Przez to, że musiałam poczekać, aż opuchlizna po ukąszeniu pszczół mi zejdzie i to, że dostałam propozycję od Antilii o wspólnym treningu nie mogłam wpakować się w żadne tarapaty przez te trzy dni. Opuchlizna dzięki tej dziwnej maści mi szybko zeszła, przez co byłam zadowolona. Sharki odpuścić Watahe z ukochaną a ja dosyć szybko nauczyłam się ich mowy. Prawie że już zapomniałam o swoim dawnym domu w innym świecie. Choć musiałam przyznać, że brakuje mi walki za pomocą naszych broni. Stąd też pomysł na walkę mieczem choć to na razie był tylko patyk. Przez który strąciłam ul. Potrząsnęłam głową i że skoczyłam z gałęzi, na której rozmyślałam. Ruszyłam w stronę jaskini wadery, jednej z wysoko postawionych w hierarchii stada, choć ja sama nie wiedziałam, na jakim szczeblu się w tej drabinie znajduje.
- Antilii, jesteśmy tak jak prosiłaś.
Powiedziałam głośno, przysiadając na "progu" wejścia do jej jaskini. Gdy tylko ją zauważyłam, mój ogon lekko poruszył się do góry i na dół.
- Mhm.. Wszystko w porządku, maść zadziałała. Czego Czego mnie nauczysz, jak walczyć, a może jak się bronić?
Pytałam zafascynowana tym, co może się dziać podczas treningu.
21.03.2022
Ziyoł do Antilii
19.03.2022
16.03.2022
Nowy wilczu! Kareis
Właściciel: przygoda2091@gmail.com (Discord: wiw01#9751)
Imię: Kareis
Wiek: 4 lata
Płeć: Basior
Żywioły: Wolność | Trucizna | Mrok (nieodkryty)
Stanowisko: Wojownik | Opiekun Szczeniaków
Cechy fizyczne: Kareis to wilk o smukłej budowie i zadziwiająco długich uszach. Jego futro jest czarne, dłuższe i gęstsze na karku oraz ogonie. Skrzydła zazwyczaj spoczywają na jego plecach, jednak w trakcie sprintu połowicznie je rozkłada. Medalion ukryty jest pod futrem szyi.
Cechy charakteru: Gdyby mógłby, przebywałby w trzech miejscach jednocześnie. Kareis nie potrafi usiedzieć w miejscu dłużej, niż pięć minut, dlatego często drepta w kółko. Jest urodzonym optymistą-lekkoduchem. Nie potrafi skupić uwagi na niczym, czego nie uzna za wystarczająco interesujące, chyba, że jest to jego praca bądź rozkaz Alfy. Przez swój żywioł preferuje nie zajmować się polowaniem, ponieważ boi się, że ponownie zostanie oskarżony o zatrucia i wydalony z watahy.
Cechy szczególne: Podczas używania żywiołu trucizny, niektóre części ciała Kareisa pokrywają się fioletem (główna grafika).
Lubi: ciemność, młode wilki, oglądać gwiazdy
Nie lubi: śniegu, koloru niebieskiego, zbyt jasnego światła
Boi się: magii chaosu, ludzi, metalu, wybuchów
Moce:
- potrafi zatruć inną istotę przez ugryzienie bądź zadrapanie, lub otoczenie przez toksyczną chmurę
- odporność na trucizny (NIE NIETYKALNOŚĆ!)
Historia: Pochodzący z Watahy Czerwonego Półksiężyca basior nie miał łatwego życia pod względem rodzinnym. Matka Kareisa zdechła po porodzie przez głód panujący tamtej zimy, a ojciec zginął w trakcie walki z inną watahą o terytorium. Został przygarnięty przez inną parę, jednak wkrótce został wydalony ze stada przez częste zatrucia, za które został obarczony winą. Podczas podróży, tuż przed zimą, natrafił na inną watahę, znacznie mniejszą niż ta Czerwonego Półksiężyca, która pozwoliła mu dołączyć na czas mrozu. Wilki gromadziły się co wieczór, opowiadając historie z przeszłości o istotach zwanych “ludźmi”, które miały żyć razem z watahami i posługiwać się magią. Niektóre z tych opowieści mroziły krew w żyłach Kareisa, dlatego przysiągł sobie nigdy nie szukać tych dziwnych postaci; przez parę tygodni miał o nich koszmary. Po zakończeniu zimy wyruszył w dalszą drogę. Natrafił na Watahę Mrocznych Skrzydeł wielkim przypadkiem i szczęściem, ponieważ od dłuższego czasu miał problem ze znalezieniem pożywienia.
Zauroczenie: brak
Głos: LINK
Partner: brak
Szczeniaki: brak
Rodzina: Matka - Linnera, Ojciec - Isrka (oboje nie żyją), brak rodzeństwa
Jaskinia: Północ 1
Medalion: Drewniana czaszka pomalowana na fioletowo.
Towarzysz: brak
Inne zdjęcia: brak
Przedmioty kupione w sklepie: brak
Dodatkowe informacje: brak
Umiejętności:
- Siła: 80
- Zręczność: 80
- Wiedza: 80
- Spryt: 110
- Zwinność: 130
- Szybkość: 150
- Mana: 170
15.03.2022
Od Antilii* cd. Ziyoł
Pasować…
Zatrzymałam swoją łapę sięgającą po jeden z najprostszych i najstarszych antybiotyków jakie istnieją. Znowu miałam to przemyślenie, które męczy mnie od dawna, odkąd tutaj jestem. Zamrugałam kilka razy.
Czy ja tutaj pasuję…?
Zaczęłam sobie przypominać swoje życie, dokąd tylko pamiętałam. Kiedy dołączyłam do Watahy Mrocznych Skrzydeł, poczułam, że znajduje swoją ścieżkę. Nowy dom, gdzie wilki będą mnie znały, poznam kogoś, zakocham się, stworzę własną rodzinę… Odkąd straciłam pamięć, tylko o tym marzyłam.
