14.06.2019
Nowa wadera! Vi
Właściciel: Mika913
Imię: Vi
Wiek: 3 lata
Płeć: wadera
Żywioł: Szaleństwo, czarna magia, iluzja, cień
Stanowisko: szaman
Cechy fizyczne: Mimo, że wygląda jakby miała niedowagę Vi jest dosyć szybką, zwinną i wytrzymałą waderą. A kiedy odczuwa swoją żądze mordu to nawet nie jest jej potrzebna siła by skoczyć i wbić pazury i kły w swoją ofiarę.
Cechy charakteru: Vi - jak to mówią - jest dziwna. Często rozmawia głosami które tylko ona słyszy. Często przy innych wilkach bo zapomina że słyszy je tylko ona. Jest nieśmiała, ale mimo wszystko miła i lojalna, tylko przez jej zachowanie inni nie są zbyt chętni do poznania jej. Zdenerwowana jednak potrafi być bardzo niebezpieczna.
Cechy szczególne: Jej czarne jak smoła oczy z których ciągle płynie krew oraz czerwone paznokcie.
Lubi: Spokój i spanko
Nie lubi: Kiedy się na nią krzyczy
Boi się: Utraty głosów i całkowite pogrążenie się w szaleństwie
Moce:
- posiada głosy które jej pomagają
- potrafi wprowadzić kogoś w obłęd, sprawić by pogrążył się w szaleństwie
- Voodoo, rozmowa z martwymi za pomocą tablicy, rzucanie klątw - ogólnie czarna magia
- potrafi wytworzyć swojego klona, który wygląda jak ona, zachowuję się jak ona i mówi ja ona. Nie jest on jednak materialny przez co przenikają przez niego przedmioty (lub sam może przeniknąć przez np. ścianę) więc walczyć też nie może
- Iluzja świata - Potrafi wytworzyć jakby hologram swojej rzeczywistości - np. wymyśli sobie kwiatka i będzie on widoczny przez jakieś 20 sekund ponieważ jest to bardzo wyczerpujące.
- Podróż cieniem
Historia: Jej wataha była bardzo przesądna. Według nich nic nie działo się bez przyczyny. Przez takie podejście wilki te bały się wszystkiego. Dosłownie. Podczas jej narodzin do jaskini w której Vi była rodzona przyleciało 6 kruków. Uznano to za zły omen i jej ojciec bojąc się konsekwencji uciekł zostawiając ją tylko z matką. Przywódcy więc nakazali baczą obserwacje młodą waderę by zobaczyć czy nie została ona przysłana przez zło. Na pamiątkę tego wydarzenia nadali jej imię Vi które oznacza cyfrę 6. Wszystko było dobrze, aż do jej 1 urodzin. Wtedy wadera zaczęła słyszeć głosy. Oczywiście próbowała to ignorować, ale kiedy pewnego razu podczas zabawy zaczęła się kłócić z jednym wilkiem, a głosy stały się tak głośne i nie do zniesienia, że odzyskała świadomość dopiero zmywając krew z pazurów. Wataha kiedy znalazła ciało martwego wilka od razu skierowała podejrzenia na Vi. Wstawiła się za nią jednak matka, przez co została uniewinniona. Pewnej nocy jednak usłyszała głosy które nakazały jej iść do wyjścia jaskini. Podeszła do wyjścia jaskini i ujrzała tam matkę mówiącą, że jest to demon nie wilk i że należy ją zlikwidować jak najszybciej. Wadera wróciła i udawała że śpi. Na następny dzień gdy tylko chciała wyjść zatrzymała ją matka. Ta kiedy usłyszała że Vi wszystko poprzedniej nocy słyszała rzuciła się na nią zostawiając paskudną bliznę na jej boku. W tedy wadera zapłakała krwią po raz pierwszy a jej oczy stały się czarne. Matka wystraszona tą zmianą odskoczyła od córki i pozwoliła jej uciec. Podczas wędrówki Vi dogadała się ze swoimi głosami. Były one bardzo pomocne np. nauczyły ją które rośliny pomogą jej z ranami, które są dobre na choroby albo co zrobić gdy znajdziesz się w jakiejś sytuacji. Dowiedziała się jednak że nie są one wszechwiedzące bo nie umiały jej pomóc z prostymi czynnościami jak np. polowanie. Sama musiała wytropić zwierzynę i oszacować jak mniej więcej sobie z nią poradzić. Z czasem i pomocą głosów nauczyła się kontrolować swoich mocy i obiecała sobie jedno. Nigdy nie wróci do starej watahy.
Zauroczenie: na razie nie ma nikogo na oku
Głos: Link
Partner: brak
Szczeniaki: brak
Rodzina: Ojciec uciekł kiedy była mała, a matka próbowała ją zabić - więc brak
Jaskinia: Link
Medalion: Link
Towarzysz: brak
Inne zdjęcia: brak
Przedmioty kupione w sklepie: brak
Dodatkowe informacje: Kiedy bardzo się zdenerwuje głosy w jej głowie krzyczą tak głośno, że aż nie słyszy co do niej mówią inni. W takiej sytuacji należy uważać, nie prowokować i poczekać aż się uspokoi. Nie chcemy przecież nikogo krzywdzić... prawda?
Umiejętności:
Siła: 100
Zręczność: 114
Wiedza: 122
Spryt: 120
Zwinność: 114
Szybkość: 115
Mana: 115
12.06.2019
Michio CD. Krzemień
Cóż, nie od dzisiaj wiedziałem, że ludzie są okropni. Nie miałem zielonego pojęcia, co tu robię. W jednej chwili idę sobie spokojnie, w drugiej jestem w klatce. W więzieniu! Przeskrobałem coś? Szczerze wątpię. Do czego mogłem być potrzebny tym niewyżytym ludzikom?
Trzeba stąd wyjść.
...
Kłódka?
Cudownie.
Obszedłem jeszcze swój metalowy pokoik kilka razy, żeby upewnić się, czy aby na pewno nikt nie zostawił tu klucza. Tak choćby przez nieuwagę. Jednak moje nadzieje okazały się bezcelowe. Nic oprócz pustki, której było tak dużo, że zdawała się wyciekać przez kraty. Nic oprócz ciemności, przez którą ledwie byłem w stanie zobaczyć swoje łapy.
Tak to jest, jak spacer wydłuża się do wieczora.
Gdzieś musi być wyjście, cholera!
Powierciłem się trochę bez celu, mając nadzieję, że na coś wpadnę. No i może nie ja na coś wpadłem, ale ktoś postanowił wpaść do mnie. Dość wysoki basior zerknął do mojej metalowej komnaty. Przechadza się czy ucieka?
Chciałem go poprosić o pomoc, jednak głos uwiązł mi w gardle i mogłem jedynie otworzyć i zamknąć paszczę na podobieństwo 'pomóż'. Wilk na szczęście zrozumiał aluzję i podszedł bliżej. Nie mógł być źle do mnie nastawiony, prawda?
Raczej nie, ponieważ po chwili mogłem wyjść na wolność. Skinąłem mu głową, nie wiedząc, czy jestem już zdolny do mowy. Przyglądając się zmianie koloru jego sierści, wyskoczyłem z klatki. Nagle coś głośno szurnęło. Czułem jak moje futro na karku rwie się do góry. Absolutnie nie miałem zamiaru tam zostać.
<Krzemień? Sorki, że tak słabo merytorycznie, ale serio nie mam pojęcia, co wykombinować.>
Trzeba stąd wyjść.
...
Kłódka?
Cudownie.
Obszedłem jeszcze swój metalowy pokoik kilka razy, żeby upewnić się, czy aby na pewno nikt nie zostawił tu klucza. Tak choćby przez nieuwagę. Jednak moje nadzieje okazały się bezcelowe. Nic oprócz pustki, której było tak dużo, że zdawała się wyciekać przez kraty. Nic oprócz ciemności, przez którą ledwie byłem w stanie zobaczyć swoje łapy.
Tak to jest, jak spacer wydłuża się do wieczora.
Gdzieś musi być wyjście, cholera!
Powierciłem się trochę bez celu, mając nadzieję, że na coś wpadnę. No i może nie ja na coś wpadłem, ale ktoś postanowił wpaść do mnie. Dość wysoki basior zerknął do mojej metalowej komnaty. Przechadza się czy ucieka?
Chciałem go poprosić o pomoc, jednak głos uwiązł mi w gardle i mogłem jedynie otworzyć i zamknąć paszczę na podobieństwo 'pomóż'. Wilk na szczęście zrozumiał aluzję i podszedł bliżej. Nie mógł być źle do mnie nastawiony, prawda?
Raczej nie, ponieważ po chwili mogłem wyjść na wolność. Skinąłem mu głową, nie wiedząc, czy jestem już zdolny do mowy. Przyglądając się zmianie koloru jego sierści, wyskoczyłem z klatki. Nagle coś głośno szurnęło. Czułem jak moje futro na karku rwie się do góry. Absolutnie nie miałem zamiaru tam zostać.
<Krzemień? Sorki, że tak słabo merytorycznie, ale serio nie mam pojęcia, co wykombinować.>
8.06.2019
Od Lii do Noego
Chyba za dużo sypnęłam przyprawy do piernika. Chyba. No ale, raz się żyje! Po tym pierniku raczej długo nie pożyjemy.
- Crys, weź rozgrzej piec! - zawołałam do smoka. Samica coś tam burknęła pod nosem unosząc powieki, i przechylając głowę w moją stronę.
- Naucz się używać zapałek - burknęła zataczając się na bok, i tak leżąc.
- No choć tu. Kici kici - uśmiechnęłam się pod nosem, gdy smoczyca parsknęła, po czym wstała by rozgrzać niby piec. No, i fajnie.
***Przeskok czasowy bo nie chce mi się opisywać czekania aż się upiecze i reszty robienia ciasta***
Odmierzanie czasu było równie nudne co czekanie na zaschnięcie się farby na ścianie, albo aż herbata ci ostygnie, bo przez wrażliwy język nie możesz pić gorącego. Duszki wietrzne wyłożyły blachę z piernikiem na deskę. Podeszłam by zobaczyć czy się nie spalił. Nie wyglądało na to. Para unosząca sie w powietrzu mówiła sama za siebie, że ciasta nie trza ruszać. I teraz od nowa czekanie, aż ciasto wystygnie.
<Noe? Czy tylko ja nie mam na to pomysłu?>
- Crys, weź rozgrzej piec! - zawołałam do smoka. Samica coś tam burknęła pod nosem unosząc powieki, i przechylając głowę w moją stronę.
- Naucz się używać zapałek - burknęła zataczając się na bok, i tak leżąc.
- No choć tu. Kici kici - uśmiechnęłam się pod nosem, gdy smoczyca parsknęła, po czym wstała by rozgrzać niby piec. No, i fajnie.
***Przeskok czasowy bo nie chce mi się opisywać czekania aż się upiecze i reszty robienia ciasta***
Odmierzanie czasu było równie nudne co czekanie na zaschnięcie się farby na ścianie, albo aż herbata ci ostygnie, bo przez wrażliwy język nie możesz pić gorącego. Duszki wietrzne wyłożyły blachę z piernikiem na deskę. Podeszłam by zobaczyć czy się nie spalił. Nie wyglądało na to. Para unosząca sie w powietrzu mówiła sama za siebie, że ciasta nie trza ruszać. I teraz od nowa czekanie, aż ciasto wystygnie.
