30.07.2022

Od Wichny do kogoś (seria?)

Na okres lipca i sierpnia przypadają zwykle największe upały. Długie gorące dni, krótkie noce, których cień nie nadąża ochładzać ziemi i stojącej wody. To również najbardziej majestatyczne zachody słońca i czyste niebo, po którym ślizgają się tysiące spadających gwiazd. To czas, kiedy z ukrycia wychodzą świetliki i wirują godzinami nad kręgami wiedźm i szamanów, zbierających się w sabaty. Dwa miesiące gorących miłości w oczekiwaniu na chłód, który nadejdzie jesienią, poszukiwania towarzystwa na zimę.
Wichna wiedziała, że ma do odprawienia kilka potrzebnych rytuałów jeszcze przed sezonem burz. Upały przekraczające trzydzieści stopni zwiastowały nieuniknione przeciążenia pogodowe i niejako obowiązkiem wadery jest zabezpieczenie wilków przed ich skutkami. Nawet jeśli nikt o to nie prosi i to nie jest jej pracą. Uważa, że skoro posiada umiejętności przydatne przy zaklinaniu pogody, równie dobrze może ich użyć. To przy okazji dobry trening. Jednak przez panującą temperaturę, zdolną zapalić drewno na łące, jedynym, co robiła wilczyca przez ostatnie tygodnie było leżenie i picie zimnej wody, którą usłużnie podawał jej demon. Ego - jak kazał się jej nazywać, twierdząc, że to jego imię - nie czuł żaru lejącego się z nieba i chociaż początkowo nie mógł znieść tego, że ktoś każe mu się obsługiwać, ostatecznie zgodził się pomagać Wichnie.
Minęło wiele czasu odkąd Wichna szukała przygód z kimś z watahy. W ogóle mało kto ostatnio do niej przychodził i zaczynała się martwić, czy ze stadem nie dzieje się coś złego. Jak długo jeszcze potrwa ta sielanka? Myślała czasami, zastanawiając się, czy nie będzie musiała niedługo szukać nowej siedziby. Mimo wszystko pilnowała, żeby zawsze mieć na stanie niezbędne zioła, oleje i lekarstwa, jeśli ktoś przyszedłby do niej z codziennymi dolegliwościami. Jednak zaczął się lipiec i klienci przestali przychodzić, tak jakby nagle cała wataha wyparowała.
Sterta szmat poruszyła się, pozwalając, by wpadło pod nią świeże powietrze. Błysnęło białe futro.
— Ego? — spod materiału wysunął się nos, a zaraz za nim szare oczy — Ego, jesteś tu?
W kącie jaskini coś zamigotało. Nie, to raczej cień się poruszył, zasłaniając promienie słońca padające na ścianę.
— Jestem.
— Przynieś mi wody.
— Może tym razem sama po nią pójdziesz? — zamruczał cień — Od leżenia w końcu odpadną ci nogi, a wtedy już zawsze będziesz na mnie skazana.
Nastała cisza. Biały nos znowu zniknął pod kocem.
— Ego? — tym razem kobiecy głos był przytłumiony przez zwały tkaniny.
— Co tym razem? — wysyczał demon.
— Przynieś mi wody.
Cień nie odpowiedział. Poruszył się i wypłynął z jaskini. W świetle nie wyglądał już jak cień. Bardziej przypominał chude ciało oblane smołą. Wrócił z miską wody.
— Zrób coś ze sobą, wilku — syknął, układając się w posłaniu przy jej boku — Niedługo zaczniesz gnić.
— To mam już za sobą — odpowiedziała — Ale masz rację, muszę coś zrobić. Zresztą nawet wiem, co mam do roboty. Czas na moje ulubiony rytuał.
— Rytuał? — zaciekawiła się istota — To na co czekamy? Wstawaj.
— Chyba nigdy nie widziałam cię tak podekscytowanego. Od kiedy to obchodzi cię moja praca? Albo to co robią inne wilki?
— Nigdy nie wiesz, kiedy wpadniesz na nową pasję.
Wichna wygramoliła się z posłania, zastanawiając się, czego tak naprawdę chce Ego. Może liczył na krew i ofiary składane na ołtarzu?
Rytuał, który planowała przeprowadzić był prosty w założeniach, jednak dość trudny do wykonania. Wichna doświadczyła go kilka razy i za każdym coś szło nie tak, jak powinno. Wystarczył tylko odpowiednio ułożyć kamienie, naczynia z wodą i drewno, ale tak to już jest, że z burzą z piorunami ciężko się dogadać. A mniej więcej na tym polegała cała operacja. Wilczyca zaczęła od ułożenia ogniska, a wokół niego trzech okręgów w kamieni i miseczek z wodą. Podczas gdy napełniała ostatnie naczynka, poczuła na nosie pierwsze krople deszczu. Ego uwijał się wokół, rzucając jej pod nogi kolejne otoczaki.
I przyszedł czas na sam rytuał. Nad głowami wilka i demona zebrały się ołowiane chmury, z których spadały pojedyncze wielkie krople. Szalał wiatr, zrywając z ziemi chmury pasku, kwiatów i suchej trawy. Wichna popatrzyła na Ego, który stał w cieniu jaskini, a ten kiwnął głową na znak, że pilnuje jej pleców. Wadera potarła trzymanym w pysku nasiąkniętym żywicą i prochem siarkowym drewienkiem o kamień. Szczapka strzeliła, z nieba posypały się iskry i gromy. Błyskawica. Zapłonęło wielkie ognisko, wokół kręgów roztańczyły się duchy pogodowe i latawce. Słońce zniknęło całkowicie za chmurami i nagle płomień stał się jedynym źródłem światła. Wichna rozpoczęła rytuał. Tańczyła po kręgach, wypowiadała niezrozumiałe zaklęcia, których uczyła się od czarownic mieszkających w górach. Na wyżynach przeżycie wilków często zależało od powodzenia rytuałów takich jak ten. Kiedy miseczki dopełniły się wodą deszczową, upiła łyk z każdej z nich, a resztą polała ognisko i wrzuciła do niego naczynia. Wilczyca wyrwała jedną nitkę ze swojej czerwonej chusty i ją również puściła w dziki wir płomieni. Następnie burza ustała i na niebie znów pojawiło się słońce.
Wichna spuściła głowę do ziemi, ciężko dysząc. Zamknęła oczy, żeby nie wpływała do nich ściekająca jej po sierści woda.
— Zadowolona? — usłyszała zniecierpliwiony głos dobiegający od strony jamy.
— Bardzo — mrugnęła, ledwo mogąc wydusić słowo ze zmęczonego gardła — Nadrobiłam tym ostatni miesiąc bezrobocia. Teraz czas na drzemkę.
Jak gdyby nigdy nic, wadera, powłócząc nogami, ruszyła do jaskini. Zostawiła za plecami okręgi, żarzące się nadal ognisko i pobojowisko, które powstało podczas rytuału. Ale nie dane jej jeszcze było odpocząć.
— Jest tu kto? — usłyszała, gdy stawiała łapę w progu nory — Halo?
— Ktoś jest — odpowiedziała natychmiast, jednak nie odwracała głowy w tamtym kierunku — Zależy kogo, albo czego szukasz. Mogę jedynie zgadywać, że wykurzyła cię tutaj burza? — Wichna już nieraz witała wilki, które znajdowały schronienie w zacisznym, odosobnionym zakątku, w którym się urządziła. Na otoczonym lasem i skałami terenie była tylko jedna niewielka polana, otwarte pole idealne, by trzaskały w nie pioruny.

Zapraszam kogoś chętnego do kontynuacji ^u^ chętnie ruszę z jakąś serią

*(Opowiadanie otrzymuje dodatkowe 20 cs)

22.05.2022

Od Antilii cd. Ziyoł

Zaczęłam się zastanawiać czy dobrze w ogóle robię. Obawiałam się, że może nie tylko sobie zrobić krzywdę ale również i mi. Niechcący, oczywiście. Jednak z drugiej strony lepiej, żeby była ze mną, bo dzięki temu szybko zajmę się ranami. Dodatkowo czuję, że ma jakiś nieodkryty talent…
Choć mogłam się mylić.
– Powoli… Zanim zacznę Cię uczyć walki musisz powiedzieć mi jak u Ciebie z kondycją.
– Co masz na myśli? – Ziyoł uniosła brew i lekko przekręciła głowę.
– Jak szybko się męczysz, ile jesteś w stanie unieść, jak bardzo masz elastyczne i giętkie ciało… – zaczęłam wyliczać.
– Aha… – Ziyoł wydawała się lekko zawiedziona.
– Spokojnie, nie powinno nam to długo zająć, góra dzień – pocieszyłam waderę, a na jej pyszczku znowu zawitał wesoły uśmiech. A przynajmniej mam nadzieję, że tyle to zajmie.
Cóż… Jakoś to było…
Owszem, zajęło nam to jeden długi dzień, do tego tak… A zresztą sami przeczytajcie.