Żeby pasować… Żeby czuć, że komuś zależy na moim istnieniu…
– Żeby zostać zapamiętana… – powiedziałam cicho. Nie wiem dlaczego ale lekko się uśmiechnęłam. Chyba dopięłam swojego… W tej chwili zapisałam się w historii tej watahy nie tylko jako Radna oraz wilczyca Gamma ale również medyczka o wielkim sercu, które zostało skradzione przez pewnego przystojniaka o czekoladowej sierści.
Wróciłam do swojego zajęcia, tym razem nucąc jakąś piosenkę, by zająć czymś nieco rozszalały umysł.
Gdy tylko ułożyłam wszystkie medykamenty, usiadłam nad zaległymi sprawami. Doszły do mnie słuchy o pewnej specyficznej chorobie u naszych zachodnich sąsiadów. Nie chciałam używać słowa epidemia, ponieważ to nie było aż tak… hm… szybko rozprzestrzeniające się. Nie zagrażała ona życiu wilka, który na nią zachorował, o ile nie jest starszym lub zbyt młodym osobnikiem. Otworzyłam księgę chorób, czytając o patogenie i chorobie jaką powoduje. Objawiała się ona…
– Antilia, jesteś tam? Zaskoczona, gwałtownie podniosłam głowę oraz nastawiłam uszy. Wyszłam z pokoju, spoglądając w kierunku wejścia do mojej jaskini. Nie widziałam nikogo, tak więc wyszłam na zewnątrz. Nie zauważyłam Ziyoł, która stała za mną.
Gdy odwróciłam głowę, podskoczyłam i odruchowo wzniosłam się w powietrze. Wilczyca wyglądała jakby miała właśnie tą chorobę, o której czytałam. Na szczęście po chwili wszystko się wyjaśniło.
– Masz coś na złagodzenie jadu pszczół?
Uśmiechnęłam się, wypuszczając powietrze z płuc. Opadłam na ziemię i poprosiłam, aby Ziyoł weszła do środka.
Drugi raz tego samego dnia.
– Nie uważasz mnie za dziwną wilczycę? Bywam u ciebie chyba częściej niż jakikolwiek szczeniak… – zapytała wilczyca, kiedy nakładałam chłodzoną maść ze świetlika. Chwilę zastanawiałam się nad odpowiedzią.
– Rzeczywiście bywasz u mnie dość często… co mnie nie lekko niepokoi… – przyznałam szczerze. – …ale może masz taki urok? Trudno mi powiedzieć… – dodałam.
Ziyoł milczała, cierpliwie dając mi się opatrzeć.
– Opowiesz mi, co tym razem się stało? – zapytałam łagodnie. Wilczyca opowiedziała, że chciała się nauczyć walczyć i próbowała to robić w pewnym miejscu, ale zahaczyła o ul pełen pszczół a te dotkliwie ją pokąsały.
– Gdy opuchlizna zejdzie, przyjdź do mnie – poprosiłam, odprowadzając ją do wyjścia.
– Dlaczego? – zapytała zaskoczona, patrząc na mnie prawie jak na dziwaka.
– Nauczę Cię tego i owego. – Mrugnęłam do niej, po czym się pożegnałyśmy.
Trzy dni potem Ziyoł wróciła, w pełni sił i gotowa do treningu.
21.02.2022
Czystka
No więc moje kochane wilczki.
Czystka! Cieszycie się? Ja bardzo! Przecież każdy chce mieć wataszę stworzoną z martwych wilczków cudnych dywaników, prawda?
Ziyoł do Antilii
Anti jak zawsze była miła przy pomocy, wadera miała teraz nadzieje, że nie trafi do niej tak szybko już tego dnia. Znieczulenia na szwach działały, wiec nie było czym się przejmować. W sumie nie wiedziała czy medyczka wie, że to ona pochodzi z równoległego świata i to ona kiedyś wpadła przez dach siedziby rady na ich stół. No bo jak skoro prawie nikogo tam tego dnia nie było. Postanowił dziś odpuścić polowanie na większą zwierzynę. No cóż poradzić, dawniej do obrony używała rąk, które są jej przednimi łapami. Nadal uczy się walki w tym ciele w końcu to o wiele bliższy sposób.
-A może by tak nauczyć się trzymać broń w pysku? -pomyślała na głos i poszukała jakiegoś patyka, który pochwyciła w swoje wilcze zęby i zaczęła nim wymachiwać, poruszając głową. Po czasie spróbowała zrobić to, angażując to całe ciało, chciała znaleźć sposób własnej walki. Pech chciał, że straciła ul z pobliskiej gałęzi i po paro kilometrowej ucieczce wróciła do medyczki z zapytaniem, czy ma coś na jad pszczół. Liczyła ze jednak tu dziś więcej nie zawita, a tutaj proszę, co za obrót w sprawie.
- Nie uważasz mnie za dziwną wilczycę? Bywam u ciebie chyba częściej niż jakikolwiek szczeniak. -Powiedziałam ,przymykając oczy, by jej nie przeszkadzać.
<Antilia?> Co teraz?
