy.
Zauroczenie*: ///
Głos*:  Już po mutacji brzmi w ten sposób, jednak jeszcze przed nią zdarza się, że brzmi trochę piskliwie!
Rodzina: Nie zna taty, mamy także, rodzeństwa, ciotek, wujków... Chyba nikogo ze swojej rodziny
Jaskinia: Sierociniec
Towarzysz*: Kruk
Dodatkowe informacje*: Szuka rodzinki. Ah, i nie radzę go podnosić.
Coins: 10

7.02.2019

Od Exana

 Nuda potęgowała nad całym moim dniem, a leń jaki mnie dopadł zniechęcał mnie do wyjścia gdziekolwiek. Otrzymałem rozkaz od Alfy wczorajszego dnia, ale niech mnie szczur pogryzie, nie chce mi się. Alfa będzie wściekła, ale jestem przyzwyczajony do ciągłych niezadowoleń moich przełożonych.
Śpiew ptaków i łagodny wiaterek dawały znać za wyjściem z jaskini, której znalazłem wczorajszego dnia. Ziewnąłem głośno i przeciągnąłem się leniwie.
W końcu zrzuciłem z siebie lenia i wyłoniłem głowę na zewnątrz.
- Pięknie.
 Tym oto komentarzem zakończyłem leniwe przesiadywanie w jaskini po czym powędrowałem w stronę płaskowyżu, gdzie znajdowała się ścieżka, prowadząca na niziny.
Tam spotkałem pewną parkę wilków, która spojrzała na mnie z ciekawością, ale później odwrócili wzrok.
Później kilka kolejnych godzin pochłonęła z mojego życia podróż do lasu, aby przypomnieć sobie zauroczenie do tej cudownej natury.
Ten zapach lasu docierał do moich nozdrzy, powodując w mojej głowie zawrót. Zapach żywicy, szyszek...
Żywych istot. Królików.
Nie byłem głodny, więc zignorowałem ofiarę, która pokicała gdzieś w odmęty poszycia lasu.
Wtedy też usłyszałem szelest, który podpowiedział mojemu instynktowi, aby przygotować się do obrony, ale rozum jasno oświecił mnie, że to niekoniecznie musi być wróg. Dlatego obojętnie wpatrywałem się w miejsce, skąd wydobywał się odgłos.
- Kto tam?- pytam po chwili- Wyłaź, nie mam czasu na zabawy.

