18.11.2020

Od Nashi cd Antilii

 Już po kilku minutach marszu ukazało nam się wejście do jakiejś nory w ziemi. 
-Poczekajcie tu chwilę. Sprawdzę, czy nas pomieści i nie zaleje - zakomunikowała Stormy i podbiegła do otworu w ziemi. Był on w zboczu, którym schodziliśmy i miał korzystnie umieszczone wejście tj. woda przez nie nie wpływała do środka. Po chwili Szara wadera wróciła do nas z delikatnym uśmiechem. -Możecie tam wejść. - odprowadziłam więc jaśniejszą waderę do wejścia i puściłam ją przodem. Odwróciłam się w stronę Stormy, która powolnym krokiem szła za nami. 
-Czekaj. Dlaczego powiedziała, że możemy wejść? Ty nie wchodzisz do środka?- spytałam. W dali rozległ się huk grzmotu, a deszcz się wzmógł. 
-Ja muszę coś jeszcze załatwić. Zostawiam ją pod Twoją opieką, ale w razie czego masz uciekać na nic nie zważając. Rozumiesz?- odpowiedziała mi do ucha, aby czasem druga wadera nic nie usłyszała. 
-No dobrze, tylko wróć tu potem. -powiedziałam, Stormy odbiegła w swoją stronę, a ja z lekko podkulonym ogonem weszłam do groty. Białoniebieska wadera wyglądała prawie jakby spała, ale tego nie robiła. Uszy miała nastawione w kierunku wejścia, przed którym usiadłam.
-Wiem, że nie śpisz, ale nie krępuj się. Będę cicho. - powiedziałam nie za głośno, ale też nie szeptałam, gdyż mogła by mnie nie usłyszeć przez szum deszczu. Odwróciłam głowę i wpatrywałam się w rysujący się w dole las. przez głowę przewinęły mi się wspomnienia zabaw i przygód z Allenem. Odruchowo przycisnęłam do siebie złotą jaszczurkę zawieszoną na mojej szyi. *Dziękuję Allenie* pomyślałam i przymknęłam oczy, uśmiechając się przy tym. 
Słyszałam wolniejszy oddech skrzydlatej wadery, za mną. Nadal nie spała. *Może mi nie ufa?* Tak to raczej o to chodzi. skuliłam się w kłębek, aby się trochę ogrzać. Miałam w głowie genialny pomysł, jak wkupić się w łaski wilczycy. Gdy burza przeszła, a został po niej jedynie deszcz wstałam i zerkając na wilczycę rzuciłam w jej stronę - Wychodzę i niedługo wracam.- Gdy wyszłam z kryjówki dodałam jeszcze z śmiechem -Nie myśl o ucieczce, jestem szybsza niż może Ci się wydawać. Potem zrobiłam kilka skoków w kierunku lasu i zjechałam na dół z piskiem radości i ekscytacji z takiej atrakcji.

******************

Od kilku minut szłam za świeżym tropem zająca. Byłam taka przejęta, że aż całą drgałam. Ślad nagle zawinął z powrotem w kierunku górskiej łąki, gdzie zostawiłam białą, skrzydlatą waderę. Po chwili zauważyłam ślady sporych łap pozostawione w ziemi. Były one wilcze, ale po zapachu poznałam, że nie należą do nikogo z watahy. 
-podejrzane- mruknęłam pod nosem i ostrożnie stawiając łapy szłam dalej. Tropy się pokrywały, przez większość drogi, ale potem nagle pojawiła się krew, a ślady łap nagle się rozdwoiły. *To było polowanie i to z sukcesem!* - Pomyślałam, po chwili zatrzymałam się za zwalonym drzewem. Usłyszałam szelest i poczułam wyraźny zapach świeżo zabitego zająca, nie dwóch, albo nawet trzech zajęcy. Do tego poczułam jeszcze obecność dwóch wilków. Postanowiłam sobie odpuścić i się wycofać. Najciszej jak mogłam odbiłam w lewo i pobiegłam w kierunku groty starając się przy tym zatoczyć łuk aby zgubić możliwą pogoń. Na oje nieszczęście potknęłam się na kamieniu i upadłam z impetem. Jęknęłam bo nie podniosłam się sama tylko za kark złapał mnie Jeden z dwójki intruzów. 
-Puszczaj!- warknęłam i starałam się wyrwać. Mimo tego, że mam już ponad rok w porównaniu z oprawcami byłam malutka. *Jakieś wilki na sterydach* przeszło mi przez myśl. Drugi basior się zaśmiał i szepnął mi do ucha 
-Nie ma takiej opcji maleńka. Nam nie przeszkadza się w posiłku.- przypatrzyłam się im się lepiej. Byli wysocy i dobrze zbudowani. Ten który mnie trzymał chyba był starszy,  na łapach miał wiele blizn. Nie widziałam go za dobrze, bo nie mogłam sobie pozwolić na wiele ruchu, ale wywnioskowałam ,że cały jest pokryty bliznami. Drugi był młodszy i również posiadał wiele blizn. Obaj mieli na sobie słaby i prawie zmyty zapach Exana i Stormy. 
*Byli tu już kiedyś, ale patrol ich przegonił* pomyślałam i znowu starałam się wyrwać. Skoro tu wrócili, teraz nie odejdą tak łatwo. Młodszy pokręcił z lekkim rozśmieszeniem głową, na co zostałam przygwożdżona do ziemi. 
-Nie wierć się tak. Ciężka jesteś i to nie wygodne- warknął ten, który mnie trzymał, na co z parsknęłam oburzona. Ugryzłam go w przednią łapę, a gdy zluźnił uściska szybko się zwinęłam spod jego łap i szybko wspięłam się na pobliskie drzewo. 
-Ej! Wiewiórka! Złaź z tego drzewa albo Cię z rzucimy!- Zawołał młodszy, w tym czasie starszy lizał swoją zranioną łapę. Zignorowałam ich i rozejrzałam się. Teraz dostrzegłam stertę zwierzyny, jaką upolowali, a  w moim zasięgu wzroku pojawiła się łąka, do której chciałam się dostać. Nagle drzewo zadrżało, na co wbiłam swoje pazurki w korę niegrubej gałęzi, na której siedziałam. Pisnęłam i z lekką paniką szukałam drogi ucieczki. Sąsiednie drzewa były trochę daleko i nie wiem czy bym doskoczyła. Nagle usłyszałam śmiech wilków z dołu i trzask gałęzi. - O bogowie!- zaskomlałam i szybko się podniosłam. Wzięłam krótki rozbieg i w ostatniej chwili skoczyłam w kierunku najbliższego drzewa. Ledwo złapałam się łapą gałęzi. Po chwili jednak ta również się złamała, gdyż była sucha i za cienka, a ja z głośnym krzykiem spadłam w dół. Poczułam przeszywający moje ciało ból. Ledwo otworzyłam oczy wpatrując się przed siebie.  Stęknęłam starając się podnieść, ale nie umiałam. Byłam pewna, że mój krzyk rozniósł się po całej okolicy, a z oddali słyszałam nadal słabe echo. Jedne z wilków stanął nade mną i szepnął mi do ucha. 
-Trzeba było się poddać. Teraz leż sobie tutaj i czekaj. Dzięki Tobie na pewno wiedzą o naszej obecności, ale nie martw się. Jeszcze się spotkamy. - potem odszedł, a ten którego ugryzłam przejechał pazurami po moim boku. Uchyliłam pysk chcąc zaskomleć z bólu, jednak z mojego pyska wydobył się tylko niewielki obłoczek pary. Powieki stały się za ciężkie i same się zamknęły, zanim jednak odpłynęłam usłyszałam szelest łap i czyiś delikatny dotyk. *I na co mi było opuszczanie bezpiecznej groty?*

<Antilia?>

16.11.2020

Pełni cd. Stormy

- I jak Ci się podoba Twój pokój? Chciałabyś coś dodać? Może zmienić?
- Nie jest idealnie- odpowiedziałam i podeszłam do Stormy. 
Pewnie jeszcze trochę czasu minie, aż zacznę ją nazywać mamą -pomyślałam.
***Skip time do czasów teraźniejszych***
- Mamooooo... Wychodzę- krzyknęłam i poleciałam do drzwi, łamiąc zasadę nie latania w domu. 
- Wracaj tu nie zjadłaś śniadania- powiedziała Stormy.-Miałaś nie latać w domu
- Ale...- zaczęłam.
- Żadnych ale, a teraz chodź zjeść śniadanie- powiedziała i zaciągnęła mnie do kuchni- dosłownie.
- Masz jedz- podała mi królika.
- Ale ja chcę tosty- powiedziałam
- To ma być śniadanie- odpowiedziała. Zrobiłam wielkie oczy.
- Nie i to moje ostatnie słowo- odpowiedziała i wróciła do swojej roboty. Zjadłam królika w trzech kęsach, cztery razy się przy tym ksztusząc. Ale w końcu mama pozwoliła mi wyjść. Wyleciałam przez okno goniona słowami "Nie lataj po domu". Poleciałam wysoko i potem zaczęłam pikować rozłożyłam skrzydła i zahamowałam po czym weszłam do wody. Zanużyłam się po szyję i odpoczęłam, rozkoszując się chłodem, który dawała mi woda. Po chwili zobaczyłam swoją mamę latająca wyżej, pewnie wybrała się na patrol. Wyskoczyłam z wody. Wyleciałam wyżej i zgasiłem pasy. Niezauważona przeleciałem za szarą waderą. Wzniosłam się ponad Stormy, by nagle spaść na nią z dzikim okrzykiem wojennym.
<Stormy? Co zrobisz?>

15.11.2020

Od Antilii do Nashi

 Mała wadera patrzyła na mnie ciekawskimi oczami, ale również z poważnym wyrazem pyska. Jej szaroniebieskie oczy miały wesołe iskierki. Miała może góra kilka miesięcy…

– Nie wyglądam na szpiega, bo nim nie jestem – odparłam chłodno. Czucie w łapach powoli wracało, ale rwanie w plecach wcale nie osłabł. Zaczęłam ruszać palcami, by nieco poprawić krążenie. Chciałam wstać, ale poraził mnie ostry ból. Zacisnęłam mocno powieki. Po chwili ciężko wypuściłam powietrze z płuc.

– Nic ci nie jest? – zapytała nieco wystraszona wilczyca. Wzięłam jeszcze kilka oddechów, by nieco się uspokoić po takim wstrząsie.

– Od tygodni nic nie jadłam, jestem wyziębiona i zmęczona, spadłam z urwiska i uderzyłam w drzewo… Nie martw się, to nic poważnego – odparłam lekko za ostro, jednak uczucie, jakby ktoś wyrywał mi kręgosłup, wcale nie pomaga mi zachować spokoju ducha. – A jeśli chodzi o Twoje pytanie, to tylko tędy przechodziłam… Sama przyznałaś, że nie wyglądam na szpiega – zaśmiałam się cicho. Waderka zaczęła głośno chichotać. Nie spuszczała mnie z oczu, lecz jej iskierki zabłysły mocniej.

– Naprawdę tylko tędy przechodziłaś? – zapytała szary szczeniak.

– Naprawdę. Nie należę do żadnej watahy i nie wiem, czy należę do jakiejkolwiek.

– Jak to nie wiesz?

