22.07.2018

Henta odchodzi!

A więc, żegnamy oto tą waderę.
Powód: Decyzja właściciela

Od Lii do Luny ''Swatanie"

Ten moment.... KIEDY WRACASZ UMĘCZONA I STYRANA PO PODRÓŻY I CHCESZ JUŻ SPAĆ, ALE MUSISZ PISAĆ OPO O SWATANIU


A więc.... Z WARZYWEM PRZEZ ŚWIAT! Czemu? Bo przez cały czas żarłam marchwie. Młode, słodkie.... mniam. Reakcja Coffe i Finna była nie do zapomnienia, kiedy powiedziałam im, że nasza misja odbędzie się... no, na drugim końcu kraju - morzem. Czy nie mogliśmy się tam teleportować? No cusz. Z kilkoma osobami było trudno, a do tego cały kraj.... uffffff.... nie chciałam tracić prawie całej energii życiowej, a poza tym... tak było ciekawiej. Nasze obiekty testowe do swatania, miały okazję się poznać. Teleportowaliśmy się co kilka kilometrów, i w ten oto sposób.... w około 6 godzin byliśmy na miejscu. Nie było tam jakoś wiele jaskiń. Były chyba ze trzy, a była mniej więcej 17:10 więc trzeba było coś zrobić ze swoim życiem.
- Ja, Luna i Tenshi będziemy w grocie pod tą sosną - mruknęłam wskazując na norę pod korzeniem drzewa, prowadzącą do średniej groty. - Coffe, ty będziesz mieć nieco głębiej w las, a Finn przy plaży. - Popatrzyłam na Bethę. Dlaczego nas umieściłam w takim nijakim miejscu, skoro jedna z nich, albo ja mogłam być osobno, a Finn i Coffe razem, skoro ich i tak mieliśmy zamiar zeswatać? No więc:
1. Lepiej by nie widzieli siebie przed ich "randką w ciemno"
2. Mogli by coś podejrzewać
3. Razem to będą mieszkać potem xD
Wbiłam do groty, razem ze mną wlazły dwie wadery. Ciaputnęłam torbę obok drugiej, danej Lunie, obecnie leżącej na schodku w progu naszej obecnej nory.
- A więc - zaczęłam grzebać w torbach. Wyciągnęłam kartki, brokat, pióro do pisania, napisałam na próbnej kartce ozdobny tekst, jakim trzeba było napisać na kartkach, no i oczywiście.... magię w płynie, wersja psikana, zapach świeżego morskiego powietrza - Brakuje mi w tym chabrów - mruknęłam pod nosem. Tak piękne pospolite kwiatki, a tak nie doceniane. I dało się z nich zrobić wino! Ale wracając do przygotowań.
- Luna, ja z Tenshi przyszykujemy kartki, a ty zobacz i upewnij się, że Finn i Coffe siedzą w swoich tymczasowych mieszkaniach. Powiedz, że niby sprawdzasz jak się zadomowili i podajesz plan zdarzeń. Wiesz który, bo przerabiałam go z tobą. Przy okazji ogarnij tą altanę nad brzegiem morza. Jak trza coś usprzątnąć, to sobie poradzisz z tym za pomocą wiatru jak mniemam. - Wadera przytaknęła głową i wyszła z jaskini. Ja z Tenshi wzięłam się za robienie kartek. Były to zwykłe, czerwone podłużne kartki, zgięte na trzy części, obwinięte srebrną, ciemną wstążką. W środku napisane ozdobnym pismem zaproszenie. Gdzie, kiedy, o której godzinie, oraz jakieś pierdółki w typie romans. Na samym dole w rogu małymi,czarnymi drukowanymi literami napis, że odmowy nie przyjmujemy. O dziwo, po pół godzinnej pracy, punktualnie zjawiła się Luna.
- Usprzątane - machnęła ogonem - Zanoszę to Finnowi tak? - spytała patrząc na zaproszenie z czarną różą, wyglądającą dość pesymistycznie na białej kopercie.
- Tak - odpowiedziałam posyłając jej zaproszenie. Luna po zmienieniu się w wiatr, powiała, że tak to ujmę, do basiora. W sumie to mogłaby się rozdwoić, i iść tu i tu ale... ale no. Do Coffe miałam pewne plany. Wraz z wiatrem, Luna posłała czarne płatki róż, by te opadły wraz z zaproszeniem + dopilnowała, by zaproszenie zostało odebrane i przeczytane przez basiora. Tenshi natomiast, jak huragan wpadła do jaskini z kopertą dla wadery, ciągnąc za sobą wicher z płatkami... wszystkich kwiatków. Był lekki wiaterek? Był. A że Tenshi wpadła w swoim wykonaniu to już nie mój problem. Dałam jej trochę złotego brokatu, jakąś perfumę, szczotkę, i jakąś srebrną, cienką gumkę do włosów, by zrobiła z niej cudo. Ja w tym czasie udałam się do altany, gdzie czekała już na mnie Luna z całym asortymentem, ustawiająca świeczki w odpowiednich miejscach za pomocą wiatru. W tym samym czasie, gdy ona się męczyła z kapiącym woskiem ze złotych, jednak naturalnych świeczek, (a nie parafiny) ja zakładałam zasłony przywieszone między belkami, przy krawędzi sześcianu, związane u dołu, by nie powiewały zbytnio przez cały czas łańcuszkami z czarnymi perłami na końcu. Dookoła altany posadziłam... dość nietypową odmianę róż, gdzie miętowe płatki przechodziły w czerń. Na miejscach siedzących (czyli podłodze z desek inaczej) były miękkie poduszki. Na niby stole zostały rozsypane płatki róż. Wraz z liścikiem, Luna posłała Finnowi łańcuszek z diamentową podkową dla Coffe (Link) Użyłam trochu brokatu, ale nie bić. Leżały tam po odpowiedniej stronie odpowiednie desery. Wszystko idealnie przyszykowane, głównie przez Lunę bo mi się nie chciało za bardzo w to wszystko mieszać. Wytworne wino, wraz z błyszczącymi jak kryształ kieliszkami. Nad stołem latały nieliczne świetliki, a z lasu wypływała woń sosny, idealnie mieszająca się z kwiatami i morską bryzą.