<Noe? Czy tylko ja nie mam na to pomysłu?>
Od Krzemienia do Michia
Klatka była mała, żeliwna i nieprzyjemnie lodowata. Blady, ciepły blask ogniska nie zalewał na tyle przestrzeni obozowiska by oblać i mnie. Pośród ognia krzątali się ludzie, ubrani w zielone mundury, może to skauci, może żołnierze, pojęcia nie miałem. Jeden z nich kucał nad blaszanym garnkiem i mieszał coś w środku, kolejna dwójka przysiadła na kłodach obok i śmiała się z jakiś beznadziejnych kawałów. Trzeci kulił się przy kłodzie i gryzł ponuro czerstwy chleb. Namioty wokół nich skutecznie zniekształcały pole widzenia tak, że żeliwne klatki na uboczu nikły w półmroku. Nie dało się sprecyzować ilu jeszcze prócz mnie zasłużyło sobie na zestrzelenie lotką usypiającą i zapakowania do pick-up’a (nie pytajcie skąd ja takie nazwy znałem. Załóżmy, że dużo się przez przez te parę lat doświadczyło). W cienistych sylwetkach rozpoznałem może parę lisów, jakiegoś borsuka oraz dwie wyderki tulące się do mojego ogona. Wiem, urocze, ale nie o tym wtedy musiałem myśleć.Nie miałem pojęcia po co im aż tyle zwierząt, do tego mięsożernych i dzikich- z tego co wiem, ludzie raczej nie kwapią się, żeby nas jeść. Wolą tłuste, potulne trawojady. Futer też raczej nie chcą, bo gdyby tak było, już wszyscy wisielibyśmy głową w dół na jakiejś gałęzi, dawno martwi i oskórowani. Nie bylibyśmy im potrzebni żywi, futra i tak się nie psują jak mięso, mam rację? Cała ta sytuacja była co najmniej dziwna.
- Trzeba wiać i to prędko- Mruknąłem pod nosem i słyszałem, jak głos przesiąkł mi niepokojem. Po co ja do jasnej cholery przechodziłem przez ten durny portal...
Poczekałem tak z godzinę lub dwie, aż gromadka ludzi rozejdzie się do namiotów, pozostawiając po sobie tylko tlące się ognisko. Bosko.
Skupiłem całą uwagę na kłódce zwisającej z boku mojej klatki, trochę postękałem, powytrzeszczałem gały, aż metal zaczął się zamieniać w bezkształtnego gluta i opadł z plaskiem na dno bagażnika pick-up’a. Gorąca maź przeżarła się z sykiem przez podłogę po czym zniknęła w ziejącym mrokiem otworze w podłodze. Drzwi klatki uchyliły się- wolność. Dwie wyderki zwiały szybciutko przez szparę i zniknęły w gęstwinie lasu, a ja ostrożnie, powoli zgramoliłem się z auta. Wybaczcie współwięźniowie, nie mam zamiaru za was umierać. Bon voyage! Zacząłem pełzać między namiotami nisko przy ziemi, jak jakaś skradająca się lwica. Uszy drgały nerwowo, próbując wyłapać każdy nawet najdrobniejszy szmer. Próbowałem nie potknąć się przy okazji o żaden wystający kołek albo linkę namiotową, o garnek, butelkę, cokolwiek co mogło nahałasować. Nagle z jednego z namiotów strzelił snop światła. Zamarłem momentalnie i przytuliłem się do ściany namiotu. Młody rudzielec wyskoczył ze środka, siłując się z rozporkiem i wpadł po kolana w krzaki. Powoli wypuściłem powietrze z płuc. Uznałem, że trochę mu się zejdzie, więc ruszyłem dalej. Minąłem kolejne auto wypakowane po brzegi klatkami. Już miałem je zignorować i ominąć, ale jeden z kształtów poruszył się nagle.. Odruchowo zerknąłem za siebie i znów znieruchomiałem. O, proszę proszę. Wilka też złapali. Dość drobny basior lub wadera (ciężko sprecyzować w tym mroku), wychylił swój czarny pyszczek spomiędzy prętów i wypowiedział nieme “pomóż”. Znał nasz język, czyli nie mógł być stąd. Ha, a więc nie tylko mi się zamarzyło przechodzić przez portal. Więc podszedłem, nie zostawię swojego na lodzie.
(Michio?)
3.06.2019
Od Shiry CD Elliot
- Ruszajmy więc! - zawołałam radośnie i skierowałam się w stronę domu Lii.
Elliot dorównał mi kroku. Rayla dopiero po chwili ruszyła się i niechętnie włóczyła łapami po mojej prawej. Ciekawe czy polubi tego basiora. W pewnym momencie tygrysica podeszła do Elliota.
- Jesteś taki mizerny, że ledwie na śniadanie by mi cię starczyło - zaśmiała się i szturchnęła go w bark.
Ten tylko zaśmiał się nerwowo i położył uszy po sobie. Pokręciłam głową. Ah czy ona musi wszystkich nie lubić?
- Nie zwracaj na nią uwagi, ona tylko żartuje - powiedziałam, wzdychając.
Towarzyszka rzuciła mi spojrzenie typu "no co?" i machnęła ogonem.
Przewróciłam oczami. Cóż, można uznać, że to był żart więc może jest pozytywnie nastawiona do basiora? Niedługo potem byliśmy już przed jaskinią alfy. Tygrysica została przy wejściu, a my weszliśmy do środka, chociaż Elliot trochę niepewnie. Przywitałam się z Lią i opisałam krótko sytuację. Po kilku słowach basior został przyjęty do watahy. Pożegnaliśmy się z alfą i wyszliśmy.
- A więc witamy w Watasze Mrocznych Skrzydeł, Elliot - powiedziałam i posłałam basiorowi ciepły uśmiech.
<Elliot?>
Elliot dorównał mi kroku. Rayla dopiero po chwili ruszyła się i niechętnie włóczyła łapami po mojej prawej. Ciekawe czy polubi tego basiora. W pewnym momencie tygrysica podeszła do Elliota.
- Jesteś taki mizerny, że ledwie na śniadanie by mi cię starczyło - zaśmiała się i szturchnęła go w bark.
Ten tylko zaśmiał się nerwowo i położył uszy po sobie. Pokręciłam głową. Ah czy ona musi wszystkich nie lubić?
- Nie zwracaj na nią uwagi, ona tylko żartuje - powiedziałam, wzdychając.
Towarzyszka rzuciła mi spojrzenie typu "no co?" i machnęła ogonem.
Przewróciłam oczami. Cóż, można uznać, że to był żart więc może jest pozytywnie nastawiona do basiora? Niedługo potem byliśmy już przed jaskinią alfy. Tygrysica została przy wejściu, a my weszliśmy do środka, chociaż Elliot trochę niepewnie. Przywitałam się z Lią i opisałam krótko sytuację. Po kilku słowach basior został przyjęty do watahy. Pożegnaliśmy się z alfą i wyszliśmy.
- A więc witamy w Watasze Mrocznych Skrzydeł, Elliot - powiedziałam i posłałam basiorowi ciepły uśmiech.
<Elliot?>
1.06.2019
Od Noego CD. Lii 'Smok pewnie wie...'
Royce, tak jak ja wcześniej, rozkoszował się ciepłem i miękkością kocyków Alphy, podczas gdy ja przyglądałem się składnikom potrzebnym do przygotowania piernika. Nigdy nic nie piekłem, więc postanowiłem, że będę robił jak najmniej, żeby nic przypadkiem nie zepsuć. Wkrótce pałętające się wszędzie duszki uciekły do swoich zajęć, a jeden z nich zostawił nam całkiem sporą książkę kucharską. Przynajmniej tak wywnioskowałem po drewnianej łyżce i kapeluszu szefa kuchni na okładce. Cóż, nie umiem czytać. Ale się nauczę!
Szara wadera przemknęła szybko obok mnie i przekartkowała strony, aż nie ukazało się jej to, czego szukała. Wgapiała się chwile w małe literki, śmiesznie przybliżając się do literek.
- To najpierw mąka. Tylko trzeba ogarnąć miskę. Chcemy mieć dużo czy mało ciasta?- Wzruszyłem ramionami.- To dużo.
Pani Alpha w jednym momencie odwróciła się, a w drugim miała największą miskę, jaką widziałem w życiu.
- Przyda się więcej mleka- mruknęła pod nosem.- Podaj mąkę- poleciła, a mało wyraźne duszkowate stworki zaraz przyniosły jej dzban mleka.
Przesunąłem paczkę z białym proszkiem w stronę Alphy. Cudem udało mi się jej nie rozsypać. I bardzo dobrze. Nabrudzenia w jaskini Alphy bym nie przeżył. Smok pewnie doskonale wie, co robić z takimi bałaganiarzami.
Przełknąłem ślinę i nerwowo zerknąłem na Crystal. Gdy jednak okazała się smacznie spać, wróciłem do wpatrywania sie w zdolności kucharskie Pani Alphy.
- Dzięki.- I wsypała wszystko do miski. Sporo tego będzie...
Zerknąłem na Royce'a.
<Lia?>
28.05.2019
Od Lii do Noe'go (Ożyłam Miśku na jakiś czas z tą postacią xD)
Ciasto, tak? Zrobiłam koło głową, by rozprostować kark. Tylko jakie? Lubię piernik (bez orzechów bo niszczą cały smak), szarlotkę, zwykłe ciasto drożdżowe.... rabarbarowe... eeeee.....eeeeeeeeeeeee...... co tam jeszcze mi mama kiedyś piekła. Ech, dobra. Rabarbarowe i szarlotka odpada bo nie mamy aktualnie ani jabłek, ani rabarbaru. Niby mogłabym zamrozić, ale jakoś o tym nie pomyślałam.
- Chodź - powiedziałam do szczeniaka, po czym weszłam do odpowiedniej komory. O ile dobrze pamiętam kolorowałam tu kiedyś jajka, czy piekłam babeczki. I to wszystko z kimś. Westchnęłam zaglądając do półki, wcześniej wyskakując na jakiegoś grzyba. Starzeję się. Posłałam duszki po różne składniki. Powiecie może, że to one mogły mi robić za towarzystwo? Nic bardziej mylnego. Może były pomocne, i przyjaźnie nastawione, ale to duchy wiatru. Nie nadają się na rozmówcę, a tym bardziej nie na stałego towarzysza. W pewnym sensie dopiero jak się im przyjrzało, można było zobaczyć zarysy twarzy, jednak to nadal były bezcielesne istoty.
- Nie przeszkadzają ci rodzynki w pierniku, nie? - spytałam stawiając paczkę z mąką na blacie. Szczeniak pokiwał przecząco głową. No, czyli sprawa załatwiona. Wyciągnęłam rodzynki które do tej pory leżały sobie grzecznie w wiklinowym koszyku. Potem posłałam duszka po książkę kucharską. Oczywiście wszystko było, jednak znając mnie wyjdzie zakalec.
< Noe?>
- Chodź - powiedziałam do szczeniaka, po czym weszłam do odpowiedniej komory. O ile dobrze pamiętam kolorowałam tu kiedyś jajka, czy piekłam babeczki. I to wszystko z kimś. Westchnęłam zaglądając do półki, wcześniej wyskakując na jakiegoś grzyba. Starzeję się. Posłałam duszki po różne składniki. Powiecie może, że to one mogły mi robić za towarzystwo? Nic bardziej mylnego. Może były pomocne, i przyjaźnie nastawione, ale to duchy wiatru. Nie nadają się na rozmówcę, a tym bardziej nie na stałego towarzysza. W pewnym sensie dopiero jak się im przyjrzało, można było zobaczyć zarysy twarzy, jednak to nadal były bezcielesne istoty.
- Nie przeszkadzają ci rodzynki w pierniku, nie? - spytałam stawiając paczkę z mąką na blacie. Szczeniak pokiwał przecząco głową. No, czyli sprawa załatwiona. Wyciągnęłam rodzynki które do tej pory leżały sobie grzecznie w wiklinowym koszyku. Potem posłałam duszka po książkę kucharską. Oczywiście wszystko było, jednak znając mnie wyjdzie zakalec.
< Noe?>
Nowy wilku! Lucas
Właściciel: Lucassss
Imię: Lucas
Wiek: Wilcze 4 lata
Płeć: Basuor
Żywioł: Cień i krew
Stanowisko: Taktyk
Cechy fizyczne: Dość szczupła budowa ciała umożliwia mu zwinne i szybkie poruszanie się. Jak na basiora nie jest zbyt umięśniony, ale wbrew temu wyjątkowo wytrzymały. W walce stara się jak najlepiej wykorzystać swoje dobre strony, przez co nie zawsze pozostaje uczciwy. Lucas, przez posiadanie tylko jednego skrzydła , nie jest zdolny do lotu, jednak sprytnie wykorzystuje je do utrzymywania równowagi oraz przedłużania czasu opadania na ziemię podczas skoku, co często powoduje zmieszanie u przeciwnika. Wyjątkowo dobrze porusza się przy użyciu jedynie dwóch tylnych łap.