– Nie pamiętam…

Przez chwilę panowała głucha cisza przerywana uderzeniem deszczu i pojedynczymi grzmotami.

– Może… – zaczęła szara wilczyca – Może dołączysz do naszej watahy?

Byłam lekko zaskoczona. Dołączyć do watahy, jak nigdzie nie zagrzewałam miejsca na dłużej niż dzień? Jednak… Ten głos. „To twój nowy dom…".

– Muszę się zastanowić… – odparłam bez emocji. – Nie jest to łatwa decyzja i nie chcę jej podjąć pochopnie…

– Nashi, wszystko w porządku? – zawołała jakaś wadera, zmierzająca w naszym kierunku. Podobnie jak ja, miała skrzydła oraz szaro-niebieskie umaszczenie. Zbliżała się powoli, analizując mnie, otoczenie oraz ryzyko zaatakowania jej. Pastelowe turkusowe oczy bacznie przyglądały się mojej osobie, w każdej chwili gotowa zareagować.

– Spokojnie, nie mam zamiaru zagryźć cię – powiedziałam dyplomatycznym tonem, a przynajmniej tak brzmiało to zdanie w moim pomyśle; w rzeczywistości wyszło trochę inaczej. Dorosła wilczyca nie odpowiedziała. Nie odrywając ode mnie wzroku, zapytała młodej:

– Kto to jest?

– Nie wiem, ale nie jest szpiegiem.

– Skąd wiesz?

– Zapytałam się. Poza tym nie wygląda na szpiega, co nie Stormy?

– Nashi…

– Nie jestem szpiegiem – wtrąciłam. – Nie wiedziałam, że te tereny należą do Waszej watahy. Przepraszam, że naruszyłam Wasz spokój. Nie zamierzam zająć Wam dużo czasu… – powoli i boleśnie wstałam – ...więc będę…

– Ona chce dołączyć do naszej watahy! – zawołała szczęśliwie Nashi. Spojrzałam zaskoczona na Stormy a ona na mnie.

– Jeszcze się zastanawiam – sprecyzowałam swoją decyzję. Starsza wadera kiwnęła głową na znak akceptacji. Ja również, choć przyszło mi to z trudem. Efekt mojej podróży coraz bardziej daje się we znaki.

– Może chodźmy się schronić przed tym deszczem? – Nie wiem, czy starsza wilczyca zauważyła moje zmęczenie, ale jej sugestia bardzo przypadła mi do gustu. Miałam ochotę przespać kilka dni…


Nashi? Daj mi przespać kilka dni, ogarnąć administracyjne papierki z dołączeniem i możemy iść w przygodę xd

Wieczór bez weny xd

Od Nashi cd Antilii

Ubłagałam wczoraj Stormy, abym mogła udać się z nią na patrol wzdłuż górskiej granicy. Zawsze miałam ciekawe przygody będąc w tej części watahy i cos mi podpowiadało, że tym razem również tak będzie. Na nasze nieszczęście rozpętała się burza i Stormy musiała iść, a nie lecieć. 
-Dobra młoda. Co czujesz? - Spytała nagle a ja z automatu otworzyłam szerzej pysk i wdychałam chłodne powietrze pochłaniając okoliczne zapachy. Nagle zmarszczyłam brwi a moja dzisiejsza mentorka również.
-Intruz.- stwierdziłam i pobiegłyśmy za wonią. Stormy na przodzie, a ja za nią, chociaż już po krótkiej chwili znacznie ją wyprzedziłam. W oddali między drzewami mignął mi zarys wilka. Starałam się przyśpieszyć jeszcze bardziej ale łapy zatapiały mi się w błocie. 
-Trzeba było odpuścić sobie te babeczki- westchnęłam widząc jak Stormy bez większych problemów dobiega do mnie swoim tempem. -jak możesz nie topić w tym błocie? -Spytałam, a  wadera pokręciła z niedowierzaniem głową.
-Mam kości jak ptak. Są puste w środku. Dlatego mogę też latać- powiedziała i wypchnęła mnie z tego sztucznie zrobionego bagna. Pobiegłyśmy dalej, tym razem jednak starałam się nie wyprzedzać skrzydlatej wadery. Gdy już prawie dobiegłyśmy do jak się okazało białej, skrzydlatej wilczycy, niedaleko uderzył piorun, który oślepił nas wszystkie na chwilę. Nagle ta się cofnęła a ziemia pod nią się osunęła. Zatrzymałyśmy się nad osuwiskiem
-Nie damy rady tędy zejść. Choć Nashi poszukamy innej drogi - powiedziała i odeszła dalej szukając drogi na dół. Ja jednak nie potrzebowałam innej drogi, takie zejścia to dla mnie normalka. Wysunęłam tylko pazury i na lekko zgiętych łapach zjechałam na sam dół do wierzby, pod którą leżała śnieżna wilczyca. Odwróciłam głowę, by zobaczyć co robi Stromy, ta przez chwilę się we mnie wpatrywała ale nie protestowała. -Zaraz do Was zejdę- Zawołała, a potem odeszła poszukać innej drogi. Nagle znikąd pojawił się krzak który zakrył leżącą postać 
-Ej no. Tego tu nie było- burknęłam oburzona. -Pokaż się przybysz, może się dogadamy. - Powiedziałam i miałam zamiar wsadzić nos w krzak, ale ten nagle się zdematerializował. -kim jesteś? - spytałam gdy już zobaczyłam waderę. Ta jednak milczała. -Co tu robisz?- zadałam drugie pytanie 
-Leżę- mruknęła prawie niedosłyszalnie. 
-Wygodnie Ci? - spytałam z rozbawieniem. Wilczyca patrzyła na mnie z nieodgadnionym wyrazem pyska. - Co Zdziwiło cię moje podejście? Masz szczęście, że jeszcze chwilę zajmie zanim przyjdzie tu Stormy. Jestem pewna, że ona by się nie śmiała. - chichotałam pod nosem. -Dobra to może zrobimy tak...- spoważniałam i patrzyłam na waderę mierząc ją wzrokiem- Ja jestem Nashi z Watahy Mrocznych Skrzydeł i jeśli powiesz co tu robiłaś to puszczę Cię wolno, zanim przyjdzie moja towarzyszka. Zapomnimy, że tu byłaś, a Ty tutaj nie wrócisz. Nie wyglądasz jakbyś tu polowała, a szpiedzy są raczej...- zamyśliłam się- bardziej jak szpiedzy - mruknęłam po chwili. - To jak będzie?

<Antilia?>
Wpadłaś na Nashi, za którą często chodzą kłopoty. Co zrobisz?

Od Antilii do kogoś

 Złote liście przeleciały obok mnie, delikatnie muskając moje futro podczas swojego lotu. Dostojne dęby zrzucają swoje zielone korony, by dać odetchnąć zmęczonym gałęziom. Las, którym właśnie szłam, stawał się nagi, by na wiosnę znów ożyć. Kolorowa jesień powoli ustępowała miejsca kojącej zimie, która okryje ziemię białym puchem, dając czas na odpoczynek nam wszystkim. Zimny wiatr nadszedł ze wschodu, gdzie kłębiły się ciemne chmury deszczowe. Mocniej przytuliłam skrzydła do ciała, nie chcąc tracić więcej ciepła. Mimo grubej sierści było mi zimno. Od kilkunastu dni nic nie jadłam – zwierzyna łowna szykuje się do snu zimowego a samotnemu wilkowi ciężko coś upolować. Staram się iść przed siebie, by nie myśleć o głodzie i zmęczeniu, nadal szukając odpowiedniego miejsca na chwilowy odpoczynek. Wicher uderzył ponownie, tym jednak zdecydowanie mocniej. Suche gałęzie zatrzeszczały złowieszczo, a w oddali rozległ się grzmot. „Idzie burza”, pomyślałam i rozejrzałam się za potencjalnych schronieniem. Jesienne burze nie są tak gwałtowne, jak podczas lata, lecz nie należy ich lekceważyć. Na dodatek jestem w lesie, a to nie pomaga mi w obecnej sytuacji. Zero kryjówek przed deszczem. Westchnęłam, a z mojego pyska wydostała się chmurka pary. Z każdym dniem jest coraz zimniej. Parsknęłam.

– W końcu idzie zima – powiedziałam zachrypniętym głosem. Usłyszałam kolejny grzmot, bliżej od pierwszego. Obejrzałam się wschód i przyjrzałam się burzowej chmurze. Poruszała się szybciej, niż początkowo zakładałam. Miałam wrażenie, że czarny obłok… poluje na mnie. Zupełnie jakby syczał i grzmiał, abym się ukryła przed nim. Chętnie posłuchałam tej rady, ponieważ nie mam ochoty na leczenie przeziębienia. Przyjęłam wyzwanie, które rzuciła mi sama matka natura.

*~*~*

Pierwsze krople deszczu spadły, gdy las przeistoczył się w łąkę u podnóża jakichś gór. Wiosną musi być tutaj naprawdę pięknie. Zielone łąki pokryte kolorowymi kwiatami o słodkim zapachu, błękitno-granatowe góry przykryte śnieżną czapą spoglądają na turkusową rzekę, której źródło zaczyna się na ich wierzchołkach, kilka samotnych drzew rosnących niczym żywe posągi… Jednakże teraz jest późna jesień, gdzie ciepłe kolory ustępują chłodnej bieli. Trawa straciła soczysty, zielony kolor i stała się szarożółta. Granit gór przybrał nijaki, szary kolor. Kora drzew straciła żywy kolor, świadcząc, że rośliny zapadły już w zimową hibernację.

A ja natomiast od ponad roku przymierzałam świat, szukając odpowiedzi, nigdzie nie zagrzewając miejsca na dłużej niż 19 godzin. I na dodatek mokłam w strugach jesiennej burzy. W końcu zdecydowałam się stworzyć magiczną tarczę, aby nie zmoknąć do suchej nitki. Nastawiłam ją na najniższą ochronę, by zbyt szybko nie stracić energię. Bez magii byłam już wystarczająco zmęczona. Ciemne błoto oblepiało moje nogi. „Gdy minie deszcz, będę musiała porządnie się umyć”, przyznałam niechętnie. Nie jestem przesadnym czyściochem, ale też nie lubię wyglądać niechlujnie, ponieważ nie jesteś wtedy traktowany poważnie. Burza jeszcze bardziej przybierała na sile. Niedaleko mnie uderzył piorun. Widziałam, jak grom dotyka ziemi i spala wszystko w promieniu metra od uderzenia. Przeszły mnie ciarki. Tarcza osłaniała mnie przed doświadczeniem jak to jest, gdy uderza cię piorun, lecz nie jestem w stanie długo ją utrzymać, przynajmniej nie po takiej podróży, zmęczeniu i wychłodzeniu. Jestem tylko zwykłym wilkiem, który właśnie jest na granicy swojej wytrzymałości. Nagle poczułam czyjąś obecność. Zastygłam w bezruchu i nasłuchiwałam – uchem oraz magią. Są gdzieś daleko, ale zmierzają w moim kierunku. Cholera. Pewnie weszłam na teren jakiejś watahy.