Leciałam tuż nad Podniebnymi Ścieżkami obserwując zmagania Ziyoł w wspinaczce na pewną niewielką, ale stromą górę niedaleko mojej jaskini. Radziła sobie dobrze, ale widziałam, że powoli opuszczały ją siły. Widząc jednak jej zawziętość pozwalałam kontynuować wspinaczkę, asekurując ją. Kilka kamieni, o które chciała się oprzeć, były zbyt luźne, tak więc część z nich stoczyła się dół, znikając w chmurze zakrywającej podnóże góry poniżej nas. Po kilku minutach była już na szczycie, uśmiechnięta od ucha do ucha, że udało jej się właśnie pokonać pierwsza przeszkodę, zaliczając test. Jeden z kilku testów, ale jeszcze o tym nie wiedziała…
Stała pewnie na lekko drżących nogach, jednak starała się nie dawać po sobie poznać, że jest zmęczona. Ja natomiast dalej byłam w powietrzu, rytmicznie machając swoimi skrzydłami, utrzymując się w powietrzu.
– To co, zaczynamy trening? Wylądowałam obok, myśląc, jak jej powiedzieć, że jeszcze trochę zostało do tego treningu. Wybrałam opcje bezpośredniego komunikatu.
– Przed Tobą jeszcze dwa testy. Na razie zaliczyłaś test siły oraz wytrwałości, dzięki czemu wiem, że będziesz chciała ukończyć je wszystkie…
Ziyoł przybrała minę smutnego szczeniaka. Z jednej strony nawet działająca na mnie sztuczka, lecz z drugiej perspektywy muszę być pewna, że się nadaje i nie zrobi sobie krzywdy. W takich kwestiach wolę być stuprocentowo pewna.
– Jak będziesz gotowa, przejdziemy do drugiego testu.
– Urodziłam się gotowa! – zawołała bojowo. Uśmiechnęłam się.
Byłam naprawdę ciekawa jak poradzi sobie z tym testem, znając żywiołowość mojej adeptki.

– Długo jeszcze? – zapytała po raz kolejny wadera.
– Stoisz dopiero od kilku minut… – odpowiedziałam cierpliwie, siedząc naprzeciw Ziyoł.
Dalej byłyśmy na szczycie góry, na którą wilczyca miała się wspinać. Miałam tam przygotowany cały sprzęt i niezbędne materiały do pozostałych testów.
Wilczyca stała na kładce umieszczonej na okrągłym kamieniu, stojąc na tylnych nogach. Ma przednich łapkach miała kilka lekkich kamieni, podobnie jak na głowie. Jej zadanie było proste – miała wytrzymać w takiej pozycji co najmniej godzinę.
Narazie trzymała się, lecz dopiero co zaczęła. Byłam pełna nadziei, że uda jej się przejść i ten test.
Cóż… I tak i nie.
Nie wytrzymała godziny, lecz dobiła ponad jej połowy. Chciała lepiej postawić stopę, ale to zaburzyło delikatną równowagę i cała konstrukcja wraz z samą wilczycą runęła. Szybko podeszłam do niej i upewniłam się, czy wszystko w porządku. Nawet niewielki uraz może mieć straszliwe konsekwencje…
– Ech… – westchnęła Ziyoł. – Pewnie to już koniec…?
– Zobaczymy jak pójdzie ci ostatni test. – Uśmiechnęłam się szczerze i ciepło. Sądziła, że ją przekreśliłam, ale tak nie było. Ma jeszcze szanse.

– Zasady są proste – musisz unikać lecących kuli wodnych. Gotowa? – zapytałam.
Ziyoł kiwnęła głową. Ja stanęłam obok niewielkiego źródełka, które było na tej górze. Potrzebowałam stałego źródła wody, aby móc tworzyć pociski. Przymknęłam oczy i zaczęłam słuchać pieśni wody, jednego z czterech moich żywiołów. Otworzyłam je, formując już gotowe kształty.
Zaczęłam od niewielkich rozmiarów, by stopniowo je zwiększać. Od niewielkich kropelek po kule wielkości dużego arbuza. Ziyoł jednak dzięki swojej zwinności udawało się unikać trafienia. W pewnym momencie jednak zaczarowana woda dotknęła jej sierści, co było równe z końcem testu.
– Dwa razy oblałam… – powiedziała smutno. – Pewnie nie będziesz chciała mnie uczyć…
– Co Ty wygadujesz? – spodziewałam się wszystkiego ale nie tego. – Dlaczego tak pomyślałaś?
– Bo dwa razy oblałam…
– Ale wytrwałaś końca! Nie poddawałaś się! A to właśnie chciałam sprawdzić… Nie tylko Twoją siłę, zwinność i równowagę ale również cierpliwość, wytrwałość oraz zaufanie do mnie… – wyjaśniłam. Żebyście widzieli minę Ziyoł. Była zachwycona.
– To kiedy, tak naprawdę, zaczynamy?
– Nawet teraz. – Teraz to ja się uśmiechałam od ucha do ucha.

Skoczyłam do swojej jaskini po włócznie treningowe, które miałam ze sobą zanim jeszcze dołączyłam do Watahy Mrocznych Skrzydeł. Były wykonane z połączenia ciemnego, dębowego drewna i srebrzystego metalu. Lekkie, ale wytrzymałe. W sam raz na sparingi czy treningi nowych uczniów.
– Okej, zacznijmy od postaw… – powiedziałam i przybrałam pozę gotową do ataku. Ziyoł zrobiła tak samo. Kolejna pozycja. Wadera ja przybrała… I tak do zachodu słońca…

Następnego dnia umówiliśmy się we wnętrzu góry skrywającej mój dom. Ziyoł, cała w skowronkach, przyszła na dzisiejszy trening.
– Dzisiaj będziemy ćwiczyć obronę. Czujesz się na siłach czy wolisz jeszcze na spokojnie poćwiczyć pozycje? – zapytałam szczerze. Nigdy nic na siłę…
– Chce to dzisiaj zrobić! – zadeklarowała Ziyoł.
– Przygotuj się… – poleciłam. Gdy przybrała pozycje gotową do obrony, zaatakowałam czlonkinię własnej watahy…

Zi? Jesteś dobrze przygotowana ale dużo jeszcze brakuje Ci do perfekcji, bo znasz jedynie podstawy, a Anti jest ostrą nauczycielką, zupełnie jak te co uczą matmy, więc będzie Cię ścigać

12.05.2022

Od Antilii cd. Shiry

Przypomniałam sobie minę tego małego smoczego łobuza, który zaczął demolować mi kuchnie. Nie był świadomy tego, że robił mi totalny chaos w mojej jaskini, lecz był… szczęśliwy, że znalazł jakiś skarb.
W postaci moich garnków i innych przyrządów kuchennych.
– No dobrze… Pomogę Ci – powiedziałam i gdy Shira już otworzyła pysk, żeby (najprawdopodobniej) przedstawić listę rzeczy bądź usług do wyboru w gestii wdzięczności, podniosłam łapę i dodałam: – Nie musisz się odwdzięczać.
Ponownie chciała spróbować, jednak również jej przerwałam, ponownie zapewniając, że nie musi nic dla mnie robić za pomoc w odnalezieniu Roja.
– Powiedz mi co się stało…
Wadera wzięła głęboki wdech i zaczęła opowiadać. Zajmowała się innymi zwierzętami, które miała pod swoją opieką, kiedy Roja najpewniej zauważył kilka błyskających się bibelotów, jakie znalazł i przyniósł do swojego gniazda jeden z ptaków mieszkających nieopodal. Ich legowisko znajdowało się blisko wejścia do jaskini Shiry, na najbliższym dębie. Karmiła akurat swoich podopiecznych, tak więc była tak skupiona, że nie zauważyła jak zielony smok wymyka się ze swojego gniazda i po prostu ruszył na łowy…
– Naprawdę nie wiem, gdzie on może być… – Głos Shiry zalamywał się, zdradzając niepokój. – To tylko mały smok… A jeśli coś mu się stanie?! Zaatakują go inne stworzenia..?! I… i…!
– Uspokój się… – powiedziałam łagodnie do wilczycy, lekko nią potrząsając. Na szczęście zadziałało, tak więc atak histerii chwilowo został odwołany. – Zacznijmy szukać – poleciłam, po czym powiedziałam, że zaraz wrócę. Skoczyłam po torbę do swojej jaskini z najpotrzebniejszymi i niezbędnymi akcesoriami medyka, tak w razie czego. Shira kręciła niespokojnie ale cierpliwie czekała na mnie. Szybkim krokiem wyszliśmy z Podniebnych Ścieżek, po czym poleciałyśmy do jaskini hodowczyni, szukając jakiś śladów…
– Tam jest jego legowisko… – wskazała, pokazując legowisko uwite z słomy i mający mnóstwo świecidełek. Ostatnio się tutaj nieco zmieniło… Przede wszystkim nie było już klatek czy innych takich… Jaskinia również się mocno powiększyła, sprawiając, że każdy zwierz miał swój kąt, bez metalowych prętów czy innych takich. Szczerze? Ta zmiana bardzo mi się podobała… Zwierzakom chyba również.
– Widzę, że zrobiłaś remont… – powiedziałam na głos, podchodząc do legowiska smoka.
– A… No tak… Od dawna miałam pomysł na powiększenie jej, ale dopiero ostatnio udało się to zrobić i w końcu sprawić, że moi podopieczni mają większą przestrzeń…
Kiwnęłam głową na znak aprobaty. Widać było, że służyło to zarówno Shirze jak i zwierzętom, którymi się zajmowała.
Podeszłam do smoczego gniazda, gdzie błyskało mnóstwo lusterek, srebnych przyrządów czy inne świecidełka. Wzięłam głęboki wdech przez nos, starając się wychwycić smoczą woń. Była ona dosyć subtelna, lecz na szczęście wyraźna.
Zapamiętałam ją, starając się podążać za cienką nitką, która podążała na zewnątrz. Subtelnie wzniosłam się w powietrze, śledząc drogę małego smoka.
Nić urwała się tuż nad gniazdem ptaka, który odzyskiwał swoje drogocenne łupy. Sroka, która tam była, zaczęła niemiłosiernie krzyczeć, oznajmiając, że moja obecność nie jest mile widziana. Spojrzałam w dal, szukając czegokolwiek, lecz niczego nie znalazłam.
– Również tego próbowałam… – zawołała z dołu biała wadera. Zleciałam do niej. – To do niczego nie prowadzi…
– Warto było spróbować… – przyznałam szczerze. – Naprawdę nie masz pomysłu gdzie mógł on polecieć…?
Wadera zaprzeczyła, kiwając głową na boki.
– Może przelecimy nad okolicą? – zaproponowałam. Tylko tyle mogę zaproponować… 
– Dobrze. 
Obie wzniosłyśmy się w powietrze, lecąc na południe.