< Luna? Nie wiedziałam gdzie skończyć xD Opisz jak tam łazisz, i krajobraz czy cuś... i początek tego całego spotkania, by nie było jakiejś gównoburzy xd>

21.07.2018

Od Kluski Pogodowej do Kija w Kształcie Żmii

Dlaczego odruchowo chciałam zacząć pisać po angielsku? xD

Podniosłem głowę, słysząc uderzenia łap o twardą ziemię. W moją stronę szła sporych rozmiarów biała istota. Nietrudno było się domyślić, kto dokładnie, chociaż nie spodziewałem się tak prędkiego jej powrotu.
Dlaczego się tak głupio uśmiechasz? Kij idzie. Co z tego? Powinna się wytłumaczyć.
Coś jednak było nie tak. Ten durnowaty uśmiech w jednej chwili znikł mi z pyska (i dobrze). Wadera miała zaczerwienione oczy. Płakała. Ale dlaczego?
- Co się sta...
- P-przepraszaaam! - jęknęła, boleśnie przeciągając ostatnią samogłoskę, a jednocześnie bez ostrzeżenia niemal zwalając mnie z nóg. Wszelkie wcześniejsze pretensje do niej znikły, zmyte jej rozpaczliwym szlochem. Nie przestawała przepraszać, choć nie było za co; żal mnie ścisnął, kiedy uświadomiłem sobie, co musiała przeżywać Kiiyuko, jeśli kaja się tak jedynie z powodu ostatniego zajścia. Choćbym chciał, nie mogłem przekazać jej, że wcale się nie gniewam; słowotok był niemożliwy djednocześnie . W pewnym momencie jednak zmienił swój tor - w waderze pękła ostatnia tama, która wcześniej, przez wszystkie lata, pozostawała nienaruszona - i opowiedziała mi swoją historię.
Oczywiście, nie było tak, że nigdy nie wiedziałem, co robiła kiedyś; znałem jednak bardzo ogólną wersję. Kiedy poznawałem coraz więcej szczegółów, płynących z pyska nieustannie pociągającej nosem Kiiyuko, poczułem się tak, jakbym nigdy nie wiedział o niej niczego. Pożałowałem każdego docinka o jej rodzinie, o tym, że nie ma gdzie mieszkać. Chociaż to ona płakała, nie ja, poczułem się równie, i o wiele słuszniej winny. Nie spodziewałem się tym bardziej ostatniej części historii - wcześniej tego nie zauważyłem, ale moja przyjaciółka Wmawiaj to sobie, Mateo nie miała w watasze nikogo oprócz mnie. Jakim cudem nikt się na niej nie poznał? Jest cudowna, nieważne, co sobie myślą te gbury.
Wreszcie Kii opadła z sił i przestała mówić, a jedynie cicho łkała. Patrzyłem na to skruszone stworzenie, które tuliło się do mnie rozpaczliwie, mimo że jeszcze godzinę temu tak bardzo tego nie chciało, a jednocześnie czułem, jak jakieś dziwne, a jednocześnie niezwykle miłe uczucie rozlewa się po moim serduszku. Przykro mi było, kiedy była tak smutna. Nie płacz już. Proszę, nie płacz. Nie zniosę tego dłużej.
Powoli cichła, wyczerpana. Chociaż było mi smutno, to jednocześnie Kii był taka... słodka.
Oparta o mnie, ze spuszczoną głową czekała jak skazaniec na wykonanie wyroku. Zaśmiałem się cicho.
- Kii... Skąd w ogóle przyszło ci do głowy, że mógłbym cię porzucić? Głuptasie jeden... - wtuliłem pysk w jej sierść i wciągnąłem jej ciepły zapach. Przyjaciółka? Nie wiem, jak to słowo mogło mi wcześniej przejść przez myśli. Jak mogłem być tak głupi, żeby przez ten cały czas nie rozumieć, co chciała mi przekazać? - Jeśli ktoś tu był niemiły, to tylko ja. Nie zostawię cię, moja Żmijo. Nigdy - wymruczałem.
Dopiero po kilku chwilach zrozumiałem, że się śmieje. Ona ma taki ładny śmiech; kiedy ostatnio go słyszałem?
Odsunęła się lekko, na tyle, aby na mnie spojrzeć. W jej oczach wciąż stały łzy, jednak teraz błyszczały czystym szczęściem. Chciała coś powiedzieć, jednak nierówny oddech i przeżyte emocje jej na to nie pozwalały.
- Csii - szepnąłem, kładąc się na ziemi i nakłaniając ją do tego samego. Była zmęczona, powinna odpocząć. Polizałem ją za uchem. - Kocham cię, Kijku.
Nie dała rady odpowiedzieć, bo zasnęła. Wygląda prześlicznie,  kiedy śpi. Na co dzień zresztą też.
Z uśmiechem na pysku wpatrzyłem się we wschodzący bezprawnie, bo w końcu chwilę temu był jeszcze poranek, ksieżyc. Powinno mnie to zdziwić? Może.
Ale czy nie lepiej wtulić się w Kijka i spać razem z nią w tą magiczną noc?
<Kiju? Eeee... Ciała niebieskie też ich shipują...x3>