Cechy charakteru: Lucas jest introwertykiem, dlatego lepiej czuje się w odosobnieniu. Pozostaje niechętnie nastawiony do nowo poznanych, ponieważ czuję się przy nich spięty i zagrożony. Będąc w centrum uwagi, podejmuje decyzje pod wpływem stresu, starając się jednak zachować rozsądek. Lucas potrafi dobrze panować nad swoimi emocjami, również w niespodziewanych sytuacjach pozostając opanowanym, dzięki czemu jest idealnym taktykiem. Nawiązując z kimś głębszą relację staję się bardziej otwarty oraz odczuwa większą swobodę. Zawsze pozostaje ostrożny w swoich ruchach i wciąż stara się jak najlepiej zrozumieć zachowania innych wilków. Lucas jest realistą z lekkim pociągiem w stronę pesymisty, ponieważ woli pozytywne zaskoczenie niż gorzkie rozczarowanie. Ciężko przychodzi mu szukanie nowych zainteresowań i rozwijanie nowych umiejętności, jednak kiedy coś go głęboko zainteresuje, stara się opanować to do perfekcji. Jedną z jego największych wad jest brak zaufania do innych, przez co wszystko stara się rozwiązywać samodzielnie w przekonaniu, że inna osoba może nie wykonać tego wystarczająco dobrze.
Cechy szczególne: Wyróżnia się posiadaniem tylko jednego skrzydła. Bardziej uważni mogą zauważyć prześwitujące pod jego futrem na prawym ramieniu czarne zygzaki na skórze.
Lubi: Ciszę i możliwość odpoczynku od innych. Wyjątkową przyjemność przynosi mu poznawanie wilczych kronik i książek. Również sam lubi tworzyć zarówno płaskie dzieła, jak i bardziej przestrzenne.
Nie lubi: Wyjątkowo odrażające jest dla niego całkowicie surowe mięso, które często pierw piecze nad ogniem, aby dopiero je spożyć. Zjada je nieprzygotowane tylko, gdy jest to konieczne lub w bardzo małych ilościach.
Boi się: Jego największym strachem jest wystawienie go przed innymi, co skupia na nim całą uwagę pozostałych. Zarówno gdy jest to negatywne, jak i pozytywne wyróżnienie go, czuje się równie tak samo sparaliżowany i zestresowany, co ciężko jest mu przełamać.
Moce: Jego moce są dość słabe z powodu utraty jednego skrzydła. Uniemożliwia mu to stosowanie bardziej skomplikowanej magii, jednak wciąż potrafi to nadrobić przez używanie słabszych zaklęć, ale w bardziej precyzyjny sposób. Jego głównymi zdolnościami jest nadawanie nowej formy cieniom, a tym samym tworzenie z nich drobnych istot oraz manipulowanie krwią innych stworzeń, co często stosuje w walce, aby zbić przeciwnika z tropu. Poza tym, dzięki cieniom, podczas nocy potrafi się skryć w cudzych cieniach.
Historia: Lucas ukrywa początki swojej historii z powodu strachu przed całkowitym odrzuceniem przez inne wilki, które poznając jego prawdziwe korzenie, mogłyby poczuć do niego zniesmaczenie lub całkowitą wrogość. Przyznaje się jednak, że jego wcześniejsi towarzysze wykorzystali go, a tym samym pozbawili go jednego skrzydła przez jego własną nieuwagę. Ucieczka przed nimi prawdopodobnie uchroniła go nie tylko przed utratą innych kończyn, ale także życia. Zmuszony do samotniczego życia oraz nie znający do końca praw natury, nabierając powoli nowych doświadczeń, uświadomił sobie, że przetrwa jedynie poprzez przyłączenie się do watahy.
Zauroczenie: Nie jest aktualnie zainteresowany szukaniem swojej połówki.
Głos: Link
Partner: -
Szczeniaki: Nie planuje nigdy mieć.
Rodzina: Jego relacje z rodziną są obecnie dość skomplikowane i nie ma możliwości spotkania się z nią.
Jaskinia: Link
Medalion: Link
Towarzysz: -
Inne zdjęcia: -
przedmioty kupione w sklepie: -
Dodatkowe informacje: -
Umiejętności:
: Siła: 100
: Zręczność: 150
: Wiedza: 150
: Spryt: 180
: Zwinność: 150
: Szybkość: 120
:Mana: 50
27.05.2019
Od Misia do nwm
Niebo zdawało się jaśniejsze niż zwykle, a odgłosy dochodzące ze wszystkich stron gór cichsze. Spokój, jaki czułem, był odzwierciedleniem wszystkich moich pragnień po trzech zarwanych nocach i dziewięciu mocnych kawach z rzędu. Natchnęło mnie na maraton z pisania poezji. Dwadzieścia kartek. Dwustronnie.
Zaparzyłem mocną kawę po raz dziesiąty, ale to także niewiele pomogło, bo w obliczu tak błogiego spokoju i wyczerpania całej weny, zanim zdążyła nieodwracalnie ulecieć, zasnąłbym nawet wrzucony do wrzątku. Po rozgrzewającym kubku czarnego napoju i w akompaniamencie cichego świergotu ptaków zasnąłem wręcz od razu, otoczony dziesięcioma filiżankami, dwudziestoma zapisanymi kartkami i milionem pokreślonych, podartych i pogniecionych papierzysk.
Śniły mi się gęste chmury i szczenięcy śmiech, otaczający mnie z każdej strony.
Kiedy wstałem następnego ranka, postanowiłem się przejść. Pogoda była nienaganna.
<ktoś? Trzeba rozruszać bloga!>
Zaparzyłem mocną kawę po raz dziesiąty, ale to także niewiele pomogło, bo w obliczu tak błogiego spokoju i wyczerpania całej weny, zanim zdążyła nieodwracalnie ulecieć, zasnąłbym nawet wrzucony do wrzątku. Po rozgrzewającym kubku czarnego napoju i w akompaniamencie cichego świergotu ptaków zasnąłem wręcz od razu, otoczony dziesięcioma filiżankami, dwudziestoma zapisanymi kartkami i milionem pokreślonych, podartych i pogniecionych papierzysk.
Śniły mi się gęste chmury i szczenięcy śmiech, otaczający mnie z każdej strony.
Kiedy wstałem następnego ranka, postanowiłem się przejść. Pogoda była nienaganna.
<ktoś? Trzeba rozruszać bloga!>
26.05.2019
Od Aarona cd. Gemini
Sześć miesięcy to kupa czasu. Nie mam pojęcia, kiedy to minęło. Z przerażeniem przyjąłem do wiadomości taki upływ czasu. Minęło już kilka dni, odkąd wróciliśmy do watahy. Nigdy bym sobie nie wyobrażał tego, jak bardzo mogłem tęsknić za swoją jaskinią. I za pracą! Powrót do codziennej rutyny zrobiła mi dobrze. Brakowało mi jedynie dawnej bliskości z Gemini. Ostatnio rzadko się widywaliśmy. Czas spędzony z nią był jednym z najlepszych. Teraz każde z nas ma swoje obowiązki. Właśnie szykowałem się do wyjścia do biblioteki. Pół roku zaległości. Kiedy przechodziłem przez las, dojrzałem nad swoją głową kruka. Instynktownie przywarłem do ziemi, jak najbliżej krzaków. Nienawidzę tych ptaków.
Dotarłem do biblioteki bez większych problemów. Przywitał mnie znajomy zapach książek i cisza. Tak bardzo mi tego brakowało. W ostatnim czasie nie wiedziałem nawet czy przeżyję. Jednak kocham spokój. Na szczęście już po wszystkim. Ja i Gemini jesteśmy bezpieczni. Ciekawe co u niej słychać. Ostatnio byliśmy zbyt zajęci, by się spotkać. Pójdę poszukać jej zaraz po skończonej pracy. Może będzie miała czas po pracy?
Zabrałem się więc do układania książek na półkach. Im szybciej skończę, tym szybciej spotkam się z przyjaciółką. Robiłem to szybko, jednak dokładnie. Nie mogę przecież pozwolić, by zapanowało tutaj jakiekolwiek zamieszanie. Wiem, że nawet gdybym się pomylił i odłożył tom na inne miejsce, nikt by od tego nie umarł, ale dla własnej satysfakcji musi być idealnie. Zresztą, nie było mnie tyle czasu, muszę pokazać, że dalej zależy mi na watasze. W końcu zaczęły przychodzić inne wilki. To cudowne, że jest tutaj chociaż tych kilku miłośników książek. Wydałem im odpowiednie powieści. To moja praca. Bardzo za tym tęskniłem.
Dzień minął zaskakująco szybko. Właściwie, tak jak każdy ostatnio. Żyłem ubiegłymi wspomnieniami. Nie było jeszcze późno. Mam czas, by spotkać się z Gemini. Prawda jest taka, że nie mogłem doczekać się, kiedy znowu ją zobaczę. Udałem się prosto do jej jaskini. Na szczęście, nie była daleko od miejsca mojej pracy.
- Gemini! - zawołałem przy wejściu do domu wadery. Odpowiedziała mi jedynie cisza. Nie ma jej? Racja. Teraz, skoro jesteśmy wolni, robi na co ma ochotę. Postanowiłem na nią poczekać z myślą, że niedługo się tutaj zjawi. Położyłem się przy wejściu.
W końcu było ciepło. Słońce przyjemnie grzało mnie przyjemnie w grzbiet. Wokoło radośnie śpiewały ptaki. Było przyjemnie ich posłuchać. Rozkoszowałem się chwilą. Wtedy krzaki przede mną zaszeleściły. Wyłoniła się z nich biała wilczyca.
- Gemini! - przywitałem się z nią.
Wyglądała na zaskoczoną. Ale tak pozytywnie.
- Dobrze cię widzieć - odezwała się wesoło. - Co się do mnie sprowadza?
- Pomyślałem, że moglibyśmy wybrać się na spacer - zaproponowałem. - O ile, oczywiście, masz czas.
Wilczyca pokiwała energicznie głową.
- Jasne, chodźmy - zgodziła się. - Jak minął ci dzień?
Pogrążeni w rozmowie, spacerowaliśmy dosyć długo. Las był coraz bardziej gęsty. Byliśmy tak pochłonięci, że nie zauważyliśmy jak ciemno się zrobiło. W końcu zdecydowaliśmy się wrócić do naszych domów. Przechodziliśmy właśnie niedaleko jakiś zarośli, gdy usłyszeliśmy dziwny hałas.
- Co to? - zapytałem zdziwiony, spoglądając w tamtym kierunku. Gemini również wyglądała na zaciekawioną.
- Sprawdźmy! - postanowiła, wbiegając między krzaki.
- Zaczekaj, nie możemy tak po prostu... - Nie słuchała mnie. Więc jednak możemy.
Na znajdującej się przed nami polanie leżał... Gryf! Najprawdziwszy gryf! Jego skrzydła były skrępowane grubą liną. Przechodziła ona również pomiędzy jego łapami i łbem, całkowicie uniemożliwiając mu ruch. Czyżby wpadł w pułapkę? Wyglądał młodo - był niewiele większy od nas. Jego pióra były jasno szare, zmierzwione tu i ówdzie od motania się po ziemi. Próbował uwolnić się z więzów, szamotając się w każdą stronę. Kto mógł mu to zrobić? Zresztą. Nieważne. Zwierze wyglądało, jakby było gotowe rozszarpać każdego.
- To niebezpieczne - szepnąłem do wadery, cofając się do tyłu.
<Gemini?>
Dotarłem do biblioteki bez większych problemów. Przywitał mnie znajomy zapach książek i cisza. Tak bardzo mi tego brakowało. W ostatnim czasie nie wiedziałem nawet czy przeżyję. Jednak kocham spokój. Na szczęście już po wszystkim. Ja i Gemini jesteśmy bezpieczni. Ciekawe co u niej słychać. Ostatnio byliśmy zbyt zajęci, by się spotkać. Pójdę poszukać jej zaraz po skończonej pracy. Może będzie miała czas po pracy?