– Masz coś? – zapytałam, lecąc nad pewnym lasem. Shira była tuż obok, na wyciągnięcie moich skrzydeł. Szybko odparła:
– Nie. – Machnęła kilka razy skrzydłami. – A ty coś masz?
Również zaprzeczyłam.
Leciałyśmy w milczeniu. Mijałyśmy granicę lasu, by widoki korony drzew zmienić na trawiastą łąkę pełną rozwijających się pąków kwiatów. Wyglądałyśmy małego, zielonego smoka ale poszukiwania nie przynosiły skutku. Mnie odpuszczała już nadzieja, podobnie jak Shirę. Widać było w jej spojrzeniu, że nie mamy czego tutaj robić. Roja przepadł…
– Wracajmy… – powiedziałam i zaczęłam już nawracać. – Jutro znowu spróbujemy…
Gdy Shira już otworzyła kufę, żeby coś powiedzieć, na nas obie spadł duży cień, który pokrył również część łąki. Obie spojrzałyśmy w górę i…
…zobaczyłyśmy ogromnego smoka!
Latający gad nawet nas nie zauważył, lecąc leniwie w swoim kierunku. Z początku sam widok tego stworzenia o szmaragdowych łuskach był zaskakujący i lekko niepokojący ale dopiero widok pasażera na grzbiecie smoka sprawił, że o mało nie zaczęłam spadać.
– Roja! – krzyknęłam, ale cicho, nie chcąc, aby smok zainteresował się nami. Shira była również w szoku. Roja natomiast, cały w skowronkach, podróżował na grzbiecie olbrzymiej bestii.
– Lećmy za nimi!



Shira? Roja znalazł se nową mamusie?

9.05.2022

Od Lait do Antilii

Lait w spokoju popijała kawę w przerwie między ogarnianiem dokumentów. Nie było ich wiele tak jak dotychczasowych obowiązków. Przez to, nieobecność Sokara w bibliotece, wydawała się być nie tak zła. Chociaż i tak czuła się z lekka samotna, ale była już zaprzyjaźniona z tym uczuciem. Co do kawy... To była — jak zwykle — już któraś z kolei dzisiaj, ale nie przeszkadzało jej to. Nigdy nie przeszkadzało, mimo tego jak niezdrowe to było. Uwielbiała smak ciepłego napoju i fakt, że był pobudzający, co zdecydowanie pomagało jej w swoim hobby jak i pracy. Jednak, jak wszystko, i ten „niebiański” napój miał jakieś wady. Po długim uzależnieniu do niego, niebieskooka wadera zaczęła miewać problemy ze snem. Czego innego, by się spodziewać po kawoholiźmie jak nie tego? Czasem przesypiała całą noc, czasem godzinę, a czasem nie mogła zasnąć w ogóle. Zaskoczeniem było, że to nieobecny basior był pierwszym, który przysnął w pracy, a nie ona z jej systemem spania (chociaż może nie do końca, patrząc na stan, w jakim był wilk). Na początku nieprzesypianie nocek jej przeszkadzało, zależało jej wtedy na chociaż trochę zdrowym trybie życia. Po jakimś czasie przestała widzieć w tym sens i po prostu pogodziła się z problemem, jaki ją nęka. Miała do wyboru porzucenie kawy lub akceptację — oczywiście nigdy nie umiałaby wyjść z uzależnienia. 

Miała właśnie wziąć kolejny łyk z ulubionego kubka, gdy usłyszała huk w innej części biblioteki. Wyrwało ją to z zamyślenia, jednak doprowadziło to też do momentowego przerwania używania mocy. Szybko wróciła do tej czynności, kubek się nie zbił, ale trochę kawy wyleciało z niego podczas gwałtownego ruchu. Kartka, którą wypełniała została poplamiona brązową cieczą. Lait westchnęła ciężko, nie wiedząc, czy bardziej żałować rozlanego napoju, czy prawie uzupełnionego dokumentu. Wilczyca jednak się opamiętała. Coś się stało w bibliotece! Pobiegła szybko w stronę odgłosu, zostawiając kawę na biurku. Źródło znalazła całkiem szybko — kupka książek na leżącej jasnosierstnej. Lait podeszła bliżej zmartwiona. Wadera będąca prawdopodobnie sprawczynią sytuacji przez chwilę nie wydawała z siebie żadnego dźwięku. To pośpieszyło bibliotekarkę do działania. Szybko ściągnęła z niej książki, w czym wspomogła się mocą. Skrzydlata wilczyca jęknęła z bólu cicho i podniosła łeb, czego widocznie wcześniej nie mogła zrobić.

— Wszystko w porządku? — powiedziała z troską w głosie. — Coś ci się stało?

Szybko zorientowała się też, kim była, dotychczas niby nieznajoma. Kojarzyła ją z rozmów z Sokarem. Antilia? Opis zgadzał się z tym, kogo widziała teraz przed sobą. Lait widziała ją parę razy w bibliotece, ale raczej nie zamieniały ze sobą zbyt wielu słów, dlatego nie kojarzyła ich z takich spotkań, a z opisu współpracownika. Myśl, że to ktoś z otoczenia kogoś, kogo lubi (po przyjacielsku) dodatkowo ją lekko zestresowała. 

— Dobrze tylko, że Sokara nie było — westchnęła cicho, będąc gotowa do pomocy wilczycy w razie potrzeby i nie ukazując tego jednego uczucia, które pojawiło się tuż przed chwilą...


<Antilia? Dostałaś książką po głowie tak jak chciałaś>


14.04.2022

Od Tsumi do Kareis

Ulubiona rzecz wiosenna, to możliwość pobierania soku z brzózek. Zbieranie żółtych kwiatków na syrop, cieszenie się słońcem oraz moment, w którym zdajesz sobie sprawę, że jedzenie suszonych korzonków by utrzymać w ryzach swoje zdrowie, nie będzie już konieczne. Albo raczej nie będzie konieczne za jakiś czas, gdyż jak się okazało, moja licha odporność i głupota spowodowana wczesnym wyjściem słoneczka, doprowadziła do wytworzenia w moim nosie kataru, przez który czułam się trochę jak ten dzieciak z sąsiedztwa, co biega z wiecznie długim smarkiem w nosie i zamiast się wysmarkać, to wyciera to o rękaw w swojej bluzie. Uh... aż powstały na tą myśl dreszcze obrzydzenia. Tak więc, z chustką w kwiotki owiniętą wokół szyi i zapasem czegoś, w co mogłam wysmarkać nos, skierowałam się w stronę lasu i górskich polan, w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby mi pomóc. Znaczy, w teorii mogłam się udać po coś do zielarzy, ale po co, skoro sama mogłam coś znaleźć? No i oczywiście był to pretekst by wyjść poza ściany pałacu i myśleć nad tym, jak to kolejna mutacja jakiegoś owada z zachodu może wpłynąć na uprawę ziół. Chociaż sprawa z tym owadem rzeczywiście była ciężka, bo lubił pożerać liście pewnej roślinki, której zielone części właśnie były najbardziej potrzebne. Jako przyprawa, jako roślina lecznicza, czy jako cokolwiek innego. A to latające źródło białka chciało to jeść. Upierdliwość. Jednakże wracając! Przeszłam przez suchą kępkę trawska, by zaraz potem obwąchać teren. Tak, tu było dobrze. Odstawiłam koszyk na bok, by wyciągnąć szyję z zamiarem zerwania wierzchniej części kwiatka. Gdy już to zrobiłam, czas było wykopać korzonki. Obok rósł kolejny, więc pozbycie korzonków jednego z nich nie powinno stanowić problemu. Ziemisty zapach wypełnił mój nos, wraz z lekką goryczką roślinnych pędów. Nic więc dziwnego, że dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z obecności innego psowatego. W dodatku dlatego, że po prostu jego futro rzuciło się w oczy, a nie dlatego, że mam taki świetny węch i wyczułam go z kilometra. Zaraz więc przywarłam do podłoża, mając nadzieję, że wysoka łąkowa uschnięta trawa mnie jakoś ukryje, a obcy sobie po prostu przejdzie obok i opuści watahowe tereny. 