Zazwyczaj staram się unikać terenów podlegającym różnym watahom. Powód jest prosty – nie znam ich polityki dotyczącej obcych wilków. Na razie nie chcę nigdzie dołączać, ponieważ nadal nie znalazłam żadnych wskazówek o sobie i o swojej rodzinie. Kilka razy spotkałam się z mocno wrogim nastawieniem, tak więc wolę dmuchać na zimno. Na dodatek kończyły mi się siły magiczne, co oznacza, że zostaje mi walka wręcz… lub ukrycie się i przeczekanie. Wyłączyłam tarczę, chcąc zaoszczędzić garść mocy na stworzenie najprostszej iluzji. Musiała wystarczyć. Przyspieszyłam kroku, aby odpowiednio szybko znaleźć dogodną kryjówkę. Mimo szalejącej burzy starałam się ciągle analizować położenie ścigającego mnie patrolu, jednak musiałam uważać, by nie stracić wszystkich zasobów magii. Mokra ziemia wcale nie pomagała mi w ucieczce, ale również nie pomaga tamtym wilkom w pogoni. Normalnie wzbiłabym się w powietrze, lecz w taką burzę lepiej nie latać; raz musiałam tak zrobić, ponieważ znajdowałam się w pułapce na szczycie pewnej góry, a wtedy też była taka burza (bardziej śnieżyca). Prawie straciłam skrzydło podczas tego karkołomnego i lekkomyślnego lotu. Cudem uratowałam swoje pióra… Wyciągnęłam z tego dwa wnioski – nie brać roboty u podejrzanych typów (nigdy wcześniej tego nie robię, lecz tamten wilk miał coś, czego bardzo potrzebowałam) oraz nie latać w taką lub gorszą pogodę. Wróciłam do rzeczywistości, słysząc krzyki. Są coraz bliżej… Ruszyłam przed siebie, wchodząc w lekki bieg. Czułam, jak moje ciało protestuje przeciwko takiemu wysiłkowi, lecz zacisnęłam zęby. Będzie lepiej jak zniknę tak szybko, jak się pojaw…

– Antilia… – usłyszałam cichy szept. Zatrzymałam się gwałtownie, lecz zaczęłam się ślizgać na błocie. Gdy zyskałam stabilną równowagę, rozejrzałam się dookoła. Nigdzie żywej duszy, nie licząc pościgu. Coraz częściej słyszę ten głos, ale najdziwniejsze jest to, że pojawił się on, gdy weszłam na tereny tejże watahy. Ruszyłam dalej, nie chcąc tracić więcej czasu i przede wszystkim – nie dać się złapać. Znowu usłyszałam to wołanie, ale je zignorowałam. I jeszcze raz. Przyspieszyłam na tyle, na ile pozwalała mi mokra ziemia. Głos był coraz bardziej natarczywy, a ja uparcie go ignorowałam. Nie chciałam ryzykować życia, wsłuchując się w głos ciągle powtarzający moje imię. Co jakiś czas go słyszę, lecz teraz… Teraz jest inaczej. Jakby próbował przekazać mi coś więcej niż moje imię. Zwolniłam i zatrzymałam się. Ścigający mnie nie zmniejszyli dystansu, więc mogę pozwolić sobie na chwilowy postój. Zamknęłam oczy i wsłuchałam się bicie serca. Siekący deszcz przestał dla mnie istnieć.

– Antilia, to twój nowy dom…

„Co?” Otworzyłam gwałtownie oczy, a nowo powstała błyskawica oślepiła mnie na chwilę. Obróciłam się, szukając pogoni. Są kilkanaście metrów ode mnie – widzę już rozmazane kształty wilczych ciał. Zrobiłam krok do tyłu, chcąc zrobić obrót. Poczułam, jak ziemia osuwa mi się spod stóp. Zaczęłam spadać, po czym zaczęłam się turlać w wilgotnej glebie. Świat zaczął wirować coraz bardziej. Nagle mocno uderzyłam plecami w coś. Poczułam, jak nogi mi drętwieją. Mroczki przed oczami tańczyły czarnymi kropkami. Na szczęście po kilku chwilach zeszły, bym mogła zobaczyć osuwisko ziemne, z jakiego zleciałam. Dobre kilkanaście metrów nade mną była granica, na której przed chwilą stałam. A tym czymś, w co grzmotnęłam, była kilkunastoletnia wierzba płacząca. Bez liści wierzba wyglądała, jakby została jej garść gałęzi – włosów. Głosy były coraz bliżej. Resztką sił stworzyłam iluzję jakiegoś krzewu, lecz czułam po kościach, że się skapną. „Stawiam na to 13 coinsów” – parsknęłam się w myślach.


(Ktosiu? Nie ma to jak wejście z hukiem do watahy xd) 

Od Lyna cd Wichny

Gdy się zaaklimatyzowałem i poznałem tutejszy dialekt na tyle by móc swobodnie rozmawiać, a było to dość szybkie, zacząłem poznawać inne wilki. Szczęście chciało by dzisiaj w oczy wpadła mi wyjątkowo urokliwa wadera.
-Słabo wyglądasz, chciałabyś może zjeść ze mną posiłek? - spytałem gdy zebrałem wszelkie widoczne na pierwszy rzut oka informacje o srebrzystej postaci. Była wychudzona, widziałem już jej żebra ale stwierdziłem, że głodówka nie trwała dłużej niż kilka dni. Wadera patrzyła na mnie tępo po czym wymamrotała
-Przepraszam, możesz powtórzyć?
-Nic się nie stało. Pytałem czy chciałabyś zjeść ze mną posiłek. Wyglądasz na osłabioną. - powiedziałem uśmiechając się do niej delikatnie. Wilczycy uginały się łapy.
-Dziękuję, poradzę sobie- powiedziała uśmiechając się słabo i prawie że niewidocznie po czym wyminęła mnie. Nie przekonała mnie. Odprowadzałem ją więc wzrokiem, ale niespełna kilka metrów dalej potknęła się i pewnie by upadła gdybym do niej nie doskoczył i nie podparł jej do momentu aż znowu nie stała sama na łapach. 
-Na pewno? - spytałem ta westchnęła a ja domyśliłem się, że tu chodzi o to dziewczęce przekonanie z mojego rodzinnego wymiaru: "Kobieta niezależna nie liczy na łaskę innych". Nie wiedziałem jednak czy tu to działa tak samo - To na prawdę nie problem. Tak w ogóle jestem Lyn. - przedstawiłem się bo zapomniałem, że tego nie zrobiłem.
-Wichna- odpowiedziała spoglądając w moje niebieskie oczy.
-Chodźmy, niedaleko mam dzisiejszą zdobycz. - powiedziałem po czym powoli kierowaliśmy się do niewielkiej nory pod korzeniami ogromnego drzewa. Droga nie była długa trwała raptem kilka minut, ale widziałem że nie koniecznie łatwa była dla towarzyszki jego dzisiejszego obiadu. Przed wejściem zauważyłem jak Wichna węszy marszcząc przy tym nos. Tak, tutaj doskonale czuć zapach dorodnego bażanta oraz zająca który napatoczył się przypadkiem gdy kierowałem się do tego miejsca wracając z polowania.
-Apetycznie pachnie, prawda? - spytałem ale nie oczekiwałem odpowiedzi. - Panie przodem- dodałem po chwili i zaczekałem aż wilczyca wejdzie do środka. Była niższa ode mnie przez co nawet nie zahaczyła głową o sufit, ja musiałem się schylić. Usłyszałem niezmiernie ciche "mniam". Uśmiechnąłem się pod nosem i usiadłem z boku czekając aż Wichna sobie coś wybierze. Jak się domyśliłem w oko wpadł jej bażant. Na początku trochę speszona sięgnęła po niego łapą, gdy jej go podsunąłem nagle się ożywiła i zabrała się za posiłek. Życzyłem jej jeszcze smacznego i wziąłem się za swojego zająca. Przy okazji badałem ją jeszcze wzrokiem. Nie wyglądała na zwykłą wilczycę, było w niej coś innego, a do tego miałem do niej istotne, nie wiedzieć czemu pytanie. Po posiłku siedzieliśmy chwilę w ciszy, aż rozciągając się postanowiłem to zmienić i zadać jej nurtujące mnie pytanie, które przy okazji skłoniło mnie do tego by zaprosić Wichnę na posiłek. 
-Zadowolona? - spytałem a ta przytaknęła nieznacznie głową. - Skoro więc smakuje Ci tutejszy łup to dlaczego się głodziłaś? Zwierzyny jest jeszcze dosyć by chodzić nasyconym. - rzuciłem w jej kierunku poważnie. Kto to widział by się głodzić? Po co miałaby to robić wadera która jest tak urokliwa i to przed zimą, gdy zapas tłuszczu jest wręcz potrzebny. Z resztą Wichna nie wygląda na taką ze skłonnościami do tycia. 
-To raczej sprawa prywatna, ale dzięki za troskę. I w ogóle to dziękuję za posiłek, ale będę się zbierała. Powiedziała i wyszła na lekko chwiejnych łapach. - coś się we mnie obudziło. Wyszedłem za nią i po sekundzie zatrzymałem się przed nią
-ależ ja nie skończyłem z Tobą rozmawiać. Odpowiedz mi na pytanie - powiedziałem bardziej ozięble i władczo niż myślałem. Z wzroku wadery wyczytałem szok naglą zmianą mojej postawy, który szybko starała się zamaskować.
-A ja z Tobą tak. - powiedziała i chciała mnie wyminąć lecz zagrodziłem jej drogę. *Nie wiem dlaczego, ale muszę poznać odpowiedź*
-nie odejdziesz stąd do puki mi nie odpowiesz na pytanie - powiedziałem stanowczo i spojrzałem przenikliwie w jej oczy, patrząc na nią lekko z góry. Moja postawa była wyprostowana i dumna. Ogon miałem lekko uniesiony w górę, tylne łapy były w lekkim rozkroku, a mięśnie miałem lekko naprężone, gotowe do ruchu by po raz kolejny zagrodzić wilczycy drogę.

<Wichna?>
Lyn się uparł i nie puści Cię tak łatwo. Co zrobisz? 

Nowy basior - Lyn

 

Autor grafiki: właściciel 

Właściciel: wikizamarski@gmail.com /  Wka122#1755 (discord) / wikizamarski (doggi)

Imię: Lyn- z duńskiego błyskawica, ale imię to nie ma wiele wspólnego z jego charakterem, czy też wyglądem. Lyn ubzdurał sobie, że to od jego szybkości.

Wiek: 4 lata 9 miesięcy

Płeć: basior

Żywioł: lód, mróz, woda

Stanowisko: szpieg i zwiadowca

Cechy fizyczne: Lyn jest dobrze umięśnionym basiorem o rdzawej sierści. Na lewej łapie nosi srebrną bransoletę wysadzaną lapisem. Jest raczej dość masywny, do tego posiada grube futro, które staje się zdecydowanie cięższe, gdy przemoknie. Jakiś szczeniak powiedział kiedyś, że wygląda jak niedźwiedź. Futro na jego szyi jest dłuższe, a grzywa zaczesana jest w górę. Brzuch, szyję oraz fragment pyska ma w kolorze kremu, tak samo jak puch w jego uszach. Ogon jest średniej długości i ma dłuższą sierść, która często się plącze. Jest on rdzawy i stanowi dumę Lyna, gdyż zanim gdzieś wyjdzie zawsze spędza co najmniej godzinę na pożarnym jego rozczesaniu. Ma niebieskie oczy. Na lewej łapie nad bransoletą posiada kilka blizn świadczących o jego doświadczeniu w boju.  Jest raczej szybki, ale bez przesady, potrafi jednak korzystać z otoczenia, aby muc uzyskać choć drobna przewagę.