20.02.2022
Od Shiry CD Wichny
Od Wichny na Event
Zawsze uważałam święta zakochanych za bzdurną stratę czasu. Nigdy nie modliłam się do boginek, panów, bóstw czy dobrych duszków. Nigdy też nie spędziłam z nikim tego wyjątkowego czasu na tak zwanej “randce”. Nie myślałam nawet o tym, żeby jakoś to zmienić, bo i po co? Przecież bogowie raczej nawet na nas nie patrzą, co dopiero pomagać nam w czymś tak błahym jak miłostki i motyle wibrujące nam w brzuchach. Jednak od początku tego roku coś jakby się zmieniło. Powietrze stało się ciężkie, duszne. Coraz ciężej wstawało mi się z łóżka, nie mówiąc już o spojrzeniu w lustro, w którym za każdym razem widziałam tylko brzydkie odbicie, do niczego nie nadającej się wilczycy… Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby pomyśleć o sobie w ten sposób. Co się ostatnimi czasy zmieniło? 14 dnia miesiąca, jak co rano, zwlokłam się z legowiska. Demon leżał pod ścianą. Rzeczywiście, od jakiegoś czasu był bardziej cielesny i nawet w półmroku jaskini dobrze było widać zarys jego ciężkiego, czarnego ciała. Eteryczne mięśnie na jego długich plecach pulsowały energią. Wiedziałam, że nie śpi. Czuwał, jak każdej nocy. Demony nie potrzebują snu, ale będąc w stanie letargu, odzyskują energię, której potrzebują na przebywanie w naszym świecie. Dowiedziałam się tego dopiero, kiedy zdobyłam się na pierwszą prawdziwą rozmowę z tą kreaturą. Okazała się lepszym towarzyszem niż wiele wilków, jakie znałam. Uśmiechnęłam się lekko w stronę stworzenia i ruszyłam do wyjścia. Na niebie już na dobre zagościło słońce. Było jasno i choć temperatura zbliżała się do zera, gałęziami drzew momentami poruszał przyjemny, ciepły wiatr. Przymknęłam oczy i nagle ni stąd, ni zowąd łzy napłynęły mi do oczu. Co się dzieje? Podniosłam powieki. Świat był niewyraźny, pofałdowany, jakbym patrzyła na niego spod tafli jeziora. Poczułam się bardzo samotna. Jest święto… i jest mi źle. Jeszcze gorzej niż zwykle. Pomyślałam, że warto spróbować. Może bogowie jednak nadal słuchają. Postanowiłam zbudować kapliczkę. Nie dla jednego bóstwa, ale taką… sama nie wiem. Taką, żeby każdy, kto będzie szedł do mojej pracowni, mógł przy niej przystanąć. Nazbierałam drewna i kamieni. Wybierałam tylko te wizualnie atrakcyjne, w końcu to ma być kapliczka dla bóstw miłości. Kamienie były wielokolorowe, jednak najbardziej spodobały mi się duże otoczaki o pastelowych odcieniach. Z materiałów zbudowałam coś na kształt kopca i budki nad nim. Nad maleńkim domkiem skleciłam spadzisty dach z gałązek, mchu i liści paproci. Na koniec z resztki drewna złożyłam niewielki stolik z szufladą, a do niej włożyłam zioła i różne przedmioty, o których wiedziałam, że mogą być wykorzystywane do składania modłów. Znalazły się tam między innymi suszone płatki róży. Wzięłam dwa i położyłam je w miseczce leżącej pod zadaszeniem. Kiedy je podpaliłam, wokół mnie uniósł się aromat dymu, jednak bardzo delikatny, przyjemny. Pomyślałam o bogini Larnis, bo to właśnie dla niej inne wilki zwykle paliły płatki. Kiedy wracałam do domu, nie czułam się inaczej. Ciało nadal ciążyło, powietrze było zawiesiste i nawet nie było już śladu po przyjemnie wcześniej dmuchającym wietrze. Jednak głowę miałam czystszą. A przynajmniej tak mi się wydawało. Cóż, może kolejnego dnia będzie lepiej. I na bogów, kolejne walentynki spędzę z kimś innym niż tylko z demonem.
Od Antilii* cd. Ziyoł
– Wejdź… – poprosiłam wskazując Ziyoł drogę do swojego gabinetu. Wadera już znała drogę, także puściłam ją przodem. Usiadła na specjalnych poduszkach zabezpieczonych zaklęciem antybrudzącym, dzięki czemu nie muszę ich prać po każdym pacjencie.
– Odwróć się do mnie plecami – powiedziałam, biorąc potrzebne mi narzędzia. Bez szycia się nie obejdzie… – pomyślałam, nieco zasmucona i zarazem zaniepokojona. Ostatnio bardzo często przychodzi do mnie ta wadera, co mocno mnie… martwiło. Czy ona robi to specjalnie? – zastanawiałam się. Nie byłam pewna co do jej… ekhm… sposobu życia, ale przynajmniej przychodziła po pomoc, a nie ukrywała to przed światem. Podobnie w drugą stronę – nie afiszowała się z tym lub robiła z siebie ofiarę. Bardziej obstawiałam, że to jest wina jej… nieporadności… Lub czegoś innego.
Wszystko jest możliwe – od zwykłych wypadków po demony czy inne bóstwa, które sprawiają, że dotykają ją te wypadki…
– Opowiedz mi jak to się stało. – Chwyciłam strzykawkę i zaczęłam nakłuwać jej skórę substancją znieczulającą, która ma działanie miejscowe. Kolce były cienkie, ale długie a sierść w okolicach wkłucia ciał obcych miała kolory od brązowej rdzy po świeży, żywy szkarłatny kolor. Miałam nadzieję, że te szpikulce nie naruszyły żadnego ważniejszego nerwa lub naczynia…
Wadera zaczęła opowiadać, że podczas polowania spadła z drzewa i wpadła w krzaki z dużymi kolcami. Większość udało jej się samej wyjąć, ale te na grzbiecie były nieosiągalne dla niej oraz trudne do usunięcia – każde poruszenie chodźby jednym bardzo ją bolało. Nie dziwiłam się.
Usunięcie tego, trochę mi zajeło, a szycie – jeszcze więcej. Nie wiem dlaczego ale gdy wyjęłam ostatniego kolca, pacjentka zaczęła niemiłosiernie się wiercić. W końcu, gdy zagroziłam, że ją obezwładnię przy pomocy magii, uspokoiła się nieco, przynajmniej na tyle, abym mogła pozszywać podziurawioną skórę. Gdy się udało, przekazałam informacje dotyczące dbania o ranę i aby pokazała się mniej więcej za tydzień. Pożegnałam ją, a ona na do widzenia przytuliła mnie i dziękowała za pomoc, po czym udała się w swoją stronę.
Stałam i patrzyłam jak odchodzi, myśląc, co to za istota. Wyróżniała się mocno na tle innych członków watahy, ale miała coś w sobie. Coś, czego nie potrafiłam określić. Poza tym naszła mnie inna myśl, bardziej… prolocza.
Coś czuję, że spotkamy się szybciej.