<Ktoś?>

Od Aarona cd. Gemini

Wprawdzie po odbywającej się chwilę temu walce miałem po uszy dalszej wyprawy. Jednak Gemini entuzjastycznie ruszyła w kierunku łąki. Nie mogę jej przecież zostawić samej. Jest zima, niedługo pewnie się ściemni. Przyśpieszyłem i dorównałem jej kroku. Polanka wyglądała stosunkowo bezpiecznie, chociaż dalej pokonywałem kolejne odległości z nastroszonym futrem i postawionymi uszami. Wadera, w odróżnieniu do mnie, skakała wesoło. Co jakiś czas podbiegała do ośnieżonych roślinek i radośnie strącała z nich szron. Obserwowałem jej fascynacje. Zatrzymałem się na chwilę i dotknąłem nowo nabytą ranę. Trochę zajmie zabliźnienie się tego. No cóż, będę teraz wyglądać groźniej, taki bonusik. Przypomniałem sobie również umiejętności Gemini. Właściwie, trochę zazdrościłem mocy władania śniegiem. Osobiście moje zdolności iluzji w walce są kompletnie bezużyteczne. Mogą się jedynie przydać w odwrocie czy czymś tego typu. Westchnąłem głośno. Z mojego pyska wyłoniła się mała chmurka pary. Gemini, przeskakując kolejne zaspy, znalazła się przy mnie.
- Pięknie tutaj, prawda? - zapytała, dalej podziwiając otoczoną drzewami łąkę. Racja, o tej porze roku wszystko wyglądało bardziej bajkowo.
- Zima ma to do siebie, że w okolicy staje się piękniej - przyznałem. Wtedy wpadłem na pewien pomysł. Muszę odwdzięczyć się jakoś waderze za ratunek.
- Chciałabyś coś zobaczyć? - zaproponowałem. Miałem nadzieję wyjść tajemniczo, chociaż jestem pewien, że mi to nie wyszło. Gemini spojrzała na mnie zaskoczona, jednak wydawało się, że nie ma nic przeciwko. Zamknąłem oczy, by lepiej skumulować swoją manę. Wziąłem głęboki oddech i wyobraziłem sobie krajobraz - łąkę, jednak podczas lata, pełna kolorowych kwiatów i motyli. Pragnąłem oddać najpiękniejszą polanę, jaką kiedykolwiek widziałem. Wspomnienie w moim umyśle, było wystarczająco żywe, bym mógł przełożyć je na rzeczywistość. Użyłem swojej umiejętności iluzji. Śnieg wokoło nas pozornie zaczął znikać. Na jego miejscu pojawiła się bujna trawa i dużo roślinek. Wilczyca z szeroko otwartymi oczami podziwiała widoki. Zmieniłem krajobraz prawie całkowicie. Ostatnią częścią przedstawienia był wielki jeleń, z rogami pokrytymi długimi lianami. Stanął dumnie i ogarnął nas władczym spojrzeniem. Przypomniałem sobie, kiedy podczas podróży z Rubenem, spotkałem go. Był dosyć trudnym przeciwnikiem. Wtedy jak na zawołanie pojawił się brązowy basior. Usiadł obok jelenia, a ja w mgnieniu oka przerwałem pokaz. Dlaczego wkrada się on nawet do moich iluzji? Wspomnienie jego wyglądu dosyć mnie zabolało, ale nie chciałem dać tego po sobie poznać. Odwróciłem się spokojnie w stronę Gemini.
- Co o tym sądzisz? - uśmiechnąłem się delikatnie.