Cechy charakteru:  Jest śmiały i pewny siebie, czasem trochę za bardzo. Czasami jest porywczy, dzieje się to głównie w trakcie walki albo polowania, instynkt po prostu bierze górę i jest mu się trudno opanować. Zdarzają się przez to problemy. Potrafi dokonywać trudne wybory, choć jego decyzje są często kontrowersyjne, a nieraz uważane za szalone, jeszcze mu się nie zdarzyło by wraz z oddziałem nie wyszli z tego cało. Może to szczęście głupiego, ale kto to wie? Koledzy z oddziału przykleili mu łatkę szalonego „dowódcy”, gdyż nieraz narzucał swoje zdanie i plan działania temu właściwemu. Potrafi być bezlitosny, litością wojny nie wygrasz. Jest raczej surowy, ale i wyrozumiały w stosunku do młodszych i uczących się. Lubi przebywać w towarzystwie szczeniaków, przypominają mu się wówczas czasy beztroskiego dzieciństwa. Natomiast większość samic jakie spotkał  widzi go jako zalotnika, co się dziwić? W swoim wymiarze miał całkiem duże powodzenie u kobiet, a ich towarzystwo działało na niego korzystnie.  Był czujniejszy i odnosił wrażenie, że nawet silniejszy i szybszy, był po prostu lepszą wersją siebie. Nie mówi tego otwarcie ale troszczy się o każdego, z jego rodziny (czyt: watahy, przyjaciół, rodziny)

Cechy szczególne*: blizny i srebrna bransoleta wysadzana lapisem na lewej łapie.

Lubi: adrenalinę, zimno,  spanko- bo kto nie lubi? Swój ogon  i oczywiście… astronomię. Co nie spodziewałeś się? Proszę, co za niespodzianka

Nie lubi: upałów, osób natrętnych- tj takich, co uczepią się Ciebie jak rzep do ogona. Nie lubi gdy inni dotykają jego ogona i grzywki.  Gardzi również zdrajcami.

Boi się: trucizny, a konkretnie tego, że on, albo ktoś mu bliski zostanie otruty

Moce: 

Oddychanie pod wodą- nie posiada skrzeli, dzieje się to w sposób magiczny, mimo tego potrzebuje tlenu tak jak inne stworzenia. Po prostu nurkując korzysta z tego rozpuszczonego w wodzie. Na wielkich głębokościach, gdzie roślinność morska jest znikoma, a co za tym idzie ilość tlenu w wodzie również jest niewielka ma problemy z oddychaniem. To tak jakby wspinał się na bardzo wysoką górę, tylko w stronę jądra planety. 

Odporność na minusowe temperatury- nawet zero absolutne mu nie zaszkodzi, jest jednak strasznie wrażliwy na ciepło. Musi się pilnować by się nie przegrzać. Gorączki są dla niego katorgą.

Kontrola wody/lodu/śniegu/szronu- tworzy z nich dowolne kształty, w tym bronie, meble, itp.  Potrafi je przywołać bez obecności źródła żywiołu. (Jest to wówczas bardzo manożerne) O wiele rozsądniejsze jest pobieranie wody z otoczenia i wykorzystywanie jej do tego celu. Wówczas nie ma ograniczeń do czasu, aż woda się nie skończy.

 Natura yeti- to forma przemiany Lyna. Jest wówczas bardziej wytrzymały i silniejszy, ale gorzej u niego ze zwinnością. Jest wtedy przewrażliwiony na punkcie wszystkiego. Zachowuje się jakby okres dostał i w sumie można tak to u niego nazwać. Jego futro pokryte jest szronem i staje się jaśniejsze i bledsze. Wówczas chodząc zostawia za sobą lodową ścieżkę, wokół niego unoszą się wirujące płatki śniegu, a powietrze ma wówczas stałą temp – 15 °C (promień ok. 5m) Natura yeti nie jest do końca przez niego kontrolowana. Zaobserwował, że budzi ją siny bodziec zewnętrzny, jak i również występuje zawsze w okresie zimowym. Zaczyna się w grudniu i trwa  do końca lutego, czasami jeszcze kilka pierwszych dni marca. Ma zamiar nauczyć się ją kontrolować, ale do tego jeszcze długa droga.

Telekineza – umiejętność nabyta całkiem przypadkowo. Siostra oddała mu ją wraz z ostatnim tchnieniem. Nie jest ona zbyt silna. Używa jej raczej w walce do miotania sztyletami. Może podnosić przedmioty do 20 kg łącznie. Powtarzano mu, że jeśli by ćwiczył, to mógłby wyrwać nawet 40 letnie drzewo z korzeniami, ale tego nie chciał. Nie zamierzał zmieniać czegoś, co dostał od siostry.

Historia: Z dzieciństwa niewiele pamięta, może kilka zabaw z siostrą, potem jednak nadeszła wojna i trzeba było się szkolić, a że tak jak większość posiadał wyjątkowe zdolności to był potrzebny w walce. Przydzielono go do oddziału Delta. W wieku 20 lat pierwszy raz miał styczność z Ziyow, z którą utrzymywał koleżeńskie stosunki. Ogólnie po śmierci jego siostry nie bardzo potrafił sobie poradzić i na długo stał się bardziej drażliwy na wszystko i wszystkich, często opuszał sam bazę, przez co nieraz zdarzyło się, że był zmuszony do walki z przeciwnikiem. Któregoś razu Ziyow nie wróciła z misji. Lyn nie wierzył, że zginęła i zaczął wymyślać różne zwariowane teorie spiskowe, trzymał je jednak dla siebie, by inni nie wzięli go za szaleńca. Po roku jego znajoma wróciła, a towarzyszyła jej jakaś dziewczyna. Lyn nie ukrywał wpadła mu ona w oko, ale nie była to ta jedyna. Gdy dowiedział się, że dziewczyny przybyły z wymiaru do którego wciągnęło wcześniej Ziyow postanowił, że pomoże im tam wrócić. Świat w którym żył dotychczas był już wystarczająco wyniszczony przez wojnę, dlatego dołączył do nich, po czym wraz z Ziyow zostali oficjalnie przyjęci do watahy.

Zauroczenie: Często rzuca okiem z jednej na drugą, ale na razie nie spotkał tej jedynej.

Głos*:  klik 

Partner*: -

Szczeniaki*: -

Rodzina: Osierocony w wieku 6 lat w swym rodzinnym wymiarze. Rodziców nie pamięta, ale kocha swoją siostrę, która należała do oddziału „DeltaX”. Zmarła na jednej z misji rok przed dziwnym zniknięciem Zyiow. Był do niej niezwykle przywiązany a nazywała się Samantha. Wbrew naturze miała niebieskie włosy. Była 2 lata młodsza od Lyna.  

Jaskinia: Zachód 5

Medalion: klik

Towarzysz*:  brak

Inne zdjęcia*: - 

Przedmioty kupione w sklepie*:  brak

Dodatkowe informacje*: Sprawnie posługuje bronią białą i palną (wychował się w czasie wojny) i dobrze walczy wręcz.

Umiejętności:                   

: Siła: 150

: Zręczność: 100

: Wiedza: 90

: Spryt: 90

: Zwinność: 150

: Szybkość: 200

:Mana: 20

14.11.2020

Nowy wilczu, Antilia

Autor: joanniegoulet (kiedyś CactusArt) // DeviantArt 

Właściciel: Howrse: Victoria Luna (nieaktywna). Discord: Antilia#8184 (jestem na serwerze watahy)

Imię: Jedyna rzecz, jakiej jestem pewna to to, że na imię mam Antilia. Nie jest to imię budzące grozę czy strach, ale nie oznacza też, żebym była tchórzliwa lub słaba. 

Wilki często mówiły mi po prostu An lub Lilia. Chociaż rzadko się zdarza, żebym pozwoliła obcym wilkom tak na mnie mówić.

Wiek: 3 lata. 

Płeć: Wadera. 

Żywioł: Podczas swojej wędrówki, która prowadziła mnie do tej watahy, odkryłam, że moja magia jest związana z czterema żywiołami: z wodą, białą magią, wolnością oraz iluzją. 

Stanowisko: Medyk oraz strażnik powietrzny. 

Cechy fizyczne: Sierść na moim ciele nie jest całkowicie lodowa- miejscami stopniowo zmienia się w kolor bezchmurnego nieboskłonu. Tego typu odcień niebieskiego zajmuje górną połowę mojego ciała- uszy, mocny grzbiet, umięśnioną łopatkę czy udo oraz ogon, który jest długi i puszysty. Obydwa kolory rozdziela jasny granat spotykany, gdy noc jest jeszcze młoda, a Księżyc dopiero zajmuję należyte miejsce na niebie. Wstęga ta biegnie od początku kręgosłupa, po czym rozdziela się, aby podążyć bokiem mojego tułowia a znika za jedną z kości skrzydła. Włosie jest dosyć grubego oraz gęste, co jest bardzo pomocne przy podwodnych ekspedycjach lub podczas alpejskich wycieczek. 

Moja twarz ma delikatne, zaokrąglone rysy twarzy. Pysk jest średniej długości i również takiej szerokości, zakończony niewielkim, czarnym nosem. Szczęka ma zaokrąglony kształt i wraz z żuchwą posiada pełen zestaw ostrych zębów gotowych rozszarpywać ofiarę. Oczy o kolorze królewskiego błękitu są lekko osadzone w czasie. Zauroczone we mnie basiory często mówili mi, że moje oczy przypominają ocean- głębokie i bezkresne. Ja jednak nie zwracam uwagi na tego typu komplementy. Na czole posiadam charakterystyczne zabarwienie sierści, kształtem przypominając romb. Uszy są stojące, lekko szpiczaste. Futro na małżowinie usznej ma kolor jasnego błękitu jak górna część mojego ciała.

Głowa osadzona jest na umięśnionym karku i szyi. Klatka piersiowa jest obszerna i wyposażona w silne i waleczne serce oraz pojemne płuca, dzięki temu wolniej się męczę lub jestem w stanie wykonać czynności, które sprawiłyby problemy słabszym osobnikom. Nogi są mocne i wytrzymałe. Przez kilkanaście minut mogę biegać bez przerwy, nie zatrzymując się, aby zrobić postój na wodę czy odpoczynek. Na nogach futro jest nieco rzadsze, ale za to staje się grubsze, skutecznie chroniąc mnie przed zimnem czy wodą. Kolor włosia stopniowo bieleje, aż w końcu jest śnieżnobiałe. Silne łapy wyposażone w ostre pazury połączone z harmonijną budową ciała pozwalają na szybki bieg za ofiarą czy celem, ewentualnie na wspinaczkę na drzewa, u których konary są zbyt gęste albo na wspinaczkę po skałach gdzie wieje za silny wiatr.