Od Kiiiiiiiiiii do Meteo

Musiałam się przejść. Mimo, że Mateo miał przyjemne, puszyste futro i w zasadzie fajnie przytulał... Ale potrafię sobie radzić sama! Nie chciałam... Nie chciałam go... spłoszyć? A w zasadzie samej siebie. Potrzebuję to teraz przemyśleć, to wszystko. Chyba nie będziemy sterczeć na tej suchej, jałowej australijskiej ziemii przez wieczność? Nie chcę tu spędzić reszty swojego życia, a pfe. Chcę już do domu... A w zasadzie... Ja nie mam własnego domu, a przynajmniej tak mi się wydaję. Ale tym bardziej nie znajdę go tutaj.
Westchnęłam. Muszę się trzymać z Mateo, bo jak on gdzieś wyruszy, to ja zostanę tu sama, a nawet nie wiem jak stąd wrócić. Chcę z powrotem do naszego lasu!
Dookoła były tylko drzewka jakieś suche trawki, opcjonalnie jakiś wilk, ale to już rzadkość.
Popłakałam się. Gdyby nie ten czarny idiota, nie miałabym nikogo. Znowu. Nie mogę sobi teraz pozwolić na jakieś głupie kaprysy i humorki, bo jeszcze mu się odechce mnie niańczyć i mnie tu zostawi, albo po prostu zerwie ze mną kontakt. Boję się tego...
Muszę się postarać i spróbować trochę się zmienić, na lepsze i tylko na lepsze.
Zawróciłam. Muszę go chyba przeprosić... Dawno tego nie robiłam. To chyba źle...
Doszłam do naszej tymczasowej nory, przed którą zastałam basiora. Popatrzył na mnie zmartwiony, widząc moje lekko zaczerwienione oczy.
- Co się sta...- nie dokończył. Przerwałam mu i wleciałam w niego z rozpędu, po czym wybuchnęłam spazmatycznym płaczem.
- P-przepraszaaaaaaaam!- krzyknęłam, jednak mięciutkie i dzielnie wchłaniające moje łzy futro Mateosia (proszę docenić to, że tak go nazwała! Myślę, że można to zaliczyć do świąt) częściowo stłumiło mój głos.- J-Ja byłam ciągle taka niemiłaaaaaa!- rozrzewniłam się na dobre.
- Nie chcę cię stracić, proszę, nie zostawiaj mnie samej! - jęczałam. Jednym tchem opowiedziałam mu to, o czym nie wiedział wcześniej właściwie nikt - co się działo przed moim pojawieniem się w naszej watasze.
 Następne trzy minuty były wypełnione niekończącym się potokiem moich słów i przeprosin. W końcu  już po prostu zmęczyłam się mówieniem i szlochałam cicho, będąc przygotowana na najgorsze - jego odejście albo bycie wyśmianą przez niego. Wprawdzie... Basior zaśmiał się. Ale zrobił to tak ciepło i nie kpiąco, przez co rozkleiłam się jeszcze bardziej i płakałam już nie z nerwów, a dlatego, bo poczułam ogromną ulgę.
 <Mateoooo? :3>


20.07.2018

Od Luny "Swatamy po raz kolejny!"

Wczesnym rankiem, gdy ptaki już głośno świergotały, niespodziewanie coś szaro-niebieskiego wstrzeliło do mojej jaskini jak piorun.
- LUNA! - wrzasnęło owe "coś", kiedy się zatrzymało. Cosiem oczywiście była nasza ukochana Alfa. To dziwne, że o tak wczesnej porze jest na nogach... a może lepszym określeniem byłoby "na łapach", chociaż dziwnie to brzmi. Lia nigdy nie wstawała o podobnej godzinie. W dodatku taka... Pobudzona? Żywa? Coś musi być na rzeczy i szczerze obawiam się co to może być...
- Ciszej, szczeniaki śpią. - mruknęłam kończąc zamiatanie jaskini. - Co znów cię do mnie sprowadza?
- Słuchaj... - zaczęła zmachana wadera. - Mam pewien plan...
Westchnęłam i odłożyłam miotłę. Czyż nie wspominałam, że coś musi być na rzeczy? Fajnie jest mieć rację, ale myślę, że czasami lepiej by było jej nie mieć...
Spojrzałam na szarą wilczycę. Dopiero teraz zauważyłam, że ma ze sobą mapę. Co do diaska ta stara raszpla knuje...
Wadera usiadła na podłodze i rozłożyła mapę.
- Kojarzysz tą nową, Coffe, no nie? I Finna?
- No tak, ale po co ci ta mapa i co oni mają do tego? - uniosłam brew.
Na pysku wadery pojawił się diabelski uśmieszek i wydawało mi się, że dostrzegłam w jej oczach błysk.
- Wyruszamy na misję... - rzekła tajemniczym tonem. - Misję "Swatanie"! - dodała podekscytowanym tonem.
Byłam zmieszana, szczególnie, że ostatnie swatanie nam nie wyszło... Demoness była jakaś drętwa. Michio przynajmniej próbował nawiązać jakoś rozmowę. W każdym razie szybko opuścili miejsce "randki". Nie tak to miało wyglądać...
- Wiesz, Lia... Po zorganizowanej przez nas randce Michia i Demo nie jestem co do tego zbytnio przekonana...
- Cicho! Tym razem się uda, mam wszystko dobrze zaplanowane. Zresztą siadaj, wytłumaczę ci wszystko. - wadera trochę się przesunęła robiąc mi miejsce. Usiadłam obok niej i spojrzałam na mapę. Były na niej tereny watahy, wraz z terenami z nimi sąsiadującymi. Mam nadzieję, że Lia nie będzie nas gdzieś daleko wyciągać...
- A więc...