Uwierzcie mi, gdyby za krakanie dostawałabym chociażby coinsa, już byłabym najbogatsza w naszej watasze…
Ziyoł? Bez polotu, muszę Ci przekazać wyjaśnienie dlaczego Zi to spotyka, strasznie Cie sory x'd
14.02.2022
Od Kennego
-Jeśli umrzesz to nigdy się nie obudzisz - powiedział, a gdy zlokalizowałem źródło dźwięku, okazało się że był to potwór z pierwszego snu przed którym uciekałem. Nic dziwnego, że nie pamiętałem jak wygląda. Stworzenie co prawie sekundę zmieniało swoją postać, co sprawiało, że jego wyglądy się nakładały i nie przypominał niczego. Było przerażające, ale na swój sposób ciekawe. Kiedy próbowałem się mu przyjrzeć, nagle zaczęła boleć mnie głowa... Ale skoro to był tylko sen to jakim cudem poczułem to. Spojrzałem na drzewo obok nieznajomego. Chciałem coś powiedzieć, zapytać kim jest i skąd to wszystko wie, jednak gdy spróbowałem mój głos po prostu zniknął. Jakby ta nicość, która otaczała całe miejsce nie pozwoliła mi na porozumienie się z tym bytem.
-Zostałeś przeklęty. Nigdy się nie wybudzisz. - kontynuował - Musisz znaleźć źródło i je zniszczyć.
Jak dokładnie wygląda te źródło, czy wystarczyło tylko zniszczyć ten przedmiot, czy należało odprawić jakiś rytuał. Tyle pytań, a żadnego nie mogłem zadać.
Tym razem siedział przy mnie zmartwiony Haku. Uśmiechnąłem się do niego i powiedziałem:
Od Shiry CD Antilii
Od Sokara* CD. Lait
Wkrótce kupka zwróconych książek całkiem zniknęła, ale on, pogrążony już w wirze pracy zajął się kolejnym z obowiązków. Później kolejnym, a że nie zajęły mu one ostatecznie tak wiele czasu, jak myślał, spakował w końcu kilka ciekawych, sprawdzonych przez siebie wcześniej książek do sporej torby. Sprawdził w pośpiechu, która godzina i obliczył w głowie, ile czasu mu zostało. Powinien odwiedzić kolejną pracę, ale wcześniej wpadnie do sierocińca zanieść szczeniakom coś do czytania i odbierze poprzednie książki, które tam zanosił. Zupełnie tak, jak obiecał przy poprzedniej wizycie.
— ...Polecę do sierocińca, obiecałem szczeniakom. — Wytłumaczył. — Wrócę jeszcze na moment coś odłożyć, jakbyś mnie szukała... Albo nie, nie mam chyba tak dużo czasu. — Zaniepokoił się, myśląc na głos. — Skończyłaś może z dokumentami i mogłabyś odnieść książki z sierocińca do biblioteki za mnie...? Będzie ich około czterech. Te ja zaniosę, jest ich sporo. — Wtrącił szybko, zakładając torbę. Widocznie głupio było mu prosić o przysługę, ale gdyby leciał teraz z biblioteki do sierocińca, znów do biblioteki, a potem jeszcze do swojej jaskini i do świątyni Boga Wojny na pewno by się spóźnił. Kiedyś nie było z tym problemu, jednak od jakiegoś czasu jego cieniste moce szwankowały i nie chciał ich używać, nawet mimo tego, że jeszcze niedawno spał, zamiast pracować, co mocno opóźniło jego grafik. Teraz, mimo zmęczenia, musiał załatać tę dziurę w swoim dziennym planie. — Znaczy, nie musisz, w razie czego poradzę sobie.
— Uh? Nie, przepraszam... Zamyśliłem się. — Odchrząknął, kryjąc swoje negatywne emocje pod niezręcznym uśmiechem. Wiedział już, że dzisiaj nie położy się spać. Planował zapracować sobie na odkupienie myśli od poczucia winy. — Co mówiłaś?
<Lait? Nudne opowiadanie, ale inaczej zdechnę na czystce>
Ziyoł do Antilii "Kolejna wizyta z kolei"
Słońce paliło dziś niemiłosiernie, choć nie tak jak za mojej przeszłości, którą swoją drogą zaczynam mieć jak za mgłą, na rzecz tego pięknego obrazu i nowego życia. Nauka języka poszła sprawnie, więc i kontakty z watahą, która mnie przyjęła, były coraz to lepsze. Mimo to było wiele rzeczy, które robiły mnie w bambuko. I tak było i tym razem. Tak przez las w stronę medyka kieruje się szary wilczek mający na swoim grzbiecie dziwne kolce, których nie jest się w stanie sam pozbyć, na dodatek futro zbordowiało w tamtych miejscach. Powolnym krokiem ruszyłam więc z powrotem do miasta, musiałam doczłapać się do medyka by mi pomógł. Czułam się jak jeżozwierz i na pewno choć trochę go przypominałam. Po dotarciu pod drzwi zapukałam a gdy otworzyła mi je wilczyca, lekko się uśmiechnęła.
-Czedc to zbowu ja. -powiedziałam z uśmiechem, lądowałam tu tak często jak szczenięta, bo ciągle pakowałam się w jakieś kłopoty.
-Pomożesz? -spytałam, patrząc błagalnie i kładąc po sobie uszy. Aż się dziwie, że nie ma mnie dosyć.
<Antilia? Przyjmiesz wilczka -czas od nowa zacząć uczyć się pisać opki. Ps: błędy w wymowie są specjalna)
Od Lait
Wilczyca czytała stronę książki po raz kolejny, nie mogąc się skupić. Nie było to winą siedzenia przy rzeczce dusz, gdzie duchy dawały o sobie znać. To... po prostu nie był jej dzień. Nawet nie wypiła swojej normalnej dawki kawy! To jeszcze bardziej psuło humor, a dawno już tak złego nie miała. Westchnąwszy cicho, zamknęła i odsunęła swoją dotychczasową lekturę, wciąż starając utrzymać się ją w powietrzu, tak by jej nie zmoczyć. Brązowa skórzana okładka, bez żadnego tytułu, ale z niesamowitą treścią, patrzyła na nią z wyrzutem, a Lait słyszała w głowie swoje wyrzuty co do przerwania czynności czytania. Pokręciła łbem. Zaczęła się zastanawiać nad tym, co jej popsuło ten dzień. Chciała wrócić na początek „zła”, żeby być przynajmniej świadomą od czego się zaczęło. Problem w tym, że nie wiedziała. Parę razy przemyślała to co robiła dzisiaj i nie mogła znaleźć. Rano zrobiła kawę, poczytała, wyszła na spacer i... aj. No nie miała pojęcia co się stało. Irytowało ją to. Podeszła bliżej wody, zaraz wpatrując się w swoje odbicie.