Jeśli chodzi o moje skrzydła- wiele wilków patrzyło na mnie z pogardą lub wrogością, ponieważ uważali mnie za wyrzutka oraz odmieńca. W życiu spotkałam ze dwa wilki, które również miały skrzydłami, ale to były przelotnie znajomości. Moje skrzydła mają dosyć dużą rozpiętość. Kości na pierwszy rzut oka delikatne, ale pomimo to, iż są lekkie to też wytrzymałe. Dzięki silnym mięśniom jestem w stanie lecieć pod prąd wiatru o średniej sile. Pióra są delikatne jedwabiste w dotyku. Początek jest śnieżnobiały, lecz stopniowo zmienia się w kolor lodowca podczas świtu. Często zdarza się, że o każdej porze roku gubię mniej więcej garść pierza. Spokojnie, to nie jest żadna choroba czy inne takiego, tylko zwykła fizjologia mojego ciała- skoro gubię słabą i zniszczoną sierść to podobnie jest z piórami z moich skrzydeł. 

Cechy charakteru: Z powodu amnezji jestem wilkiem bardzo nieufnym. Będę podchodzić do wszystkiego z dosyć dużym dystansem. Nie wiem, jaka byłam przed utratą pamięcią, może dlatego obsesyjnie dążę do odnalezienia przeszłości. To jest mój główny cel w życiu. Zdarza się, że widzę urywki mojego dawnego życia, lecz często po chwili wspomnienie przepada w nicość. W takich sytuacjach na siłę próbuję przywołać z powrotem wspomnienie, chodząc w kółko lub przypomnieć sobie co mówiłam, czy myślałam. Wtedy mogę być podenerwowana lub nawet agresywna. Mania mojej pamięci bierze nade mną górę i mogę chodzić w kółko przez dosyć dłuższy czas. Czasami jednak boję się tego, że moja przeszłość, którą staram się odzyskać, może dramatycznie się zmienić i mieć duży wpływ na moją przyszłość. Mimo to robię wszystko, aby poznać swoją historię i poznać siebie samą. Jednak poszukiwania prowadzę sama- nie chce mieszać w to inne wilki. Dlaczego? Powód jest prosty – obawiam się, iż wilk pozna moją przeszłość, która może okazać się okrutna i polana krwią, odwróci się ode mnie plecami. Jednak boję się bardziej tego, że powie to innym wilkom, a te przestaną się ze mną widywać, zaczną unikać a być może atakować. Dlatego właśnie nie lubię mówić zbyt dużo o sobie, ponieważ życie mnie nauczyło, że każde słowo może obrócić się przeciwko tobie.

Podczas pierwszego spotkanie będę ukrywać się w cieniu. W celu określenia z kim mam do czynienia. W tym czasie czaję się w mroku. Aby rozpoznać czy jesteś zwykłym. Przeciętnym wilkiem lub potencjalnym celem albo co gorsza- wrogiem, którego trzeba natychmiast zdjąć. Na początek ocenię twój wygląd i cechy fizyczne, następnie zadam kilka pytań, by stwierdzić, jaki jest twój charakter. Jeśli stwierdzę, że jesteś po mojej stronie i nie stwarzasz większych zagrożeń, kulturalnie przedstawię się i pokaże swoją osobowość. Natomiast kiedy uznam, iż jesteś potencjalnym zagrożeniem, ulotnię się lub czekam na dogodny moment, aby zaatakować. Nie jestem zbytnio rozmowna. Podczas rozmowy będę dosyć szorstka i chłodna a uczucia będą głęboko schowane we mnie, natomiast zdania będą krótkie i treściwe, aby jak najszybciej zakończyć dyskusję. Mówi się, że oczy to zwierciadła duszy, dlatego podczas naszej wymiany zdań moje spojrzenie skupię na inne wilki, żeby sprawdzić ich prawdomówność. Czasem zdarza się, iż użyję swoich mocy w celu poznaniu drugiego osobnika, ale to głównie w przypadkach, gdy chce poznać wroga lub wtedy kiedy wilk coś ukrywa przede mną.

Jeśli jednak pozwolę się do siebie zbliżyć i między nami zawiąże się więź przyjaźni, mogę być… bardziej otwarta. Tak, otwarta, czyli okazywać emocje- śmiać się, płakać… Jest tak dlatego, iż przy przyjaciołach czuje się bezpiecznie. Przyjaciel to zaufana osoba, której mogę powierzyć swoje sekrety i być pewna, że nie ujrzą one światło dzienne. Często się śmieje, żartuje… Zdarza się też, że mam gorsze dni i muszę się komuś wyżalić. Nikomu bardziej nie ufam. Jestem wobec nich lojalna i potrafię dochować tajemnic, podobnie jak oni. Nie oszukujemy siebie nawzajem, a szacunek to podstawa. Co jakiś czas wygłupiamy się i wtedy możemy z siebie pożartować. Natomiast kiedy ktoś ma problem lub kłopoty, staram się przybyć jak najszybciej. I na odwrót- jeśli ja mam jakiś kłopot, liczę też na to od innych. Walczymy razem, śmiejemy się razem, płaczemy razem… Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego, prawda? Jeśli jednak zdradzisz nasze zaufanie, na zawsze będę tobą gardzić i nienawidzić. Nie chcesz wiedzieć, co bym z tobą zrobiła… I mam nadzieje, że nigdy się nie dowiesz.

Rodziny nigdy nie miałam, a przynajmniej tak sądzę. Nie wiem, jak wyglądała moja dawna rodzina. Czy miałam mamę i tatę, brata czy siostrę… Nie czuje tęsknoty, bo po prostu ich nie pamiętam. A po co tęsknić za czymś, co zostało odebrane ci wraz ze wspomnieniami? Nie planuję mieć rodziny. Nie mam z kim dzielić tego brzemienia. Jeśli jednak trafi się ten jedyny… Od swojego partnera oczekuję wierności i wsparcia oraz, oczywiście, szczerej miłości, a nie chwilowego zadurzenia. Nie lubię szczeniackich zalotów, ale przez wykonanie kilku szalonych wyczynów czy sztuczek, możesz u mnie zapunktować, lecz to nie oznacza, iż od razu będę twoja. Co to, to nie. Musisz się bardzo postarać, żeby skraść moje lodowe serce. A pilnuje go jak oka w głowie. Nauczyłam się, że rzadko możesz na kimś polegać. A tym bardziej na basiorach. Nie, żebym miała coś do nich, ale większość facetów miała fioła na punkcie swojego ego. Aby mnie poderwać, samiec musi wiedzieć jaką porę nocy lubię i jaka faza Księżyca najbardziej mi odpowiada na romantyczny spacer. Musi też wiedzieć, czy wolę chodzić przy akwenach wodnych lub w lesie, w zależności od pory roku czy pogody… Owszem, bardzo dużo wymagam, ale dzięki temu mogę być pewna, że jestem u boku tego jedynego basiora, który wesprze mnie w chwilach słabości i pocieszy, kiedy będzie mi smutno. Zaśmieje się ze mną i razem ze mną się pokłóci. Że będziemy darzyć siebie wielką miłością.

Jeśli chodzi o Alfy i przywódców- zawsze szanuję ich zdanie i z reguły wykonuje powierzone mi zadania. Tak, z reguły, ponieważ jeśli mam zastrzeżenie do danego polecenia lub wydaje mi się ono… dosyć specyficzne, staram się, aby przydzielono mi inny rozkaz. Nie kwestionuję zdania przywódcy, ale czasami nie jestem w stanie wykonać wszystkiego, co mi nakażą. Jestem wobec nich lojalna i starannie wykonuję misję. Nic nie robię na opak. Zabijać nie lubię, ale jeśli wyniknie sytuacja zagrożenia, umiem pokazać śnieżnobiałe ząbki. Zachowuję zimną krew i spokojnie analizuję sytuacje. Czasami jednak idę na instynkt. Wtedy działam impulsywnie, bez planowania lub analizy. Krótko mówiąc, robię to, co wymaga sytuacja. 

Cechy szczególne*: Podczas pełni moje oczy mogą wykazywać zdolności do luminescencji. Efekt jest subtelny. 

Lubi: Szanuję sobie ciszę i spokój. Lubię wsłuchiwać się w szum górskiego strumyka w otoczeniu dziewiczej natury. Ogólnie cenię sobie przebywać na świeżym powietrzu w lesie. Chętnie przesiaduje w bibliotece, ochoczo poszerzając nowe horyzonty i ucząc się nowych rzeczy. 

Nie lubi: Nie przepadam za naruszeniem mojej przestrzeni oraz spokoju. Nie lubię również chamskiego zachowania oraz brak manier czy kultury osobistej. Nienawidzę być od kogoś lub czegoś zależna. Nie toleruję kłamstwa, oszukiwania oraz kradzieży. Zdrada jest dla mnie niewybaczalna. 

Boi się: Przede wszystkim prawdy o sobie i o swojej przeszłości. Obawiam się równie tego, że zostanę po prostu zapomniana. Boję się również niemocy i słabości. 

Moce: Moje moce głównie polegają na żywiole wody. Tworzę rozmaite form życia stworzonych z wody. Mogą mieć różne postacie – wilka, pegaza, jelenia… Możliwości jest wiele. Stworzenia te wykorzystuję do celów osobistych lub podczas walki jako obrońcę, lub jako żołnierza. Po wejściu do wody mogę swobodnie oddychać pod jej powierzchnią. Dzięki temu mogę przeprowadzać podwodne ekspedycje dna jeziora czy morskiej rafy koralowej. Ten dar jestem w stanie przekazać innemu wilkowi, jednak są dwa warunki: pierwszy to musi być dosyć blisko mnie, a drugi: musimy być pod wodą w tym samym czasie. Mogę również tworzyć źródła wody słodkiej (rzadziej słonej). Stwarzam je na terenach pustynnych lub bardzo suchych, aby zaspokoić pragnienie swoje lub kogoś innego. Rzadko tworzę źródła stałe, ponieważ potrzeba mnóstwa energii, aby utrzymać je przy życiu, więc najczęściej tworzę wodopoje tymczasowe, które istnieją tylko kilka minut.

Jeśli chodzi o żywioł iluzji, jak sama nazwa wskazuje, tworzę iluzje, nie tylko optyczne, ale również dźwiękowe czy sensoryczne. Te ostatnie są bardzo trudne ze względu na koszt utrzymania takiej magicznej sztuczki – by była ona jak najbardziej rzeczywista (na przykład miękkość futra czy twardość skały), potrzeba odpowiednio duży zapas magii oraz posiadać odpowiednio silne ciało (osłabiony organizm źle znosi taki wysiłek). Nawet jeśli spełnimy te warunki, iluzja utrzymuje się maksymalnie ok. 12 minut. Pozostałe iluzje są dosyć łatwe do utworzenia, tak więc nie wymagają one tak dużo mocy, tak więc mogę je stosować przez dłuższy czas (maksymalnie kilka godzin) lub kilkakrotnie ć zmieniać wygląd mirażu. Moc tą stosuję głównie w celu tworzenia kamuflażu lub też jako przynętę czy dywersje.

Posiadam również żywioł białej magii. Czarów najczęściej używam w formie zaklęć leczniczych, lecz nie zamykam swojej wiedzy, tylko i wyłącznie na uzdrawianie przy pomocy białej magii. Dobrze znam zaklęcia obronne i atakujące oraz często je trenuję. Poza tym doskonale opanowałam podstawowe czary takie jak telekineza, teleportacja na niewielkie odległości lub też poznanie właściciela przedmiotu i czy owa rzecz nie jest przeklęta. Znam rytuały, które potrafią uleczyć chorą lub skażoną ziemię, zdjąć uroki i klątwy (silnych przeklęć nie jestem w stanie zdjąć) lub znaleźć źródło magii – niezależnie czy jest biała, czy czarna magia. Podczas walki mogę również rzucić zaklęcie podnoszących morale, odwagę i w wyjątkowych sytuacjach (oraz jeśli jestem wystarczająco silna) odwagę na kilka wilków. 