Zabrałem się więc do układania książek na półkach. Im szybciej skończę, tym szybciej spotkam się z przyjaciółką. Robiłem to szybko, jednak dokładnie. Nie mogę przecież pozwolić, by zapanowało tutaj jakiekolwiek zamieszanie. Wiem, że nawet gdybym się pomylił i odłożył tom na inne miejsce, nikt by od tego nie umarł, ale dla własnej satysfakcji musi być idealnie. Zresztą, nie było mnie tyle czasu, muszę pokazać, że dalej zależy mi na watasze. W końcu zaczęły przychodzić inne wilki. To cudowne, że jest tutaj chociaż tych kilku miłośników książek. Wydałem im odpowiednie powieści. To moja praca. Bardzo za tym tęskniłem.
Dzień minął zaskakująco szybko. Właściwie, tak jak każdy ostatnio. Żyłem ubiegłymi wspomnieniami. Nie było jeszcze późno. Mam czas, by spotkać się z Gemini. Prawda jest taka, że nie mogłem doczekać się, kiedy znowu ją zobaczę. Udałem się prosto do jej jaskini. Na szczęście, nie była daleko od miejsca mojej pracy.
- Gemini! - zawołałem przy wejściu do domu wadery. Odpowiedziała mi jedynie cisza. Nie ma jej? Racja. Teraz, skoro jesteśmy wolni, robi na co ma ochotę. Postanowiłem na nią poczekać z myślą, że niedługo się tutaj zjawi. Położyłem się przy wejściu.
W końcu było ciepło. Słońce przyjemnie grzało mnie przyjemnie w grzbiet. Wokoło radośnie śpiewały ptaki. Było przyjemnie ich posłuchać. Rozkoszowałem się chwilą. Wtedy krzaki przede mną zaszeleściły. Wyłoniła się z nich biała wilczyca.
- Gemini! - przywitałem się z nią.
Wyglądała na zaskoczoną. Ale tak pozytywnie.
- Dobrze cię widzieć - odezwała się wesoło. - Co się do mnie sprowadza?
- Pomyślałem, że moglibyśmy wybrać się na spacer - zaproponowałem. - O ile, oczywiście, masz czas.
Wilczyca pokiwała energicznie głową.
- Jasne, chodźmy - zgodziła się. - Jak minął ci dzień?
Pogrążeni w rozmowie, spacerowaliśmy dosyć długo. Las był coraz bardziej gęsty. Byliśmy tak pochłonięci, że nie zauważyliśmy jak ciemno się zrobiło. W końcu zdecydowaliśmy się wrócić do naszych domów. Przechodziliśmy właśnie niedaleko jakiś zarośli, gdy usłyszeliśmy dziwny hałas.
- Co to? - zapytałem zdziwiony, spoglądając w tamtym kierunku. Gemini również wyglądała na zaciekawioną.
- Sprawdźmy! - postanowiła, wbiegając między krzaki.
- Zaczekaj, nie możemy tak po prostu... - Nie słuchała mnie. Więc jednak możemy.
Na znajdującej się przed nami polanie leżał... Gryf! Najprawdziwszy gryf! Jego skrzydła były skrępowane grubą liną. Przechodziła ona również pomiędzy jego łapami i łbem, całkowicie uniemożliwiając mu ruch. Czyżby wpadł w pułapkę? Wyglądał młodo - był niewiele większy od nas. Jego pióra były jasno szare, zmierzwione tu i ówdzie od motania się po ziemi. Próbował uwolnić się z więzów, szamotając się w każdą stronę. Kto mógł mu to zrobić? Zresztą. Nieważne. Zwierze wyglądało, jakby było gotowe rozszarpać każdego.
- To niebezpieczne - szepnąłem do wadery, cofając się do tyłu.
<Gemini?>
Od Elliota CD Shiry
Gdy nieznajoma zdradziła mi swoje imię pierwszą emocją, jaka malowała się na mojej twarzy, było zakłopotanie zmieniające się powoli w dziwaczny grymas. Pomyślałem, że o wiele bardziej cieszyłbym się na widok jakiejś wrogo usposobionej wadery, która chciałaby mnie rozszarpać, nie zadając przy tym żadnych pytań i nie udzielając żadnej odpowiedzi. Na palcach jednej łapy nie policzyłbyś, ile wstydu mógłbym sobie wtedy zaoszczędzić!
Wystarczyłoby parę razy umiejętnie powtórzone chaps-gryz, abym raz na zawsze pożegnał się z powracającym krwawieniem z nosa i z życiem w ogóle. Nagle z zarośli wyłoniła się tygrysica, jak mogłem przypuszczać towarzyszka mojej nowo poznanej znajomej. Wzdrygnąłem się.
- [...] albo mogę cię poszczuć tygrysem - rzuciła Shira, spoglądając na swoją koleżankę.
W zasadzie mówiła też coś o dołączeniu do watahy, ale to właśnie jedne z ostatnich słów zupełnie mnie zmroziły. Mając przed sobą całkiem silnego zwierza, wizja bycia rozszarpanym nie brzmi tak dobrze, jak brzmiała przedtem. W myślach obiecałem sobie, że już nigdy nie będę narzekać na swój opłakany stan fizyczny. Byle ta nasza miła pogawędka nie zamieniła się w walkę, bo mój krwotok z nosa mógłby jakimś sposobem rozprzestrzenić się na całe ciało. A takiej dolegliwości jak przypuszczam jeszcze trudniej się pozbyć.
- Ell...Elliot - wydukałem pod nosem całkowicie pozbawiony pewności siebie.
Nastała chwila tak niezręcznego milczenia, że o mało co znowu nie zacząłem uderzać głową o pień.
- Jestem Elliot. Z chęcią dołączyłbym do jakiejś watahy… to znaczy, jeśli nie sprawiam tym żadnych kłopotów to chętnie, naprawdę chętnie, Szara - powiedziałem trochę głośniej, co mi ślina na język przyniosła.
- Shira - oschle poprawiła mnie tygrysica.
- A tak! No tak, Shira - spojrzałem w dół, żeby ukryć moje rosnące zażenowanie samym sobą.
Obie zmierzyły mnie rozbawionym wzrokiem.
- Świetnie, w takim razie zaprowadzę cię do alfy! - odrzekła radośnie, biła od niej czysta euforia, która mi także zaczęła się udzielać.
Zanim wyruszyliśmy, wreszcie dokładnie się jej przyjrzałem. Rozłożyste skrzydła wilczycy zrobiły na mnie niemałe wrażenie.
- Szara, wyglądasz zupełnie jak raniuszek. Tylko że w takiej wilczej wersji - rzuciłem, żeby podtrzymać rozmowę.
Ona tylko serdecznie się zaśmiała, puszczając kolejne przeinaczenie jej imienia mimo uszu.
- Ruszajmy więc! - zawołała.
Spoglądając na pojedynczą kropelkę krwi z mojego nosa, która ozdobiła teraz źdźbło trawy, doszło do mnie, że nawet nie zauważyłem swojego cudownego uzdrowienia, a decyzję o dołączeniu do watahy podjąłem zupełnie pod wpływem chwili.
A co mi tam. Raz się żyje!
<Shira prowadź!>
Wystarczyłoby parę razy umiejętnie powtórzone chaps-gryz, abym raz na zawsze pożegnał się z powracającym krwawieniem z nosa i z życiem w ogóle. Nagle z zarośli wyłoniła się tygrysica, jak mogłem przypuszczać towarzyszka mojej nowo poznanej znajomej. Wzdrygnąłem się.
- [...] albo mogę cię poszczuć tygrysem - rzuciła Shira, spoglądając na swoją koleżankę.
W zasadzie mówiła też coś o dołączeniu do watahy, ale to właśnie jedne z ostatnich słów zupełnie mnie zmroziły. Mając przed sobą całkiem silnego zwierza, wizja bycia rozszarpanym nie brzmi tak dobrze, jak brzmiała przedtem. W myślach obiecałem sobie, że już nigdy nie będę narzekać na swój opłakany stan fizyczny. Byle ta nasza miła pogawędka nie zamieniła się w walkę, bo mój krwotok z nosa mógłby jakimś sposobem rozprzestrzenić się na całe ciało. A takiej dolegliwości jak przypuszczam jeszcze trudniej się pozbyć.
- Ell...Elliot - wydukałem pod nosem całkowicie pozbawiony pewności siebie.
Nastała chwila tak niezręcznego milczenia, że o mało co znowu nie zacząłem uderzać głową o pień.
- Jestem Elliot. Z chęcią dołączyłbym do jakiejś watahy… to znaczy, jeśli nie sprawiam tym żadnych kłopotów to chętnie, naprawdę chętnie, Szara - powiedziałem trochę głośniej, co mi ślina na język przyniosła.
- Shira - oschle poprawiła mnie tygrysica.
- A tak! No tak, Shira - spojrzałem w dół, żeby ukryć moje rosnące zażenowanie samym sobą.
Obie zmierzyły mnie rozbawionym wzrokiem.
- Świetnie, w takim razie zaprowadzę cię do alfy! - odrzekła radośnie, biła od niej czysta euforia, która mi także zaczęła się udzielać.
Zanim wyruszyliśmy, wreszcie dokładnie się jej przyjrzałem. Rozłożyste skrzydła wilczycy zrobiły na mnie niemałe wrażenie.
- Szara, wyglądasz zupełnie jak raniuszek. Tylko że w takiej wilczej wersji - rzuciłem, żeby podtrzymać rozmowę.
Ona tylko serdecznie się zaśmiała, puszczając kolejne przeinaczenie jej imienia mimo uszu.
- Ruszajmy więc! - zawołała.
Spoglądając na pojedynczą kropelkę krwi z mojego nosa, która ozdobiła teraz źdźbło trawy, doszło do mnie, że nawet nie zauważyłem swojego cudownego uzdrowienia, a decyzję o dołączeniu do watahy podjąłem zupełnie pod wpływem chwili.
A co mi tam. Raz się żyje!
<Shira prowadź!>
25.05.2019
Od Krzemienia
- Tato?- Wadera mruknęła mi do ucha, leżąc obok. To już jej trzecie zapytanie tej nocy.
- Próbuję spać.- Jęknąłem.
- Czyli sen jest ważniejszy ode mnie? Nieźle, nie ma to jak priorytety.
Szturchnąłem ją bokiem, śmiejąc się gardłowo.
- To było poniżej pasa. No, gadaj co tym razem.- Nadal leżałem jak do snu, ale już z uśmiechem. Zamyśliła się.
- Co byś powiedział, gdybym wyszła na wycieczkę?
- Często wychodzisz.- Westchnąłem.- Więc pewnie nic.
- Ale to byłaby taka dłuższa wycieczka...no wiesz, poważna.
- Jak długa.
- Właśnie nie wiem.
Otworzyłem jedno oko.
- Miesiąc?
- Nie.
- Pół roku?
- Nie...
- No nie mów, że rok.
- Tato...
- Na jak długo?
- Nie wiem. - Jej pyszczek wykrzywił grymas.- Chcę odejść. Po prostu chcę.
Poczułem się, jakby jakiś żelazny klin wbił mi się pomiędzy płuca. Długo milczałem.
- A-ale nie martw się, nie będę sama. Dzieciaki z makowych wzgórz chcą iść ze mną. Też mają trochę dość, chcą zasmakować trochę dojrzałości.
"Dość"? Ałć.
- Ha, uciekanie na złamany kark na pewno jest baaardzo dojrzałe!- Zaśmiałem się trochę zbyt uszczypliwie.
- Jakbyś ty sam mnie tego nie nauczył. Całe życie tylko uciekałeś.
- Byłem dorosły i o wiele silniejszy. Parę miesięcy góra i coś cię w końcu tam zabije, zobaczysz.
- Oh, daj spokój! Będę z nimi bezpieczna.