— Coś cie drapie, huh? — usłyszała głos obok. Drgnęła wystraszona. Na chwilę zupełnie zapomniała, że oprócz niej mogą być tu duchy. Odwróciła wzrok w lewo, gdzie zauważyła półwidocznego wilka, basiora. Nie kojarzyła go, w sumie nie miała skąd go skojarzyć. Jest młoda, a ten tutaj... no cóż, wydawał się starszy.
— Tak jakby — odpowiedziała po chwili.
— Potrzebujesz pomocy z tym? — spytał grzecznie. Lait miała wrażenie, że owy basior jest bardzo przyjemnym wilkiem.
— Jakbym jeszcze wiedziała z czym.
Nieznajomy zaśmiał się. Wadera popatrzyła na niego z niezrozumieniem.
— Mam zły dzień i tyle — dopowiedziała.
— Każdemu się zdarza, musisz go jakoś przetrwać.
— Wiem — mruknęła i zaczęła dreptać w jakąś stronę.
— Próbowałaś może z kimś o tym rozmawiać jeszcze? Oprócz mnie... nie wiem, z rodziną? To pytanie sprawiło, że ponownie przystanęła. Spojrzała na ducha, chwilę później jednak spuszczając wzrok. Rodzina. Średnio ją pamiętała, czasami zapominała, że istnieli gdzieś na świecie. Nauczyła się (lub nie do końca...?) żyć bez nich, ale... no jednak bywały momenty, gdzie tęskniła, chociaż nie wiedziała sama za czym, bo nie pamiętała domowego ciepła. Zdarzały się jej jakieś lekkie przebłyski raz na dłuższy czas, ale... to nie to samo niż wspomnienia, które wiadomo, że są prawdziwe. W swojej podróży, z przed dołączenia da watahy, spotkała wiele szczeniąt z jakąś osobą z rodziny... a ona była sama. Nie mogła jednak nikogo winić, sprowadziła na siebie taki los i musiała się pogodzić, co nie znaczyło, że ją to nie boli.
— Nieznajoma?
— Huh? — wyrwała się z transu i spojrzała na niego. Duch wyglądał na zmartwionego.
— Wszystko dobrze? Ucichłaś na trochę.
— Ta... to nic takiego. Będę już szła, okay? — powiedziała przepraszająco.
— W porządku... Mam nadzieję, że może będzie lepiej potem — uśmiechnął się delikatnie.
— Tia, dzięki — westchnęła i wysiliła się na uśmiech. — Do zobaczenia?
— Cześć.
Lait ruszyła powoli w drogę powrotną.
Musi sobie wybaczyć ucieczkę, inaczej nie da rady ze samą sobą.
Od Sokara CD. Antilii
A dla Antilii... świat stał się nagle mniej ważny niż zazwyczaj. Jej serce zamarło na dłuższy moment, żeby później ostro i gwałtownie przyspieszyć. Wadera zbliżyła się do wilka i przytuliła go najmocniej, jak tylko mogła.
— Nie strasz mnie tak nigdy więcej...!
✧─── ・ 。゚★: *.✦ .* :★. ───✧
Od Tsumi do Vespre
Głównie pieprzenie. Oni chcieli jakieś minerały, my informacje o sprawach z półboskimi larwami. Trzeba będzie jakoś Sokara ogarnąć, bo aktualnie to chyba jedyny żyjący półboski szczen. Trzeba pozostawić przy życiu i dbać, bo jeszcze nasza jedyna wyjątkowa karta pójdzie się walić. Westchnęłam, wychodząc z pokoju targowiska. Nie potrzebowaliśmy jakoś dużo minerału, ale sam fakt iż musieliśmy oddać jakąś część, to dla mnie nieporozumienie. Konieczne, ale nadal. W końcu bycie stereotypową cebulą nie może istnieć, jeśli cebularz roztrwania wszystko na prawo i lewo. I tak się trochę potargowaliśmy, więc jakiś procent zaoszczędzimy. Plus dla nas. Minus z kolei był taki, że.... nie podobała mi się Violet. Nie, że jej nie lubiłam, absolutnie! Nawet jej nie znałam, a moje nastawienie było raczej neutralne. Jednak jakiś owad żarł mi opuszkę, a ja nie mogłam go zlokalizować. A może to po prostu jakiś kaprys? Nie wiem, ten stereotyp o kobietach czy coś. Spokojnym, tępym wzrokiem odprowadzałam oddalające się dwie sylwetki. Mojego brata przyjaciela, oraz wysłanniczki innej watahy.
- Hej, Fluff - Zagadałam do czarnego basiora, który właśnie postanowił się oddalić. Najpewniej do biblioteki czy coś. Ten spojrzał na mnie, pytającym wzrokiem. Spokojnie staruszku, nie chcę z ciebie zrobić testera. Od tego mam tamtą ciemną flegmatyczną masę na wpół martwą.
- Tak? - Proste, stateczne pytanie. Podreptałam więc bliżej.
- Nie masz może ochoty, by pomóc mi w- - Nie zdążyłam dokończyć, gdyż ten najwyraźniej znając już moje zamiary, pokręcił spokojnie głową, powodując mój spadek zaangażowania.