<Kareis?>

28.03.2022

Od Antilii cd Sokara

Kwiat, który zerwał, był niemal zwyczajnym przebiśniegiem, ale nie dla mnie. Był niezwykle delikatny, liście miały soczyste kolory, które kontrastowały z nadal zimowym otoczeniem a kwiaty dojrzałe, rozwinięte oraz pachnące słodką, kwiatową wonią. Chwyciłam ostrożnie podarunek, czując jak wzruszenie ściska mi serce. Udało mi się jakoś powstrzymać łzy, choć łatwe to nie było. Czułam, jak przyjemne ciepło rozchodzi się po moim ciele, sprawiając, że przestałam czuć otaczający mnie późnozimowy chłód. Wiatr zaczął szarpać naszym futrem, ale niemal go nie odczułam. Czułam natomiast jak serce tłucze mi się w klatce piersiowej, chcąc wyrwać się z kościstego więzienia i wykrzyczeć to co głęboko ukryłam na jego dnie. Stałam przez chwilę, bijąc się z myślami. Wzięłam głęboki wdech nosem…
…i przytuliłam się do zaskoczonego Sokara. Objęłam go mocno i lekko rozłożyłam skrzydła, zupełnie jakbym chciała ochronić nas przed resztą świata. Przez ten moment, gdy czułam miękkość jego futra, jego ciepło, jego zapach…
…czułam się naprawdę szczęśliwa.
Musiałam jednak odsunąć się, mimo, że miałam ochotę trwać tak do końca świata. Czułam też, że Sokar zaczyna się czuć… niezręcznie.
– Dziękuję, że wierzysz we mnie… – powiedziałam, patrząc wilkowi w oczy. Uśmiechnął się, a w jego oczach pojawiła się pewna iskierka, która zgasła wraz z znalezieniem go po Próbach… Była nieśmiała, ale pojawiła się. Jednak nie była ona taka jak wcześniej. Była inna. Nadal skrywała ból, który krępował Sokara. Nie chciałam naciskać czy nawet poruszać tematu, wiedząc, że wejdę na bardzo cienki lód. Widziałam, że musi chcieć zrobić krok do przodu…
Ufam Sokarowi jak on mi.
Ruszyłam bez słowa, gdyż te były zbędne, przed siebie, w stronę naszego celu – Smoczej Jaskini.
Nim ruszyłam, włożyłam kwiat za ucho, uważając, żeby nie zniszczyć najpiękniejszego prezentu jaki otrzymałam w swoim życiu.

– Oto i ona… – powiedziałam cicho, przypominając sobie momenty, kiedy ostatnio tu byłam. Widok wychudzonego, wyniszczonego pomorem księżycowym ciała Nuty znowu stanął mi przed oczami. Nigdy tego nie zapomnę, ale próbowałam przynajmniej tego nie rozpamiętywać. Suche gałęzie drzewa posiane młodymi, wczesno–wiosennymi pączkami szeleściły cicho w rytm nadal zimnego wiatru. Strumyki dalej zasilały główne koryto, kończące się na krawędzi klifu, by dalej stać się wodospadem. Białe skały nadal tworzyły jaskinię, w której stałam wraz z bratem zmarłej czerwonej wadery.
Nic się nie zmieniło.
Natura trwała, podobnie jak nasze życie…
Przynajmniej tych, którzy nie mieli w sobie krwi boga zemsty, nie licząc Sokara.
Mimowolnie podeszłam do krawędzi, patrząc na krajobraz. Teraz wyglądał nieco smutno i przytłaczają lecz wiosną, gdy kwiaty rozwinęły swoje piękne, barwne pąki, czy latem, kiedy owoce dojrzewają wśród soczystej zieleni, widok zapiera dech w piersiach. Już niedługo gołe gałęzie ubiorą swoje zielone, liściste suknie, tworząc dom dla leśnych zwierząt oraz darząc inne jedzeniem. Wystarczyła jedynie szczypta cierpliwości… Wiosna zbliżała się coraz szybciej, jednak jej chłodna siostra nie zamierzała odpuścić swojego mroźnego uścisku.
Westchnęłam a silniejszy wiatr zaczął szarpać moją sierścią, lecz ja, niczym martwy posąg, stałam niewzruszona. Kwiat za uchem delikatnie kołysał się w rytm wietrznej pieśni.
Odwróciłam się na dźwięk poruszonych, toczących się kamieni oraz coś w rodzaju stętknięcia. Sokar położył się pod drzewem, przymykając lekko oczy oraz pozwalając, by skrzydła zsunęły się bezwładnie na ziemię. Podeszłam powoli i usiadłam obok, a potem również położyłam się na surowej skale.
Czułam przepływającą energię Starego Drzewa, która miała zdolności uzdrowicielskie. Czasami korzystałam z właściwości tego niezwykłego drzewa by pomóc moim pacjentom.

Choć jednemu nie udało się w jakiekolwiek sposób pomóc.

Mimowolnie przymknęłam oczy, gdzie znowu zobaczyłam Nutę. Jej gęste futro mieniło się delikatnie a jej uśmiech był bardziej niż zaraźliwy. Wszędzie jej było. Potem zobaczyłam ją, jak choroba zaczyna toczyć jej ciało, zmieniając ją z wesołej i energicznej wadery w prawdziwy wrak, szkielet pokryty suchą, bladą skórą i przerzedzoną, zniszczoną sierścią. Iskierki w jej oczach zgasły, śmiech ucichł aż w końcu… odeszła. Starałam się i to bardzo, aby nie czuła bólu.
Tylko tyle mogłam zrobić.
– Mam nadzieję, że są w lepszym miejscu… – powiedział nagle Sokar, przerywając milczenie. Otworzyłam gwałtownie oczy, lekko zamroczona wyrwana ze swoich przemyśleń.
– Hm?
– Moje rodzeństwo. – Nuta żałoby przeniknęła jego idealny głos. Najchętniej bym go przytuliła, znowu, ale powstrzymałam się. Pozwoliłam mu mówić, nie ingerując w żaden sposób. – Że są w miejscu, gdzie nie czują… – Zacisnął mocno zęby, a po chwili pociekła mi strużka krwi. Powstrzymałam się przed zwróceniem mu uwagi, aby się nie krzywdził.
Ani że to nie jest jego wina.
Przymknął oczy i wziął oddech przez nos. Jego płuca dalej świszczały, lecz były w zdecydowanie lepszym stanie niż wcześniej.
– Podziwiam cię również za to, że byłaś z moją siostrą do samego końca… – Spojrzał na mnie, nadal mając pustkę po stracie części swojej jedynej rodziny, ale szczerość oraz… dumę. Czułam, jak moje policzki zaczęły promieniować ciepłem.
Brawo, spal buraka w takim momencie, geniuszu.
– Jednak… ja nie byłem wystarczająco… silny… by z nią… być… – Głos zaczął mu się coraz bardziej łamać. Poczułam, że to moment, w którym mogę wyrazić swoje wsparcie oraz zdanie.
– Dobrze wiesz, że to nieprawda. Nuta wiedziała, że jesteś z nią myślami oraz duchem. – Położyłam mu łapę na jego łopatce, patrząc mu głęboko w oczy. – Czuła to.
Kiwnął delikatnie głową, odwracając ją, zupełnie jakby analizwał moje zdanie. Zastanawiał się, czy naprawdę tak było.
– Teraz również możesz być z nią swoimi myślami, pielęgnując pamięć o niej oraz Tsurim i Hirvim… –Mówiłam szczerze, prosto ze swojego serca. Położyłam swoją głowę na jego futrze, przymykając oczy, mając poczucie bezpieczeństwa w jego obecności. Poczułam, jak basior kładzie swój łeb na moim. Rozkoszowałam się każdą chwilą, czując jego ciepło oraz moc Starego Drzewa w Smoczej Jaskini, które nie tylko pozwalało ciało zagoić rany jak i umysłowi, kojąc mroczne myśli.
– Anti?
– Tak? – Nawet nie zauważyłam, że użył zdrobnienia.
– Pomodlisz się ze mną za moje rodzeństwo?
– To będzie dla mnie zaszczyt.