Zbliżała się już noc. Z Lią miałyśmy już wszystko omówione. Koniec końców zgodziłam się, bo na prawdę nudzi mi się w domu i potrzebuję przerwy od bycia kurą domową. Szczeniaki zostaną z Kage. Będzie mógł sprawdzić się jako tatuś. 
W ciągu całego dnia zdążyłyśmy załatwić wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy i je spakować. Alfa wtajemniczyła w swatanie również Tenshi i powiadomiła Finna oraz Coffe o misji, ale oczywiście nie wspominała o jej celu. Jutro wcześnie rano mamy zbiórką i zaraz po niej wyruszamy całą piątką. Zastanawiam się czy to wszystko wypali... Nieważne. Powinnam iść spać.

Nastał czas zbiórki. Byłam już na miejscu, Coffe i Finn też tu byli.
- Oh, Luna, ciebie Alfa też wybrała do tej misji? - spytała biała wadera.
- Taaa... - przytaknęłam.
- Noo, a po co w ogóle ta misja? - odezwał się Finn. - Lia nic nie wspominała o jej celu.
- Celem jest jest poznanie terenów, by w razie czego móc poszerzyć tereny watahy czy coś w tym stylu... - powiedziałam pierwsze lepsze co mi przyszło do głowy. Nie mam pojęcia czy basior uwierzył czy nie, ale mniejsza, Wkrótce zjawiły się Lia i Tenshi razem z paroma torbami.
- O, już jesteście! Luna, bierz torbę. - wilczyca podała mi jedną z toreb. - Noo, jak już wszyscy gotowi, to ruszamy!

<Lia? c:>

19.07.2018

Nowy szczeniak! Canon


Imię: Canon
Wiek: 8 miesięcy
Płeć: Samczyk
Cechy fizyczne: Dość cherlawy, jeśli chodzi o budowę ciała wilczek. Natura poskąpiła mu jakiejkolwiek masy czy to mięśniowej, czy tłuszczowej. Pomijając jednak jego nieco lichą budowę, to Canon jest naprawdę wysoki jak na swój wiek. Oczywiście rzadko kiedy jest to widoczne, gdyż młodzik często chodzi nieco przygarbiony lub ze zwieszoną głową. Futro basiora jest dość, krótkie a kolorystycznie mieści się w różnych odcieniach brązu. Wyjątek stanowi tutaj, nieco zbielała końcówka ogona oraz blond czupryna na głowie. Dość widocznym elementem jego wyglądu są tutaj dość duże uszy oraz charakterystyczne dla malca, jedno skrzydło.
Cechy charakteru: Canon bardzo lubi towarzystwo innych. Mało tego, gdy już z kim się zapozna, bardzo szybko potrafi się do tego kogoś przywiązać. Niestety to wymaga od niego przełamania oporu przed kontaktem z kimś, co jest widoczne niemal przy każdym pierwszym spotkaniu z nim. Wilczek jest z reguły dość wesoły i chętny do pomocy, choć z drugiej strony potrafi być też bardzo cichy i niepewny. Nie jest przyzwyczajony do tego, że ktoś się o niego troszczy. Na wszelkie przejawy takiego zachowania ze strony innych reaguje więc dość nerwowo - zamyka się w sobie czy też zaczyna się jąkać. Niezależnie od tego, czy mu się to podoba, czy nie, wszystkim poleceniom ze strony dorosłych podporządkowuje się bez choćby słowa sprzeciwu. Wynika to z jego obaw ponownego porzucenia. Nie sprawia mu jednak większych problemów przeciwstawienie się komuś w podobnym do swojego wieku. Często mówi wtedy to, co myśli nie zważając na mogące wynikać z tego konsekwencje. Wilczek jest też dość ciekawski, choć potrafi powstrzymać się od zadawania zbędnych pytań jeśli widzi, że komuś wyraźnie się to nie podoba. Kiedy coś mu nie idzie lub coś źle zrobi, ma tendencje do nadmiernego przepraszania.
Cechy szczególne: Jedno skrzydło, maluch już się taki urodził.
Lubi: Świeże mięso, dostawać prezenty (nawet jeśli to tylko jakaś gałązka), być chwalonym.
Nie lubi: Gdy ktoś go zaskakuje
Boi się: Wizji, że może ponownie zostać porzucony.
Historia: Ze względu na swoją odmienność przez ojca niemal zaraz po narodzinach skazany został na śmierć. Basior chciał pozbyć się Canona, zanim ten jeszcze otworzył oczy. Matka malca miała jednak więcej serca niż jej partner. Wiedziała, że ze względu na swoją inność wilczek i tak zostałby odrzucony przez inne wilki. Mimo to chciała, chociaż spróbować go uratować. W związku z tym Canon został z rodziną. Był on jednak skrzętnie ukrywany przed całą resztą watahy. Jego rodzice nie chcieli, aby ktokolwiek wiedział, że jedno ze szczeniąt urodziło się inne. Trwało to do momentu, gdy Canon był już na tyle duży, aby jeść mięso. Wtedy to jego ojciec zabrał go tak daleko od watahy, jak tylko był w stanie. Tam zostawił wilczka i kazał mu odejść oraz zabronił kiedykolwiek jeszcze pokazywać się w tych okolicach. Porzuconemu malcowi, choć z marnymi szansami, jednak udało się przetrwać. Szedł wciąż dalej, tak dalece, jak pozwalał mu na to organizm, żywiąc się przy tym padliną lub jakimiś śmieciami, które udało mu się znaleźć. Na szczęście dla szczeniaka tułaczka ta nie trwała długo. Po zaledwie kilku miesiącach udało mu się dotrzeć na tereny Watahy Mrocznych Skrzydeł, gdzie znalazł wilki, które mu pomogły.
Coins: 5
Zauroczenie: -
Rodzina: Nie jest to coś o czym maluch lubi mówić. Wie jednak, że do jego rodziny zalicza się matka, ojciec oraz dwójka sióstr.
Głos: Nie wyróżniający się w żaden szczególny sposób głos młodego samca. Ponieważ jednak wilczek wciąż dorasta, zdarza się on być nieco piskliwy.
Jaskinia: Canon na ogół sypia wszędzie tam, gdzie akurat zmorzy go sen.
Towarzysz: -