Historia: Moim pierwszym wspomnieniem jest ciemność. Potem przyszło obezwładniające zimno. Otworzyłam zamknięte oczy, budząc się z dziwnego snu. Znajdowałam się w brzozowym lesie, gdzie szalała śnieżyca. Gałęzie niegdyś białych, smukłych drzew wyglądały jak palce starej czarownicy. Chciałam wstać z zimnej ziemi, lecz gdy tylko podniosłam się na kolana, poczułam rwący ból w nogach i na części skrzydeł. Obejrzałam się i zobaczyłam, że kończyny są przymarznięte do zamarzniętego podłoża. Zamknęłam oczy, chcąc skupić się i znaleźć odpowiedź na proste pytanie — jak ja się tu znalazłam? Szukałam w pamięci, lecz odnalazłam tylko ziejącą pustkę w swojej pamięci. Zaniepokojona, zaczęłam szukać jakichkolwiek wspomnień. Nic. Gwałtownie otworzyłam oczy, łapczywie łapiąc oddech. Burza coraz mocniej przybierała na sile, sprawiając, że temperatura coraz szybciej spadała. Skupiłam się na teraźniejszości- trzeba szybko znaleźć jakieś schronienie nim zostanie ze mnie mrożonka, a potem pomyślę o tym… czymś. 

Było tylko jedno wyjście. Zacisnęłam mocno zęby, rozruszałam zamarznięte mięśnie i jak najszybciej (dosłownie) oderwałam się od ziemi. Ból był niewyobrażalny a wyziębione ciało ledwie utrzymywało równowagę. Rozejrzałam się w poszukiwaniu jakiegoś schronienia. Niedaleko była niewielka jaskinia wydrążona u stóp pobliskiej góry. Resztkiem sił dotarłam do celu, po czym zemdlałam. Podczas tego balansowania między świadomością a snem, usłyszałam „Antilia". Obudziłam się nagle, jakby śnił mi się najgorszy koszmar. Burza minęła a na jej miejsce przyszło ciepłe słońce. Byłam obolała, wyziębiona i wyczerpana a w mojej głowie nadal był ten głos mówiący „Antilia". Nie wiem czemu, ale mogłam sobie łapę uciąć, że to moje imię. Nagle wyczułam pod futrem jakiś przedmiot zawieszony na szyi. Odsłoniłam go. To był medalion. Podłużny kamień, prawdopodobnie lazuryt o ciemnym, granatowym kolorze. Obok kryształu było jeszcze srebrne skrzydło wykonane z dokładną precyzją. Wzięłam kamień do łapy, po czym przymknęłam powieki i biorąc głęboki wdech, otworzyłam drzwi do swojej pamięci. Głos nie umilkł nawet na chwilę, nawet przybrał na sile. W pamięci znalazłam wiele informacji, większość dotyczyła nauk medycznych oraz sztuk uzdrawiania; znalazłam też szkolenie ze sztuk walk i obrony. Tylko nie znalazłam żadnych poszlak, które powiedziały mi, kim jestem – skąd pochodzę, czy mam rodzinę, czym się zajmowałam…

Wiedziałam jedynie, że mam na imię Antilia.

W tamtej chwili obiecałam sobie, że znajdę odpowiedzi na pytania o moją tożsamość. Tak więc udałam się w podróż, która przywiodła mnie do tej watahy… 

Zauroczenie: -

Głos: Link

Partner: -

Szczeniaki: -

Rodzina: Nie wiem czy takową posiadam. Pewnego dnia przyśniła mi się para skrzydlatych wilków lecz nie wiem czy to są moi rodzice, głównie dlatego, że ich twarze były rozmazane, jakbym patrzyła na nich jak zza mgły. 

Jaskinia: Podniebne ścieżki (wschód #3)

Medalion: Link

Towarzysz:-

Inne zdjęcia*: LINK

Przedmioty kupione w sklepie:  -

Dodatkowe informacje: Cierpię na amnezję wsteczną. Jest szansa, że pewnego dnia odzyskam wspomnienia, lecz nie wiem czy jestem gotowa poznać prawdę o sobie i czy chce znać swoją przeszłość, która może zniszczyć moją przyszłość. 

Umiejętności:

: Siła: 100

: Zręczność: 125

: Wiedza: 200

: Spryt: 150

: Zwinność: 125

: Szybkość: 100

: Mana: pełna doba.

12.11.2020

Od Wichny do kogoś

 Spowiła mnie ciemność, jaka prawdopodobnie otacza tonących w odmętach oceanu. Nie dosięgała mnie najmniejsza drobina światła. Wiedziałam, że… nawet nie zorientowałam się, kiedy opuściły mnie jakiekolwiek myśli. W głowie czułam całkowitą pustkę, co nie pomagało mi w odgadnięciu sytuacji, w jakiej się znalazłam. Spróbowałam wziąć oddech i nagle zrozumiałam dlaczego jest tak ciemno. Moje płuca wypełniła chłodna woda. Zaczęłam się rzucać, próbowałam znaleźć powierzchnię, ale nie udało mi się przesunąć nawet odrobinę. Obróciłam się tylko wokół własnej osi. Moje ciało zaczęło szybko tracić siły bez obietnicy oddechu. Opadałam coraz niżej, tonąc niczym w gęstej smole. W jednym momencie poczułam silny ucisk w piersi i na karku, jakby coś przebiło się przez moją skórę i szarpnęło za samo serce. Uczucie nie zniknęło, póki moja głowa nie wychynęła nad powierzchnię wody. Zaczęłam łapczywie napierać powietrze i krztusić się. Kaszlałam, rozpaczliwie machając łapami by utrzymać się ponad  poziomem śmiercionośnej cieczy. Kiedy udało mi się przestać dławić, spojrzałam na to, gdzie się znalazłam. Moim oczom ukazała się nieskazitelnie czarna tafla jeziora, prawie nie odróżniająca się od sklepienia nocnego nieba. Zobaczyłam mroczną postać unoszącą się kilka, może kilkanaście metrów przede mną, na drodze do brzegu. Ruszyłam w tamtą stronę; jeszcze chwila, a zabrakłoby mi sił, by płynąć. Kiedy minęłam cień, ten skierował się za mną i odprowadził mnie na ląd.
- Dzięki - rzuciłam - byłabym jeszcze bardziej wdzięczna za ratunek, gdybyś przysiągł, że to nie ty mnie tam wrzuciłeś.
Demon nie odpowiedział. Prychnęłam.
- Jestem twoim żywicielem. Nie powinieneś próbować mnie zabić.
- Wyciągnąłem cię - istota odezwała się pierwszy raz od dłuższego czasu. Zdążyłam zapomnieć, jak obrzydliwie brzmi jej głos; gulgoczący syk, jak wąż dławiący się własną śliną. - Nie życzę ci śmierci, nie poddawajmy się stereotypom. I ja chcę, żebyś odzyskała swoje moce. Wiesz, że i mi to przyniesie korzyści, tak jak się zresztą umawialiśmy...
Znów się żachnęłam. Odkąd zawarłam z nim pakt, zrobił się nie do zniesienia. Wcześniej po prostu szwędał się za mną, był, powiedzmy, irytującym towarzyszem, którego nie mogłam odgonić. Teraz stał się pasożytem, a ja jego żywicielką. Przez takie sytuacje zaczynam żałować, że pomogłam Aidenowi, kiedy wpadł do mojej pracowni. Gdyby nie to, co do niego przywarło i mnie zaatakowało, nie musiałabym znosić prób terapii szokowej, która ma mi podobno zwrócić utracone zdolności.
- Wiesz przecież, że “on” odebrał mi moce. Zabrał je, wyciął, usunął, zdezintegrował! One nie są ukryte czy zapomniane, ja ich najzwyczajniej nie mam! Żaden szon czy hipnoza w niczym nie pomoże, cokolwiek by nie myślał jakiś pomniejszy demon. - wlepiłam w niego wrogie spojrzenie.
- Poniżej pasa. W przeciwieństwie do ciebie, ja przynajmniej mogę nadal się za niego uważać. Ty jesteś już jedynie starym, wyssanym… ogryzkiem, że tak to ujmę. Pokręciłam z niedowierzaniem głową.
- Przypomnij mi chociaż jak się tutaj znaleźliśmy, co działo się przedtem. Nie pamiętam niczego, co mogło się dziać przez ostatnie kilka dni.
- Jesteśmy przy górskim jeziorze, niedaleko morza. Przyszliśmy tutaj… Przyszłaś tutaj pieszo. To właśnie robiłaś przez ostatnie kilka dni, smażyłaś się na czczo w jesiennym słońcu, żeby przygotować się do próby. Żeby przygotować nas do próby, nie oszukujmy się, dla mnie ta podróż też nie była przyjemna. Cóż, okazuje się, że to wszystko poszło na marne. Wracajmy więc.

- Nie wierzę…
Nie skończyłam mówić, szkoda strzępić języka. Rzeczywiście, powoli zapominam jak to jest być prawdziwym demonem. Kiedy słucham tego głosu bez wyrazu, bez emocji, jak przez mgłę przypominam sobie tę beztroskę, kiedy wiedziałam, że nigdy nie umrę, że jestem niepokonana. Uśmiechnęłam się do tych wspomnień. Ruszyłam w stronę, która zdawała się prowadzić na tereny, gdzie leży moja jaskinia. Demon wczepił się w sierść na moich plecach i przylgnął do nich na płask. Po niedługim czasie wstąpiłam na znane mi rejony i usłyszałam radosne głosy. Mimochodem zawahałam się i uświadomiłam sobie, że nadal mam kłopot z nawiązywaniem kontaktu z wilkami. Zmusiłam swoje łapy do zrobienia kolejnych kroków. W końcu minęłam się z biegającą wesoło grupką. Kilka basiorów zwróciło oczy w moją stronę i się uśmiechnęło. Wadery ledwo mnie zauważyły. Nie zorientowałam się kiedy jeden z wilków zatrzymał się przede mną i zaczął coś mówić. Zamrugałam. Cały czas czułam ciężar eterycznego stworzenia na moich plecach, a łapy uginały mi się ze zmęczenia.- Przepraszam, możesz powtórzyć? - wymamrotałam. Byłam naprawdę zmęczona.