Po skończeniu zwrotki do bogini Nadziei,Kireny, oraz boga Śmierci, Nestera, przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Słońce powoli zaczęło wstawać, oblewając wzgórza, nagie lasy oraz jaskinię, w której się znajdowaliśmy, ciepłymi kolorami swoich promieni.
Wstawał kolejny dzień.
Niespodziewanie Sokar wziął głęboki wdech, po czym zaczął lekko kaszleć, co mnie zaniepokoiło.
– Wszystko w porządku? – zapytałam, gotowa zareagować niemal natychmiast.
– Tak… Ja… – zaczął, po czym wziął głęboki wdech i…



<Soczek? Ur mov>

23.03.2022

Od Lait CD Sokara

— Mówiłam, żebyś się nie przejmował, pójdę po książki — uśmiechnęła się lekko, maskując to, że mówiła o czymś innym.
Gdyby usłyszał to, że zależy jej na tej relacji, byłoby niezręcznie. Może lepiej, że nie usłyszał... Co nie zmienia tego, że rzeczywiście był on jakoś ważny dla niej. Jako przyjaciel oczywiście. Lub raczej, kolega. Dobry kolega? Nie wiedziała, nie rozmawiali na ten temat i czuła się zbyt niepewnie, aby o to zapytać. Była słaba w relacje, mimo że żyła w sporym społeczeństwie watahy. Nie miała bliższych sobie wilków, no cóż, oprócz Sokara, którego nie wiedziała jak określić. Mówiła innym wilkom „dzień dobry” czy „miłego dnia” i tak dalej, no i zdarzało się jej plotkować, przez co wydała się być dość towarzyską waderą, ale... prawda była inna.
W rzeczywistości większość czasu po prostu spędzała sama, z książką i kawami, pitymi raz po raz. Unikała trochę innych, jednocześnie pragnąc posiadać jakiegoś znajomego. Nie chciała prosić Sokara o spędzanie czasu wspólnie, basior był raczej wyczerpany ciągłą pracą i możliwe, że miał inne wilki, które potrzebowały jego uwagi.
W głębi duszy bolało ją to, ale myślała tylko o tym, że musi się z tym pogodzić.
— Skoro tak mówisz... — odpowiedział po dłuższej chwili ciszy. Zauważył zawiechę, która dopadła również Lait.
— Jasne... I ten, jakbyś potrzebował pomocy jeszcze w czymś, to możesz się odezwać do mnie, czy coś — napomknęła, natychmiast żałując. Ufanie chwilowej odwadze to zły pomysł. — A teraz leć, spieszyłeś się.
— Ah, tak!
Obgadywanie wilków z watahy było zdecydowanie łatwiejsze niż utrzymywanie relacji w dobrym stanie.

✧─── ・ 。゚★: .✦ . :★. ───✧

Lait weszła do środka sierocińca, rozglądając się dookoła. Bywała tu... raczej rzadko. Nie, że nie lubiła szczeniąt ani tak dalej. Po prostu patrzenie na nie przywracało złe wspomnienia. Te dzieciaki były jak ona w przeszłości. Znaczy, nie do końca — Nie muszą się martwić o jedzenie i miejsce do spania, nie są takie samotne. W tej chwili, patrząc na dwójkę bawiących się wilczków, myślała o... rodzinie. Nie pamiętała zbyt wiele o niej, czasem jedynie przemknęła jej myśl o bracie, który bawił się z nią. Reszta? Zupełnie nic. Nie kojarzyła nawet imion i pewnie gdyby ktoś chciał jej wmówić, że jest jej rodziną, mogłaby uwierzyć szybko.
Szybko odebrała książki, nie wdając się w dłuższą rozmowę z opiekunem. Wyszła z budynku— GAH. Przed jej nogami przebiegły szczeniaki, które żyły swoim życiem, nie zwracając uwagi na to, że mogły zostać nadepnięte przez waderę. Radośnie bawiły się, nieświadomie sprawiając Lait jeszcze więcej powodów do rozmyślań.
Kiedy już wiedziała, że nie wpadnie na nie, ruszyła szybszym krokiem. Jak się mówiło „Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu”, tak wszystkie drogi prowadziły Lait do biblioteki. Znała je na pamięć, nieważne gdzie się znajdowała. Idąc tam, myślała. Właściwie robiła to przez całą podróż tutaj, pobyt, no i teraźniejszy powrót. Już wiedziała, że będzie ją to męczyć przez najbliższe dni. Obiecała sobie jednak, że postara się nie pokazać tego przed Sokarem. Basior zdecydowanie miał ważniejsze powody do zmartwień.


<Sokar? Niezbyt mi się podoba, ale stoimy w miejscu>

21.03.2022

Rysunek eventowy - „Mroczne walentynki” | 💀🖤śmierć ukochanego — Sokar

 


Od Wichny do Shiry

 Chyba nigdy nie widziała tak pobudzonego wilka. No, może kiedyś widziała, ale raczej nie zbliżała się do niego na odległość mniejszą niż pięćdziesiąt metrów. A ten wilk był już o wiele bliżej i wciąż się zbliżał, ewidentnie chcąc nawiązać z nią rozmowę.
- Wichna! Dawno się nie widziałyśmy, czyż nie? - uśmiech wadery sięgał uszu.
Wichna musiała zastanowić się chwilę, by przypomnieć sobie, kto przed nią stoi. W ciągu ostatniego roku chyba jej nie widziała, ale wiedziała, że już się spotkały. Wilczyca była biała, a jej rozłożyste skrzydła opadały lekko po bokach jej ciała. Tuż za nią kroczyła wielka tygrysica. Nigdy jeszcze nie widziała tak niezwykłego kota. Po sekundzie w końcu przypomniała sobie imię wadery i też lekko się uśmiechnęła na wspomnienie otrzymanej dawno pomocnej łapy.
- Dzień dobry, Shira. Miło cię widzieć. Rzeczywiście dawno się nie widziałyśmy.
- Nasze drogi szybko się rozeszły - przysiadła na ziemi i patrzyła co robię.
- Ale, jak widzisz, żyje mi się tu bardzo dobrze. To również twoja zasługa. Pomogłaś mi, kiedy tutaj dotarłam. Możliwe, że gdyby nie ty, w ogóle nie trafiłabym do tej watahy. Dziękuję.
- Nie ma za co - wzruszyła ramionami, wciąż się uśmiechając.
Shira złapała Wichnę podczas porannej gimnastyki. Wadera postanowiła powziąć ten nowy zwyczaj, jako że zaczęła się wiosna. Rozmawiając z gościem, kończyła rozciągać plecy. Shira nie wydawała się być urażona, że Wi robi coś w trakcie rozmowy. 
- Co właściwie teraz robisz? - zapytała Shira, patrząc, jak Wichna stojąc, wychyla się lekko to w przód, to w tył i kręgosłupem w górę i w dół.
- Rozciągam się. To tak zwany kot i krowa. Kot, kiedy plecy robią się zaokrąglone. Krowa, kiedy są zapadnięte. Już kończę, więc jeśli czegoś potrzebujesz, daj mi jeszcze tylko minutę.
Tak jak powiedziała, zrobiła jeszcze jedno ćwiczenie i skończyła. Teraz już poświęciła całą swoją uwagę Shirze. Wadera czekała cierpliwie, z ciekawością obserwując ruchy Wichny.
- Chciałam cię po prostu odwiedzić. Pomyślałam, że byłoby świetnie trochę lepiej się poznać.
Wichna była trochę zdziwiona. Zwykle nie po to wilki do niej przychodziły. Ale w sumie to nie jest zły pomysł. Mimo roku spędzonego w watasze, nie ma tu jeszcze przyjaciół.
- Pewnie. To bardzo miłe z twojej strony. Mam trochę wolnego czasu, więc możemy gdzieś pójść. Masz może jakieś pomysły?

<Shira?>

Ziyoł do Antilii

Przez to, że  musiałam poczekać, aż opuchlizna  po ukąszeniu pszczół mi zejdzie i to, że dostałam propozycję od Antilii o wspólnym treningu nie mogłam wpakować się w żadne tarapaty przez te trzy dni. Opuchlizna dzięki tej dziwnej maści mi szybko zeszła, przez co byłam zadowolona. Sharki odpuścić Watahe z ukochaną a ja dosyć szybko nauczyłam się ich mowy. Prawie że już zapomniałam o swoim dawnym domu w innym świecie. Choć musiałam przyznać, że brakuje mi walki za pomocą naszych broni. Stąd też pomysł na walkę mieczem choć to na razie był tylko patyk. Przez który strąciłam ul.  Potrząsnęłam głową i  że skoczyłam z gałęzi, na której rozmyślałam.   Ruszyłam w stronę jaskini wadery, jednej z wysoko postawionych w hierarchii stada, choć ja sama nie wiedziałam, na jakim szczeblu się w tej drabinie znajduje.
- Antilii, jesteśmy tak jak prosiłaś.
Powiedziałam głośno, przysiadając na "progu" wejścia do jej jaskini. Gdy tylko ją zauważyłam, mój ogon lekko poruszył się do góry i na dół.
-  Mhm.. Wszystko w porządku, maść zadziałała. Czego Czego mnie nauczysz, jak walczyć, a może jak się bronić?
Pytałam  zafascynowana tym, co może się dziać podczas treningu. 