<Gemini?>

6.02.2019

Misiek CD Kora

Kilka chwil potem opatrzyłem sobie ranę na boku. Kora trochę mi pomogła, bo tak, jak z odkażaniem jeszcze poradziłem sobie sam, tak z bandażem nie było już tak łatwo.
I tym ekscytującym i pełnym emocji sposobem dotrwaliśmy do popołudnia. Kora z początku jeszcze trochę poddenerwowana, szybko zmieniła swoją postawę. Niecałą godzinkę po płaczu była w świetnej formie zarówno fizycznej, jak i psychicznej. Przynajmniej tak mi się wydawało. Na moje oko wyglądała nawet lepiej niż rano, kiedy wychodziliśmy z jaskini. Zaniepokoił mnie trochę jej entuzjazm, ale co poradzić? Mała jeszcze rośnie. Nastroje w tym wieku chyba dość szybko się zmieniają. Poza tym ona jest inna niż reszta. Bardziej rozbrykana, ale wydaje się też trochę taka... krucha. Nie to złe słowo. Wręcz rażąco złe. Bardziej... Ona sama nie wie, czego chce od świata, od innych. Wie, czego jej trzeba w danym momencie, jest tam, gdzie jej wygodnie, łobuziara z niej bez dwóch zdań, ale to ją wyróżnia. Mądra z niej bestyjka, poradzi sobie. Bystra, tylko trzeba ją trochę zmotywować. Myślę, że w ten sposób zaliczy kilka wywrotek, których chcę jej zaoszczędzić. Ale sama musi to zrozumieć. Trzymanie jej krótko nie ma sensu. Ma zapał, ale bardzo łatwo, żeby się ulotnił.
Przynajmniej tak mi się zdaje.
Z pewnością wyrośnie z niej ktoś ciekawy. Już niebawem. Niedługo wejdzie w dorosłość i tyle ją zobaczę. Szczeniaki za szybko dorastają- westchnąłem w duchu.- W każdym razie ona jest... aż chce się jej pomóc, w czymkolwiek by tej pomocy nie potrzebowała. Może jest trochę oporna, ale to jej urok. Nie każdy do niej dojdzie. Mam nadzieję, że mi się to uda.
Cóż, o ile rozmowę z rana będę musiał przełożyć na później, innych spraw nie będę mógł odłożyć dalej w czasie.
Spojrzałem na Korę, która właśnie kończyła jeść obiad.
- Kora?- Waderka, dalej jedząc, nadstawiła uszu.- Co do tej akcji rano...- spauzowałem, czekając na reakcję samiczki, ale nie doczekałem się niczego konkretnego- Te chmury to... jakiś twój lęk?- Starałem się podchodzić do swojej wypowiedzi ostrożnie, jednak nie było to takie proste. Mimo moich starań Kora zastygła na moment, by zaraz po chwili spojrzeć na mnie jakby z urazą.
- Lęk? Ktoś tu się czegoś boi?- spytała sarkastycznie.- Nie masz jakichś wierszyków do napisania, Niedźwiedź?
- Posłuchaj, to żaden wstyd. Każdy się czegoś...
- Ty nie rozumiesz po naszemu? Niczego. się. nie boję.- warknęła cicho.- Wiesz, chyba pójdę się przewietrzyć- rzuciła, zanim zdarzyłem jakkolwiek zareagować na jej poprzednie stwierdzenie. Wiedziałem jedno.
Absolutnie jej nie wypuszczę.
- Nie idź!- szybko zastąpiłem jej drogę do wyjścia z kuchni. Spojrzała na mnie pytającym wzrokiem. Ale nie niewinnie pytającym, dziecka, które chce się dowiedzieć, kiedy coś zje. Jej wzrok zdawał się pytać, czy rzucam jej wyzwanie. Nie to chciałem uzyskać. Odsunąłem się, robiąc przejście, ale ona tylko stała i mierzyła mnie wzrokiem.
- Źle do tego podszedłem- przyznałem, patrząc na jej łapki. Nie wiedziałem, czy nie chcę patrzeć jej w oczy, po tym głupim posunięciu, czy też wolałem mieć stuprocentową pewność, że nie ruszy się ona z miejsca, co było okropną niedorzecznością, po tym, jak postanowiłem odsłonić przed nią prostą drogę do wyjścia. Najpierw z kuchni, a potem na dwór.

<Kora?>

5.02.2019

Od Kory cd. Michia (przepraszam ;_:)

- Kora? - zapytał Michio z troską w głosie. Odpowiedziała mu cisza. - Hej? Czy coś się stało?
- A idź mi z tym coś-się-staniem! - Kora podniosła głowę jak rażona piorunem. Nie wyglądała zbyt dobrze;  jej głos się trząsł, jednak ciężko było stwierdzić, czy ze złości, czy ze zdenerwowania. - Ta idiotka najpierw mną rzuca, potem podnosi do góry, między chmury, następnie wyrzuca mnie w powietrze, kiedy goni nas chmara mieszańców, żebym roztrzaskała się na krwawą papkę, później jeszcze wpycha tu do jaskini i odlatuje jak gdyby nigdy nic, a ty jeszcze pytasz, czy coś się stało?! - Każde kolejne słowo wypowiadała głośniej i z większym zapałem, pod koniec dochodząc niemal do wrzasku.
- Spokojnie… - basior starał się coś poradzić, ale nie dało to wiele. Może trochę dlatego, że sam wydawał się zaniepokojony tym, co właśnie usłyszał.
- S p o k o j n i e? - krzyknęła rozsierdzona waderka. - Ciekawe, czy mówiłbyś tak na moim pogrzebie! Nawet ciała nie byłoby w trumnie, bo... Nie byłoby… nie byłoby nawet co zbierać… Niedźwiedziu, ja mam dość!...
Chociaż bardzo starała się wyglądać na groźną i wściekłą na świat, była tylko dzieckiem. Dzieckiem z natłokiem nowych i przerażających wrażeń, które nie mogło już powstrzymać płaczu. 
(czy to przypadek czy ja naprawdę jestem taka monotematyczna ratujcie mnieeee)
Michio podszedł do niej i zanim brązowa się zorientowała, tkwiła już w ciepłym, współczującym uścisku. Wyjątkowo nie protestowała.
- Csii… Czego masz dość?
- Nie uciszaj mnie. Mam dość tej… tej zołzy. - Słychać było, że na język cisnęło jej się gorsze słowo, ale opanowała się. Jako tako. - Na początku myślałam, że jest fajna, ale ona wciąż się rządzi, jakby była jakąś Alfą, i jeszcze traktuje mnie jak małe dziecko… - Pociągnęła nosem, po czym kontynuowała z narastającą złością: - No i rzuciła mną w powietrzu, między chmurami. Olbrzymimi, lodowatymi chmurami, które w każdej chwili mogły się zamienić w burzowe, rozumiesz to? A, i jeszcze mieszańce tam były. Ale te chmury! Ona chciała mnie zabić! Nie wybaczę jej tego!
- Rozumiem… Ale jestem też pewien, że Mazi nie miała takich intencji. Przecież gdyby chciała, żebyś zginęła, mogłaby cię po prostu nie złapać - odparł Niedźwiedź spokojnie. Nie można było zaprzeczyć mu racji, ale Kora, jako niezwykle irytująca i uparta obywatelka watahy, nie pokorniała tak szybko.
- Pfe, gadanie - burknęła, szykując naprędce jakiś wyssany z palca kontrargument, kiedy do jej nozdrzy dotarł niepokojący zapach, na który wcześniej nie zwróciła uwagi. Zawęszyła, chociaż przy zapchanym nosie nie dało to za wiele. - Czuję krew.
- Krew? Jesteś ranna? - Basior wypuścił ją. Zatroskany, zaczął skanować jej futerko w poszukiwaniu ewentualnych obrażeń.
- Nie, nie - Z irytacją potarła łapką oczy, pozorując znużenie jego niedomyślnością, a tak naprawdę wykorzystując okazję do dyskretnego otarcia łez. Po chwili odwróciła się i uważnie spojrzała na Michia. - Ty jesteś. Dlaczego nie poszedłeś z tym jeszcze do lekarza?
(o co chodzi greijdkgorfv Misiu proszę jedźmy na Alaskę albo zróbmy jakąś inną ekstrawagancką rzecz nie wiem wyczuwam za duże podobieństwo do Harali)
(naprawdę, chyba się starzeję)
(Yghhhh jak to się dzieje no)
- Chciałem najpierw zajrzeć do ciebie, a poza tym to nic poważnego - zbagatelizował. - Nie mogę cię tu przecież zostawić w takim stanie…
- W jakim niby? - oburzyła się Kora. - Ja wcale nie płaczę!
Jakkolwiek źle nie wyglądała jeszcze pół minuty temu, teraz należało, nawet, jeśli z zaskoczeniem, przyznać jej rację; waderka wyglądała tak, jak zazwyczaj. Nawet hardy półuśmieszek wrócił na jej pysk. Może przytulas od Misia zdołał odpędzić całą rozpacz, może zamieniła się ona do reszty w skrywaną teraz złość na Mazikeen, a może huśtawki nastrojów to efekt dorastania? Niezależnie od tego, co było przyczyną, samopoczucie Kory prezentowało się co najmniej dobrze. - Idź do medyka teraz! Pójdę z tobą!
Wygłosiwszy ten pełen werwy wykrzyknik, ruszyła prosto do drzwi, jakby znów goniło ją stado mieszańców. Zanim jednak Michio zdołał cokolwiek zrobić, równie raptownie się zatrzymała, jakby chwyciła ją jakaś nagła myśl.
- Kto ci zrobił tę ranę? Mieszańce? - zapytała, odwracając się i spoglądając na basiora wielkimi oczami, jednocześnie odpływając myślami w kosmos.
- No tak - odpowiedział, mimowolnie oglądając się na zranienie. - Ale jak mówiłem, to tylko lekk-
- O! - wykrzyknęła Kora, nie mogąc powstrzymać entuzjazmu, po czym ucichła szybko, wyglądając nawet na nieco zażenowaną swoją “wypowiedzią”. - Eee… mówisz, że lekka? A, to dobrze, nie musimy się jednak tak spieszyć…
Chociaż Michio sam był wcześniej za odroczeniem wizyty, niespodziewana zgoda waderki sprowadziła na nią lekko podejrzliwe i zamyślone spojrzenie.
- No co? - spytała kąśliwie, starając się przybrać minę urażonego niewiniątka, ale nie potrafiła powstrzymać wielkiego uśmiechu.
- A nic, nic. Zastanawiam się tylko, co cię skłoniło do tak nagłej zmiany zdania.
- Przecież jesteś dorosły i wiesz najlepiej, co powinno się zrobić, nie? - odparła. Była to niezwykle słaba wymówka, biorąc pod uwagę codzienne zachowania i poglądy Kory, ale waderka nie była w stanie wymyślić lepszej.
Cały jej umysł pochałniała w tej chwili wizja Niedźwiedzia z różkami lub kopytkami. Albo najlepiej jednym i drugim.
<Misiu? Przepraszam za gniota ;------;>

4.02.2019

Od Videtura CD Mauvais

- Czyli... mówisz, że ta bestia przestała istnieć? - musiałem to sobie chwilkę przeanalizować - A przynajmniej to, że jej i NASZA przyszłość została zmieniona...
- Oczywiście... Tylko jak?
- Może ta mantykora ma taką moc? - rzuciłem pierwszy lepszy pomysł.
- Wątpię - odpowiedziała Mauvais - Dzikie zwierze nie potrafiłoby korzystać z tak potężnej mocy.
- Może nie była, aż taka dzika? - Wadera uniosła tylko brwi, nie zmieniając lekko rozczarowanej twarzy - Co? Nigdy nic nie wiadomo! - po krótkiej ciszy, którą poświęciliśmy na myślenie, poczułem niepewność - Może to wina tego miejsca? - zacząłem się rozglądać - może jesteśmy w innym świecie, gdzie takie rzeczy są normą?! - naprawdę nie chciałem być w takim świecie.
- Hmm, drzewa wyglądają normalnie... - Vais przyglądała się krzakowi.
- Właśnie! Zanim zapomnę, jak wygląda teraz nasza przyszłość?

< Vais? Również dopiero teraz, ale jednak! >

3.02.2019

Z życia glizdy 'sss'

  Zimno nie doskwierało mi tak bardzo, gdy uświadomiłem sobie, że jego alternatywą było gapienie się na ledwo żywego Kalego i zapłakaną pchlarę, spędzających czas razem. Niech sobie pogadają. Oby zdechli z braku tlenu. Oboje. 
   Też mi medyczka od siedmiu boleści. Nawet nie umie zająć się moim Kalim i tylko by narzekała. To 'tak nie wolno', to 'tak nie należy', a sama nic nie zrobi, tylko poucza i beczy. Ygh. Cała ta zgraja mnie wkurza. Nienawidzę tego ich gadania. Tego niepotrzebnego latania za sobą. Tych wrednych uwag, fałszywych uśmiechów, ceregieli. Pouczania. Zależności. Tego że... nigdy nie mogę nic powiedzieć. Nie potrafię. Nie kiedy chcę. Nie co chcę. Nie wszystko. Ta hierarchia. Podporządkowanie. Dlaczego ona ma być ważniejsza? Dlaczego ktokolwiek ma być ważniejszy? Albo w ogóle ważny? DLACZEGO ZA KAŻDYM CHOLERNYM RAZEM UCIEKAM JAK TCHÓRZ ZAMIAST WYDŁUBAĆ TEJ MAŁEJ IDIOTCE JEJ DEBILNE OCZY?!

Ah tak.


Przecież Kali w życiu by na to nie pozwolił.


Bez wątpienia lepszy z niego zabójca niż z niej lekarz.

  Mam dość na dziś. Na najbliższy czas. Dość. Nie chce o tym myśleć. Tego przeżywać. Nie chcę niczego przeżywać. Niczego pamiętać i o niczym myśleć. Nie chce spać, nie chcę kręcić się w tę i we wtę bez celu. Nie chcę z nikim rozmawiać. 
  Nie. 
Nie chcę rozmawiać z nimi. Z nią. Z nim. Z nikim. A może jednak? Nie. Nie mam z kim. Nie powinienem. I tak mnie nie zrozumieją. Nikt mnie nie zrozumie. Nie chcę z nikim rozmawiać. Chyba... Chcę...
  - Witam, to co zwykle?- jego znudzony głos przypomina mi, że jest jeszcze kilka dróg ucieczki.
 - Może z pięć razy mocniejszą.
 - Coś jeszcze?
 - Jest prośśba.- Mój rozmówca nie wykazał zbytniego zainteresowania. Z resztą jak zawsze. Świetny gość.
  - Cokolwiek chcesz, masz to jak w banku.

Może mój wypad nieco się przedłuży.

Od Gemini cd Aarona

Brnęłam dalej przez śnieg, lecz po słowach Aarona zaczęłam odczuwać niepokój. Nerwowo rozglądałam się wokół, lecz nic nie wyglądało podejrzanie, było też bardzo cicho. Za cicho. Wszędzie rosły drzewa, które niczym sępy wisiały bez liści nad nami. Podskoczyłam wystraszona, gdy z gałęzi zerwał się kruk. "Głupia " skarciłam siebie w myślach "To tylko ptak". Idąc dalej z coraz większym niepokojem, usłyszałam trzask. Gwałtownie odwróciliśmy się w kierunku, z którego dobiegł hałas. Nic nie zauważyłam, lecz Aaron zapatrzył się w tamto miejsce.
- Nie ruszaj się. - szepnął. Powoli przełknęłam ślinę. Nagle coś białego rzuciło się na nas i powaliło Aarona na plecy. Basior krzyknął mimowolnie, a ja rzuciłam się na to dziwne stworzonko. Uczepiło się pazurami piersi Aarona i to tak głęboko, że spod łap stworzenia zaczęła lecieć krew. Początkowo chciałam strzepnąć to coś łapą, lecz potworek na mnie zasyczał. Odwrócił się ode mnie i zaczął chłeptać krew z ran basiora. Obrzydlistwo. Zacisnęłam szczęki na przezroczystym stworzeniu i skręciłam mu kark. Kruche ciałko złamało się na pół a ja w pysku poczułam krew. Wyplułam to i zaczęłam kaszleć, starając się pozbyć tego świństwa z pyska. Aaron oddychał płytko, nadal się nie ruszał. Nawet nie zmienił pozycji. Zaniepokojona spojrzałam na basiora. To dziwne stworzenie go sparaliżowało! Poczułam, że zaczynam panikować...
- Ee, nie ruszaj się, zaraz coś wymyślę. - zaczęłam chodzić w kółko, gdy postanowiłam usiąść obok Aarona. Wyczarowałam trochę śniegu (pomimo, że wokół nas było tego mnóstwo) i przyłożyłam mu na rany. Oczyściłam je i obmyłam jego zakwrwawioną sierść. Spojrzałam na Aarona, wyglądał na mniej niespokojnego, więc odetchnęłam z ulgą. Po godzinie basior już bez problemów mógł się poruszać.
- Dziękuję za pomoc. - odezwał się i spojrzał na mnie.
- Oh, nie ma sprawy, ja... powinnam cię przeprosić, w końcu sama ciebie tutaj przyciągnęłam. - spojrzałam smutno na Aarona, lecz on uśmiechnął się.
- Nie przejmuj się, jeszcze żyję. - Podniosłam oczy i zaśmiałam się cicho. Po chwili zapytałam się.
- To... gdzie idziemy dalej? Może tam? - wskazałam łapą na łąkę, która nie wydawała się być groźna. Aaron cicho westchnął, a ja nie czekając na jego odpowiedź, ruszyłam w tamtym kierunku. Kątem oka znowu zauważyłam kruka, lecz tym razem siadał na gałąź.

Aaron? :3

2.02.2019

Od Aarona cd. Gemini

Spojrzałem niepewnie na drewnianą konstrukcje. Most wyglądał staro i niezbyt stabilnie. Jednak nie chciałem sprawić przykrości poznanej waderze. Westchnąłem cicho.
- Pójdę pierwszy - zaproponowałem i wyminąłem Gemini. - Nie wiemy, czy deski są na tyle wytrzymałe, by dało się po nich przejść.
- No dobrze... - Spojrzała na mnie zdziwiona. Nie jest chyba jeszcze przyzwyczajona do tego, że muszę sprawdzić wszystko pod każdym kątem, by ocenić bezpieczeństwo. Podszedłem do budowli i przyjrzałem się drewnu - było dosyć spróchniałe. Powoli położyłem łapę i wykonałem pierwszy krok. Coś zatrzeszczało, ale most nie rozwalił się. Przełknąłem ślinę i obejrzałem się na wilczycę. Spoglądała na mnie z niemałym zdziwieniem. Kroczyłem wolno przed siebie. Po środku kładki znajdowała się dość dużych rozmiarów dziura. Mimo wszystko z łatwością ją przeskoczyłem. Most zachwiał się, więc ostatni odcinek pokonałem w paru szybkich susach. Gdy wylądowałem na przeciwległym brzegu, odetchnąłem z ulgą. Nigdy więcej. Gemini widząc, że można bez obaw przejść na drugą stronę dołączyła do mnie. Zrobiła to spokojniej i z większą gracją. Ucieszyłem się, że obyło się to bez żadnej przykrej niespodzianki. Po tej części terenów śnieg był większy. Prawie dosięgał mi do brody. Przemieszczanie się w takich warunkach graniczyło z niemożliwością. Gemini nie wydawała się tym przejęta i z zaciętością pokonywała kolejne metry. Torowaliśmy sobie drogę przez zimne ściany. Zwróciłem uwagę na kolory naszych futer - ich biel tonęła w otaczającym nas lodowatym puchu. W obecności wadery mój kompleks przestał dawać się we znaki. Ciekawe co powiedziałby teraz ojciec. Znając go, pewnie nic miłego. W lesie pomiędzy drzewami śnieg był mniejszy i w końcu można było spacerować normalnie. Przez dłuższy czas rozmawiałem z Gemini. Z konwersacji wyrwało mnie dziwne wrażenie. Rozejrzałem się naokoło - las przerzedził się, pozostawiając wyłącznie dziwnie powykrzywiane drzewa. Budziły we mnie niepokój. Ucichł nawet wcześniej słyszalny cichy świergot ptaków. Wszędzie panowała niezmącona niczym głucha cisza.
- Coś się stało? - zapytała wadera, podchodząc do mnie.
- Nie podoba mi się tutaj - przyznałem. - Jest za spokojnie... I dziwnie przerażająco.
Dlaczego przygody zawsze muszą rozpoczynać się w tak strasznych miejscach. Byłbym prze szczęśliwy, gdyby droga przez mostek prowadziła do na przykład łąki pełnej małych króliczków.
<Gemini?>