- Przykro mi, może innym razem - A po tych słowach, tak jak to by zrobił każdy inny wilk, po prostu się oddalił tam, gdzie chciał iść. Została jeszcze Antilia. Ale ta gdzieś zniknęła zaraz po zgromadzeniu. Innych nie znałam. Byli jeszcze moi opiekunowie i zmarła mama Vespre, ale nie będę gadać do ściany licząc na cud i odpowiedź z nieba. A opiekunowie.... uh. To opiekunowie. Z kamienną, ponura miną powędrowałam więc do swojego pokoju z papierami. Mój plan na zajęcia się czymś innym by nie siadać do spraw formalnych poszedł spać. Siadłam dopiero w swoim pokoju na miękkim puchatym dywaniku i rozłożyłam wszystko na biurku/stoliku. Co ja tak właściwie robię? Nie nadawałam się do tego. Powinnam sadzić kwiatki w ogródku i mieszać zioła, a nie męczyć się ze sprawami umysłowymi. Jedyne co mnie ratowało to umiejętności i wiedza wpojona za szczeniaka oraz rada i towarzysze. Trochę jak taka kukiełka kierowana przez miliony sznureczków. Po jakimś czasie, do pokoju wszedł Vespre, który jakoś tak niepewnie podszedł, by położyć się obok, kładąc łeb na moim ogonie. Nawet mi się nie chciało odwracać głowy w jego stronę. Po prostu na wpół martwym wzrokiem patrzyłam się tępo na kartki. Jakieś irytujące uczucie przebiegło mi przez kark, jak taka pchła. Bardzo irytująca pchła.
- No, liczę na ciebie! - Na mój pysk wkradł się wredny zwycięski uśmieszek, kiedy sama poszłam szukać Fluffiego, a Vespre spróbował jakoś odżyć.
Od Wichny
Minęło wiele dni od zdarzenia z Lynem. Po tym co się stało, nie miałam już z nim kontaktu. To nie tak, że przestaliśmy się lubić... Nasze ścieżki po prostu kierowały nas w zupełnie innych kierunkach i każde z nas wiedziało, że nasze drogi raczej się nie zbiegną. Od tamtej pory już go nie widziałam i nie wiem, czy postanowił odejść z watahy, czy po prostu przemykał z dala ode mnie.Jakby nie było, już go nie spotkałam. Po wydarzeniu z demonem niektóre z moich mocy wróciły do mnie. Myślę, że miało to związek z nagromadzoną energią, którą zdawał się być awatar stwora. Możliwe, że część tej siły udało mi się pochłonąć podczas starcia. Znów, nie wiem jak było w rzeczywistości, ale cieszyłam się, że odzyskałam choć cząstkę tego, co dawniej posiadałam. Mój demon za to pojawiał się przy mnie coraz rzadziej, jakbym już aż tak bardzo go nie interesowała. Nie żebym narzekała. Nie tęskniłam na ogół za ciężkim odorem siarki ciągnącym się za mną i szyderczymi szeptami, którymi obdarzał mnie parszywiec. Jednak czasami nachodziły mnie myśli o nim, jakby był moim dobrym, starym przyjacielem. Nic dziwnego, w końcu długo dzieliliśmy tę samą przestrzeń duchową. Z nikim nie rozmawiałam tak dużo jak z nim. Dni mijały powoli. Zima zdążyła zelżeć i pierwsze rośliny, skuszone przelotnymi ociepleniami, wychylały się spod twardej, zmrożonej jeszcze ziemi. Dla mnie rozpoczął się sezon zbierania skalnych narośli, które właśnie o tej porze roku obrastały kamienne ściany wokół wodospadów. Tam woda nigdy nie zamarzała, a dzięki niskiej temperaturze porosty nie starzały się tak szybko. Nudziłam się. Od czasu do czasu ktoś przychodził po lekarstwa albo rady. Przeziębienie, bezsenność, migrena… Długo by wyliczać, zwykłe, codzienne dolegliwości, na które nietrudno było znaleźć remedium. Wystarczyło, że sięgnęłam do szuflady, na półkę, do wiklinowego kosza. Mówi się, że to praca idealna, bezpieczna i stabilna. Przecież ktoś zawsze potrzebuje leków, nigdy nie zabraknie klientów, czy to z watahy, czy to wędrownych, którzy trafiają na terytorium stada przypadkiem, poharatani i zmęczeni, szukający jedzenia i posłania na dzień lub dwa. Zawsze potrzebują leków. W pracy sprzyjało mi położenie mojej pracowni. Na samym skraju terenów watahy. Nawet kiedy przychodził ktoś z zewnątrz, nikt prócz mnie o tym nie wiedział. Bez tego atutu interesy nie byłyby tak dobre. Nie każdy ranny lubi, kiedy straż zwala mu się na głowę i karze dyrgać do alfy. Niektórzy lubią spokój i świadomość, że nie będą mieć problemów z opuszczeniem miejsca pobytu. Mniej więcej raz, dwa razy w tygodniu odwiedzał mnie ktoś z zewnątrz. Niektórych już dobrze znałam, większość widziałam po raz pierwszy. Nie robiło to dla mnie różnicy. Dawałam leki, miskę jedzenia i posłanie w kącie jaskini. Prawie nikt nie zostawał na dłużej. Któregoś razu przybył do mnie ranny basior. Nie znałam go. Był bardzo wysoki. Chudy, jak gdyby nie jadł od miesięcy, z wypłowiałą i pokrytą kurzem sierścią wyglądał jak duch. Chciał kupić truciznę. Zamiast trucizny zaproponowałam mu nocleg. Zgodził się, mówiąc, że i tak potrzebuje trucizny. Mówił, że to na coś, co podchodzi zbyt blisko jego terenu. Problem tkwił nie w rodzaju zamówienia, ale w ilości towaru, jaką wilk chciał kupić. Potrzebował kilku kilogramów trucizny o wysokim stężeniu cyjanu. Zawierały go między innymi porosty, na które właśnie trwał sezon. Basior