Nowa wadera! Coffe


Właściciel: wiki25.09.06 (howrse)
Imię: Coffe (czyt. Kofi)
Wiek: 3 lata i 2 miesiące
Płeć: Wadera
Żywioł: woda, ogień, ziemia, miłość,mrok
Stanowisko: Łowca
Cechy fizyczne: ona jest szczupła, średniego wzrostu, szybka, zwinna, Coffe jest szybką wilczycą. Ma bardzo dobry węch.
Cechy charakteru: Coffe jest bardzo miłą sympatyczną i entuzjastyczną waderą. Lubi zawierać nowe znajomości. Często chodzi z głową w chmurach. Jest wiecznie zawieszona przez co sama czasem nie ogarnia o co chodzi. Zawsze marzyła żeby mieć szczenięta. Lubi opiekować się szczeniakami. Nigdy nie miała partnera. Bardziej zachowuje się jak domowy piesek gdyż nienawidzi przemocy i walki. Dla każdego zwierzęcia jest miła no chyba że jest to wróg i jest głodna. Z całego charakteru wynika że niby jest miła ale potrafi postawić na swoim czasem może być niemiła dla osób które jej wszystko musi pójść po jej myśli.
Cechy szczególne: Brak
Lubi: miłe osoby, które nie używają wulgaryzmów.
Nie lubi: Osób które uważają że mogą mieć wszystko.
Boi się: węży, pająków.
Moce:
1. Chodzenie po wodzie,
2. Może zmienić się w ognistego wilka gdy jest zła,
3. Uwodzenie,
4. Opętanie,
5. Niewidzialność,
6. Prędkość,
7. Chodzenie po chmurach.
Historia: Coffe włóczyła się po górach. Niestety jej rodzice zostali zabici przez inne wilki. Wadera chciała znaleźć watahę do której by mogła dołączyć. Błąkała się dość długo a tak dokładnie to przez rok. Ale nic z tego. Postanowiła że znajdzie se jakąś jaskinię. Tak samo jak i do watahę poszukiwania trwały długo a najlepsze jaskinie zostały zajęte. W końcu znalazła.
Zauroczenie: Brak
Głos: Beth Crowley ~ Warrior
Partner: Brak
Szczeniaki: Brak
Rodzina: Brak
Jaskinia: Jaskinia była dość duża. Miała sporo miejsca jak na jednego wilka. W środku był mały stawik.
Medalion: Link
Towarzysz: Brak
Inne zdjęcia: Brak
Przedmioty kupione w sklepie: Brak
Dodatkowe informacje: Brak
Siła 50
Zręczność 100
Wiedza 50
Spryt 100
Zwinność 100
Szybkość 100
Mana: 300

18.07.2018

Od Mateo CD Rose

- Witaj, Loki - powiedziałem, z satysfakcją odnotowując przerażenie szczeniaka na widok mojego diabolicznego uśmiechu. - A więc zostaliśmy sami...
- Kim... Kim ty jesteś? - zdołał wydusić mały.
- TWOIM NAJGORSZYM KOSZMAREM!!!!111!!!!1!1!!!!haha
piu piu pjupjupiu *medżik sztylety* pju pju pju
*szczeniaczek nie żyje, a Mateo ucieka przez okno, śmiejąc się szaleńczo*
Musiałam.