(Co robimy? Antilii  ;* )

16.03.2022

Nowy wilczu! Kareis


Autor grafiki: Aviaku

Właściciel: przygoda2091@gmail.com (Discord: wiw01#9751)
Imię: Kareis
Wiek: 4 lata
Płeć: Basior
Żywioły: Wolność | Trucizna | Mrok (nieodkryty)
Stanowisko: Wojownik | Opiekun Szczeniaków
Cechy fizyczne: Kareis to wilk o smukłej budowie i zadziwiająco długich uszach. Jego futro jest czarne, dłuższe i gęstsze na karku oraz ogonie. Skrzydła zazwyczaj spoczywają na jego plecach, jednak w trakcie sprintu połowicznie je rozkłada. Medalion ukryty jest pod futrem szyi.
Cechy charakteru: Gdyby mógłby, przebywałby w trzech miejscach jednocześnie. Kareis nie potrafi usiedzieć w miejscu dłużej, niż pięć minut, dlatego często drepta w kółko. Jest urodzonym optymistą-lekkoduchem. Nie potrafi skupić uwagi na niczym, czego nie uzna za wystarczająco interesujące, chyba, że jest to jego praca bądź rozkaz Alfy. Przez swój żywioł preferuje nie zajmować się polowaniem, ponieważ boi się, że ponownie zostanie oskarżony o zatrucia i wydalony z watahy.
Cechy szczególne: Podczas używania żywiołu trucizny, niektóre części ciała Kareisa pokrywają się fioletem (główna grafika).
Lubi: ciemność, młode wilki, oglądać gwiazdy
Nie lubi: śniegu, koloru niebieskiego, zbyt jasnego światła
Boi się: magii chaosu, ludzi, metalu, wybuchów
Moce:
- potrafi zatruć inną istotę przez ugryzienie bądź zadrapanie, lub otoczenie przez toksyczną chmurę
- odporność na trucizny (NIE NIETYKALNOŚĆ!)
Historia: Pochodzący z Watahy Czerwonego Półksiężyca basior nie miał łatwego życia pod względem rodzinnym. Matka Kareisa zdechła po porodzie przez głód panujący tamtej zimy, a ojciec zginął w trakcie walki z inną watahą o terytorium. Został przygarnięty przez inną parę, jednak wkrótce został wydalony ze stada przez częste zatrucia, za które został obarczony winą. Podczas podróży, tuż przed zimą, natrafił na inną watahę, znacznie mniejszą niż ta Czerwonego Półksiężyca, która pozwoliła mu dołączyć na czas mrozu. Wilki gromadziły się co wieczór, opowiadając historie z przeszłości o istotach zwanych “ludźmi”, które miały żyć razem z watahami i posługiwać się magią. Niektóre z tych opowieści mroziły krew w żyłach Kareisa, dlatego przysiągł sobie nigdy nie szukać tych dziwnych postaci; przez parę tygodni miał o nich koszmary. Po zakończeniu zimy wyruszył w dalszą drogę. Natrafił na Watahę Mrocznych Skrzydeł wielkim przypadkiem i szczęściem, ponieważ od dłuższego czasu miał problem ze znalezieniem pożywienia.
Zauroczenie: brak
Głos: LINK
Partner: brak
Szczeniaki: brak
Rodzina: Matka - Linnera, Ojciec - Isrka (oboje nie żyją), brak rodzeństwa
Jaskinia: Północ 1
Medalion: Drewniana czaszka pomalowana na fioletowo.
Towarzysz: brak
Inne zdjęcia: brak
Przedmioty kupione w sklepie:  brak
Dodatkowe informacje: brak
Umiejętności:
- Siła: 80
- Zręczność: 80
- Wiedza: 80
- Spryt: 110
- Zwinność: 130
- Szybkość: 150
- Mana: 170


15.03.2022

Od Antilii* cd. Ziyoł

Wróciłam do swoich spraw, rozpakowując leki, które dostałam chwilę przed tym, nim zjawiła się Ziyoł. Ułożyłam fiolki, pojemniczki i inne opakowania na odpowiedniej półce, sortując to według wcześniej przeze mnie ustalonej reguły. Lubiłam porządek. Łatwiej się w nim można znaleźć oraz szybko zauważyć czego brakuje. Tak, aby wszystkie elementy układanki do siebie pasowały…
Pasować…
Zatrzymałam swoją łapę sięgającą po jeden z najprostszych i najstarszych antybiotyków jakie istnieją. Znowu miałam to przemyślenie, które męczy mnie od dawna, odkąd tutaj jestem. Zamrugałam kilka razy.
Czy ja tutaj pasuję…?
Zaczęłam sobie przypominać swoje życie, dokąd tylko pamiętałam. Kiedy dołączyłam do Watahy Mrocznych Skrzydeł, poczułam, że znajduje swoją ścieżkę. Nowy dom, gdzie wilki będą mnie znały, poznam kogoś, zakocham się, stworzę własną rodzinę… Odkąd straciłam pamięć, tylko o tym marzyłam.
Żeby pasować… Żeby czuć, że komuś zależy na moim istnieniu…
– Żeby zostać zapamiętana… – powiedziałam cicho. Nie wiem dlaczego ale lekko się uśmiechnęłam. Chyba dopięłam swojego… W tej chwili zapisałam się w historii tej watahy nie tylko jako Radna oraz wilczyca Gamma ale również medyczka o wielkim sercu, które zostało skradzione przez pewnego przystojniaka o czekoladowej sierści.
Wróciłam do swojego zajęcia, tym razem nucąc jakąś piosenkę, by zająć czymś nieco rozszalały umysł.

Gdy tylko ułożyłam wszystkie medykamenty, usiadłam nad zaległymi sprawami. Doszły do mnie słuchy o pewnej specyficznej chorobie u naszych zachodnich sąsiadów. Nie chciałam używać słowa epidemia, ponieważ to nie było aż tak… hm… szybko rozprzestrzeniające się. Nie zagrażała ona życiu wilka, który na nią zachorował, o ile nie jest starszym lub zbyt młodym osobnikiem. Otworzyłam księgę chorób, czytając o patogenie i chorobie jaką powoduje. Objawiała się ona…
– Antilia, jesteś tam? Zaskoczona, gwałtownie podniosłam głowę oraz nastawiłam uszy. Wyszłam z pokoju, spoglądając w kierunku wejścia do mojej jaskini. Nie widziałam nikogo, tak więc wyszłam na zewnątrz. Nie zauważyłam Ziyoł, która stała za mną.
Gdy odwróciłam głowę, podskoczyłam i odruchowo wzniosłam się w powietrze. Wilczyca wyglądała jakby miała właśnie tą chorobę, o której czytałam. Na szczęście po chwili wszystko się wyjaśniło.
– Masz coś na złagodzenie jadu pszczół?
Uśmiechnęłam się, wypuszczając powietrze z płuc. Opadłam na ziemię i poprosiłam, aby Ziyoł weszła do środka.

Drugi raz tego samego dnia.

– Nie uważasz mnie za dziwną wilczycę? Bywam u ciebie chyba częściej niż jakikolwiek szczeniak… – zapytała wilczyca, kiedy nakładałam chłodzoną maść ze świetlika. Chwilę zastanawiałam się nad odpowiedzią.
– Rzeczywiście bywasz u mnie dość często… co mnie nie lekko niepokoi… – przyznałam szczerze. – …ale może masz taki urok? Trudno mi powiedzieć… – dodałam.
Ziyoł milczała, cierpliwie dając mi się opatrzeć.
– Opowiesz mi, co tym razem się stało? – zapytałam łagodnie. Wilczyca opowiedziała, że chciała się nauczyć walczyć i próbowała to robić w pewnym miejscu, ale zahaczyła o ul pełen pszczół a te dotkliwie ją pokąsały.
– Gdy opuchlizna zejdzie, przyjdź do mnie – poprosiłam, odprowadzając ją do wyjścia.
– Dlaczego? – zapytała zaskoczona, patrząc na mnie prawie jak na dziwaka.
– Nauczę Cię tego i owego. – Mrugnęłam do niej, po czym się pożegnałyśmy.
Trzy dni potem Ziyoł wróciła, w pełni sił i gotowa do treningu.


Zi? Kung Fu Pandziątka?

21.02.2022

Czystka

 No więc moje kochane wilczki.
Czystka! Cieszycie się? Ja bardzo! Przecież każdy chce mieć wataszę stworzoną z martwych wilczków cudnych dywaników, prawda?

Jednak wracając do konkretów. 
Informujemy, że od niedzieli (6 lutego) do niedzieli (20 lutego) do północy, odbędzie się czystka. W ciągu tego czasu, aby pozostać w życiu naszego bloga-watahy, należy wysłać dwa opowiadania, które nie będą zawierały mniejszej ilości słów, niż 100. Jeśli do tego czasu opowiadania nie zostaną dostarczone, wilk zostanie automatycznie przeniesiony do odeszłych/NPC. W czystce nie będą brane pod uwagę osoby, które wcześniej wzięły nieobecność. 

✧──────  ・ 。゚★: *.✦ .* :★. ──────✧

Opowiadania należy wysyłać na email watahy: kontaktwms@gmail.com

✧──────  ・ 。゚★: *.✦ .* :★. ──────✧

Lista osób które ,,zdały":

Ziyoł do Antilii

 Anti jak zawsze była miła przy pomocy, wadera miała teraz nadzieje, że nie trafi do niej tak szybko już tego dnia. Znieczulenia na szwach działały, wiec nie było czym się  przejmować. W sumie  nie wiedziała czy medyczka wie, że to ona pochodzi z równoległego świata i  to ona kiedyś wpadła  przez dach siedziby rady na ich stół. No bo jak skoro prawie nikogo tam tego dnia nie było. Postanowił dziś odpuścić polowanie na większą zwierzynę. No cóż poradzić,  dawniej do obrony używała rąk, które są jej przednimi łapami.  Nadal uczy się walki w tym ciele w końcu to o wiele bliższy sposób.

-A może by tak nauczyć się trzymać broń w pysku? -pomyślała na głos i poszukała jakiegoś  patyka, który pochwyciła w swoje wilcze zęby i zaczęła nim wymachiwać, poruszając głową. Po czasie spróbowała zrobić to, angażując to całe ciało, chciała znaleźć sposób własnej walki. Pech chciał,  że straciła ul z pobliskiej  gałęzi i po paro kilometrowej ucieczce wróciła do  medyczki z zapytaniem, czy ma coś na jad pszczół. Liczyła ze jednak tu dziś więcej nie zawita, a tutaj proszę, co za obrót w sprawie. 

- Nie uważasz mnie za dziwną wilczycę? Bywam u ciebie chyba częściej niż jakikolwiek szczeniak. -Powiedziałam ,przymykając oczy, by jej nie przeszkadzać.

<Antilia?> Co teraz? 

20.02.2022

Od Shiry CD Wichny

 Skrzydlata zmrużyła łagodnie oczy, z uśmiechem przyglądając się, jak nowo poznana wilczyca zajada upolowanego przez nią zająca. Lubiła to uczucie. Lubiła się dzielić i sprawiać innym przyjemność.
Poruszyła uszami na słowa wadery. Podniosła nieco głowę i uśmiechnęła się jeszcze szerzej niż dotychczas.
– Oh, oh tak! Wataha Mrocznych Skrzydeł, bo tak się nazywa, to wspaniała wataha, która…
I tak rozpoczął się emocjonujący monolog, który pewnie by się nie skończył, gdyby nie narzekające upomnienia Rayli, które skutecznie sprowadzały ją na ziemię, co by nie odpłynęła za daleko. Miała szczerą nadzieję, że Wichnie spodobała się chociaż jakaś część i zachęci ją do zostania tutaj na dłużej.

***

Któregoś razu jakimś magicznym, niewyjaśnionym trafem przypomniała sobie akurat o tej jednej, konkretniej wilczycy. Dawno z nią nie rozmawiała, więc pod wpływem jednego impulsu już jakiś czas była w drodze. Zabrała ze sobą też Raylę, bo czemu nie. Właściwie to sama chciała iść. Nie ufała Wichnie?
Shira, uradowana jak mały, wesoły szczeniak, dreptała żwawo po wydeptanej ścieżce, z tygrysicą u boku. Nie leciała, choć tak byłoby szybciej, wolała się po prostu przespacerować. Tak się złożyło, że będąc już na miejscu, napotkała poszukiwaną przez nią wilczycę jeszcze przed samą jaskinią. Czyżby gdzieś szła? Była zajęta? Shira miała nadzieję, że nie będzie za bardzo przeszkadzać. Jej oczy i tak błysnęły z zachwytem.
– Wichna! Dawno się nie widziałyśmy, czyż nie? – zawołała z uśmiechem, co najmniej z takim entuzjazmem, jakby były starymi przyjaciółkami, które spotkały się po latach.
A pomyśleć, że tak naprawdę wcale nie znały się zbyt dobrze. Warto to zmienić, prawda?

<Wichna? Nie wierzę, tyle to czekało,, xD>

Od Wichny na Event

 Zawsze uważałam święta zakochanych za bzdurną stratę czasu. Nigdy nie modliłam się do boginek, panów, bóstw czy dobrych duszków. Nigdy też nie spędziłam z nikim tego wyjątkowego czasu na tak zwanej “randce”. Nie myślałam nawet o tym, żeby jakoś to zmienić, bo i po co? Przecież bogowie raczej nawet na nas nie patrzą, co dopiero pomagać nam w czymś tak błahym jak miłostki i motyle wibrujące nam w brzuchach. Jednak od początku tego roku coś jakby się zmieniło. Powietrze stało się ciężkie, duszne. Coraz ciężej wstawało mi się z łóżka, nie mówiąc już o spojrzeniu w lustro, w którym za każdym razem widziałam tylko brzydkie odbicie, do niczego nie nadającej się wilczycy… Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby pomyśleć o sobie w ten sposób. Co się ostatnimi czasy zmieniło? 14 dnia miesiąca, jak co rano, zwlokłam się z legowiska. Demon leżał pod ścianą. Rzeczywiście, od jakiegoś czasu był bardziej cielesny i nawet w półmroku jaskini dobrze było widać zarys jego ciężkiego, czarnego ciała. Eteryczne mięśnie na jego długich plecach pulsowały energią. Wiedziałam, że nie śpi. Czuwał, jak każdej nocy. Demony nie potrzebują snu, ale będąc w stanie letargu, odzyskują energię, której potrzebują na przebywanie w naszym świecie. Dowiedziałam się tego dopiero, kiedy zdobyłam się na pierwszą prawdziwą rozmowę z tą kreaturą. Okazała się lepszym towarzyszem niż wiele wilków, jakie znałam. Uśmiechnęłam się lekko w stronę stworzenia i ruszyłam do wyjścia.  Na niebie już na dobre zagościło słońce. Było jasno i choć temperatura zbliżała się do zera, gałęziami drzew momentami poruszał przyjemny, ciepły wiatr. Przymknęłam oczy i nagle ni stąd, ni zowąd łzy napłynęły mi do oczu. Co się dzieje? Podniosłam powieki. Świat był niewyraźny, pofałdowany, jakbym patrzyła na niego spod tafli jeziora. Poczułam się bardzo samotna.  Jest święto… i jest mi źle. Jeszcze gorzej niż zwykle. Pomyślałam, że warto spróbować. Może bogowie jednak nadal słuchają. Postanowiłam zbudować kapliczkę. Nie dla jednego bóstwa, ale taką… sama nie wiem. Taką, żeby każdy, kto będzie szedł do mojej pracowni, mógł przy niej przystanąć. Nazbierałam drewna i kamieni. Wybierałam tylko te wizualnie atrakcyjne, w końcu to ma być kapliczka dla bóstw miłości. Kamienie były wielokolorowe, jednak najbardziej spodobały mi się duże otoczaki o pastelowych odcieniach. Z materiałów zbudowałam coś na kształt kopca i budki nad nim. Nad maleńkim domkiem skleciłam spadzisty dach z gałązek, mchu i liści paproci. Na koniec z resztki drewna złożyłam niewielki stolik z szufladą, a do niej włożyłam zioła i różne przedmioty, o których wiedziałam, że mogą być wykorzystywane do składania modłów. Znalazły się tam między innymi suszone płatki róży. Wzięłam dwa i położyłam je w miseczce leżącej pod zadaszeniem. Kiedy je podpaliłam, wokół mnie uniósł się aromat dymu, jednak bardzo delikatny, przyjemny. Pomyślałam o bogini Larnis, bo to właśnie dla niej inne wilki zwykle paliły płatki. Kiedy wracałam do domu, nie czułam się inaczej. Ciało nadal ciążyło, powietrze było zawiesiste i nawet nie było już śladu po przyjemnie wcześniej dmuchającym wietrze. Jednak głowę miałam czystszą. A przynajmniej tak mi się wydawało. Cóż, może kolejnego dnia będzie lepiej. I na bogów, kolejne walentynki spędzę z kimś innym niż tylko z demonem.