miał wyjątkowe wyczucie, albo doskonale znał się na roślinach, bo mało kto wie o tym gatunku. Potrzebowałam czasu na produkcję takiej ilości trutki, nie dnia, prawdopodobnie nawet tydzień nie wystarczyłby na zebranie roślin, nie mówiąc już o samej destylacji… Wilk przedstawił się jako Geri. Ze słowem tym spotkałam się wcześniej tylko raz i to nie jako imieniem, ale tytułem wilka w stadzie. Znaczyło nie mniej, nie więcej niż “drugi”. Nie pytałam o to, nie potrzebowałam wiedzieć. Wiedziałam tylko, że jest samotny i potrzebuje kogoś. Nie powiedział mi tego, ale to było czuć już od pierwszej chwili, gdy stanął w wejściu do mojej jaskini. Jego oczy łaknęły życia, drugiego wilka, towarzysza… partnerki? Nie chciałam myśleć o nim jako o nomadzie, szukającym po drodze wadery, ale to działo się samo. O dziwo nie przeszkadzało mi to. Może to czas, w którym potrzebuję znaleźć towarzysza, partnera. Polubiłam go. Po dwóch tygodniach zaczęliśmy spać w jednym posłaniu. Geri towarzyszył mi podczas zbierania porostów i patrzył jak je przygotowuję. Podawał mi naczynia, ciął, czasami sam wychodził po składniki do leków, kiedy ja byłam zajęcia. Chował się w kącie, kiedy ktoś przychodził. Nie chciał się ujawniać. Jest dokładnie tak, jak od początku sądziłam, pomyślałam. On jest tu tylko przejazdem. Albo z nim pójdę, albo on po prostu odejdzie. Po miesiącu trucizna była gotowa. Powiedziałam to basiorowi, podziękował. Położyliśmy się spać. Rano już go nie było. Ze stołu zniknęło zawiniątko z trutką, na jego miejscu leżał kosz z kryształami, ziołami, grzybami. Takie zapasy wystarczą mi na całe tygodnie… W jaskini nie pozostał nawet zapach Geriego. Jakby był tylko ulotnym fragmentem snu, z którego właśnie się obudziłam. Wieczorem położyłam się na legowisku i poczułam jak chłodne jest, gdy jestem w nim sama. Zasypiając, poczułam zapach siarki i chude ciało, kładące się wzdłuż mojego. - Widziałem, że masz towarzystwo. Nie chciałem wam przeszkadzać - głęboki, lekko syczący głos wypełnił pustkę jaskini.
- Tęskniłam - przycisnęłam się do niewidocznego w ciemności ciała demona. Czy on zawsze miał ciało? Czy kiedy go nie było, jego pom wzrosła?
Zasnęłam
Od Antilii cd. Tsumi
...ani jak długo byłam nieprzytomna…
Zaczęłam powoli się budzić, czując silny ból głowy, jakby połamane kości, stłuczone ciało oraz inne urazy nie wystarczały. Z początku nie chciałam wstawać ani w ogóle się budzić, ale mój instynkt kazał mi zbierać dupę w troki i działać a nie się opierdzielać. Zdążyłam się nauczyć mu, wyjątkowo, ufać, tak więc z dużą niechęcią otworzyłam oczy. Duże zaskoczenie – nadal byłam otoczona błękitnym lodem. Ciężko westchnęłam, zupełnie jak wtedy kiedy z rana muszę wstać i iść na patrol lub lecieć do chorego pacjenta…
Ostrożnie wstałam, nadal czując, że mam pokiereszowane kości, przednimi nogami. Pierwsze, prawdziwe zaskoczenie – ktoś przykrył mnie kocem. Drugie zaskoczenie – była miska z wodą.
Ktoś to musiał przynieść…
Zaczęłam dogłębniej analizować miejsce, w którym przebywałam. Ściany wyglądały idealnie gładkie, jednak czułam, że to nie było dzieło natury tylko… wilka. Miski również były rzeźbione i wygładzone przy pomocy odpowiednich narzędzi. Napiłam się kilku łyczków wody, ponieważ byłam nieco spragniona. Woda była słodka i czysta, bardzo smaczna do tego. Nie przypomniała wody z lodu…
Nagle usłyszałam jakieś kroki. Widziałam wprawdzie wejście, lecz moje kontuzje powodowały, że siedziałam w miejscu a wejście skręcało w lewo. Próbowałam wstać, ale nie udało mi się – poczułam ostry ból od żeber w dół. Zacisnęłam mocno zęby, aby nie wydać z siebie żadnego dźwięku. Pozostało mi jedynie czekać…
W końcu na ścianie pojawiły się cienie, które wydłużyły swe szpony aż w końcu pojawił się młody wilk o śnieżnobiałej sierści i złotych znaczeniach na futrze. Jego oczy miały intensywny, bursztynowy odcień a jego postura emanowała spokojem. Nie uznawał mnie za zagrożenie i chciał zasygnalizować podobnie.
Nie dziwię się… W takim stanie nawet muchy nie pacnę… – pomyślałam złośliwie.
Siadł niedaleko mnie, obserwując moje wysiłki wstawiania. <
...ani jak długo byłam nieprzytomna…
Zaczęłam powoli się budzić, czując silny ból głowy, jakby połamane kości, stłuczone ciało oraz inne urazy nie wystarczały. Z początku nie chciałam wstawać ani w ogóle się budzić, ale mój instynkt kazał mi zbierać dupę w troki i działać a nie się opierdzielać. Zdążyłam się nauczyć mu, wyjątkowo, ufać, tak więc z dużą niechęcią otworzyłam oczy. Duże zaskoczenie – nadal byłam otoczona błękitnym lodem. Ciężko westchnęłam, zupełnie jak wtedy kiedy z rana muszę wstać i iść na patrol lub lecieć do chorego pacjenta…
Ostrożnie wstałam, nadal czując, że mam pokiereszowane kości, przednimi nogami. Pierwsze, prawdziwe zaskoczenie – ktoś przykrył mnie kocem. Drugie zaskoczenie – była miska z wodą.