Rose wyszła, zostawiając mnie samego ze szczeniakiem.
- A więc to ty jesteś Loki, tak? - spytałem. Szczeniak kiwnął głową, ale jakby z przestrachem. - No już, nie bój się. Przecież cię nie zjem. 
- Nie boję się! - zaprotestował, ale przynajmniej trochę się rozluźnił. Zanim jednak zdążyłem zadać mu następne pytanie, odezwał się znów, tym razem z pretensją w głosie: - oglądasz się na mnie za każdym razem, kiedy przechodzisz korytarzem. - Zmrużył oczy. - Dostrzegłem to. O co chodzi?
Zmieszałem się lekko, nie dając tego jednak po sobie poznać. Chociaż przez chwilkę chciałem go zganić za takie bezpośrednie zwracanie się do dorosłego, to jednak postanowione pytanie zasługiwało na odpowiedź. 
- Przypominasz mi kogoś, kogo nie widziałem od bardzo dawna. Sęk w tym, że nie wiem, kogo. Zresztą, właśnie dlatego tu przyszedłem. - Nabrałem powietrza. - Loki, czy pamiętasz cokolwiek sprzed znalezienia się w szpitalu?
Szczeniak skamieniał na krótki moment, po czym zacisnął szczęki i pochylił głowę. Siedział tak dłuższą chwilę, aż przestraszyłem się, że coś mu się przeze mnie stało. Nagle zorientowałem się jednak, że coś mamrocze, i nastawiłem uszu.
- ...wiedziałem, że zapytają. - mruknął pod nosem. - Jakby jeszcze było mało...
- Loki. - Mimo, że nie chciałem tego robić, to świadom upływającego czasu musiałem go pospieszyć. - Przepraszam, jeżeli wspomnienia nie są dla ciebie przyjemne, ale jeśli pamiętasz cokolwiek...
- Przyjemne? - prychnął szczeniak, i ze zgrozą uświadomiłem sobie, jak bardzo różni się od tego, którego zobaczyłem, przychodząc tutaj. A jednocześnie poczucie, że z kimś mi się kojarzy, narosło. - Przepraszam? Przepraszam to nic... Ale w porządku, chociaż cię nie lubię - Ej! - nie będę cię obwiniać.
Z trudem ignorując ostatnie zdanie, jakoś zdobyłem się na spokój.
- Proszę cię - zacząłem znów. - Chcesz spędzić całe dzieciństwo w sierocińcu? Po prostu chciałbym pomóc znaleźć twoich rodziców, ale nie mogę tego zrobić, jeśli...
- Nie! - Loki nagle poderwał się z miejsca, przerażony. - Nie! Po co ich szukać? Wtedy.. wtedy ona znów mnie znajdzie... Ich też...- urwał, jakby zorientował się, że powiedział za dużo, po czym wrócił do poprzedniego 'stanu' i zapytał ostro: - A czy ja prosiłem o pomoc? Nie! Dlaczego wtrącasz się do mojego życia? Tak jest mi dobrze!
Dostrzegając w kącikach jego oczu łzy, byłem gotów się założyć, że wcale nie. Słowa szczeniaka zaskoczyły mnie jednak. Nawet, jeśli jemu jest tak dobrze, to przecież ktoś inny może być w niebezpieczeństwie. Poza tym, wynikało z nich, że to prawdopodobnie nie rodzice odpowiedzialni są za jego rany, a jakaś tajemnicza postać... kto?
- Kim jest ta ona? Kto miałby cię znaleźć?
- Czy do ciebie nie dociera? - zapytał z niedowierzaniem i dziecięcą złością. - Odczep się ode mnie! Nic ci nie powiem.
Wziąłem głęboki wdech.
- Dobrze. Skoro tak bardzo chcesz, to nic nie mów. Proszę bardzo. Kiedy Rose wróci, pójdę i więcej mnie nie zobaczysz. Ale... życie jako sierota nie jest przyjemne. Sam wychowałem się sam.
Nie odpowiedział. Zakopał się tylko pod kołdrą.
Pogrążyłem się w myślach. A może rzeczywiście próbuję mu pomóc na siłę? Może będzie mu lepiej, jeśli ktoś go adoptuje? Pewnie ktoś wziąłby takiego - tu przeszedł mnie lekki dreszcz - milutkiego... a przynajmniej zazwyczaj milutkiego i radosnego szczeniaczka. W końcu ja sam zaznałem szczęścia, będąc wziętym z sierocińca przez Lunę...
- Skończyliście? - do pokoju weszła Rose. Zerknąłem na Lokiego - wciąż leżał bez ruchu.
- Tak. Mały był trochę zmęczony i zasnął - odpowiedziałem. Wadera obrzuciła mnie przeciągłym spojrzeniem, po czym kiwnęła głową i odwróciła się do wyjścia. Stawiając za nią pierwsze kroki, obejrzałem się ostatni raz na szczeniaka.
 Już nie udawał, że śpi. Jego ciemne oczy patrzyły teraz prosto na mnie - i choć dalej biła z nich antypatia, pojawiło się także coś innego. Jakby... wahanie.
Podjął decyzję. Jego wargi poruszyły się w takt bezgłośnej wiadomości, po czym odwrócił głowę, jak gdyby nigdy ze mną nie rozmawiał.
Wyszedłem za Rose z pokoju, a potem z budynku. W głowie miałem prawdziwy mętlik, a wszystko przez to, co przekazał mi Loki.
Powiedział dwa słowa.
Babcia Zofia.