- Z tą bandą żółtodziobów? Przestań, ty ich przecież w ogóle nie znasz!
- To ty ich nie znasz! Mnie też nie najwyraźniej. Inaczej zrozumiałbyś moje potrzeby.
- Ale ja je znam. Zaspokajam je, od kiedy pamiętam jak cholerny robocik. Chciałaś piosenek i zabawy, dawałem ci to. Jedzenia, ciepła, zajęcia, pocieszenia, pochwały, przytulenia, proszę bardzo!
- Zaspokajałeś tylko swoje. Wiem, nikt nie lubi się czuć samotny i niepotrzebny, to nic złego, ale mógłbyś zrozumieć, że to dla mnie robi się męczące. Przepraszam, jeśli chcę być taka jak ty; dorosła. Pozwól mi być samowystarczalną, być gdzieś indziej niż pod twoją ochroną, być trochę bardziej...szczęśliwą.
- A tutaj nie jesteś?
- Spójrz chociaż raz na szczęście inne niż swoje własne, dobra?
Nozdrza falowały mi jak u byka. Zaciskałem zęby tak mocno, że aż myślałem, że szkliwo nie wytrzyma. Byłem wściekły i zraniony jednocześnie. Nie chciałem jej puścić, nie miałem niczego prócz tej małej.
Musiałem ochłonąć aż do następnego wieczora.
- Rób, jak chcesz. Idź, jak musisz, zgoda.- Burknąłem, bijąc się z sumieniem.- Tylko zrób to bez ogłaszania, nie mam ochoty tego oglądać.
- Dziękuję. Wiedziałam, że zmienisz zdanie.- Przytuliła mnie.- Kiedyś wrócę, odwiedzę cię, obiecuję.
Każdego dnia budziłem się jak poparzony, by sprawdzić, czy obok mnie leży. Gdy porabiała cokolwiek za moimi plecami, byłem pewien, że gdy się odwrócę, jej już tam nie będzie. Mogła to zrobić kiedykolwiek, więc każdy kolejny dzień był grą w ruletkę. Nie dziś. Nie dziś.
Kiedy pewnego poranka obudziłem się sam, coś we mnie uderzyło. To mordercze oczekiwanie w końcu się skończyło, ale szoku nie czułem. Byłem już tak zaznajomiony z tą sytuacją, przeżywałem ją w głowie każdego poranka, że nie poczułem nic. Posmęciłem się po kuchni, wziąłem herbatę, przysiadłem pod wyjściem do jaskini i wbrew logicznemu rozsądkowi szukałem jej sylwetki gdzieś pośród drzew. Nie czułem nic, tylko łzy same leciały mi po policzkach.
***
To się chyba stało moją poranną rutyną. Codziennie po wstaniu muszę przez parę minut obserwować widok z wyjścia to nory, jaskini, pieczary, dziupli, czy gdzie ja tam nocowałem. Zawsze wypatrywałem, zawsze było tak samo pusto, a ja i tak jak głupek się upewniałem. Zostawiałem w każdym noclegu małą, metalową figurę wilczycy dla oznaczenia miejsc, gdzie mogłaby mnie szukać. Jak naiwnie.
Minął rok. Trochę podróżowałem, smęciłem się po świecie, próbowałem się zabić, pogodziłem się z losem i smęciłem się dalej. Z czasem mi chyba przeszło. Kiedy samotność zaczęła doskwierać mi na tyle, że gadałem z obiadem, gdzieś tam dołączyłem, chyba to nawet wataha. A czemu nie, wydają się mili i chyba nie chcą mnie zabić. Jedna ja robię się coraz starszy, słabszy, potrzeba mi watahy. Heh, a kiedy będę już na tyle zdesperowany i zacznę siwieć, może nawet nazwę to rodziną.
***
Wypatrywałem jak zwykle co ranek. Nie spodziewałem się, że coś mi w końcu wybuchnie przed oczami. Gęsty las daleko ode mnie przeszył nagły błysk i jakby chałas, który rozniósł się po okolicy. Apokalipsa jak nic, heh. Albo mroczny kosiarz w końcu odgrzebał mnie z rejestru i postanowił zabrać. A może moja malutka naprawdę wróciła, przecież obiecała. Popędziłem przez las, bardziej z ciekawości niż by wpaść w ramiona śmierci. Nie tak szybko złotko, schowaj kosę na inną okazję.
(Ktoś dotrwał do końca?)
- Próbuję spać.- Jęknąłem.
- Czyli sen jest ważniejszy ode mnie? Nieźle, nie ma to jak priorytety.
Szturchnąłem ją bokiem, śmiejąc się gardłowo.
- To było poniżej pasa. No, gadaj co tym razem.- Nadal leżałem jak do snu, ale już z uśmiechem. Zamyśliła się.
- Co byś powiedział, gdybym wyszła na wycieczkę?
- Często wychodzisz.- Westchnąłem.- Więc pewnie nic.
- Ale to byłaby taka dłuższa wycieczka...no wiesz, poważna.
- Jak długa.
- Właśnie nie wiem.
Otworzyłem jedno oko.
- Miesiąc?
- Nie.
- Pół roku?
- Nie...
- No nie mów, że rok.
- Tato...
- Na jak długo?
- Nie wiem. - Jej pyszczek wykrzywił grymas.- Chcę odejść. Po prostu chcę.
Poczułem się, jakby jakiś żelazny klin wbił mi się pomiędzy płuca. Długo milczałem.
- A-ale nie martw się, nie będę sama. Dzieciaki z makowych wzgórz chcą iść ze mną. Też mają trochę dość, chcą zasmakować trochę dojrzałości.
"Dość"? Ałć.
- Ha, uciekanie na złamany kark na pewno jest baaardzo dojrzałe!- Zaśmiałem się trochę zbyt uszczypliwie.
- Jakbyś ty sam mnie tego nie nauczył. Całe życie tylko uciekałeś.
- Byłem dorosły i o wiele silniejszy. Parę miesięcy góra i coś cię w końcu tam zabije, zobaczysz.
- Oh, daj spokój! Będę z nimi bezpieczna.
- Z tą bandą żółtodziobów? Przestań, ty ich przecież w ogóle nie znasz!
- To ty ich nie znasz! Mnie też nie najwyraźniej. Inaczej zrozumiałbyś moje potrzeby.
- Ale ja je znam. Zaspokajam je, od kiedy pamiętam jak cholerny robocik. Chciałaś piosenek i zabawy, dawałem ci to. Jedzenia, ciepła, zajęcia, pocieszenia, pochwały, przytulenia, proszę bardzo!
- Zaspokajałeś tylko swoje. Wiem, nikt nie lubi się czuć samotny i niepotrzebny, to nic złego, ale mógłbyś zrozumieć, że to dla mnie robi się męczące. Przepraszam, jeśli chcę być taka jak ty; dorosła. Pozwól mi być samowystarczalną, być gdzieś indziej niż pod twoją ochroną, być trochę bardziej...szczęśliwą.
- A tutaj nie jesteś?
- Spójrz chociaż raz na szczęście inne niż swoje własne, dobra?
Nozdrza falowały mi jak u byka. Zaciskałem zęby tak mocno, że aż myślałem, że szkliwo nie wytrzyma. Byłem wściekły i zraniony jednocześnie. Nie chciałem jej puścić, nie miałem niczego prócz tej małej.
Musiałem ochłonąć aż do następnego wieczora.
- Rób, jak chcesz. Idź, jak musisz, zgoda.- Burknąłem, bijąc się z sumieniem.- Tylko zrób to bez ogłaszania, nie mam ochoty tego oglądać.
- Dziękuję. Wiedziałam, że zmienisz zdanie.- Przytuliła mnie.- Kiedyś wrócę, odwiedzę cię, obiecuję.
Każdego dnia budziłem się jak poparzony, by sprawdzić, czy obok mnie leży. Gdy porabiała cokolwiek za moimi plecami, byłem pewien, że gdy się odwrócę, jej już tam nie będzie. Mogła to zrobić kiedykolwiek, więc każdy kolejny dzień był grą w ruletkę. Nie dziś. Nie dziś.
Kiedy pewnego poranka obudziłem się sam, coś we mnie uderzyło. To mordercze oczekiwanie w końcu się skończyło, ale szoku nie czułem. Byłem już tak zaznajomiony z tą sytuacją, przeżywałem ją w głowie każdego poranka, że nie poczułem nic. Posmęciłem się po kuchni, wziąłem herbatę, przysiadłem pod wyjściem do jaskini i wbrew logicznemu rozsądkowi szukałem jej sylwetki gdzieś pośród drzew. Nie czułem nic, tylko łzy same leciały mi po policzkach.
***
To się chyba stało moją poranną rutyną. Codziennie po wstaniu muszę przez parę minut obserwować widok z wyjścia to nory, jaskini, pieczary, dziupli, czy gdzie ja tam nocowałem. Zawsze wypatrywałem, zawsze było tak samo pusto, a ja i tak jak głupek się upewniałem. Zostawiałem w każdym noclegu małą, metalową figurę wilczycy dla oznaczenia miejsc, gdzie mogłaby mnie szukać. Jak naiwnie.
Minął rok. Trochę podróżowałem, smęciłem się po świecie, próbowałem się zabić, pogodziłem się z losem i smęciłem się dalej. Z czasem mi chyba przeszło. Kiedy samotność zaczęła doskwierać mi na tyle, że gadałem z obiadem, gdzieś tam dołączyłem, chyba to nawet wataha. A czemu nie, wydają się mili i chyba nie chcą mnie zabić. Jedna ja robię się coraz starszy, słabszy, potrzeba mi watahy. Heh, a kiedy będę już na tyle zdesperowany i zacznę siwieć, może nawet nazwę to rodziną.
***
Wypatrywałem jak zwykle co ranek. Nie spodziewałem się, że coś mi w końcu wybuchnie przed oczami. Gęsty las daleko ode mnie przeszył nagły błysk i jakby chałas, który rozniósł się po okolicy. Apokalipsa jak nic, heh. Albo mroczny kosiarz w końcu odgrzebał mnie z rejestru i postanowił zabrać. A może moja malutka naprawdę wróciła, przecież obiecała. Popędziłem przez las, bardziej z ciekawości niż by wpaść w ramiona śmierci. Nie tak szybko złotko, schowaj kosę na inną okazję.
(Ktoś dotrwał do końca?)
24.05.2019
Info v2
Haj ludy! Z racji tego, iż mój czas oraz chęci są ograniczone, a nie chcę żeby ta wataha umarła, to chcę kogoś na zastępcę, żeby podtrzymywał życie. Musi być to ktoś aktywny, z zasobem czasu i obeznaniem z takimi blogami. Chciałabym zobaczyć co o tym myślicie, więc napiszcie swoje zdanie w komentarzach.
~Pozdrawiam, Lia c:
Nowy basior! Krzemień (apokalipsa nowych wilków xDD)
Autor grafiki: MykalaBlue
Właściciel: Wysowca@gmail.com
Imię: Krzemień
Wiek: 9 lat
Płeć: Basior
Żywioł: Metal i Elektryczność
Stanowisko: Opiekun szczeniaków i Nauczyciel czytania i pisania
Cechy fizyczne: Jest ze mnie wysoki, ale mało postawny wilk. Lata młodości mam dawno za sobą, więc i formę mam godną politowania. Poza tym trochę żylasty, ale nie kościsty. Futro w kolorach grafitu, kredy i żółci.Kiedy używam żywiołu metalu, grafitowe elementy rozlewają się na całe ciało i nabierają metalicznego blasku, kiedy elektryczności- żółć strzela iskrami. Czarne tęczówki przkrywają większość gałki, a oczy wyglądają na często przekrwione przez alergię na kurz, przez którą w zapylonych wilczych jaskiniach zdarza mi się kichać. Irytujące, wiem.
Cechy charakteru: Część wilków, widzących podstarzałego pana uganiającego się za maluchami, automatycznie nie ma o nim zbyt dobrego zdania. Rozumiem, że to podejrzane, ale nie macie się co bać o swoje szczeniaki, nie jestem pedofilem, przyrzekam. Jest ze mnie po prostu świetny opiekun- dzieciaki mnie kochają, nieskromnie mówiąc. Nic dziwnego, nie mam żadnych oporów przed wygłupianiem się. Mogę być świetnym kompanem do zabaw, potworem który "wrrr, zaraz cię zjeeeem", przeciwnikiem do zapasów, nauczycielem i obrońcą (kiedy trzeba) w jednym. Dla szkrabów wszystko. Jednak dla dorosłych bywam już bardziej oschły. Arogancki czy sarkastyczny to za dużo powiedziane, jakieś pokłady wyrozumiałości jeszcze posiadam. Dobroci również, coś tam wyskrobię. Czasami rzucę czymś niemiłym i zrzędliwym, albo będę się stawiać wyżej od rozmówcy, taki już mój odruch wyrobiony podczas kryzysu wieku średniego. Cóż, kiedyś byłem bardziej życzliwy niż teraz. Stałem się chciwy, zrzędliwy i straciłem honor. Za to nabrałem wiedzy, poczucia humoru, trochę ekscentryczności, dostałem łatkę dziwaka, obsesyjnie unikającego dojrzałej płci pięknej. Cholibka...już mówiłem, że nie jestem pedofilem?
Cechy szczególne: Wieczny, ciągnący się za mną pech i niezdarność oraz brak części tylnych zębów. Jakoś tak powypadały ze starości.
Lubi: Warzywka( na czele z bakłażanem), szczeniaki, Aloes, świecidełka i drogie błysotki, czytać stare zakurzone księgi i zwoje, nadużywać słowa "cholibka" i tworzyć hobbistycznie biżuterię.
Nie lubi: Surowego mięsa, długich biegów, jak ktoś jest mądrzejszy od niego, rozkapryszenia, kurzu, odczuwa awersję względem żywiołów mrocznych. Sądzi, że to od nich pochodzi jego klątwa pecha.
Boi się: czarnej magii, wader (To tak z boku wygląda, jednak nie do końca tak jest. Doczytaj w historii)
Moce:
- Zamiana własnego futra w gładką, lśniącą powłokę ze metalu.
- Wyginanie i zmiana stanu skupienia każdego rodzaju metalu siłą woli (im większa masa obiektu tym gorzej to wychodzi)
- Uziemienie ( ciało działa wtedy jak piorunochron i odzyskuje energię)
- Naelektryzowanie (Można kogoś porazić, działa lepiej w połączeniu z metalowym futrem)
- Sprowadzanie chwilowego pecha na blisko znajdujące się wilki (nic groźnego: potknięcia, poślizgnięcia, wytręcanie z rąk, ugryzienia w język). To nie jest moc wynikająca z żywiołu, mój pech może być po prostu bardzo zaraźliwy.
Historia: W moim życiu zaczęło się źle dziać kiedy postanowiłem się ożenić. Znaczy, samo małżeństwo nie było takie złe, wadera była miła, dobra i młoda, nie ma co narzekać. Problem pojawił się gdy umarła. Tragicznie, niedługo po ślubie, zagryziona przez niedźwiedzia. Horror. Myślałem, już nigdy się nie pozbieram, opłakiwałem, przestałem jeść, milczałem - ale jak to w życiu bywa, wkrótce zapomniałem. Znalazłem drugą, równie uroczą. Pół roku później trafiona piorunem. Trzecia- zmiażdzenie przez głazy. Czwarta- śmierć przy porodzie, razem ze szczeniakiem. Piąta- przedawkowanie magii. Szósta- samobójstwo. Siódmej nawet nie odnaleziono. Reszta watahy była bezradna, stopniowo odcinała mnie od grupy, wadery zaczęły mnie unikać, jakby się bały. Mówili że przyciągam pecha, że "przeklęty, przeklęty". Może mieli rację, sam nie wiem. Postanowiłem zasięgnąć pomocy u tamtejszej szeptuchy. Stara wiedźmia odprawiła nade mną parę czarów, zapaliła kadzidła, próbowała czytać z mojej aury, czymkolwiek to było. Wataha miała rację, coś niedobrego się we mnie zalęgło. Szeptucha opisywała to jako rozpiejące paskudztwo w trzewiach, obrzydliwe piętno pecha. Wiedziała oczywiście, jak takie dziwactwa się wygania, ale nie do końca już jakie to może mieć skutki uboczne. Oczywiście, że się zgodziłem, cholibka. Po tylu latach głód samotności nie dawał żyć, ja chciałem żony, rodziny i dachu nad głową, żebym miał gdzie umrzeć w spokoju. Przygotowania trwały długo, może nawet miesiącami. Poddała mnie rytuałowi, jak to pięknie nazwała, "rytułałowi pisanki". Chciała wycisnąć ze mnie tą bestię pecha, jak wyciska się jajko z wydmuszki. Nie ma co ukrywać, bolało. Jednak nie udało się, pech częściowo pozostał. Przez takie ilości napierających czarów wsiąkł we mnie jeszcze bardziej, ukrył się, stał się częścią mnie. Nie wiem czy nadal może mi zabijać żony, ale szczerze to boję się przekonywać. Nie chcę więcej rozczarowań ani kolejnych śmierci. Jednak nadal chcę rodziny. Nie miałem własnej, więc z potrzeb rodzicielskich zostałem opiekunem. Szczeniaki dawały tą namiastkę ojcostwa, której nigdy nie mogłem sporzytować. Jakiś czas później zaadoptowałem jednego nygusa, wredny diaboł, ale i tak mi się spodobał. Nazwałem ją Aloes. Wataha i tak mnie nie chciała, więc sam odszedłem- ale nygusa wziąłem ze sobą. Od dawna widziałem w niej kogoś wielkiego. Nie bała się niczego, była dzielniejsza i zdolniejsza od basiorków w swoim wieku, bardziej pyskata i zabawna, ma to po mnie, haha. Jednak kiedyś musiała dorosnąć, a gdy ten czas nastał, pożegnała się i odeszła. Trochę mi jej brakuje, ale obiecała, że wróci. Na pewno wróci.
Zauroczenie: Lepiej dla pań, że nawet nie próbuję.
Głos: Chrapliwy, niezbyt melodyjny i do tego niski.
Partner: Wdowiec, aktualnie nie posiadam.
Szczeniaki: brak
Rodzina: Mam adoptowaną córkę Aloes.
Jaskinia: Ze względu na moją alergię na kurz, jaskinię mam wyrytą w gładkiej, twardej białej skale. Nie ma miejsca na brud, a ten, który trafia do środka przez wiatr- musi zniknąć. Natychmiast. Won. W najgłębszym pokoju mam bibliotekę i pracownię jubilerską, bliżej wyjścia spiżarnię z warzywami i tego typu zapasami, obok palenisko i kąt do spania dla dwóch osób. Kto wie, może kiedyś wróci.
Medalion: Wisi na lewym uchu- drobny, gładki, szeroki kolczyk z białego złota.
Towarzysz: Brak
Inne zdjęcia: brak
Przedmioty kupione w sklepie: brak
Dodatkowe informacje: Z powodu braku części zębów przerzuciłem się na pokarm, który o wiele łatwiej przeżuwać. Preferuję warzywka, wszelaką zieleninę i owocki,a mięso- tylko w postaci rozgotowanej paćki pływającej w bulionie.
Umiejętności:
: Siła: 50
: Zręczność: 100
: Wiedza: 190
: Spryt: 150
: Zwinność: 80
: Szybkość: 30
: Mana: 200
22.05.2019
Od Tenshi do Seibutsu
Więc trzeba teraz szukać gdzie mieszka? Pfff, jeszcze czego! Jakbym miała mało na głowie. Wiosna to najlepsza pora roku na hodowanie zwierząt, a nie włóczenie się szukając domu, dla jakiegoś randoma. Przyznam, że nie chętnie tam chodzę, więc ryzyko ugryzienia mnie jest prawie zerowe.
- Dobra, chodź. Potem się zajmiemy formalnościami - westchnęłam idąc powolnym krokiem w stronę gór. Drewno powlekł się za mną. Po jakimś czasie doszliśmy do miejsca, w którym wyraźnie czuć było zgniliznę. Z kwaśną miną przeskoczyłam przez wystający korzeń, który już lekko podsychał, po czym znalazłam się przed kamienisto-błotnistą ścieżką, prowadzącą w górę. Przekazałam Drewnu wzrokiem, że musimy się spieszyć. Żwawo wyszliśmy do góry, skąd było widać kawałek gór, oraz tło drzew.
- Poznajesz teren? - spytałam. Samiec popatrzył nie pewnie na ścieżkę i powęszył w powietrzu
- Powinniśmy iść w prawo - powiedział po chwili, zeskakując z głazu. Zlazłam za nim, gdyż-bądźmy szczerzy-moje łapy zaczęły dawać o sobie znać. Przez zimę nigdzie szczególnie się nie ruszałam, więc takie nagłe wędrówki po górach nie były za ciekawym pomysłem. Po jakimś czasie basior zboczył ze ścieżki, więc również skręciłam, najpierw upewniając się czy w okolicy nie ma umarlaków. I teraz falowanie. W górę, potem w dół, potem znowu w górę.... i w dół aż się wyrównało. Znaleźliśmy się w miejscu, w którym mogłam wyraźnie zobaczyć miejsce w którym stałam, gdy jakiś umarlak przeleciał mi kilka dni temu przed twarzą. W oddali usłyszałam wycie zmarłego, ale jakoś się tym na razie nie przejmowałam. Basior najwyraźniej wiedział gdzie ma iść, po pewnym krokiem schodził coraz bardziej w dół, aż w końcu na jakąś polankę. Potem lasek, potem sama nie wiem co, trza było ominąć grupkę trupów, nic nadzwyczajnego. W końcu się zagapiłam, przez co z impetem i zadławiając się powietrzem wpadłam w dziurę, lądując na paprotkach
- I widzisz coś zrobiła? Kwiatki mi zniszczyłaś - Usłyszałam z góry głos Seby. Czyli to jest jego jaskinia, tak?
<Seibutsu?>
- Dobra, chodź. Potem się zajmiemy formalnościami - westchnęłam idąc powolnym krokiem w stronę gór. Drewno powlekł się za mną. Po jakimś czasie doszliśmy do miejsca, w którym wyraźnie czuć było zgniliznę. Z kwaśną miną przeskoczyłam przez wystający korzeń, który już lekko podsychał, po czym znalazłam się przed kamienisto-błotnistą ścieżką, prowadzącą w górę. Przekazałam Drewnu wzrokiem, że musimy się spieszyć. Żwawo wyszliśmy do góry, skąd było widać kawałek gór, oraz tło drzew.
- Poznajesz teren? - spytałam. Samiec popatrzył nie pewnie na ścieżkę i powęszył w powietrzu
- Powinniśmy iść w prawo - powiedział po chwili, zeskakując z głazu. Zlazłam za nim, gdyż-bądźmy szczerzy-moje łapy zaczęły dawać o sobie znać. Przez zimę nigdzie szczególnie się nie ruszałam, więc takie nagłe wędrówki po górach nie były za ciekawym pomysłem. Po jakimś czasie basior zboczył ze ścieżki, więc również skręciłam, najpierw upewniając się czy w okolicy nie ma umarlaków. I teraz falowanie. W górę, potem w dół, potem znowu w górę.... i w dół aż się wyrównało. Znaleźliśmy się w miejscu, w którym mogłam wyraźnie zobaczyć miejsce w którym stałam, gdy jakiś umarlak przeleciał mi kilka dni temu przed twarzą. W oddali usłyszałam wycie zmarłego, ale jakoś się tym na razie nie przejmowałam. Basior najwyraźniej wiedział gdzie ma iść, po pewnym krokiem schodził coraz bardziej w dół, aż w końcu na jakąś polankę. Potem lasek, potem sama nie wiem co, trza było ominąć grupkę trupów, nic nadzwyczajnego. W końcu się zagapiłam, przez co z impetem i zadławiając się powietrzem wpadłam w dziurę, lądując na paprotkach
- I widzisz coś zrobiła? Kwiatki mi zniszczyłaś - Usłyszałam z góry głos Seby. Czyli to jest jego jaskinia, tak?
<Seibutsu?>
21.05.2019
Od Stromy- Włóżmy Cienie między bajki... I z II
Gdy w końcu się ustatkowałam postanowiłam rozpocząć dzień od pracy. Nie widziałam na razie aby jakiś maluch chciał uczyć się latać, dlatego postanowiłam udać się na patrol. Rozejrzałam się jeszcze po przyjemnej okolicy i wzbiłam się w powietrze.
**Time skip- Jaskinie Dziurawe**
Myślałam, że już nic ciekawego się nie wydarzy. Od ponad godziny latałam nad terenami watahy i nie zauważyłam nic niepokojącego. Gdy doleciałam nad Jaskinie Dziurawe mój wzrok przykuł dziwny cień. Wylądowałam przy jednej z dziur. "Przykleiłam" się do skały i wypatrywałam tajemniczego cienia. Wypatrzyłam moją "ofiarę" i uważnie ją skanowałam wzrokiem. Tajemniczy cień to tak naprawdę dziwny wilk. Był średniej wielkości, zamiast normalnego ciała był czarną mgłą. Złote, błyszczące i złowrogie ślepia doskonale się wyróżniały. Wyglądał groźnie.
Siedziałam tam jeszcze chwilę, aż zauważyłam, że dziwny stwór unika światła. Nabrałam odwagi i ostrożnie wleciałam przez otwór do jaskini. Byłam gotowa by w razie potrzeby błyskawicznie odlecieć.
-Kim jesteś i co robisz na terenach Watahy Mrocznych Skrzydeł?!- Złote ślepia zwróciły się w moją stronę
-Ssssssprawili ssssobie sssstrażnika powietrza. - zignorował moje pytanie.
-Kim jesteś?!- Spytałam ponownie
-Nie widać? Jesssstem cieniem... Przybliż ssssie drogie dziecko. Nie zrobię Ci krzywdy.- Niepewnie obniżyłam lot. Byłam już w częściowym cieniu. Złotooki nagle podszedł i dodał
-Jesssstem Roko. Alfa upadłych wilczych dusssz. Dołącz do mnie wilku wolnośśśści...- zmaterializował się i na mnie wskoczył. Nie spodziewając się takiego ataku ledwo zrobiłam unik, ale wtedy całkiem znalazłam się w cieniu. Nagle zauważyłam jeszcze 3 inne pary oczu. Trzy kolejne postacie wyglądały zupełnie jak Roko. Różniły się tylko kolorami oczu. Zaczęły się szepty: "Wilku wolności... Dołącz do nassss. Czekamy na Ciebie..."
Nie zauważyłam nawet kiedy zostałam otoczona.
Nadal latałam ale powoli się męczyłam byłam w powietrzu ponad godzinę, a jeszcze nie zregenerowałam w pełni sił po podróży. Powoli byłam zmuszona obniżyć lot. Nie miałam szans na ucieczkę. Zmęczona gwałtownie opadłam na skałę. Nastroszyłam sierść i obserwowałam wrogów, cicho warczałam. Nagle jeden z tych cieni do mnie doskoczył, a ze mnie tak samo z siebie wystrzeliło światło.
-wow...- *Nie sądziłam że tak umiem*-pomyślałam. Cienie się cofnęły.
Ich Roko jednak został tam, gdzie stał (jeśli można powiedzieć o niematerialnej postaci, że stoi).
-Jesssszcze do nasss dołączysssz... Przed przeznaczeniem nie uciekniessssz wilku wolności. Kiedyśśś ssstracisssz ssskrzy- przerwałam mu
-KŁAMIESZ!- Zrobiło mi się gorąco, a po chwili rozbłysło intensywne światło. Cienie gdzieś znikły. Mogłam tylko usłyszeć ich śmiechy.
Światło zgasło, mi zrobiło się słabo. Zobaczyłam jeszcze kilka mroczków i straciłam przytomność...
20.05.2019
Od Gemini cd Aarona
Pierwszy raz od bardzo dawna nie spałam tak spokojnie. Przede wszystkim, nie dręczyły mnie koszmary. Odetchnęłam głęboko i z uśmiechem otworzyłam oczy. Nie powiem, było mi bardzo mięciutko i ciepło. Po chwili zdałam sobie sprawę, że przygniotłam biednego Aarona, lecz on spał równie twardo jak ja przed chwilą. Wstałam i rozciągnęłam się. Przez chwilę wpatrywałam się w Aarona, zastanawiając się, czy go obudzić, czy jednak zostawić i później wrócić z jedzeniem. Całe szczęście nie musiałam podejmować decyzji, ponieważ basior sam ją podjął. Mruknął i zaczął się rozciągać, jeszcze śpiąc.
- Cześć! - powiedziałam i uśmiechnęłam się do Aarona. Zaspany odpowiedział mi uśmiechem.
- Idę poszukać czegoś do jedzenia, więc zaraz będę.
- Czekaj idę z tobą!
***
- Jak się czujesz? - zapytałam Aarona. Szliśmy wydeptaną ścieżką, pod drzewami, gdzie promienie słońca przyjemnie grzały futro. Dopiero teraz zauważyłam upływ czasu. Jeszcze niedawno była zima, a wiosny nawet nie poczułam. Teraz powoli zbliża się lato! Ciekawe jak długo nas nie było...
- Dobrze. A ty? - odparł Aaron. Zadrżałam lekko. Nie wiem, czy jest mi wewnętrznie dobrze, czy może nazwać to poprostu pustką. Tak, dzisiaj chyba nic nie czuję.
- Też. - uśmiechnęłam się i lekko westchnęłam. Po chwili wrzasnęłam
- Kto ostatni przy tamtym drzewie to frajer! - ze śmiechem popędziłam przed siebie. Aaron nie wiele myśląc pobiegł za mną, ze zdziwieniem i rozbawieniem na pysku.
***
-Gemini, znowu odpłynęłaś. - zaśmiał się Aaron. Rzeczywiście, znowu odleciałam gdzieś myślami. Najgorsze jest to, że niewiele pamiętam z poprzednich paru godzin. W tym polowania. Zawsze parę dni po przemianie tak mam. Męczące to jest. Spojrzałam na swoje futerko i moje serce zaczęło bić jak oszalałe, gdy po chwili uświadomiłam sobie, że krew na mnie jest przecież po jedzeniu. Skarciłam siebie w myślach i zaczęłam wylizywać ostrożnie futro. Nie zauważyłam jak Aaron bacznie mi się przyglądał.
***
- Jesteśmy już blisko! - powiedział Aaron i przyspieszył kroku. Gdy w końcu dotarliśmy na tereny watahy, wilki zdziwione się na nas patrzyły. Spojrzałam na siebie, ale nic na futerku nie miałam. To chyba musiała być grubsza sprawa. W pewnym momencie podeszła do nas Lia i ze stoickim spokojem odezwała się.
- Coś długo was nie było. Wataha uznała waszą dwójkę za martwą. - Wciągnęłam ze świstem powietrze i zapytałam się.
- Ile dokładnie nas nie było?
- Hm... Gdzieś tak 6 miesięcy, czy coś. Już myślałam, że skonczyliście tak jak Mateo. - Aaron wzdrygnął się, a ja przekrzywiłam głowę.
- Kto to Mateo? - zapytałam
- To Aaron Ci nie opowiadał? Mateo wpadł do rzeki i tak jakoś zaginął.
- Ojć, przykro mi. - powiedziałam i spojrzałam na Aarona. Starał się wyglądać neutralnie, lecz zdenerwowanie i ból wzięły nad nim górę. Szybko odwróciłam się i popchnęłam go nosem, po czym ruszyliśmy do biblioteki.
***
- Jakim cudem tak długo nas nie było? - zapytałam się. Aaron zmarszczył brwi i siedział na fotelu. Ja dreptałam wkoło zdenerwowana.
- Najwidoczniej Erato przetrzymała nas dłużej niż nam się mogło wydawać.
- A co jeśli usunęła nam wspomnienia? Choziaż nie, raczej nie... Ona aż tyle nie potrafiła. Chyba. A ty co o tym myślisz? - zmartwiona westchnęłam i usiadłam przed Aaronem.
- Nie wiem. Narazie należy się uspokoić i przede wszystkim, odpocznij. Tyle wrażeń jak na tak krótki dla nas czas to dużo. - odparł. Westchnęłam cicho i spojrzałam na niego.
- Jestem już tym wszystkim zmęczona... - powiedziałam i oparłam pysk na łapach. Zanim się zorientowałam, zasnęłam, zmęczona dosłownie wszystkim.
<Aaron? :3 Może jakaś nowa przygoda ich czeka? 😂 I sorki, że tak krótkie, ale ciężko było mi coś wymyślić :c >
- Cześć! - powiedziałam i uśmiechnęłam się do Aarona. Zaspany odpowiedział mi uśmiechem.
- Idę poszukać czegoś do jedzenia, więc zaraz będę.
- Czekaj idę z tobą!
***
- Jak się czujesz? - zapytałam Aarona. Szliśmy wydeptaną ścieżką, pod drzewami, gdzie promienie słońca przyjemnie grzały futro. Dopiero teraz zauważyłam upływ czasu. Jeszcze niedawno była zima, a wiosny nawet nie poczułam. Teraz powoli zbliża się lato! Ciekawe jak długo nas nie było...
- Dobrze. A ty? - odparł Aaron. Zadrżałam lekko. Nie wiem, czy jest mi wewnętrznie dobrze, czy może nazwać to poprostu pustką. Tak, dzisiaj chyba nic nie czuję.
- Też. - uśmiechnęłam się i lekko westchnęłam. Po chwili wrzasnęłam
- Kto ostatni przy tamtym drzewie to frajer! - ze śmiechem popędziłam przed siebie. Aaron nie wiele myśląc pobiegł za mną, ze zdziwieniem i rozbawieniem na pysku.
***
-Gemini, znowu odpłynęłaś. - zaśmiał się Aaron. Rzeczywiście, znowu odleciałam gdzieś myślami. Najgorsze jest to, że niewiele pamiętam z poprzednich paru godzin. W tym polowania. Zawsze parę dni po przemianie tak mam. Męczące to jest. Spojrzałam na swoje futerko i moje serce zaczęło bić jak oszalałe, gdy po chwili uświadomiłam sobie, że krew na mnie jest przecież po jedzeniu. Skarciłam siebie w myślach i zaczęłam wylizywać ostrożnie futro. Nie zauważyłam jak Aaron bacznie mi się przyglądał.
***
- Jesteśmy już blisko! - powiedział Aaron i przyspieszył kroku. Gdy w końcu dotarliśmy na tereny watahy, wilki zdziwione się na nas patrzyły. Spojrzałam na siebie, ale nic na futerku nie miałam. To chyba musiała być grubsza sprawa. W pewnym momencie podeszła do nas Lia i ze stoickim spokojem odezwała się.
- Coś długo was nie było. Wataha uznała waszą dwójkę za martwą. - Wciągnęłam ze świstem powietrze i zapytałam się.
- Ile dokładnie nas nie było?
- Hm... Gdzieś tak 6 miesięcy, czy coś. Już myślałam, że skonczyliście tak jak Mateo. - Aaron wzdrygnął się, a ja przekrzywiłam głowę.
- Kto to Mateo? - zapytałam
- To Aaron Ci nie opowiadał? Mateo wpadł do rzeki i tak jakoś zaginął.
- Ojć, przykro mi. - powiedziałam i spojrzałam na Aarona. Starał się wyglądać neutralnie, lecz zdenerwowanie i ból wzięły nad nim górę. Szybko odwróciłam się i popchnęłam go nosem, po czym ruszyliśmy do biblioteki.
***
- Jakim cudem tak długo nas nie było? - zapytałam się. Aaron zmarszczył brwi i siedział na fotelu. Ja dreptałam wkoło zdenerwowana.
- Najwidoczniej Erato przetrzymała nas dłużej niż nam się mogło wydawać.
- A co jeśli usunęła nam wspomnienia? Choziaż nie, raczej nie... Ona aż tyle nie potrafiła. Chyba. A ty co o tym myślisz? - zmartwiona westchnęłam i usiadłam przed Aaronem.
- Nie wiem. Narazie należy się uspokoić i przede wszystkim, odpocznij. Tyle wrażeń jak na tak krótki dla nas czas to dużo. - odparł. Westchnęłam cicho i spojrzałam na niego.
- Jestem już tym wszystkim zmęczona... - powiedziałam i oparłam pysk na łapach. Zanim się zorientowałam, zasnęłam, zmęczona dosłownie wszystkim.
<Aaron? :3 Może jakaś nowa przygoda ich czeka? 😂 I sorki, że tak krótkie, ale ciężko było mi coś wymyślić :c >
19.05.2019
Info
Haj! Tu Alpha, i przepraszam bardzo za małą aktywność, która nie ukrywam, u mnie umarła. Nie jestem pewna czym jest to spowodowane, ale jakoś nie mam do tego głowy. Postaram się to naprawić w najbliższym czasie. To tyle, pa
Nowa wadera! Stormy
Właściciel: wikizamarski@gmail.com wikizamarski -Doggi @Wika #4684 -DC
Imię: Stormy (Czyt. Stormi) Nazwał ją tak ojciec. Żartobliwie mówią na nią Si
Wiek: 2 lata
Płeć: wadera
Żywioł: Wolność, Pogoda, Powietrze i Światło
Stanowisko: Strażnik powietrzny, Nauczyciel latania
Cechy fizyczne: Stormy jest szczupłą i niewysoką waderą. Ma gęste, ciepłe i mięciutkie futro, które idealnie sprawdza się na wysokie loty. Na głowie futro się wydłuża i tworzy włosy z niebieskimi końcówkami. Ma duże ale proporcjonalne, pierzaste skrzydła z niebieskimi końcówkami i niebieskie skarpetki na łapach. W ciemnościach na pewno zauważysz jej duże, świecące i głębokie, niebieskie oczy. Niektórzy mówią, że widać w nich gwiazdy.
Cechy charakteru: Stormy jest niezwykle żywiołową waderą. Gdy tylko usłyszy słowo „Wyścig” albo „Zawody” od razu się podrywa i czeka przygotowana przy właścicielu słowa. Prawie zawsze zobaczysz u niej uśmiech. Czasami jest on sztuczny, ale 99% jej uśmiechów jest szczera. Zawsze chodzi z głową w chmurach i to dosłownie! Potrafi zastanawiać się nad sensem życia i przyszłością całymi godzinami, siedząc na jednej z chmur. Zawsze porównywała się do wiatru, z którym szczerze mówiąc nie ma większej styczności, mimo wielu prób samo powietrze nigdy nie wystarczyło jej do stworzenia tak pięknej i potężnej siły natury. Uwierzcie mi na słowo! Stormy to niezwykle uparta wadera. Zawsze dąży do wytyczonego sobie celu. Próbuje mnóstwa nowych rzeczy, co związane jest z jej mottem. Do wszystkich podchodzi z pozytywnym nastawieniem. jeśli spotkasz na swojej drodze waderę całą w skowronkach możesz mieć pewność, że to Si.
Cechy szczególne*:
Lubi: Kocha zapach lasu po burzy. Uwielbia jeść wiewiórki. Najlepsze są te pulchniutkie. Lubi kolor niebieski i zabawę w powietrznego berka, uważa, że na to nigdy nie będzie za stara.
Nie lubi: Nie lubi, a raczej nie znosi Biedronek. Te nakrapiane demony to najgorsze stworzenia które mogli stworzyć bogowie.
Boi się: Boi się miłości, a konkretnie bólu z nią związanego.
Moce:
-Kontroluje pogodę- burze, deszcze, wiatry, opady i upały to jej sprawki, a konkretnie humorki. Jeszcze nie opanowała tego w pełni,a sama pogoda nieraz odbija jej uczucia.
-Tworzy iluzje- dzieje się to za sprawą zmiany gęstości powietrza i odpowiedniego załamania się światła. Umiejętność tą doprowadziła do perfekcji. Potrafi nawet stworzyć iluzję bólu. Bez tlenu nie może tworzyć iluzji.
-Lata i siedzi na chmurach. Czasami ucina sobie na nich drzemki.
-Potrafi, tak sama z siebie, wytworzyć światło i skupiać jego promienie w tak zwane "Kule światła". Można nimi atakować lub tworzyć stałe źródło światła. Aby stworzyć stałe źródło światła należy przekazać energię "Kuli światła" na jakiś kamień szlachetny np. rubin.
-Nie potrzebuje tlenu do oddychania, aczkolwiek tlen sprawia że jest silniejsza. W wodzie ma problemy z oddychaniem (przecież nie ma skrzeli) aczkolwiek wytrzymuje pod wodą 3 minuty potem musi się wynurzyć, inaczej się utopi.
-Potrafi sprawić by w jej otoczeniu(w promieniu jakiegoś kilometra) było dodatkowo o 15% więcej tlenu. Przydaje się to na w jaskiniach albo w wysokich górach. Pomaga w ten sposób innym wilkom.
Historia:
"*Kronika Rodowa- Wpis 3029*
Na świat przyszło pierwsze i ostatnie szczenię Nike i moje. Nie mogłem w to uwierzyć ale malutka ma żywioł wolności. Udało się! Ród Nike przetrwa. Prawdopodobnie to jeden z moich ostatnich wpisów...
*Kronika Rodowa-Wpis 3030* Młoda Stormy w końcu nauczyła się latać i pisać. Już wkrótce przekażę jej kronikę...
*Kronika Rodowa- Wpis 3031*
Jestem Stromi ostatnia z rodu "Uskrzydlonych" od dzisiaj moim zadaniem jest dbać o dobro mojego rodu i postarać się go przedłużyć. Na moje szczęście skończyłam 6 miesięcy i zostałam zaręczona z synem Alfy, Frydrigo. Ciekawe jaki jest.
*Kronika Rodowa-Wpis 3083* Nie było mnie zaledwie 3 dni, bo byłam na swoim pierwszym polowaniu. Wróciłam i zastałam okropny widok. Ktoś wymordował prawie wszystkich członków mojej watahy. Został tylko Ezechiel, mój nauczyciel. Czy bogowie są przeciwko mnie?..."
Tak oto zaczęła się moja epoka, mój czas. Wtedy byłam blisko załamania się. Ezechiel mi pomógł. Od tamtej pory obiecałam sobie, że będę szczęśliwa. Razem z Ezechielem wędrowałam ponad pół roku. Później mój opiekun oddał za mnie swoje życie. Tuż przed śmiercią przekazał mi swój amulet. Wyjątkowy naszyjnik który miałam założyć parę dni później- na moje 2 urodziny.
Kilka tygodni później trafiłam na tereny pewnej watahy.
Z nadzieją rozpoczęłam nowy rozdział swojej historii. Ciekawe co się wydarzy.
Zauroczenie: Boję się miłości, boję się bólu z jej powodu. Nie chcę już nikogo kochać.
Głos: Brave- Touch The Sky
Partner: brak
Szczeniaki: brak
Rodzina: Ojciec mówił, że jestem idealną kopią mojej matki, Nike. Ale tak szczerze to znałam tylko ojca, Grzmota. Pamiętam już tylko jego złote i mądre oczy.
Jaskinia: 1 Link 2 Link
Towarzysz: na chwilę obecną nie ma towarzysza, ale ma nadzieję, że wkrótce się to zmieni.
Inne zdjęcia: brak
Przedmioty kupione w sklepie: brak
Dodatkowe informacje: Pochodzi z wysokogórskiej watahy, musiała się tam przyzwyczaić do zmiany ciśnień. Nie zmienia to jednak faktu, że są pewne granice, po których przekroczeniu zaczyna świrować, a później rozsadza ją od środka, w konsekwencji czego umiera. Maksymalna wysokość którą może osiągnąć to trochę ponad 5 km nad poziomem morza, a głębokość w zbiornikach wodnych to około 50 m. I tak to niezwykle dużo.
Umiejętności:
: Siła: 100
: Zręczność: 100
: Wiedza: 100
: Spryt: 100
: Zwinność: 150
: Szybkość: 150
:Mana: 100
Od Videtura CD Mauvais
Miałem wspaniały sen. Na początku byłem z Fellą,
moją zastępczą matką, w przytulnej jaskini. Opowiadałem jej wszystko,
co się mi przytrafiło. W zasadzie to miałem zamiar. Tak bardzo mi jej
brakowało, a do opowiedzenia miałem jej tak wiele. Nie zmieniła się
wcale. Nadal te same bure futro z drobnymi białymi cętkami, oczy pełne
ciepła. Czułem się, jakbym opowiadał jej historię od kilku godzin i gdy w
końcu dotarłem do miejsca, w którym trafiłem na Watahę Mrocznych
Skrzydeł i na Mauvais przestałem mówić. Jak ja się tu znalazłem...?
Dotarło do mnie, że to wszystko to sen. SEN! Obraz słuchającej wilczycy
to tylko moja wyobraźni.
Wtedy wszystko wróciło gwałtownie na miejsce. Poczułem osłabienie i ból w całym ciele, mimo to wstałem.
- Vais? - zapytałem, czując czyjąś obecność obok. Dopiero teraz otworzyłem oczy, widząc przed sobą uśmiechającą się wilczycę. - Co się stało...? Powstrzymałaś to coś?
- Można tak powiedzieć... Dobrze z tobą?
- Bardziej nie, niż tak - Z każdą sekundą czułem się lepiej. - Ale to minie... Daj mi pięć minut... W tym czasie powiedz mi, co zaszło...
Po opowiedzeniu mi o dziwnym stworzeniu i o jeszcze dziwniejszej rozmowie z nim czułem się zdrów.
- Więc... - zacząłem - Możemy stąd uciekać?
- Tak, lepiej znajdźmy stąd wyjście.
Włóczyliśmy się kilka minut, lecz nie dotarliśmy do żadnego sensownego miejsca. A co jeśli wyjściu stąd musi towarzyszyć jakieś zaklęcie albo rymowanka w stylu ,, Sezamie, otwórz się"? Zanim zacząłem wymyślać nowe rymowanki, Vais lekko popchnęła mnie łapą. Odwróciłem się w jej stronę.
- Tam ktoś stoi - szepnęła. Faktycznie, przed nami stała wilcza postać. Wyglądała na zagubionego starszego, ale nie starego wilka.
< Vais? To ja przepraszam xd 41 dni to stanowczo za dużo ;c >
Wtedy wszystko wróciło gwałtownie na miejsce. Poczułem osłabienie i ból w całym ciele, mimo to wstałem.
- Vais? - zapytałem, czując czyjąś obecność obok. Dopiero teraz otworzyłem oczy, widząc przed sobą uśmiechającą się wilczycę. - Co się stało...? Powstrzymałaś to coś?
- Można tak powiedzieć... Dobrze z tobą?
- Bardziej nie, niż tak - Z każdą sekundą czułem się lepiej. - Ale to minie... Daj mi pięć minut... W tym czasie powiedz mi, co zaszło...
Po opowiedzeniu mi o dziwnym stworzeniu i o jeszcze dziwniejszej rozmowie z nim czułem się zdrów.
- Więc... - zacząłem - Możemy stąd uciekać?
- Tak, lepiej znajdźmy stąd wyjście.
Włóczyliśmy się kilka minut, lecz nie dotarliśmy do żadnego sensownego miejsca. A co jeśli wyjściu stąd musi towarzyszyć jakieś zaklęcie albo rymowanka w stylu ,, Sezamie, otwórz się"? Zanim zacząłem wymyślać nowe rymowanki, Vais lekko popchnęła mnie łapą. Odwróciłem się w jej stronę.
- Tam ktoś stoi - szepnęła. Faktycznie, przed nami stała wilcza postać. Wyglądała na zagubionego starszego, ale nie starego wilka.
< Vais? To ja przepraszam xd 41 dni to stanowczo za dużo ;c >
Subskrybuj:
Posty (Atom)