Ktoś to musiał przynieść…
Zaczęłam dogłębniej analizować miejsce, w którym przebywałam. Ściany wyglądały idealnie gładkie, jednak czułam, że to nie było dzieło natury tylko… wilka. Miski również były rzeźbione i wygładzone przy pomocy odpowiednich narzędzi. Napiłam się kilku łyczków wody, ponieważ byłam nieco spragniona. Woda była słodka i czysta, bardzo smaczna do tego. Nie przypomniała wody z lodu…
Nagle usłyszałam jakieś kroki. Widziałam wprawdzie wejście, lecz moje kontuzje powodowały, że siedziałam w miejscu a wejście skręcało w lewo. Próbowałam wstać, ale nie udało mi się – poczułam ostry ból od żeber w dół. Zacisnęłam mocno zęby, aby nie wydać z siebie żadnego dźwięku. Pozostało mi jedynie czekać…
W końcu na ścianie pojawiły się cienie, które wydłużyły swe szpony aż w końcu pojawił się młody wilk o śnieżnobiałej sierści i złotych znaczeniach na futrze. Jego oczy miały intensywny, bursztynowy odcień a jego postura emanowała spokojem. Nie uznawał mnie za zagrożenie i chciał zasygnalizować podobnie.
Nie dziwię się… W takim stanie nawet muchy nie pacnę… – pomyślałam złośliwie.
Siadł niedaleko mnie, cierpliwie czekając, najpewniej, aż zadam jedne z najbardziej oczywistych pytań:
– Dlaczego mnie porwaliście? Biały Wilk milczał przez dłuższy czas, aż w końcu odpowiedział:
– Ponieważ byłyście za blisko… Odpowiedź mnie zaskoczyła.
– Czego? Cały czas siedziałam na czterech literach, z wiadomych przyczyn…
– Nie zauważyłaś znaków?
– Jakich znaków? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie. Piłeczka odbita w stronę przeciwnika. Jego ruch.
– Przed jaskinią były znaki, które ostrzegały przed niebezpieczeństwem i innymi takimi… – wyjaśnił. Ping – piłeczka odbita w moją stronę.
– Nie widziałam żadnych znaków, ponieważ mnie pogrzebała lawina śnieżna, która zeszła podczas wspinaczki. Byłam wtedy nieprzytomna.
Pong – odbicie do Białego.
– A Twoja towarzyszka nic nie zauważyła?
Ping.
– Nic mi o tym nie wspomina… – urwałam w połowie słowa. – Gdzie ona jest?
– Nie wiemy. Nie było jej z tobą.
Mruknęłam coś pod nosem, równie niezrozumiale dla rozmówcy jak i dla mnie. Biały siedział spokojnie, zupełnie jakbyśmy znali się od lat.
– Kim jesteś? – zapytałam, czując, że to moja pora na pytanie.
– Nazywam się Ivius. Jestem uczniem medyka oraz mieszkańcem Lodowej Doliny.
– Lodowej Doliny? – Uniosłam brew w zaskoczeniu.
– …i tak nasi przodkowie osiedlili się w Lodowej Dolinie. Niektórzy wychodzą poza nasze góry, zdobywając rzadkie i niedostępne tutaj surowce, ale nasza dolina jest niemalże samowystarczalna.
Kiwnęłam głową, zafascynowana tą historią. Lodowa Dolina była ukryta między szczytami gór Szpiczastych a jej wyjątkowy mikroklimat sprzyjał spokojnemu życiu, jakie się tu toczyło. Wilki uprawiały tutaj rolę, hodowały owce dające niezwykłą wełnę, niezwykle odporną na mróz i przy tym cienką. Krajobraz był niezwykle piękny – soczysta zieleń ukryta w lodowej koronie. Wiekowe drzewa chyliły swe gałęzie, aby podarować sadownikom swoje owoce. Górskie strumyki płynęły z cichym szumem, zasilając niewielkie acz bardzo urodzajne pola uprawne. Tutejsze wilki mieszkały w lodowych jaskiniach, zupełnie jak u nas… Kilku elementów tutaj nie było, takich jak urządzenia elektryczne, ale to mi w żadnym stopniu nie przeszkadzało. Można spokojnie nazwać to miejsce illydyczne…
Rozmawiałam z Starszyzną, zapewniając ich, że nie zdradzę istnienia Lodowej Doliny. Kilku starszych wilków kiwnęło stare, pomaszczone pyski na znak akceptacji a ja przedstawiłam całą wersję wydarzeń jak tu się znalazłam…
Przemieszczałam się przy pomocy swoich własnych nóg, które nie ucierpiały podczas lawiny, a na pozostałą część ciała, niezdolną do ruchu, zostało nałożone zaklęcie lewitacji. Dziwnie wyglądałam z latającym dupskiem, ale jakoś trzeba sobie radzić…
Ivius został moim, swego rodzaju, przewodnikiem po Dolinie. Niestety, wiedzieli ode mnie o Nihilach oraz sytuacji, jaka teraz jest, tak więc musiałam opuścić to wspaniałe miejsce.
– Mam nadzieję, że jeszcze tutaj wrócę… – powiedziałam tęsknym głosem.
– Ja również… – Uśmiechnął się mój towarzysz. – Ten tunel – wskazał łapą – zaprowadzi cię na drugą stronę Gór.
Już miałam ruszyć kiedy coś mnie tknęło.
– Tsumi! Bez niej się nie ruszam!
Ivius miał coś powiedzieć i już otworzył pysk, kiedy z sąsiedniego tunelu zaczął się pojawiać cichutki głosik a z każdą sekundą jego głośność rosła oraz stawał się wyraźniejszy…
Po kilku chwilach Alfa watahy wyleciała z tunelu i wylądowała na mnie, miażdżąc moje, już zmiażdżone, kości.
Wesołych Walentynek ❤
Witajcie słońca (te jeszcze żywe)!
Z okazji walentynek, administracja życzy wszystkiego dobrego i duuużo czekoladek (Czy coś w tym stylu. W końcu każdy chce się w ten dzień upić i roztyć, prawda?).
Niech wam szczęście i nasza bogini miłości sprzyja, a 14 luty (ten czy następny, bo post nieco spóźniony) był dniem szczęśliwym.
Z bogiem
Event Walentynkowy ❤
Poniżej przedstawiamy szczegóły eventu walentynkowego zwanego Dniem Larnis.
Fabuła eventu:
Są dwie formy uczestnictwa w evencie:
Nagrody:
2. Rysunek eventowy – “Mroczne walentynki”
Nagrody:

