14.04.2022

Od Tsumi do Kareis

Ulubiona rzecz wiosenna, to możliwość pobierania soku z brzózek. Zbieranie żółtych kwiatków na syrop, cieszenie się słońcem oraz moment, w którym zdajesz sobie sprawę, że jedzenie suszonych korzonków by utrzymać w ryzach swoje zdrowie, nie będzie już konieczne. Albo raczej nie będzie konieczne za jakiś czas, gdyż jak się okazało, moja licha odporność i głupota spowodowana wczesnym wyjściem słoneczka, doprowadziła do wytworzenia w moim nosie kataru, przez który czułam się trochę jak ten dzieciak z sąsiedztwa, co biega z wiecznie długim smarkiem w nosie i zamiast się wysmarkać, to wyciera to o rękaw w swojej bluzie. Uh... aż powstały na tą myśl dreszcze obrzydzenia. Tak więc, z chustką w kwiotki owiniętą wokół szyi i zapasem czegoś, w co mogłam wysmarkać nos, skierowałam się w stronę lasu i górskich polan, w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby mi pomóc. Znaczy, w teorii mogłam się udać po coś do zielarzy, ale po co, skoro sama mogłam coś znaleźć? No i oczywiście był to pretekst by wyjść poza ściany pałacu i myśleć nad tym, jak to kolejna mutacja jakiegoś owada z zachodu może wpłynąć na uprawę ziół. Chociaż sprawa z tym owadem rzeczywiście była ciężka, bo lubił pożerać liście pewnej roślinki, której zielone części właśnie były najbardziej potrzebne. Jako przyprawa, jako roślina lecznicza, czy jako cokolwiek innego. A to latające źródło białka chciało to jeść. Upierdliwość. Jednakże wracając! Przeszłam przez suchą kępkę trawska, by zaraz potem obwąchać teren. Tak, tu było dobrze. Odstawiłam koszyk na bok, by wyciągnąć szyję z zamiarem zerwania wierzchniej części kwiatka. Gdy już to zrobiłam, czas było wykopać korzonki. Obok rósł kolejny, więc pozbycie korzonków jednego z nich nie powinno stanowić problemu. Ziemisty zapach wypełnił mój nos, wraz z lekką goryczką roślinnych pędów. Nic więc dziwnego, że dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z obecności innego psowatego. W dodatku dlatego, że po prostu jego futro rzuciło się w oczy, a nie dlatego, że mam taki świetny węch i wyczułam go z kilometra. Zaraz więc przywarłam do podłoża, mając nadzieję, że wysoka łąkowa uschnięta trawa mnie jakoś ukryje, a obcy sobie po prostu przejdzie obok i opuści watahowe tereny. 


<Kareis?>

28.03.2022

Od Antilii cd Sokara

Kwiat, który zerwał, był niemal zwyczajnym przebiśniegiem, ale nie dla mnie. Był niezwykle delikatny, liście miały soczyste kolory, które kontrastowały z nadal zimowym otoczeniem a kwiaty dojrzałe, rozwinięte oraz pachnące słodką, kwiatową wonią. Chwyciłam ostrożnie podarunek, czując jak wzruszenie ściska mi serce. Udało mi się jakoś powstrzymać łzy, choć łatwe to nie było. Czułam, jak przyjemne ciepło rozchodzi się po moim ciele, sprawiając, że przestałam czuć otaczający mnie późnozimowy chłód. Wiatr zaczął szarpać naszym futrem, ale niemal go nie odczułam. Czułam natomiast jak serce tłucze mi się w klatce piersiowej, chcąc wyrwać się z kościstego więzienia i wykrzyczeć to co głęboko ukryłam na jego dnie. Stałam przez chwilę, bijąc się z myślami. Wzięłam głęboki wdech nosem…
…i przytuliłam się do zaskoczonego Sokara. Objęłam go mocno i lekko rozłożyłam skrzydła, zupełnie jakbym chciała ochronić nas przed resztą świata. Przez ten moment, gdy czułam miękkość jego futra, jego ciepło, jego zapach…
…czułam się naprawdę szczęśliwa.
Musiałam jednak odsunąć się, mimo, że miałam ochotę trwać tak do końca świata. Czułam też, że Sokar zaczyna się czuć… niezręcznie.
– Dziękuję, że wierzysz we mnie… – powiedziałam, patrząc wilkowi w oczy. Uśmiechnął się, a w jego oczach pojawiła się pewna iskierka, która zgasła wraz z znalezieniem go po Próbach… Była nieśmiała, ale pojawiła się. Jednak nie była ona taka jak wcześniej. Była inna. Nadal skrywała ból, który krępował Sokara. Nie chciałam naciskać czy nawet poruszać tematu, wiedząc, że wejdę na bardzo cienki lód. Widziałam, że musi chcieć zrobić krok do przodu…
Ufam Sokarowi jak on mi.
Ruszyłam bez słowa, gdyż te były zbędne, przed siebie, w stronę naszego celu – Smoczej Jaskini.
Nim ruszyłam, włożyłam kwiat za ucho, uważając, żeby nie zniszczyć najpiękniejszego prezentu jaki otrzymałam w swoim życiu.

– Oto i ona… – powiedziałam cicho, przypominając sobie momenty, kiedy ostatnio tu byłam. Widok wychudzonego, wyniszczonego pomorem księżycowym ciała Nuty znowu stanął mi przed oczami. Nigdy tego nie zapomnę, ale próbowałam przynajmniej tego nie rozpamiętywać. Suche gałęzie drzewa posiane młodymi, wczesno–wiosennymi pączkami szeleściły cicho w rytm nadal zimnego wiatru. Strumyki dalej zasilały główne koryto, kończące się na krawędzi klifu, by dalej stać się wodospadem. Białe skały nadal tworzyły jaskinię, w której stałam wraz z bratem zmarłej czerwonej wadery.
Nic się nie zmieniło.
Natura trwała, podobnie jak nasze życie…
Przynajmniej tych, którzy nie mieli w sobie krwi boga zemsty, nie licząc Sokara.
Mimowolnie podeszłam do krawędzi, patrząc na krajobraz. Teraz wyglądał nieco smutno i przytłaczają lecz wiosną, gdy kwiaty rozwinęły swoje piękne, barwne pąki, czy latem, kiedy owoce dojrzewają wśród soczystej zieleni, widok zapiera dech w piersiach. Już niedługo gołe gałęzie ubiorą swoje zielone, liściste suknie, tworząc dom dla leśnych zwierząt oraz darząc inne jedzeniem. Wystarczyła jedynie szczypta cierpliwości… Wiosna zbliżała się coraz szybciej, jednak jej chłodna siostra nie zamierzała odpuścić swojego mroźnego uścisku.
Westchnęłam a silniejszy wiatr zaczął szarpać moją sierścią, lecz ja, niczym martwy posąg, stałam niewzruszona. Kwiat za uchem delikatnie kołysał się w rytm wietrznej pieśni.
Odwróciłam się na dźwięk poruszonych, toczących się kamieni oraz coś w rodzaju stętknięcia. Sokar położył się pod drzewem, przymykając lekko oczy oraz pozwalając, by skrzydła zsunęły się bezwładnie na ziemię. Podeszłam powoli i usiadłam obok, a potem również położyłam się na surowej skale.
Czułam przepływającą energię Starego Drzewa, która miała zdolności uzdrowicielskie. Czasami korzystałam z właściwości tego niezwykłego drzewa by pomóc moim pacjentom.

Choć jednemu nie udało się w jakiekolwiek sposób pomóc.

Mimowolnie przymknęłam oczy, gdzie znowu zobaczyłam Nutę. Jej gęste futro mieniło się delikatnie a jej uśmiech był bardziej niż zaraźliwy. Wszędzie jej było. Potem zobaczyłam ją, jak choroba zaczyna toczyć jej ciało, zmieniając ją z wesołej i energicznej wadery w prawdziwy wrak, szkielet pokryty suchą, bladą skórą i przerzedzoną, zniszczoną sierścią. Iskierki w jej oczach zgasły, śmiech ucichł aż w końcu… odeszła. Starałam się i to bardzo, aby nie czuła bólu.
Tylko tyle mogłam zrobić.
– Mam nadzieję, że są w lepszym miejscu… – powiedział nagle Sokar, przerywając milczenie. Otworzyłam gwałtownie oczy, lekko zamroczona wyrwana ze swoich przemyśleń.
– Hm?
– Moje rodzeństwo. – Nuta żałoby przeniknęła jego idealny głos. Najchętniej bym go przytuliła, znowu, ale powstrzymałam się. Pozwoliłam mu mówić, nie ingerując w żaden sposób. – Że są w miejscu, gdzie nie czują… – Zacisnął mocno zęby, a po chwili pociekła mi strużka krwi. Powstrzymałam się przed zwróceniem mu uwagi, aby się nie krzywdził.
Ani że to nie jest jego wina.
Przymknął oczy i wziął oddech przez nos. Jego płuca dalej świszczały, lecz były w zdecydowanie lepszym stanie niż wcześniej.
– Podziwiam cię również za to, że byłaś z moją siostrą do samego końca… – Spojrzał na mnie, nadal mając pustkę po stracie części swojej jedynej rodziny, ale szczerość oraz… dumę. Czułam, jak moje policzki zaczęły promieniować ciepłem.
Brawo, spal buraka w takim momencie, geniuszu.
– Jednak… ja nie byłem wystarczająco… silny… by z nią… być… – Głos zaczął mu się coraz bardziej łamać. Poczułam, że to moment, w którym mogę wyrazić swoje wsparcie oraz zdanie.
– Dobrze wiesz, że to nieprawda. Nuta wiedziała, że jesteś z nią myślami oraz duchem. – Położyłam mu łapę na jego łopatce, patrząc mu głęboko w oczy. – Czuła to.
Kiwnął delikatnie głową, odwracając ją, zupełnie jakby analizwał moje zdanie. Zastanawiał się, czy naprawdę tak było.
– Teraz również możesz być z nią swoimi myślami, pielęgnując pamięć o niej oraz Tsurim i Hirvim… –Mówiłam szczerze, prosto ze swojego serca. Położyłam swoją głowę na jego futrze, przymykając oczy, mając poczucie bezpieczeństwa w jego obecności. Poczułam, jak basior kładzie swój łeb na moim. Rozkoszowałam się każdą chwilą, czując jego ciepło oraz moc Starego Drzewa w Smoczej Jaskini, które nie tylko pozwalało ciało zagoić rany jak i umysłowi, kojąc mroczne myśli.
– Anti?
– Tak? – Nawet nie zauważyłam, że użył zdrobnienia.
– Pomodlisz się ze mną za moje rodzeństwo?
– To będzie dla mnie zaszczyt.

Po skończeniu zwrotki do bogini Nadziei,Kireny, oraz boga Śmierci, Nestera, przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Słońce powoli zaczęło wstawać, oblewając wzgórza, nagie lasy oraz jaskinię, w której się znajdowaliśmy, ciepłymi kolorami swoich promieni.
Wstawał kolejny dzień.
Niespodziewanie Sokar wziął głęboki wdech, po czym zaczął lekko kaszleć, co mnie zaniepokoiło.
– Wszystko w porządku? – zapytałam, gotowa zareagować niemal natychmiast.
– Tak… Ja… – zaczął, po czym wziął głęboki wdech i…



<Soczek? Ur mov>

23.03.2022

Od Lait CD Sokara

— Mówiłam, żebyś się nie przejmował, pójdę po książki — uśmiechnęła się lekko, maskując to, że mówiła o czymś innym.
Gdyby usłyszał to, że zależy jej na tej relacji, byłoby niezręcznie. Może lepiej, że nie usłyszał... Co nie zmienia tego, że rzeczywiście był on jakoś ważny dla niej. Jako przyjaciel oczywiście. Lub raczej, kolega. Dobry kolega? Nie wiedziała, nie rozmawiali na ten temat i czuła się zbyt niepewnie, aby o to zapytać. Była słaba w relacje, mimo że żyła w sporym społeczeństwie watahy. Nie miała bliższych sobie wilków, no cóż, oprócz Sokara, którego nie wiedziała jak określić. Mówiła innym wilkom „dzień dobry” czy „miłego dnia” i tak dalej, no i zdarzało się jej plotkować, przez co wydała się być dość towarzyską waderą, ale... prawda była inna.
W rzeczywistości większość czasu po prostu spędzała sama, z książką i kawami, pitymi raz po raz. Unikała trochę innych, jednocześnie pragnąc posiadać jakiegoś znajomego. Nie chciała prosić Sokara o spędzanie czasu wspólnie, basior był raczej wyczerpany ciągłą pracą i możliwe, że miał inne wilki, które potrzebowały jego uwagi.
W głębi duszy bolało ją to, ale myślała tylko o tym, że musi się z tym pogodzić.
— Skoro tak mówisz... — odpowiedział po dłuższej chwili ciszy. Zauważył zawiechę, która dopadła również Lait.
— Jasne... I ten, jakbyś potrzebował pomocy jeszcze w czymś, to możesz się odezwać do mnie, czy coś — napomknęła, natychmiast żałując. Ufanie chwilowej odwadze to zły pomysł. — A teraz leć, spieszyłeś się.
— Ah, tak!
Obgadywanie wilków z watahy było zdecydowanie łatwiejsze niż utrzymywanie relacji w dobrym stanie.

✧─── ・ 。゚★: .✦ . :★. ───✧

Lait weszła do środka sierocińca, rozglądając się dookoła. Bywała tu... raczej rzadko. Nie, że nie lubiła szczeniąt ani tak dalej. Po prostu patrzenie na nie przywracało złe wspomnienia. Te dzieciaki były jak ona w przeszłości. Znaczy, nie do końca — Nie muszą się martwić o jedzenie i miejsce do spania, nie są takie samotne. W tej chwili, patrząc na dwójkę bawiących się wilczków, myślała o... rodzinie. Nie pamiętała zbyt wiele o niej, czasem jedynie przemknęła jej myśl o bracie, który bawił się z nią. Reszta? Zupełnie nic. Nie kojarzyła nawet imion i pewnie gdyby ktoś chciał jej wmówić, że jest jej rodziną, mogłaby uwierzyć szybko.
Szybko odebrała książki, nie wdając się w dłuższą rozmowę z opiekunem. Wyszła z budynku— GAH. Przed jej nogami przebiegły szczeniaki, które żyły swoim życiem, nie zwracając uwagi na to, że mogły zostać nadepnięte przez waderę. Radośnie bawiły się, nieświadomie sprawiając Lait jeszcze więcej powodów do rozmyślań.
Kiedy już wiedziała, że nie wpadnie na nie, ruszyła szybszym krokiem. Jak się mówiło „Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu”, tak wszystkie drogi prowadziły Lait do biblioteki. Znała je na pamięć, nieważne gdzie się znajdowała. Idąc tam, myślała. Właściwie robiła to przez całą podróż tutaj, pobyt, no i teraźniejszy powrót. Już wiedziała, że będzie ją to męczyć przez najbliższe dni. Obiecała sobie jednak, że postara się nie pokazać tego przed Sokarem. Basior zdecydowanie miał ważniejsze powody do zmartwień.


<Sokar? Niezbyt mi się podoba, ale stoimy w miejscu>

21.03.2022

Rysunek eventowy - „Mroczne walentynki” | 💀🖤śmierć ukochanego — Sokar

 


Od Wichny do Shiry

 Chyba nigdy nie widziała tak pobudzonego wilka. No, może kiedyś widziała, ale raczej nie zbliżała się do niego na odległość mniejszą niż pięćdziesiąt metrów. A ten wilk był już o wiele bliżej i wciąż się zbliżał, ewidentnie chcąc nawiązać z nią rozmowę.
- Wichna! Dawno się nie widziałyśmy, czyż nie? - uśmiech wadery sięgał uszu.
Wichna musiała zastanowić się chwilę, by przypomnieć sobie, kto przed nią stoi. W ciągu ostatniego roku chyba jej nie widziała, ale wiedziała, że już się spotkały. Wilczyca była biała, a jej rozłożyste skrzydła opadały lekko po bokach jej ciała. Tuż za nią kroczyła wielka tygrysica. Nigdy jeszcze nie widziała tak niezwykłego kota. Po sekundzie w końcu przypomniała sobie imię wadery i też lekko się uśmiechnęła na wspomnienie otrzymanej dawno pomocnej łapy.
- Dzień dobry, Shira. Miło cię widzieć. Rzeczywiście dawno się nie widziałyśmy.
- Nasze drogi szybko się rozeszły - przysiadła na ziemi i patrzyła co robię.
- Ale, jak widzisz, żyje mi się tu bardzo dobrze. To również twoja zasługa. Pomogłaś mi, kiedy tutaj dotarłam. Możliwe, że gdyby nie ty, w ogóle nie trafiłabym do tej watahy. Dziękuję.
- Nie ma za co - wzruszyła ramionami, wciąż się uśmiechając.
Shira złapała Wichnę podczas porannej gimnastyki. Wadera postanowiła powziąć ten nowy zwyczaj, jako że zaczęła się wiosna. Rozmawiając z gościem, kończyła rozciągać plecy. Shira nie wydawała się być urażona, że Wi robi coś w trakcie rozmowy. 
- Co właściwie teraz robisz? - zapytała Shira, patrząc, jak Wichna stojąc, wychyla się lekko to w przód, to w tył i kręgosłupem w górę i w dół.
- Rozciągam się. To tak zwany kot i krowa. Kot, kiedy plecy robią się zaokrąglone. Krowa, kiedy są zapadnięte. Już kończę, więc jeśli czegoś potrzebujesz, daj mi jeszcze tylko minutę.
Tak jak powiedziała, zrobiła jeszcze jedno ćwiczenie i skończyła. Teraz już poświęciła całą swoją uwagę Shirze. Wadera czekała cierpliwie, z ciekawością obserwując ruchy Wichny.
- Chciałam cię po prostu odwiedzić. Pomyślałam, że byłoby świetnie trochę lepiej się poznać.
Wichna była trochę zdziwiona. Zwykle nie po to wilki do niej przychodziły. Ale w sumie to nie jest zły pomysł. Mimo roku spędzonego w watasze, nie ma tu jeszcze przyjaciół.
- Pewnie. To bardzo miłe z twojej strony. Mam trochę wolnego czasu, więc możemy gdzieś pójść. Masz może jakieś pomysły?

<Shira?>

Ziyoł do Antilii

Przez to, że  musiałam poczekać, aż opuchlizna  po ukąszeniu pszczół mi zejdzie i to, że dostałam propozycję od Antilii o wspólnym treningu nie mogłam wpakować się w żadne tarapaty przez te trzy dni. Opuchlizna dzięki tej dziwnej maści mi szybko zeszła, przez co byłam zadowolona. Sharki odpuścić Watahe z ukochaną a ja dosyć szybko nauczyłam się ich mowy. Prawie że już zapomniałam o swoim dawnym domu w innym świecie. Choć musiałam przyznać, że brakuje mi walki za pomocą naszych broni. Stąd też pomysł na walkę mieczem choć to na razie był tylko patyk. Przez który strąciłam ul.  Potrząsnęłam głową i  że skoczyłam z gałęzi, na której rozmyślałam.   Ruszyłam w stronę jaskini wadery, jednej z wysoko postawionych w hierarchii stada, choć ja sama nie wiedziałam, na jakim szczeblu się w tej drabinie znajduje.
- Antilii, jesteśmy tak jak prosiłaś.
Powiedziałam głośno, przysiadając na "progu" wejścia do jej jaskini. Gdy tylko ją zauważyłam, mój ogon lekko poruszył się do góry i na dół.
-  Mhm.. Wszystko w porządku, maść zadziałała. Czego Czego mnie nauczysz, jak walczyć, a może jak się bronić?
Pytałam  zafascynowana tym, co może się dziać podczas treningu. 


(Co robimy? Antilii  ;* )

16.03.2022

Nowy wilczu! Kareis


Autor grafiki: Aviaku

Właściciel: przygoda2091@gmail.com (Discord: wiw01#9751)
Imię: Kareis
Wiek: 4 lata
Płeć: Basior
Żywioły: Wolność | Trucizna | Mrok (nieodkryty)
Stanowisko: Wojownik | Opiekun Szczeniaków
Cechy fizyczne: Kareis to wilk o smukłej budowie i zadziwiająco długich uszach. Jego futro jest czarne, dłuższe i gęstsze na karku oraz ogonie. Skrzydła zazwyczaj spoczywają na jego plecach, jednak w trakcie sprintu połowicznie je rozkłada. Medalion ukryty jest pod futrem szyi.
Cechy charakteru: Gdyby mógłby, przebywałby w trzech miejscach jednocześnie. Kareis nie potrafi usiedzieć w miejscu dłużej, niż pięć minut, dlatego często drepta w kółko. Jest urodzonym optymistą-lekkoduchem. Nie potrafi skupić uwagi na niczym, czego nie uzna za wystarczająco interesujące, chyba, że jest to jego praca bądź rozkaz Alfy. Przez swój żywioł preferuje nie zajmować się polowaniem, ponieważ boi się, że ponownie zostanie oskarżony o zatrucia i wydalony z watahy.
Cechy szczególne: Podczas używania żywiołu trucizny, niektóre części ciała Kareisa pokrywają się fioletem (główna grafika).
Lubi: ciemność, młode wilki, oglądać gwiazdy
Nie lubi: śniegu, koloru niebieskiego, zbyt jasnego światła
Boi się: magii chaosu, ludzi, metalu, wybuchów
Moce:
- potrafi zatruć inną istotę przez ugryzienie bądź zadrapanie, lub otoczenie przez toksyczną chmurę
- odporność na trucizny (NIE NIETYKALNOŚĆ!)
Historia: Pochodzący z Watahy Czerwonego Półksiężyca basior nie miał łatwego życia pod względem rodzinnym. Matka Kareisa zdechła po porodzie przez głód panujący tamtej zimy, a ojciec zginął w trakcie walki z inną watahą o terytorium. Został przygarnięty przez inną parę, jednak wkrótce został wydalony ze stada przez częste zatrucia, za które został obarczony winą. Podczas podróży, tuż przed zimą, natrafił na inną watahę, znacznie mniejszą niż ta Czerwonego Półksiężyca, która pozwoliła mu dołączyć na czas mrozu. Wilki gromadziły się co wieczór, opowiadając historie z przeszłości o istotach zwanych “ludźmi”, które miały żyć razem z watahami i posługiwać się magią. Niektóre z tych opowieści mroziły krew w żyłach Kareisa, dlatego przysiągł sobie nigdy nie szukać tych dziwnych postaci; przez parę tygodni miał o nich koszmary. Po zakończeniu zimy wyruszył w dalszą drogę. Natrafił na Watahę Mrocznych Skrzydeł wielkim przypadkiem i szczęściem, ponieważ od dłuższego czasu miał problem ze znalezieniem pożywienia.
Zauroczenie: brak
Głos: LINK
Partner: brak
Szczeniaki: brak
Rodzina: Matka - Linnera, Ojciec - Isrka (oboje nie żyją), brak rodzeństwa
Jaskinia: Północ 1
Medalion: Drewniana czaszka pomalowana na fioletowo.
Towarzysz: brak
Inne zdjęcia: brak
Przedmioty kupione w sklepie:  brak
Dodatkowe informacje: brak
Umiejętności:
- Siła: 80
- Zręczność: 80
- Wiedza: 80
- Spryt: 110
- Zwinność: 130
- Szybkość: 150
- Mana: 170


15.03.2022

Od Antilii* cd. Ziyoł

Wróciłam do swoich spraw, rozpakowując leki, które dostałam chwilę przed tym, nim zjawiła się Ziyoł. Ułożyłam fiolki, pojemniczki i inne opakowania na odpowiedniej półce, sortując to według wcześniej przeze mnie ustalonej reguły. Lubiłam porządek. Łatwiej się w nim można znaleźć oraz szybko zauważyć czego brakuje. Tak, aby wszystkie elementy układanki do siebie pasowały…
Pasować…
Zatrzymałam swoją łapę sięgającą po jeden z najprostszych i najstarszych antybiotyków jakie istnieją. Znowu miałam to przemyślenie, które męczy mnie od dawna, odkąd tutaj jestem. Zamrugałam kilka razy.
Czy ja tutaj pasuję…?
Zaczęłam sobie przypominać swoje życie, dokąd tylko pamiętałam. Kiedy dołączyłam do Watahy Mrocznych Skrzydeł, poczułam, że znajduje swoją ścieżkę. Nowy dom, gdzie wilki będą mnie znały, poznam kogoś, zakocham się, stworzę własną rodzinę… Odkąd straciłam pamięć, tylko o tym marzyłam.
Żeby pasować… Żeby czuć, że komuś zależy na moim istnieniu…
– Żeby zostać zapamiętana… – powiedziałam cicho. Nie wiem dlaczego ale lekko się uśmiechnęłam. Chyba dopięłam swojego… W tej chwili zapisałam się w historii tej watahy nie tylko jako Radna oraz wilczyca Gamma ale również medyczka o wielkim sercu, które zostało skradzione przez pewnego przystojniaka o czekoladowej sierści.
Wróciłam do swojego zajęcia, tym razem nucąc jakąś piosenkę, by zająć czymś nieco rozszalały umysł.

Gdy tylko ułożyłam wszystkie medykamenty, usiadłam nad zaległymi sprawami. Doszły do mnie słuchy o pewnej specyficznej chorobie u naszych zachodnich sąsiadów. Nie chciałam używać słowa epidemia, ponieważ to nie było aż tak… hm… szybko rozprzestrzeniające się. Nie zagrażała ona życiu wilka, który na nią zachorował, o ile nie jest starszym lub zbyt młodym osobnikiem. Otworzyłam księgę chorób, czytając o patogenie i chorobie jaką powoduje. Objawiała się ona…
– Antilia, jesteś tam? Zaskoczona, gwałtownie podniosłam głowę oraz nastawiłam uszy. Wyszłam z pokoju, spoglądając w kierunku wejścia do mojej jaskini. Nie widziałam nikogo, tak więc wyszłam na zewnątrz. Nie zauważyłam Ziyoł, która stała za mną.
Gdy odwróciłam głowę, podskoczyłam i odruchowo wzniosłam się w powietrze. Wilczyca wyglądała jakby miała właśnie tą chorobę, o której czytałam. Na szczęście po chwili wszystko się wyjaśniło.
– Masz coś na złagodzenie jadu pszczół?
Uśmiechnęłam się, wypuszczając powietrze z płuc. Opadłam na ziemię i poprosiłam, aby Ziyoł weszła do środka.

Drugi raz tego samego dnia.

– Nie uważasz mnie za dziwną wilczycę? Bywam u ciebie chyba częściej niż jakikolwiek szczeniak… – zapytała wilczyca, kiedy nakładałam chłodzoną maść ze świetlika. Chwilę zastanawiałam się nad odpowiedzią.
– Rzeczywiście bywasz u mnie dość często… co mnie nie lekko niepokoi… – przyznałam szczerze. – …ale może masz taki urok? Trudno mi powiedzieć… – dodałam.
Ziyoł milczała, cierpliwie dając mi się opatrzeć.
– Opowiesz mi, co tym razem się stało? – zapytałam łagodnie. Wilczyca opowiedziała, że chciała się nauczyć walczyć i próbowała to robić w pewnym miejscu, ale zahaczyła o ul pełen pszczół a te dotkliwie ją pokąsały.
– Gdy opuchlizna zejdzie, przyjdź do mnie – poprosiłam, odprowadzając ją do wyjścia.
– Dlaczego? – zapytała zaskoczona, patrząc na mnie prawie jak na dziwaka.
– Nauczę Cię tego i owego. – Mrugnęłam do niej, po czym się pożegnałyśmy.
Trzy dni potem Ziyoł wróciła, w pełni sił i gotowa do treningu.


Zi? Kung Fu Pandziątka?

21.02.2022

Czystka

 No więc moje kochane wilczki.
Czystka! Cieszycie się? Ja bardzo! Przecież każdy chce mieć wataszę stworzoną z martwych wilczków cudnych dywaników, prawda?

Jednak wracając do konkretów. 
Informujemy, że od niedzieli (6 lutego) do niedzieli (20 lutego) do północy, odbędzie się czystka. W ciągu tego czasu, aby pozostać w życiu naszego bloga-watahy, należy wysłać dwa opowiadania, które nie będą zawierały mniejszej ilości słów, niż 100. Jeśli do tego czasu opowiadania nie zostaną dostarczone, wilk zostanie automatycznie przeniesiony do odeszłych/NPC. W czystce nie będą brane pod uwagę osoby, które wcześniej wzięły nieobecność. 

✧──────  ・ 。゚★: *.✦ .* :★. ──────✧

Opowiadania należy wysyłać na email watahy: kontaktwms@gmail.com

✧──────  ・ 。゚★: *.✦ .* :★. ──────✧

Lista osób które ,,zdały":

Ziyoł do Antilii

 Anti jak zawsze była miła przy pomocy, wadera miała teraz nadzieje, że nie trafi do niej tak szybko już tego dnia. Znieczulenia na szwach działały, wiec nie było czym się  przejmować. W sumie  nie wiedziała czy medyczka wie, że to ona pochodzi z równoległego świata i  to ona kiedyś wpadła  przez dach siedziby rady na ich stół. No bo jak skoro prawie nikogo tam tego dnia nie było. Postanowił dziś odpuścić polowanie na większą zwierzynę. No cóż poradzić,  dawniej do obrony używała rąk, które są jej przednimi łapami.  Nadal uczy się walki w tym ciele w końcu to o wiele bliższy sposób.

-A może by tak nauczyć się trzymać broń w pysku? -pomyślała na głos i poszukała jakiegoś  patyka, który pochwyciła w swoje wilcze zęby i zaczęła nim wymachiwać, poruszając głową. Po czasie spróbowała zrobić to, angażując to całe ciało, chciała znaleźć sposób własnej walki. Pech chciał,  że straciła ul z pobliskiej  gałęzi i po paro kilometrowej ucieczce wróciła do  medyczki z zapytaniem, czy ma coś na jad pszczół. Liczyła ze jednak tu dziś więcej nie zawita, a tutaj proszę, co za obrót w sprawie. 

- Nie uważasz mnie za dziwną wilczycę? Bywam u ciebie chyba częściej niż jakikolwiek szczeniak. -Powiedziałam ,przymykając oczy, by jej nie przeszkadzać.

<Antilia?> Co teraz? 

20.02.2022

Od Shiry CD Wichny

 Skrzydlata zmrużyła łagodnie oczy, z uśmiechem przyglądając się, jak nowo poznana wilczyca zajada upolowanego przez nią zająca. Lubiła to uczucie. Lubiła się dzielić i sprawiać innym przyjemność.
Poruszyła uszami na słowa wadery. Podniosła nieco głowę i uśmiechnęła się jeszcze szerzej niż dotychczas.
– Oh, oh tak! Wataha Mrocznych Skrzydeł, bo tak się nazywa, to wspaniała wataha, która…
I tak rozpoczął się emocjonujący monolog, który pewnie by się nie skończył, gdyby nie narzekające upomnienia Rayli, które skutecznie sprowadzały ją na ziemię, co by nie odpłynęła za daleko. Miała szczerą nadzieję, że Wichnie spodobała się chociaż jakaś część i zachęci ją do zostania tutaj na dłużej.

***

Któregoś razu jakimś magicznym, niewyjaśnionym trafem przypomniała sobie akurat o tej jednej, konkretniej wilczycy. Dawno z nią nie rozmawiała, więc pod wpływem jednego impulsu już jakiś czas była w drodze. Zabrała ze sobą też Raylę, bo czemu nie. Właściwie to sama chciała iść. Nie ufała Wichnie?
Shira, uradowana jak mały, wesoły szczeniak, dreptała żwawo po wydeptanej ścieżce, z tygrysicą u boku. Nie leciała, choć tak byłoby szybciej, wolała się po prostu przespacerować. Tak się złożyło, że będąc już na miejscu, napotkała poszukiwaną przez nią wilczycę jeszcze przed samą jaskinią. Czyżby gdzieś szła? Była zajęta? Shira miała nadzieję, że nie będzie za bardzo przeszkadzać. Jej oczy i tak błysnęły z zachwytem.
– Wichna! Dawno się nie widziałyśmy, czyż nie? – zawołała z uśmiechem, co najmniej z takim entuzjazmem, jakby były starymi przyjaciółkami, które spotkały się po latach.
A pomyśleć, że tak naprawdę wcale nie znały się zbyt dobrze. Warto to zmienić, prawda?

<Wichna? Nie wierzę, tyle to czekało,, xD>

Od Wichny na Event

 Zawsze uważałam święta zakochanych za bzdurną stratę czasu. Nigdy nie modliłam się do boginek, panów, bóstw czy dobrych duszków. Nigdy też nie spędziłam z nikim tego wyjątkowego czasu na tak zwanej “randce”. Nie myślałam nawet o tym, żeby jakoś to zmienić, bo i po co? Przecież bogowie raczej nawet na nas nie patrzą, co dopiero pomagać nam w czymś tak błahym jak miłostki i motyle wibrujące nam w brzuchach. Jednak od początku tego roku coś jakby się zmieniło. Powietrze stało się ciężkie, duszne. Coraz ciężej wstawało mi się z łóżka, nie mówiąc już o spojrzeniu w lustro, w którym za każdym razem widziałam tylko brzydkie odbicie, do niczego nie nadającej się wilczycy… Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby pomyśleć o sobie w ten sposób. Co się ostatnimi czasy zmieniło? 14 dnia miesiąca, jak co rano, zwlokłam się z legowiska. Demon leżał pod ścianą. Rzeczywiście, od jakiegoś czasu był bardziej cielesny i nawet w półmroku jaskini dobrze było widać zarys jego ciężkiego, czarnego ciała. Eteryczne mięśnie na jego długich plecach pulsowały energią. Wiedziałam, że nie śpi. Czuwał, jak każdej nocy. Demony nie potrzebują snu, ale będąc w stanie letargu, odzyskują energię, której potrzebują na przebywanie w naszym świecie. Dowiedziałam się tego dopiero, kiedy zdobyłam się na pierwszą prawdziwą rozmowę z tą kreaturą. Okazała się lepszym towarzyszem niż wiele wilków, jakie znałam. Uśmiechnęłam się lekko w stronę stworzenia i ruszyłam do wyjścia.  Na niebie już na dobre zagościło słońce. Było jasno i choć temperatura zbliżała się do zera, gałęziami drzew momentami poruszał przyjemny, ciepły wiatr. Przymknęłam oczy i nagle ni stąd, ni zowąd łzy napłynęły mi do oczu. Co się dzieje? Podniosłam powieki. Świat był niewyraźny, pofałdowany, jakbym patrzyła na niego spod tafli jeziora. Poczułam się bardzo samotna.  Jest święto… i jest mi źle. Jeszcze gorzej niż zwykle. Pomyślałam, że warto spróbować. Może bogowie jednak nadal słuchają. Postanowiłam zbudować kapliczkę. Nie dla jednego bóstwa, ale taką… sama nie wiem. Taką, żeby każdy, kto będzie szedł do mojej pracowni, mógł przy niej przystanąć. Nazbierałam drewna i kamieni. Wybierałam tylko te wizualnie atrakcyjne, w końcu to ma być kapliczka dla bóstw miłości. Kamienie były wielokolorowe, jednak najbardziej spodobały mi się duże otoczaki o pastelowych odcieniach. Z materiałów zbudowałam coś na kształt kopca i budki nad nim. Nad maleńkim domkiem skleciłam spadzisty dach z gałązek, mchu i liści paproci. Na koniec z resztki drewna złożyłam niewielki stolik z szufladą, a do niej włożyłam zioła i różne przedmioty, o których wiedziałam, że mogą być wykorzystywane do składania modłów. Znalazły się tam między innymi suszone płatki róży. Wzięłam dwa i położyłam je w miseczce leżącej pod zadaszeniem. Kiedy je podpaliłam, wokół mnie uniósł się aromat dymu, jednak bardzo delikatny, przyjemny. Pomyślałam o bogini Larnis, bo to właśnie dla niej inne wilki zwykle paliły płatki. Kiedy wracałam do domu, nie czułam się inaczej. Ciało nadal ciążyło, powietrze było zawiesiste i nawet nie było już śladu po przyjemnie wcześniej dmuchającym wietrze. Jednak głowę miałam czystszą. A przynajmniej tak mi się wydawało. Cóż, może kolejnego dnia będzie lepiej. I na bogów, kolejne walentynki spędzę z kimś innym niż tylko z demonem.

Od Antilii* cd. Ziyoł

Coś czułam, że dzisiaj nie będzie zwyczajny dzień pracy… Nie myliłam się. A czasami wolałabym się mylić…
– Wejdź… – poprosiłam wskazując Ziyoł drogę do swojego gabinetu. Wadera już znała drogę, także puściłam ją przodem. Usiadła na specjalnych poduszkach zabezpieczonych zaklęciem antybrudzącym, dzięki czemu nie muszę ich prać po każdym pacjencie.
– Odwróć się do mnie plecami – powiedziałam, biorąc potrzebne mi narzędzia. Bez szycia się nie obejdzie… – pomyślałam, nieco zasmucona i zarazem zaniepokojona. Ostatnio bardzo często przychodzi do mnie ta wadera, co mocno mnie… martwiło. Czy ona robi to specjalnie? – zastanawiałam się. Nie byłam pewna co do jej… ekhm… sposobu życia, ale przynajmniej przychodziła po pomoc, a nie ukrywała to przed światem. Podobnie w drugą stronę – nie afiszowała się z tym lub robiła z siebie ofiarę. Bardziej obstawiałam, że to jest wina jej… nieporadności… Lub czegoś innego.
Wszystko jest możliwe – od zwykłych wypadków po demony czy inne bóstwa, które sprawiają, że dotykają ją te wypadki…
– Opowiedz mi jak to się stało. – Chwyciłam strzykawkę i zaczęłam nakłuwać jej skórę substancją znieczulającą, która ma działanie miejscowe. Kolce były cienkie, ale długie a sierść w okolicach wkłucia ciał obcych miała kolory od brązowej rdzy po świeży, żywy szkarłatny kolor. Miałam nadzieję, że te szpikulce nie naruszyły żadnego ważniejszego nerwa lub naczynia…
Wadera zaczęła opowiadać, że podczas polowania spadła z drzewa i wpadła w krzaki z dużymi kolcami. Większość udało jej się samej wyjąć, ale te na grzbiecie były nieosiągalne dla niej oraz trudne do usunięcia – każde poruszenie chodźby jednym bardzo ją bolało. Nie dziwiłam się.
Usunięcie tego, trochę mi zajeło, a szycie – jeszcze więcej. Nie wiem dlaczego ale gdy wyjęłam ostatniego kolca, pacjentka zaczęła niemiłosiernie się wiercić. W końcu, gdy zagroziłam, że ją obezwładnię przy pomocy magii, uspokoiła się nieco, przynajmniej na tyle, abym mogła pozszywać podziurawioną skórę. Gdy się udało, przekazałam informacje dotyczące dbania o ranę i aby pokazała się mniej więcej za tydzień. Pożegnałam ją, a ona na do widzenia przytuliła mnie i dziękowała za pomoc, po czym udała się w swoją stronę.
Stałam i patrzyłam jak odchodzi, myśląc, co to za istota. Wyróżniała się mocno na tle innych członków watahy, ale miała coś w sobie. Coś, czego nie potrafiłam określić. Poza tym naszła mnie inna myśl, bardziej… prolocza.
Coś czuję, że spotkamy się szybciej.
Uwierzcie mi, gdyby za krakanie dostawałabym chociażby coinsa, już byłabym najbogatsza w naszej watasze…


Ziyoł? Bez polotu, muszę Ci przekazać wyjaśnienie dlaczego Zi to spotyka, strasznie Cie sory x'd

14.02.2022

Od Kennego

Pamiętam tylko że uciekałem przed czymś. Nie pamiętam jak wyglądało, ani czego chciało, ale zanim mnie dopadło zapadła ciemność. Gwałtownie usiadłem, ciężko oddychając. To tylko koszmar. Przeciągnąłem się i wyszedłem z jaskini. Było ciemno, więc postanowiłem nie budząc towarzysza, przejść się niedaleko. I tak już nie zasnę. Ruszyłem przed siebie w losowym kierunku. Nie miałem planu gdzie iść, chciałem tylko zapomnieć o tym dziwnym śnie. Idąc spokojnie, patrząc tylko pod łapy, wpadłem na coś, a raczej kogoś. Był to inny wilk. Przeprosiłem i ruszyłem dalej. Słysząc za sobą dziwne szuranie, odwróciłem się. Szła za mną jakaś postać. Zakładałem, że był to ten sam osobnik, na którego wcześniej wpadłem. Stanąłem twarzą do postaci, by przeprosić jeszcze raz, lecz gdy tylko spomiędzy liści padło na nieznajomego światło księżyca, zauważyłem że jest to dziwna istota przypominająca tylko wilka. Nie miał twarzy, zamiast tego na całym jego ciele znajdowały się dziury. Zacząłem uciekać, lecz przede mną pojawiło się jeszcze kilka takich osobników. Chciałem zamienić się w ptaka i odlecieć, ale nie potrafiłem. Byłem otoczony i nie miałem gdzie się uciec. Kiedy myślałem, że już koniec, te dziwne stworzenia zamieniły się w pył. Biegiem ruszyłem w kierunku jaskini, jednak zanim udało mi się do niej dotrzeć, ziemia pode mną się zapadła, a ja runąłem w ciemność.
Ponownie obudziłem się ciężko dysząc. Rozejrzałem się dookoła, ale zamiast nieznanej lokalizacji gdzieś pod ziemią, znajdowałem się w swojej jaskini. Wyszedłem z jaskini, żeby sprawdzić, czy to na pewno był tylko sen i czy znajduje się tam ta wielka dziura, ale zamiast tego zobaczyłem o wiele większą dziurę... W sumie to dookoła jaskini była ciemność, pochłaniająca wszystko. Widoczne były tylko kamienie i drzewa unoszące się w powietrzu. Niestety były zbyt od siebie oddalone bym mógł po nich skakać. Spróbowałem się przemienić, jednak dalej nic. Kiedy się odwróciłem, mojej jaskini również nie było. Teraz stałem na kawałku ziemi z trzema drzewami dookoła oraz krzakiem. To na pewno był sen, a precyzyjniej mówiąc kolejny koszmar. Nic nie mogłem zrobić. A najgorsze było to, że miejsce to pochłaniało kawałek po kawałku obiekty znajdujące się tam, więc i na mnie przyjdzie kolej. Chciałem skoczyć w przepaść, bo w końcu kiedy umrze się we śnie to powinno się obudzić, jednak zanim zrobiłem krok w nicość, zatrzymał mnie dziwnie zdeformowany głos.
-Jeśli umrzesz to nigdy się nie obudzisz - powiedział, a gdy zlokalizowałem źródło dźwięku, okazało się że był to potwór z pierwszego snu przed którym uciekałem. Nic dziwnego, że nie pamiętałem jak wygląda. Stworzenie co prawie sekundę zmieniało swoją postać, co sprawiało, że jego wyglądy się nakładały i nie przypominał niczego. Było przerażające, ale na swój sposób ciekawe. Kiedy próbowałem się mu przyjrzeć, nagle zaczęła boleć mnie głowa... Ale skoro to był tylko sen to jakim cudem poczułem to. Spojrzałem na drzewo obok nieznajomego. Chciałem coś powiedzieć, zapytać kim jest i skąd to wszystko wie, jednak gdy spróbowałem mój głos po prostu zniknął. Jakby ta nicość, która otaczała całe miejsce nie pozwoliła mi na porozumienie się z tym bytem.
-Zostałeś przeklęty. Nigdy się nie wybudzisz. - kontynuował - Musisz znaleźć źródło i je zniszczyć.
Jak dokładnie wygląda te źródło, czy wystarczyło tylko zniszczyć ten przedmiot, czy należało odprawić jakiś rytuał. Tyle pytań, a żadnego nie mogłem zadać. 
-Pomogę ci wydostać się stąd. Tylko pamiętaj, nie zasypiaj dopóki nie złamiesz klątwy. - po tych słowach stwór zniknął. Po chwili z nieba zaczęły padać czarne, małe płatki nieznanego mi kwiatu, a kiedy płatek wylądował na moim nosie, obudziłem się.
Tym razem siedział przy mnie zmartwiony Haku. Uśmiechnąłem się do niego i powiedziałem: 
-Nic mi nie jest. 
Usiadłem i rozejrzałem się dookoła. W głowie wciąż słyszałem "znajdź źródło klątwy". Będę musiał przetrząsnąć jaskinię i okolice w poszukiwaniu jakiegoś przedmiotu, którego wyglądu nawet nie znałem. 

<CDN>

Od Shiry CD Antilii

 Shira przygryzła zdenerwowana wargę, zaczynając niespokojnie przebierać łapami w miejscu.
– Co ja robię nie tak? Dlaczego on wciąż ucieka? Nie zapewniam mu wszystkiego, czego powinnam? – panika nieco mimowolnie uciekła z jej pyska.
Chciała dobrze, naprawdę chciała dla niego dobrze. Jak najlepiej. Nie chciała, żeby cały czas siedział w zamknięciu, ale chyba nie będzie miała innego wyjścia… Do czasu, aż nie znajdzie innego rozwiązania, albo sposobu, aby zapobiec kolejnym ucieczkom niesfornego smoka. Może był jakiś głębszy powód?
– Hej, nie mów tak – łagodny głos przerwał wir jej myśli – na pewno się znajdzie, prawda?
Posłała waderze zmartwione spojrzenie. W to nie wątpiła, ale chciała czegoś więcej, niż tylko go znaleźć.
– Przynajmniej nie zrobił bałaganu znowu tutaj – zaśmiała się cicho, żeby rozluźnić odrobinę tę smętną atmosferę.
Jej wzrok rozejrzał się po wnętrzu, jakby ostatni raz szukając tam śladów zielonej gadziny. Tak na wszelki wypadek. Chciała o coś zapytać, ale wiedziała, że to było zbyt wiele, zważając na to, że wnioskowała, iż ta i tak była zajęta. Na pewno miała swoje własne sprawy, dużo ważniejsze niż jakieś zbiegłe zwierzątko. Ale, mimo wszystko, chyba warto było chociaż spróbować?
– A może pomogłabyś mi pomóc go szukać? 
Błagalne spojrzenie zerknęło w te należące do Antilii, oczekując reakcji.
– Wynagrodzę ci to jakoś! – dodała zaraz, na wszelki wypadek, jakby sama prośba miała nie wystarczyć.
Miała ogromną nadzieję, że wilczyca się zgodzi. Dodatkowe łapy bardzo by się przydały i z pewnością znacznie przyspieszyłyby poszukiwania. Nie miała w zwyczaju patrzeć pesymistycznie na cokolwiek, więc jej oczka tylko świeciły się z jakąś naiwną dziecinnością, ale miłą i niewinną.

<Anti?>

Od Sokara* CD. Lait

Rytm, w jaki wpadł podczas segregowania oddanych książek, znacznie pomógł mu w ignorowaniu częstych, ukradkowych spojrzeń, jakie ciągle rzucała mu Latte. Nic z nimi nie robił, choć możliwe, że z raz lub dwa zdarzyło mu się odwrócić głowę, ażeby to upewnić się, czy czasem tylko sobie tego nie wmówił. Miał wrażenie, że wadera zerka na niego co chwilę i chociaż to nie musiało oznaczać niczego złego, czuł się przez to sprawdzany. Zaśnięcie w pracy nie było najlepszą strategią na zyskanie w oczach koleżanki po fachu. Teraz — przynajmniej tak to wyglądało z jego perspektywy — ewidentnie doglądała, czy Sokar wykonuje swoją pracę, czy też odsypia po kątach. Nie mógł powiedzieć, że go to stresowało, ale nie było to dla niego komfortowe uczucie. Tym bardziej starał się wykonać swoją pracę w miarę szybko i sprawnie tak, aby nie można było się do niczego przyczepić.
Wkrótce kupka zwróconych książek całkiem zniknęła, ale on, pogrążony już w wirze pracy zajął się kolejnym z obowiązków. Później kolejnym, a że nie zajęły mu one ostatecznie tak wiele czasu, jak myślał, spakował w końcu kilka ciekawych, sprawdzonych przez siebie wcześniej książek do sporej torby. Sprawdził w pośpiechu, która godzina i obliczył w głowie, ile czasu mu zostało. Powinien odwiedzić kolejną pracę, ale wcześniej wpadnie do sierocińca zanieść szczeniakom coś do czytania i odbierze poprzednie książki, które tam zanosił. Zupełnie tak, jak obiecał przy poprzedniej wizycie.
Rozejrzał się. Lait była w zasięgu jego wzroku, a kolejna kawa, lewitująca blisko jej głowy jeszcze bardziej podkreślała jej uzależnienie od kofeiny, które dawno temu musiało dziwnym sposobem stać się częścią jej osobowości. Spojrzała na niego pytająco.
— ...Polecę do sierocińca, obiecałem szczeniakom. — Wytłumaczył. — Wrócę jeszcze na moment coś odłożyć, jakbyś mnie szukała... Albo nie, nie mam chyba tak dużo czasu. — Zaniepokoił się, myśląc na głos. — Skończyłaś może z dokumentami i mogłabyś odnieść książki z sierocińca do biblioteki za mnie...? Będzie ich około czterech. Te ja zaniosę, jest ich sporo. — Wtrącił szybko, zakładając torbę. Widocznie głupio było mu prosić o przysługę, ale gdyby leciał teraz z biblioteki do sierocińca, znów do biblioteki, a potem jeszcze do swojej jaskini i do świątyni Boga Wojny na pewno by się spóźnił. Kiedyś nie było z tym problemu, jednak od jakiegoś czasu jego cieniste moce szwankowały i nie chciał ich używać, nawet mimo tego, że jeszcze niedawno spał, zamiast pracować, co mocno opóźniło jego grafik. Teraz, mimo zmęczenia, musiał załatać tę dziurę w swoim dziennym planie. — Znaczy, nie musisz, w razie czego poradzę sobie.
Biblioteka i tak miała być niebawem zamknięta, ale Lait mogła mieć przecież jakieś plany... Po namyśle jednak żałował, że zadał jej to pytanie. Ta negatywna emocja szybko pociągnęła za sobą kolejną. Niestety przyśnięcie w pracy nie było jedyną rzeczą, jakiej mógł żałować w życiu. Demony jego przeszłości w postaci krwawych, nieprzyjemnych wspomnień szybko przybyły, żeby wbić mu zardzewiały nóż w plecy. Po raz kolejny na myśl przyszło mu, ze śmierć rodzeństwa w Krwawym Zaćmieniu jest jego winą. Mógł wszystkich ostrzec, mógł coś zrobić a teraz jeszcze, zamiast odkupić swoje winy, obija się w pracy... Lenistwo nie było tym, czym mógł cokolwiek naprawić...!
— Haloo! Sokar, słyszałeś, co odpowiedziałam?
— Uh? Nie, przepraszam... Zamyśliłem się. — Odchrząknął, kryjąc swoje negatywne emocje pod niezręcznym uśmiechem. Wiedział już, że dzisiaj nie położy się spać. Planował zapracować sobie na odkupienie myśli od poczucia winy. — Co mówiłaś? 

<Lait? Nudne opowiadanie, ale inaczej zdechnę na czystce>

Ziyoł do Antilii "Kolejna wizyta z kolei"

Słońce paliło dziś niemiłosiernie, choć nie tak jak za mojej przeszłości, którą swoją drogą zaczynam  mieć jak za mgłą, na rzecz tego pięknego obrazu i nowego życia. Nauka języka poszła sprawnie, więc i kontakty z watahą, która mnie przyjęła, były coraz to lepsze. Mimo to było wiele rzeczy, które  robiły mnie w bambuko. I tak było i tym razem. Tak przez las w stronę medyka kieruje się szary wilczek mający na swoim grzbiecie dziwne kolce, których nie jest się w stanie sam pozbyć, na dodatek futro zbordowiało w tamtych miejscach. Powolnym krokiem ruszyłam więc z powrotem do miasta, musiałam doczłapać się do medyka by mi pomógł. Czułam się jak jeżozwierz i na pewno choć trochę go przypominałam. Po dotarciu pod drzwi zapukałam a gdy otworzyła mi je wilczyca, lekko się uśmiechnęła.
-Czedc to zbowu ja. -powiedziałam z uśmiechem, lądowałam tu tak często jak szczenięta, bo ciągle pakowałam się w jakieś kłopoty.
-Pomożesz? -spytałam, patrząc błagalnie i kładąc po sobie uszy. Aż się dziwie, że nie ma mnie dosyć.

<Antilia? Przyjmiesz wilczka -czas od nowa zacząć uczyć się pisać opki. Ps: błędy w wymowie są specjalna)

Od Lait

Wilczyca czytała stronę książki po raz kolejny, nie mogąc się skupić. Nie było to winą siedzenia przy rzeczce dusz, gdzie duchy dawały o sobie znać. To... po prostu nie był jej dzień. Nawet nie wypiła swojej normalnej dawki kawy! To jeszcze bardziej psuło humor, a dawno już tak złego nie miała. Westchnąwszy cicho, zamknęła i odsunęła swoją dotychczasową lekturę, wciąż starając utrzymać się ją w powietrzu, tak by jej nie zmoczyć. Brązowa skórzana okładka, bez żadnego tytułu, ale z niesamowitą treścią, patrzyła na nią z wyrzutem, a Lait słyszała w głowie swoje wyrzuty co do przerwania czynności czytania. Pokręciła łbem. Zaczęła się zastanawiać nad tym, co jej popsuło ten dzień. Chciała wrócić na początek „zła”, żeby być przynajmniej świadomą od czego się zaczęło. Problem w tym, że nie wiedziała. Parę razy przemyślała to co robiła dzisiaj i nie mogła znaleźć. Rano zrobiła kawę, poczytała, wyszła na spacer i... aj. No nie miała pojęcia co się stało. Irytowało ją to. Podeszła bliżej wody, zaraz wpatrując się w swoje odbicie.
— Coś cie drapie, huh? — usłyszała głos obok. Drgnęła wystraszona. Na chwilę zupełnie zapomniała, że oprócz niej mogą być tu duchy. Odwróciła wzrok w lewo, gdzie zauważyła półwidocznego wilka, basiora. Nie kojarzyła go, w sumie nie miała skąd go skojarzyć. Jest młoda, a ten tutaj... no cóż, wydawał się starszy.
— Tak jakby — odpowiedziała po chwili.
— Potrzebujesz pomocy z tym? — spytał grzecznie. Lait miała wrażenie, że owy basior jest bardzo przyjemnym wilkiem.
— Jakbym jeszcze wiedziała z czym.
Nieznajomy zaśmiał się. Wadera popatrzyła na niego z niezrozumieniem.
— Mam zły dzień i tyle — dopowiedziała.
— Każdemu się zdarza, musisz go jakoś przetrwać.
— Wiem — mruknęła i zaczęła dreptać w jakąś stronę.
— Próbowałaś może z kimś o tym rozmawiać jeszcze? Oprócz mnie... nie wiem, z rodziną? To pytanie sprawiło, że ponownie przystanęła. Spojrzała na ducha, chwilę później jednak spuszczając wzrok. Rodzina. Średnio ją pamiętała, czasami zapominała, że istnieli gdzieś na świecie. Nauczyła się (lub nie do końca...?) żyć bez nich, ale... no jednak bywały momenty, gdzie tęskniła, chociaż nie wiedziała sama za czym, bo nie pamiętała domowego ciepła. Zdarzały się jej jakieś lekkie przebłyski raz na dłuższy czas, ale... to nie to samo niż wspomnienia, które wiadomo, że są prawdziwe. W swojej podróży, z przed dołączenia da watahy, spotkała wiele szczeniąt z jakąś osobą z rodziny... a ona była sama. Nie mogła jednak nikogo winić, sprowadziła na siebie taki los i musiała się pogodzić, co nie znaczyło, że ją to nie boli.
— Nieznajoma?
— Huh? — wyrwała się z transu i spojrzała na niego. Duch wyglądał na zmartwionego.
— Wszystko dobrze? Ucichłaś na trochę.
— Ta... to nic takiego. Będę już szła, okay? — powiedziała przepraszająco.
— W porządku... Mam nadzieję, że może będzie lepiej potem — uśmiechnął się delikatnie.
— Tia, dzięki — westchnęła i wysiliła się na uśmiech. — Do zobaczenia?
— Cześć.
Lait ruszyła powoli w drogę powrotną.
Musi sobie wybaczyć ucieczkę, inaczej nie da rady ze samą sobą.

Od Sokara CD. Antilii

 — Teraz Ty zasnęłaś...? — głos Sokara brzmiał lepiej niż przed tygodniem, a jego oczy lekko złagodniały, kiedy zobaczył, waderę. W jego tonie słychać było żartobliwą i troskliwą nutkę, chociaż wciąż oznaki jego choroby dość konkretnie rzucały się w oczy. Pierwszy raz od jakiegoś czasu natomiast nie można było powiedzieć, że jego stan się pogorszył, a to mogło napawać optymizmem. Jego mimika szybko uległa jednak zmianie. Wydał się nagle bardziej zmartwiony i... zaniepokojony. 
A dla Antilii... świat stał się nagle mniej ważny niż zazwyczaj. Jej serce zamarło na dłuższy moment, żeby później ostro i gwałtownie przyspieszyć. Wadera zbliżyła się do wilka i przytuliła go najmocniej, jak tylko mogła.
— Nie strasz mnie tak nigdy więcej...! 

✧─── ・ 。゚★: *.✦ .* :★. ───✧

Kiedy emocje z lekka opadły Sokar wreszcie się ogarnął. Mimo wciąż trawiącej go choroby wyglądał jak nowo narodzony. Antilia wciąż latała wokół niego, przejmując się jego stanem, chociaż w większości przypadków wydawało się to niepotrzebne. Niebieskooki co prawda wolałby, aby Antilia od razu po pobudce nad wodą jeszcze lekko odpoczęła, ale nie był w stanie wpłynąć na jej postanowienie w żaden sposób. W końcu obiecała, że lekko przystopuje, kiedy już usiądą, aby wypić wspólnie herbatę. Fakt, że wilczyca spała tam, zamiast u siebie w posłaniu był dla niego z lekka niepokojący, ale jako że jemu też zdążało się zasypiać w nieprzeznaczonych do tego miejscach, nie był najodpowiedniejszą osobą, żeby o tym wspomnieć. Zapytał tylko, dla pewności, czy powinien się o to martwić, czemu zaprzeczyła, odpowiadając, że zwyczajnie lubi to jeziorko. Po chwili ciszy skinął głową, przyjmując tę wersję ostatecznie do wiadomości. Wierzył jej, nie miał najmniejszego powodu, aby zwątpić. Natomiast słowa, które wypowiedziała zaraz potem, nie zdziwiły, ale wprawiły go w nieokreślony humor, którego później trudno było mu się pozbyć. 
— ...A czy ja powinnam się o ciebie martwić? — Jej głos wskazywał na wewnętrzną burzę emocjonalną, na której czele stała jedna wielka niepewność. 
Nie chciał długo zostawiać jej bez odpowiedzi, chociaż był pewny, że wilczyca mimo zadanego pytania objęła już mimowolnie jakieś stanowisko w tej sprawie. Nie ważne, jaką odpowiedź dane by jej było usłyszeć. 
— Chciałbym powiedzieć, że nie masz czym się martwić. — Posłał Antilii miły i delikatny uśmiech. Wadera już wiedziała, do czego on zmierza i doceniła jego szczerość. — Ale nie lubię cię okłamywać, i tak widać, że nie trzymam się ostatnio najlepiej... Postaram się sprawić, żebyś miała jak najmniej powodów do obaw. — Westchnął cicho. — Tylko muszę coś sprawdzić. Najlepiej od razu. 
— Nie można poczekać z tym do rana? — Sokar w odpowiedzi tylko pokręcił głową. 
— Śniło mi się wiele dziwnych rzeczy — przyznał, patrząc na parę wydobywającą się zielonej, herbacianej tafli. — Pójdziesz ze mną do Jaskini Smoczej? 

✧─── ・ 。゚★: *.✦ .* :★. ───✧

Nikogo nie powinno ostatecznie zdziwić, że Sokar i Antilia po jego pobudce rozmawiali ze sobą, jakby nie widzieli się całymi wiekami. O głupotach, o niebie, o swoim samopoczuciu, ale też... sporą część czasu przeznaczyli na poruszanie ważniejszych tematów. Półbóg stopniowo dowiadywał się o wszystkim, co miało miejsce tego tygodnia i wcześniej, kiedy to był zbyt pochłonięty pracą, żeby skupiać na tym swoją uwagę. Teraz za to cała jego uwaga oddana była w łapy Antilii. Przez ostatnie miesiące chyba nie zdarzyło mu się być tak pogodnym, jak wtedy
— Oprócz tego... dostałam propozycję członkostwa w Radzie. — Uczucia wilczycy były wtedy dość trudne do określenia przez Sokara. Zgadywał, że była jeszcze lekko niepewna co do nowej funkcji, chociaż... widać było, że zdawała sobie sprawę z dużej odpowiedzialności, która na nią spadła. Nie wiedział, czy w ostatecznym rozrachunku wadera czuła się z tym dobrze, czy wręcz przeciwnie. Zaczekał chwilę, a ona kontynuowała. — Sama nie wiem, dlaczego Alpha tak mi zaufała... ale chcę dobrze się spisać.
Wiatr lekko szumiał, noc była dość ciepła, do pełni było coraz bliżej. Powietrze było orzeźwiająco świeże, a śniegu było coraz mniej. Wataha wyglądała coraz bardziej wiosennie. Jedynym elementem do naprawienia był tutaj humor jego towarzyszki podróży. 
— Nie wiesz? — Sokar wydał się zaskoczony. Szedł powoli u boku wadery, która skupiała na nim większość swojej uwagi. — To dość... zaskakujące. Również bym Ci zaufał. — Odparł śmiało, zatrzymując się na moment. 
— Jesteś tego taki pewny... A ja nie wiem, czy mogę sobie samej zaufać. Co dopiero, żeby to ktoś inny ufał mi. — Ona również się zatrzymała. 
— Jeśli Tobie nie można ufać, to już nikomu na tym świecie nie można — odparł zbywająco, schodząc ze ścieżki. — Jesteś najbardziej godną zaufania i wiary w nią osobą, jaką znam. I właśnie dlatego idealnie pasujesz na członka Rady. — Schylił się przy miniaturowej zaspie i zerwał z niej przebiśnieg, który był wcześniej ciężki do zauważenia. Antilia dość zdziwiona podeszła do niego, kiedy to zachęcająco poruszył głową. Po chwili biała roślinka znajdowała się przed nią. — Alpha nie wybrała Cię bez powodu. Może z początku będzie nieco trudniej, bo dopiero zaczynasz, ale moim zdaniem poradzisz sobie lepiej, niż ktokolwiek inny by mógł. Wierzę w Ciebie.

<Antilia? Na "tak" jeszcze czekamy. Najpierw dowiem się wszystkiego, żeby zdać test na idealnego chłopaka. PS. Przeczytaj o jaskini smoczej w zakładce tereny watahy>