<Wilku?>

Od Eve CD Tsuri

 Eve zastanawiała się przez chwilę Po czym stwierdziła, że nie ma konkretnego pomysłu.
-Chyba będziemy musieli po prostu je ignorować i starać się przed nimi jakoś uciec, czy coś. - powiedziała, a Tsuri tylko skinął głową ze zrozumieniem. Po odpoczynku ruszyli truchtem w stronę rzeki dusz. Jak na razie nie spotkali kruków, ale Eve dopadł katar, przez o kichnęła 3 razy z rzędu. Pod łapami młodych wilków otworzył się żółty portal, do którego wpadli z krzykiem zaskoczenia. Po kilku sekundach lotu wylądowali na drzewie kilkanaście metrów dalej, wypadając przez niebieski już portal. 
-Co to było?- spytał basior, gdy udało mu się już pozbierać i zejść z drzewa. 
-Nie mam poje...je...A psik! Pojęcia - mruknęła Eve gdy do niego dołączyła i  przetarła sobie nos, gdyż ją swędział. Po chwili znowu kichnęła i tym razem powtórzyła się sytuacja sprzed kilu minut, tylko zamiast na drzewie wylądowali w jakiejś grocie. A w wzrok Eve przykuła fioletowa błyskotka. Mruknęła coś pod nosem i miała zamiar ją wziąć, gdyż nic innego tu nie było, a to chyba do nikogo nie należało. Gdy tylko do tego doskoczyła i złapała, jak sie okazało ametystową wkrętkę w swoje łapki, to pod nimi znowu pojawił sie portal który tym razem przeniósł wilki  do samiutkiej rzeki dusz. 
-Przynajmniej szybko dotarliśmy na miejsce - ciemna wilczyca zaśmiała się nerwowo. Zaczynała rozumieć schemat tego dziwnego podróżowania. Gdy kichała otwierał się portal i ich wsysało, po czym gdzieś indziej ich wypluwało. Przyjrzała się przedmiotowi i stwierdziła, że to iż go znalazła nie było przypadkiem, Tsuri musiał to wyczytać z jej wzroku
-Myślę, że tutejsze duchy powinny coś o tym  wiedzieć- wskazał na kolczyk - i w sumie nie tylko o tym - powiedział po czym udaliśmy się na poszukiwanie i przepytywanie duchów.

<Tsuri?>

11.11.2020

Od Stromy do Ziyow

 Analizowałam "szyfr" którym się teraz posługiwała wadera, o dziwo działało, bo chyba zrozumiałam. Chciała wraz ze mną wrócić do mojego świata. Sądząc po kamiennych bransoletkach, raczej nie miała wyjścia. Zrobiło mi się jej szkoda. W głowie wyświetlił mi się obraz tego jak jej przyjaciele, ciepło powitali ją gdy tu wróciła. Położyłam dłoń na ramieniu dziewczyny i patrząc sobie w oczy uśmiechnęłam się delikatnie.
-Jeśli chcesz, ale czy nie będziesz tęsknić?- spytałam wzięłam jeden długopis i machnęłam schematycznie na kartce dwa wilki (nas) i kilka człowieczków trochę dalej. Potem spojrzałam na Ziyow. Ta zerknęła na moje rysunki i lekko się zamyśliła, Lyn stał nad nami i przyglądał się wszystkiemu.
-D0br3 py7an13. Ziyow? - po tonacji i tym, że zwrócił się do wadery stwierdziłam, że również załapał moje pytanie. - C0 73raz? -spytał i ewidentnie czekał na odpowiedź. Po dłuższej chwili ciszy, spojrzał na kamienna bransoletkę na ręce wadery. - Cza5 513 kończy. Je5l1 chc35z 70 p0jd3 z Wam1, n1c 5z390ln390 mn13 7u n13 7yma, a przypu5zczam, ż3 dłu90 na 7ym 5w13c13 n13 p0żyj3my. -Ziyow skinęła potwierdzająco głową. wstała, pomogła mi wstać i zabrawszy rzeczy z podłogi w trójkę ruszyliśmy w dal korytarzem. Dwójka ludzi rozmawiała ze sobą po drodze, ja szłam posłusznie za nimi. Po chwili zatrzymaliśmy się przed jakimiś drzwiami. Basior zniknął na za nimi, by po chwili wrócić z plecakiem. 
-Po co ci to?- spytałam wskazując na przedmiot. Chłopak się zaśmiał, znowu poczochrał mnie po mojej sierści i odparł
-Prz3z0rny zaw5z3 ubezp13cz0ny. - potem ruszyliśmy dalej. Przed wyjściem obaj uważnie się rozglądali po czym chwycili za broń palną i wyprowadzili mnie na zewnątrz. Następnie biegiem ruszyliśmy w stronę ruin do których nas przeniosło, z mojego świata. Tam Usiłowaliśmy znaleźć sposób aby przeniosło nas z powrotem, ponieważ portal nie chciał się otworzyć po naszym przyjściu, a po dokładniejszych oględzinach stwierdziłam, że nie było tu żadnej bramy, tylko stare zadrapane malowidła i zniszczona posadzka pokrywająca się piaskiem. Spojrzałam na zgromadzonych i gestykulując spytałam
-Co teraz?- ci rozłożyli ręce pokazują, że nie wiedzą. Postanowiłam pomodlić się więc do moich bogów, aby pomogli nam jakoś wrócić, albo podsunęli pomysł, jak mamy to zrobić. Usiadłam na ziemi w siadzie skrzyżnym złożyłam ręce i zamknęłam oczy. Zwolniłam oddech i oczyściłam umysł po czym gdy poczułam słabą więź z bogami wyszeptałam do nich modlitwę z prośbą. Niestety nie uzyskałam żadnej odpowiedzi z ich strony, choć niekoniecznie znaczyło to coś złego. Byłam dobrej myśli i po wszystkim po prostu siedziałam czekając i rozglądając się, w tym czasie moi towarzysze o czymś rozmawiali.

<Ziyow?>
Lyn idzie z nami, ale jak wrócimy? To już Twoje zadanie ;3

10.11.2020

Od Vespre c.d Tsumi

Weszliśmy w głąb Brunatnego lasu.
– Nie szukamy niczego szczególnego? – zapytałem.
– Po prostu zrywaj co ci się wydaje na zioło, robimy zapasy.
Rozejrzałem się po lesie. Mimo, że spędzałem z nią tak dużo czasu, dalej nie miałem bladego pojęcia co jest przydatne w zielarstwie, a co jest zwykłymi chwastami. Jedyne co w miarę kojarzyłem to że pokrzywy są chętnie zbierane przez zielarzy. Coś przykuło moją uwagę – zielony mech na korze drzew.
– Tsumiii – zawołałem waderkę zwracając łebek w jej stronę. – A me…
Pusto. Wybyła. Razem z koszykiem. Jak mam zbierać zioła bez jakiegoś pojemnika czy czegoś, gdzie mógłbym schować zioła. Już pomijając brak koszyka, to jeszcze nie wiem co jest ziołem a co nie. Jak ostatnim razem jej pomagałem to zdenerwowała się na mnie przez to, że zamiast ziół przyniosłem trochę tej smacznej trawy która jest najsmaczniejsza przed deszczem.
Spojrzałem ponownie na mech. Czy on się do czegoś przyda? Co prawda jest miękki i chłonny, ale czy ma jakieś zastosowanie jako zioło? W zielnictwie, czy jakkolwiek nazywa się to czym się Tsumi interesuje, raczej nie potrzebują żadnej naturalnej gąbki pachnącej ziemią.
Wróciłem wzrokiem do miejsca gdzie ostatnim razem widziałem waderkę. Pewnie zostawiła za sobą zapach, dzięki czemu będę mógł ją nadgonić. Podreptałem tam, zniżając pysk do ziemi. Trudno rozróżnić woń wilka pachnącego lasem będąc w środku jebanego lasu. Chwilę zajęło mi rozpoznanie zapachu nie pasującego do reszty otoczenia. Ruszyłem kłusem w ślad zapachu waderki, zwalniając co jakiś czas gdy zbaczałem z drogi.
Ból. Cofnąłem łeb gwałtownie, marszcząc pysk. Chłód. Oblizałem nos. Znajomy metaliczny posmak. Musiałem skaleczyć się o coś wystające z ziemi. A była to dziwna metalowa igła, ledwo widoczna wśród ściółki leśnej. Wyglądała specyficznie. Wypolerowana, równa i strasznie ostra. Czy ktoś z watahy mógł ją tu zgubić? Ale czy ktokolwiek z watahy posiada lub posiadał podobną? Jeżeli tak, to po co mu była potrzebna? Miejmy nadzieję że to jedynie jakiś zapaleniec akupunktury a nie ktoś lubujący się w widoku wilka nafaszerowanego metalowymi igłami. Wilki mają dziwne fetysze. Nie mieszam się w ich życie, ale takie upodobanie byłoby trochę… przerażające.
Czy powinienem zostawić tą igłę tak na pastwę losu? Inne wilki będą mogłyby się również skaleczyć. Ale jak tu ją wyciągnąć z ziemi żeby się nie skaleczyć? Do pyska na pewno nie wezmę, a łapą nie wiem czy dam sobie radę. A może jednak… Delikatnie szturchnąłem igłę od boku opuszkami przednich kończyn. Była solidnie wbita w podłoże. Nie sądzę by spadając utkwiła aż tak w ściółce leśnej. Ktoś to zrobił zamierzenie?
Ruch wkoło igły. Nie zdążyłem nawet mrugnąć. Mrożący krew w żyłach chłód blisko moich uszu. Chcąc uciec zniżyłem łeb, stykając się gardłem z rzeczą, która wcześniej skupiła moją uwagę. Przecież wcześniej nie była tak duża…
Panika.
– Nie ruszaj się – rozkazał nieznajomy głos. – Albo sam się zabijesz. 

<Tsumi?>

6.11.2020

Od Tsumi do Vespre

Arietes oddzielił się ode mnie przed chwilą. Fluffy i Stormy zostali jeszcze w sali, najprawdopodobniej coś omawiając, co aktualnie nie specjalnie mnie obchodziło. Wzruszyłam ramionami 
- Słuchając też się uczę. Chociaż gdy nic się nie dzieje, mocno przynudzają, przez co czasem przysypiam.... - Powiedziałam nieco ciszej zażenowana. - Swoją drogą, współczuję szamanom i medykom. Jakby, rozumiem że mogą się zdenerwować. Niby robili zapasy na zimę, jednak teraz mogą znaleźć inne rośliny, a niektóre zioła najlepiej zbierać teraz - Zauważyłam wyraz pyska Vespre, więc tylko pokiwałam głową z zamyśleniem i ruszyłam przed siebie. Czekało nas szybowanie w dół wraz ze schodami, po których nie chciało mi się schodzić. 
- Podsumowując, Rose będzie marudzić - powiedział po chwili szczeniak, lądując obok mnie już na dole, w głównej części pałacu. Kiwnęłam głową na potwierdzenie z kwaśną miną.
- Rose będzie marudzić. 
- I ty też 
- Ja też. 
-...
-...
- Idziemy do brunatnego lasu pozbierać zioła i inne dziwne korzonki, zanim ogłoszą to całej watasze? -spytał po chwili stania i patrzenia się w przestrzeń. Też popatrzyłam się w przestrzeń. Przestrzeń jest interesująca. 
- Wiesz że jest prawdopodobieństwo że nas też to coś lub ktoś może zabić, prawda? - spytałam w końcu. 
- Dla ciszy i spokoju w sierocińcu i braku zrzędzącej Rose jestem w stanie nawet zmartwychwstać i zbierać zioła od nowa, nawet z dziesięć razy i jako trup. 
- Czekaj, co-
-Nie analizuj tego, po prostu choć -odparł, po czym zamiast otwierać wielkie drzwi, zamachnął się skrzydłami by podlecieć do góry, a zaraz potem zniknąć w jakimś mniejszym otwartym oknie. No cóż, czemu nie. 
-Ej, ale weźmy jakąś torbę! - zawołałam za nim, zbierając się do lotu. Wbicie do sierocińca było nagłe i natychmiastowo się skończyło. Nie miałam jakoś szczególnej ochoty rozmawiać z którymś z lokatorów. Po zabraniu losowej torby z materiału którego aktualnie nie miałam ochoty określać, wybyliśmy w stronę lasu. Wieść nie powinna się jeszcze roznieść, chociaż sądząc po tym, że Kage był na zebraniu, mogłam liczyć tylko na łut szczęścia,  że jednak nie ma obecnie żadnego ze strażników. Nie minęło wiele czasu, gdy staliśmy na obrzeżach lasu, a mój mózg jedyne co odbierał to wilgoć i zimno ciągnące od ziemi jak i fakt, że pomimo ładnej pogody i złotego słońca, jest zimno i to niemiłosiernie. 