<To zakończenie jest wspaniałe, wiem (ale niepozbawione sensu!). Rose?>




Od Nitaena ,,Obóz Letniskowy"


Tak szczerze, myślałem że to jakiś żart. Patrzyłem na entuzjazm mojego młodszego rodzeństwa z kwaśną miną. Kaja podchodziła do tego pomysłu z nieco nijaką twarzą, ale wykonywała polecenia bez kaprysu. Szczerze to sam pomysł był dziwny. A co najlepsze? Nie można było NIE pojechać. Jechało z nami 3 opiekunów, w tym Rose. Bałem się, że zacznie narzekać, i nie pozwoli mi na jedzenie czekolady, oraz będzie faszerować ziółkami, aczkolwiek lubię herbatę z tego takiego różowego kwiatka którą zwykła robić zawsze wieczorem na kolację do jelenia, czy innego zwierza. Ewentualnie gofrów. Każdy szczeniak dostał po takim małym woreczku na szyję, gdzie mieściły się: jedzenie, picie, jakieś fiolki, apteczka, "namiot" z liści, czy innych magicznych roślin, kilka paczek pianek, ołówek, długopis, strugaczka, gumka do mazania, notatnik, i jakiś biały zeszyt oraz posłanie. Jak to wszystko zmieściło się w takich woreczkach, i było lekkie, jakby nic w tym nie było? Magia! Ten "Obóz Letniskowy" to tak na prawdę bardziej obóz przetrwania. Tak po części, bo w większości będziemy zwiedzać. Wyjeżdżamy jutro rano, a zbiórka była w szkole. Patrzyłem na zewnątrz. Cały dzień lało, i tak od trzech dni, z małymi, rzadkimi 10 minutowymi przerwami. Powietrze było ciepłe, i wilgotne, jak w lasach deszczowych. Plan był mniej więcej taki:
9:00-śniadanie
10:10- Zbiórka
14:50-obiad
19:00-kolacja
20:00-zabawy
21:00-spotkanie do omówienia wszystkiego, jakieś ewentualne rozmowy z rodzicami.

Tak więc, cały dzień załadowany, ale sądząc po ogarnięciu ludzi z watahy, wszystko się rozsypie i umrzy, więc nie było sensu się za bardzo tego trzymać. Mieliśmy zwiedzać.... o ile dobrze pamiętam:


Fiodry
Góry huangshan
Kamienny Las
Pamukkale- góra cokelez
kilimandżaro
krater ngorongoro
Rezerwat tsingy
park narodowy yellowstone
wielki kanion
wodospad iguzau
park narodowy jezior plitwickich
Pireneje
park narodowy garajonay
jaskinie szkocjańskie
Droga olbrzymów
Huanglog
wulingyuan
park narodowy redwood
park narodowy yosemite
Park narodowy wirunga
rezerwat ścisły przyrody Tsingy

Ale to tylko propozycje, więc się ze wszystkim nie wyrobimy. Tylko niektóre pozwiedzamy. Będziemy spać tam, gdzie dojdziemy. Najbardziej niepokoiło mnie śpiewanie przy ognisku. Jeszcze wywołamy jakiegoś demona, a jak jakiś niedorozwinięty ustrój spróbuje przywołać duchy, to ja się wypiszę, i od razu wrócę do domu. Może nawet o własnych siłach. Oprócz nas, ma jeszcze lecieć z nami Crystal, smok Lii, aczkolwiek nie jestem pewien, czy to dobry pomysł.
- Nitaen - usłyszałem oskarżycielski głos mojej siostry.
- O co chodzi - mruknąłem, patrząc na czerwoną waderę.
- Może byś pomógł? Wiesz ile Rose bierze ziół i bandaży?
- Przecież tam nikt nie będzie się zabijał o własne łapy - zauważyłem
- No, na pewno nie ty - Kaja z sarkazmem wypowiedziała znaczące słowa, po czym pod nos podetkała mi lizaka - No, a teraz won do sklepu po maści

<Ktoś? Szczeniak albo opiekun wycieczki >

Ogłoszenia duszpasterskie!

Witam! Tutaj irytująca Alpha watahy c: Że często wpadam na bezsensowne pomysły, a teraz mam zadrapane plecy przez kota który robił sobie na nich ściankę wspinaczkową, to teraz też wpadłam na dziwny i pozbawiony logiki sensu. A więc... Rodzice naszych kochanych szczeniaków! Wasze pociechy wyjadą na obóz letniskowy! Chociaż to bardziej kolonie. Teraz pada pytanie.... gdzie? Na dole w komentarzach proszę podać propozycje. Najciekawsza zostanie wybrana c: Nie, nie ma odmowy. Nareszcie można o czym pisać! Można wziąć pianki (a nawet trzeba). Będą robione ogniska. Życzę miłego dnia


Aktualne zgłoszenia (czytaj: wtargnięcie na chat i darcie się po czym proponowanie i nie przyjmowanie odmowy na opiekuna) ochotników na opiekunów:
1. Kiiyuko
2. Mateo
3. Megami
4. Rose
5. Lexi

Szczeniaki, które jadą (bo nie ma odmowy c:):
1. Temisto
2. Kallisto
3. Ren
4. Toby
5. Nico
6. Raven
7. Seven
8. Tori
9. Tora
10. Igazi - podobno została zamrożona
10. Kaja
11. Nitaen
12. Percy
13. Castiel
14. Canon