Od Antilii* cd. Ziyoł

Coś czułam, że dzisiaj nie będzie zwyczajny dzień pracy… Nie myliłam się. A czasami wolałabym się mylić…
– Wejdź… – poprosiłam wskazując Ziyoł drogę do swojego gabinetu. Wadera już znała drogę, także puściłam ją przodem. Usiadła na specjalnych poduszkach zabezpieczonych zaklęciem antybrudzącym, dzięki czemu nie muszę ich prać po każdym pacjencie.
– Odwróć się do mnie plecami – powiedziałam, biorąc potrzebne mi narzędzia. Bez szycia się nie obejdzie… – pomyślałam, nieco zasmucona i zarazem zaniepokojona. Ostatnio bardzo często przychodzi do mnie ta wadera, co mocno mnie… martwiło. Czy ona robi to specjalnie? – zastanawiałam się. Nie byłam pewna co do jej… ekhm… sposobu życia, ale przynajmniej przychodziła po pomoc, a nie ukrywała to przed światem. Podobnie w drugą stronę – nie afiszowała się z tym lub robiła z siebie ofiarę. Bardziej obstawiałam, że to jest wina jej… nieporadności… Lub czegoś innego.
Wszystko jest możliwe – od zwykłych wypadków po demony czy inne bóstwa, które sprawiają, że dotykają ją te wypadki…
– Opowiedz mi jak to się stało. – Chwyciłam strzykawkę i zaczęłam nakłuwać jej skórę substancją znieczulającą, która ma działanie miejscowe. Kolce były cienkie, ale długie a sierść w okolicach wkłucia ciał obcych miała kolory od brązowej rdzy po świeży, żywy szkarłatny kolor. Miałam nadzieję, że te szpikulce nie naruszyły żadnego ważniejszego nerwa lub naczynia…
Wadera zaczęła opowiadać, że podczas polowania spadła z drzewa i wpadła w krzaki z dużymi kolcami. Większość udało jej się samej wyjąć, ale te na grzbiecie były nieosiągalne dla niej oraz trudne do usunięcia – każde poruszenie chodźby jednym bardzo ją bolało. Nie dziwiłam się.
Usunięcie tego, trochę mi zajeło, a szycie – jeszcze więcej. Nie wiem dlaczego ale gdy wyjęłam ostatniego kolca, pacjentka zaczęła niemiłosiernie się wiercić. W końcu, gdy zagroziłam, że ją obezwładnię przy pomocy magii, uspokoiła się nieco, przynajmniej na tyle, abym mogła pozszywać podziurawioną skórę. Gdy się udało, przekazałam informacje dotyczące dbania o ranę i aby pokazała się mniej więcej za tydzień. Pożegnałam ją, a ona na do widzenia przytuliła mnie i dziękowała za pomoc, po czym udała się w swoją stronę.
Stałam i patrzyłam jak odchodzi, myśląc, co to za istota. Wyróżniała się mocno na tle innych członków watahy, ale miała coś w sobie. Coś, czego nie potrafiłam określić. Poza tym naszła mnie inna myśl, bardziej… prolocza.
Coś czuję, że spotkamy się szybciej.
Uwierzcie mi, gdyby za krakanie dostawałabym chociażby coinsa, już byłabym najbogatsza w naszej watasze…


Ziyoł? Bez polotu, muszę Ci przekazać wyjaśnienie dlaczego Zi to spotyka, strasznie Cie sory x'd

14.02.2022

Od Kennego

Pamiętam tylko że uciekałem przed czymś. Nie pamiętam jak wyglądało, ani czego chciało, ale zanim mnie dopadło zapadła ciemność. Gwałtownie usiadłem, ciężko oddychając. To tylko koszmar. Przeciągnąłem się i wyszedłem z jaskini. Było ciemno, więc postanowiłem nie budząc towarzysza, przejść się niedaleko. I tak już nie zasnę. Ruszyłem przed siebie w losowym kierunku. Nie miałem planu gdzie iść, chciałem tylko zapomnieć o tym dziwnym śnie. Idąc spokojnie, patrząc tylko pod łapy, wpadłem na coś, a raczej kogoś. Był to inny wilk. Przeprosiłem i ruszyłem dalej. Słysząc za sobą dziwne szuranie, odwróciłem się. Szła za mną jakaś postać. Zakładałem, że był to ten sam osobnik, na którego wcześniej wpadłem. Stanąłem twarzą do postaci, by przeprosić jeszcze raz, lecz gdy tylko spomiędzy liści padło na nieznajomego światło księżyca, zauważyłem że jest to dziwna istota przypominająca tylko wilka. Nie miał twarzy, zamiast tego na całym jego ciele znajdowały się dziury. Zacząłem uciekać, lecz przede mną pojawiło się jeszcze kilka takich osobników. Chciałem zamienić się w ptaka i odlecieć, ale nie potrafiłem. Byłem otoczony i nie miałem gdzie się uciec. Kiedy myślałem, że już koniec, te dziwne stworzenia zamieniły się w pył. Biegiem ruszyłem w kierunku jaskini, jednak zanim udało mi się do niej dotrzeć, ziemia pode mną się zapadła, a ja runąłem w ciemność.
Ponownie obudziłem się ciężko dysząc. Rozejrzałem się dookoła, ale zamiast nieznanej lokalizacji gdzieś pod ziemią, znajdowałem się w swojej jaskini. Wyszedłem z jaskini, żeby sprawdzić, czy to na pewno był tylko sen i czy znajduje się tam ta wielka dziura, ale zamiast tego zobaczyłem o wiele większą dziurę... W sumie to dookoła jaskini była ciemność, pochłaniająca wszystko. Widoczne były tylko kamienie i drzewa unoszące się w powietrzu. Niestety były zbyt od siebie oddalone bym mógł po nich skakać. Spróbowałem się przemienić, jednak dalej nic. Kiedy się odwróciłem, mojej jaskini również nie było. Teraz stałem na kawałku ziemi z trzema drzewami dookoła oraz krzakiem. To na pewno był sen, a precyzyjniej mówiąc kolejny koszmar. Nic nie mogłem zrobić. A najgorsze było to, że miejsce to pochłaniało kawałek po kawałku obiekty znajdujące się tam, więc i na mnie przyjdzie kolej. Chciałem skoczyć w przepaść, bo w końcu kiedy umrze się we śnie to powinno się obudzić, jednak zanim zrobiłem krok w nicość, zatrzymał mnie dziwnie zdeformowany głos.
-Jeśli umrzesz to nigdy się nie obudzisz - powiedział, a gdy zlokalizowałem źródło dźwięku, okazało się że był to potwór z pierwszego snu przed którym uciekałem. Nic dziwnego, że nie pamiętałem jak wygląda. Stworzenie co prawie sekundę zmieniało swoją postać, co sprawiało, że jego wyglądy się nakładały i nie przypominał niczego. Było przerażające, ale na swój sposób ciekawe. Kiedy próbowałem się mu przyjrzeć, nagle zaczęła boleć mnie głowa... Ale skoro to był tylko sen to jakim cudem poczułem to. Spojrzałem na drzewo obok nieznajomego. Chciałem coś powiedzieć, zapytać kim jest i skąd to wszystko wie, jednak gdy spróbowałem mój głos po prostu zniknął. Jakby ta nicość, która otaczała całe miejsce nie pozwoliła mi na porozumienie się z tym bytem.
-Zostałeś przeklęty. Nigdy się nie wybudzisz. - kontynuował - Musisz znaleźć źródło i je zniszczyć.
Jak dokładnie wygląda te źródło, czy wystarczyło tylko zniszczyć ten przedmiot, czy należało odprawić jakiś rytuał. Tyle pytań, a żadnego nie mogłem zadać. 
-Pomogę ci wydostać się stąd. Tylko pamiętaj, nie zasypiaj dopóki nie złamiesz klątwy. - po tych słowach stwór zniknął. Po chwili z nieba zaczęły padać czarne, małe płatki nieznanego mi kwiatu, a kiedy płatek wylądował na moim nosie, obudziłem się.
Tym razem siedział przy mnie zmartwiony Haku. Uśmiechnąłem się do niego i powiedziałem: 
-Nic mi nie jest. 
Usiadłem i rozejrzałem się dookoła. W głowie wciąż słyszałem "znajdź źródło klątwy". Będę musiał przetrząsnąć jaskinię i okolice w poszukiwaniu jakiegoś przedmiotu, którego wyglądu nawet nie znałem. 

<CDN>

Od Shiry CD Antilii

 Shira przygryzła zdenerwowana wargę, zaczynając niespokojnie przebierać łapami w miejscu.
– Co ja robię nie tak? Dlaczego on wciąż ucieka? Nie zapewniam mu wszystkiego, czego powinnam? – panika nieco mimowolnie uciekła z jej pyska.
Chciała dobrze, naprawdę chciała dla niego dobrze. Jak najlepiej. Nie chciała, żeby cały czas siedział w zamknięciu, ale chyba nie będzie miała innego wyjścia… Do czasu, aż nie znajdzie innego rozwiązania, albo sposobu, aby zapobiec kolejnym ucieczkom niesfornego smoka. Może był jakiś głębszy powód?
– Hej, nie mów tak – łagodny głos przerwał wir jej myśli – na pewno się znajdzie, prawda?
Posłała waderze zmartwione spojrzenie. W to nie wątpiła, ale chciała czegoś więcej, niż tylko go znaleźć.
– Przynajmniej nie zrobił bałaganu znowu tutaj – zaśmiała się cicho, żeby rozluźnić odrobinę tę smętną atmosferę.
Jej wzrok rozejrzał się po wnętrzu, jakby ostatni raz szukając tam śladów zielonej gadziny. Tak na wszelki wypadek. Chciała o coś zapytać, ale wiedziała, że to było zbyt wiele, zważając na to, że wnioskowała, iż ta i tak była zajęta. Na pewno miała swoje własne sprawy, dużo ważniejsze niż jakieś zbiegłe zwierzątko. Ale, mimo wszystko, chyba warto było chociaż spróbować?
– A może pomogłabyś mi pomóc go szukać? 
Błagalne spojrzenie zerknęło w te należące do Antilii, oczekując reakcji.
– Wynagrodzę ci to jakoś! – dodała zaraz, na wszelki wypadek, jakby sama prośba miała nie wystarczyć.
Miała ogromną nadzieję, że wilczyca się zgodzi. Dodatkowe łapy bardzo by się przydały i z pewnością znacznie przyspieszyłyby poszukiwania. Nie miała w zwyczaju patrzeć pesymistycznie na cokolwiek, więc jej oczka tylko świeciły się z jakąś naiwną dziecinnością, ale miłą i niewinną.

<Anti?>