<Vespre?>

Od Vespre c.d Tsumi

Przez szumiący wiatr ledwo co słyszałem o czym rozmawiają. Siedzenie na dachu pałacu może do najbezpieczniejszych nie należało, ale przynajmniej było ciekawsze niż czekanie tam nie wiedząc co w środku omawiają. Właśnie, czy nie powinni się lepiej zabezpieczyć? Zostawienie otwartego dachu w tak ważnym miejscu nie należy raczej do odpowiedzialnych posunięć. Rozumiem, że ktoś miał taką wizję, ale czy nie powinno się kłaść bezpieczeństwa nad efektem wizualnym? Przecież na obradach gadają o ważnych rzeczach, które powinny być chronione w kręgu tych rządzących watahą.
Cisza została przerwana przez głos Zahiry.
– Gdzie dokładniej znajdujemy martwą zwierzynę?
– Jak na razie znajdujemy padlinę tylko w Brunatnym lesie – odpowiedział zwięźle.
– Powinniśmy jakoś zamknąć ten teren dopóki nie rozwiążemy sprawy – zaproponowała moja mama.
– Szamani nie będą mogli dojść wtedy do Starego drzewa – stwierdził Fluffy. – Raczej nie będą z tego zadowoleni.
– Jeśli pozostawimy ten teren otwarty, możemy narazić na niebezpieczeństwo watahę. Cokolwiek tam jest nie powinniśmy pozwolić by wydostało się poza brunatny las, bądź by jakikolwiek wilk został jego ofiarą – ciągnęła Zahira.
– Ale jakbyśmy mieli zabezpieczyć ten teren?
– Możemy wyznaczyć warty wojownikom i patrolującym – dała propozycję Stormy.
– Nie mamy zbyt wiele wojowników, a patrolujący mają przecież własną robotę – odparł Kagekao.
– Będziemy zmuszeni…
Westchnąłem cicho, kładąc się na dachu.
– Nuda – mruknąłem.
Naprawdę współczuję Tsumi, że jest zmuszona tam być. Co prawda też tego słucham, tylko że ja w każdym momencie mogę sobie po prostu odlecieć. Ona nie ma możliwości wyjścia z tego spotkania. Skończyło się po prostu na zamknięciu Brunatnego Lasu oraz obstawieniu tam patroli. Przez cały czas Tsumi milczała, pewno nie wiedząc co takiego mogłaby mówić. No i po kiego ona tam, jak i tak jest tylko obserwatorką?
Zejście z dachu zajęło mi chwile. Waderka była już na korytarzu.
– Naprawdę nie rozumiem czemu musisz być na każdym spotkaniu rady, jak nawet się nie odzywasz. 

<Tsumi?>

Od Tsumi do Vespre

 Zamrugałam, po czym poruszyłam nieznacznie skrzydłami, które swoją drogą miały w sobie coraz więcej czarnego. 
- Hai, hai..... -westchnęłam, po czym na chwilę zniknęłam w komorze obok, by odłożyć na swoje miejsce strusie pióro, którego używałam do pisania - Idziesz ze mną, czy zostajesz? - wystawiłam głowę zza kamiennej ściany, by zaraz potem wyjść zza niej cała i skierować się do wyjścia. Basior wzruszył ramionami 
- W sumie mogę iść - Spojrzałam przez chwilę na niego, kiedy go mijałam i kierowałam się ku wyjściu. Pewnie i tak by tu nie został. Sądząc po wypowiedzi, nie przepadał za przebywaniu w tej szczelinie z wilgocią unoszącą się w powietrzu. Nie minęło wiele czasu gdy wlecieliśmy do pałacu, przy okazji zostawiając mokre ślady łap na posadzce. Popatrzyłam za siebie zdegustowana. Potem dostanę ochrzan od moich opiekunów. Popatrzyłam na Vespre 
- Nie, nie chce mi się siedzieć tutaj Bóg wie ile czasu, na zimnej płycie czekając aż skończycie - odpowiedział patrząc na mnie znacząco. Nie odpowiedziałam, tylko po raz kolejny westchnęłam i wybiegłam po wielkich głównych schodach do góry, raz po raz podlatując, gdyż jak każdy wie, moja kondycja cielesna była beznadziejna. Po chwili wbiłam do komnaty, w której byli już członkowie rady, moi opiekunowie oraz Kagekao, którego szczerze mówiąc nie widziałam od wieków.  W sali panowała cisza, która kiedy zwykle była ukojeniem, tutaj sprawiała że chciałam zniknąć z aktualnego miejsca. 
Gdy wszyscy byli już na swoich miejscach (w tym ja, między łapami Arietesa) zaczęła się obrada. Nie przepadałam za nimi. Owszem, brałam w nich udział i wyrażałam swoje zdanie, ale nadal byłam tylko uczącym się szczeniakiem, który nie wie wszystkiego. O dziwo, zaczął Kage. 
- Łowcy i zwiadowcy coraz częściej znajdują poszarpaną, zagryzioną zwierzynę na naszych terenach - powiedział nie wyrażającym jakichkolwiek emocji głosem. Pewnie spałabym na jego wykładach, gdyby nie mówił głośno, przez co dźwięk odbijał mi się wyraźnie w uszach - Zaczęło się to jakiś czas temu. Mięso jest nie tknięte - tu popatrzył na każdego z rady - Nie wiemy jednak czy jest zatrute. Trzeba by iść z tym do jakiegoś szamana. Na początku były to pojedyncze zwierzęta, jednak teraz zabijane są całe stada. W dodatku jak już mówiłem, nie wiemy czy jest zdatne do zjedzenia - tutaj zamilkł, dając radzie czas na analizę. Popatrzyłam w górę na pysk mojego opiekuna, co było zabiegiem bezsensownym, gdyż miał na nim maskę, a maska to maska. Potem mój wzrok wylądował na każdym z rady. Zabita zwierzyna? Starsi nigdy mi o tym nie opowiadali. Niby było to ponad 100 lat temu i mogło się tu pozmieniać, jednak.... to czyste tereny, chroniły je bóstwa. Zabite stworzenia? Przyszły z wcześniejszych terenów watahy? 

<Vespre?>

Ziyoł do Stormy

Zauważyłam, że między Sztormi, a Lyn coś się dzieję, może wilczyca się w nim zakochała? Kto tam może to wiedzieć, chodź ciekawa jestem co za zdolności miały, by ich dzieci.

-Lyn zajmiesz się naszym gościem, a ja pozałatwiam parę rzeczy?

-Niema problemu, jak co jesteśmy w kontakcie.

-Pewnie. -odparłam i przybiłam z nim piątkę po czym skierowałem się do pokoju i do składzika gdzie zostawiłam niepotrzebne rzeczy i wzięłam zapisek.

Po załatwieniu spraw, odnalazłam Sztorm i oderwałam ja od chłopaka.

-Musimy się jakoś dogadać. -powiedzialam siadajac na ziemi z kartkami pustymi do pisania i rysunkami. -Chcesz wrócić do siebie? -Zapytałam pokazując odpowiednie kombinacje. -Bo ja bym chciała z tobą tam wrócić. -powiedziałam spokojnie, bo wiedziałam że ten świat jest skazany na śmierć. -Moze Lyn bedzie tez chciał iść z nami.

<Stormy?>

Od Vespre c.d Tsumi

Święto miodu wbrew moim oczekiwaniom przebiegło całkiem nudno. Nie dlatego, że samo w sobie było niezbyt emocjonujące czy coś z tych rzeczy. Po odkryciu miejsca w którym przechowywali miód pitnym i wpadnięciu do beczki z alkoholem dostałem parudniowy szlaban. Dlaczego? Matka wiedziała o wszystkim doskonale, bo wysłała za mną jednego z swoich węży. Przynajmniej nie zakazała mi spotykać się z Tsumi ani nie powiedziała, że jest ona dla mnie złym towarzystwem. Ale czemu dostałem szlaban za coś, co nie było moją winą? Ano wcale nie dostałem szlabanu za napicie się – a za sam fakt że próbowałem ukryć stan upojenia alkoholowego przed mamą.
Zeskoczyłem z kamienia na kamień. Szum wodospadu wręcz mnie ogłuszał. Naprawdę, jak ona może lubić siedzieć ciągle w tym strasznym hałasie? Jeszcze to umieszczenie wejścia. Ostatnio jak tu wchodziłem to o mało nie ześlizgnąłbym się z kamienia, tym samym spadając z połowy wysokości tego wodospadu. Taki upadek na pewno nie skończyłby się dobrze. Wszedłem do środka.
– Czemu aż tak lubisz to miejsce? – zapytałem widząc znaną mi waderkę. – Oddalone od centrum watahy, głośne. Jesteś masochistką?
Krzywe spojrzenie.
– Nie szumi ci czasem w uszach? W środku jest nawet cicho. I przynajmniej jestem z dala od przeszkadzających osobników.
– Dobra, dobra. Już spokojnie. Zahira cię szuka – przekazałem. – Chce omówić z tobą i resztą rady sprawę odnośnie znikającej zwierzyny. 

<Tsumi? Miało być tyle byle zadośćuczynić. No to proszę, masz 219 słów~>

4.11.2020

Podsumowanie Eventu

 Tak moi drodzy! Nadszedł czas na podsumowanie eventu z okazji święta zmarłych. Mamy nadzieję, że dobrze się bawiliście. Szkoda, że w konkursie artystycznym nikt nie wziął udziału, natomiast jeśli chodzi o aktywność...

Panie i Panowie, Wilki, Koty, Indoraptory i wszyscy, których nie wymieniono
Mamy zaszczyt przedstawić Wam Wichnę!

Wygrała ona z konkurencją z całymi 2 opowiadaniami na swym koncie. A oto jej nagroda :

Kryształowa czaszka stworzona z rzadkiego czarnego kamienia szlachetnego. Ale żeby nie była ona zwykłym świecidełkiem została ona zaklęta, dzięki czemu jej posiadacz może rozmawiać z jednym losowo wybranym przez czaszkę duchem cały rok, niezależnie od tego, czy jest święto zmarłych czy też nie. 
*Uwaga! Organizatorzy nie ponoszą odpowiedzialności za szkody wywołane przez ducha! Czaszka nie podlega zwrotowi, a jedyny sposób na pozbycie się jej to przekazanie jej innemu wilkowi. Duch jest całkowicie losowy i zmienia się on wraz z właścicielem czaszki. Nie pytajcie, dlaczego jest czarna (Nic nie sugeruję. Nie, na pewno i ktoś to w ogóle czyta?).


~Wasza kochana administracja