A oto jak na razie ustalony plan:
Uwaga! Na owym wyjeździe nie ma czegoś takiego jak "obóz" czy "ośrodek", w którym codziennie przebywamy. Na czas wyjazdu prowadzimy tzw. tryb koczowniczy, czyli wciąż się przemieszczamy. Dlatego noce spędzać będziemy w różnych miejscach!
9:00 - Jedzienie. Innymi słowy śniadanie.
10:10 - Zbiórka na podzielenie na grupy. 
10:15-14:50 - Zajęcia w grupach, czyli zwiedzanie, przy którym szczeniaki bawią się, dowiadują nowych rzeczy i uczą, ogólnie mówiąc, polowania i magii w przyjemny sposób. Nie będziemy chodzić jedną wielką grupą po nieznanych terenach; max: 8 szczeniąt jedna.
14:50 - Obiad, przeważnie nie jedzony w pobliżu obozu, a w trakcie wypraw. Jakieś jelenie, zajączki i te podobne. 
15:15-19:00 - Łażenia i zwiedzania ciąg dalszy.
19:00 - Kolacja. Na nią zatrzymujemy się już w miejscu, do którego doszliśmy; spędzamy tam noc i zostajemy do rana.
20:00 - Zabawy, tańce, jakieś śpiewanie przy ognisku... co kto lubi.
21:00 - Spotkanie do omówienia wszystkiego, jakieś ewentualne rozmowy z rodzicami.

17.07.2018

Od Rose cd Mateo

Szczerze mówiąc Mateo był jednym z tych, którego najmniej spodziewałabym się w miejscu takim jak te. W sumie to nawet nie wiem dlaczego. Tak po prostu... Chociaż, jakby tak nie patrzeć to miło było go tu gościć, gdyż dość dawno go nie widziałam. Chcąc nie chcąc musiałam go przegonić, przynajmniej dzisiaj. Maluch jest bardzo zmęczony, a ja muszę dopilnować by już niedługo był w pełni zdrowia. Może rzeczywiście powinnam pomyśleć nad znalezieniem jego rodziny? Może to tylko przypadek, że się tu znalazł... Cóż. Jeszcze nad tym pomyślę. Podczas gdy Loki spał, gdyż tak nazywał się szczeniak, ja zajmowałam się innymi pacjentami. Mimo to, wciąż w głowie miałam przypadek młodego wilczka i cały czas myślałam jak mogłabym mu pomóc. Najchętniej sama przygarnęłabym go do siebie. Kto nie chciałby mieć przy sobie tak uroczego stworzonka? Niestety, praca i obowiązki mi na to nie pozwalały. Plus moje dziwne i pokręcone życie również dawało o sobie znać. Jedyne co mi pozostało to znaleźć mu nowy dom!
*~*~*~*
Następnego dnia z rana również odwiedziłam moje stałe miejsce pracy. Ku mojemu zdziwieniu Mateo stał centralnie przed wejściem do szpitala. Nie mogłam oprzeć się pokusie i już po chwili podbiegłam do basiora stojącego tyłem do mnie i rzuciłam mu się na grzbiet krzycząc głośne ,,BUU!". Efekt nie był do końca taki jak chciałam, ale przynajmniej Mateo się przestraszył, a to mniej więcej o to mi chodziło.
 - Cześć Rose.
 - Witaj. Szukasz czegoś? - spytałam radośnie.
 - Właściwie to... kogoś... Zaprowadzisz mnie do...
 - Lokiego? - przekręciłam głowę w bok.
 - Loki to ten mały? - skinęłam głową na potwierdzenie. - Tak do niego.
 - Jasne, chodź za mną. - Ruchem łapy wskazałam mu odpowiedni kierunek i już niedługo potem znajdowaliśmy się w odpowiednim miejscu. 
Zanim jeszcze pozwoliłam mu wejść, upewniłam się iż mały na pewno nie śpi i ma się dobrze, po czym zaalarmowałam na przybycie nowego gościa. Z początku na jego pyszczku zagościło szczęście, a później gdy ujrzał Mateo to jakby... niepokój? Hmm, może skądś go zna? Będę musiała się tego później dowiedzieć.
 - Rose? - zaczął starszy z nich.
 - Hmm?
 - Mogłabyś zostawić nas samych? - spytał niepewnie.
 - Ou, jasne, nie ma sprawy. Masz piętnaście minut. Wybacz ale nie możemy go zbytnio przemęczać - posłałam mu przeprosinowy uśmiech i udałam się na korytarz.
Coś jest na rzeczy...

Mateo?

Formularz Kiiyuko! (z półrocznym opóźnieniem, ale wreszcie jest)


Autor grafiki: cinnamon-kitten (DA), edytowana przez Mateo
Właściciel: hw: sss12 doggi: Evan
Imię: Kiiyuko; przezywana czasem Żmiją lub Kijem~
Wiek: 2 lata 10 miesięcy
Płeć: wadera
Żywioł: Iluzja~~
Stanowisko: Psycholog
Cechy fizyczne: Kii jest smukłą, nie za dużą waderą. Pod względem sprawności raczej nie wychodzi poza przeciętną, chyba, że chodzi o doganianie pędzącej kluski pogodowej.
Cechy charakteru: Kiiyuko na początku może wydawać się milutka i nieśmiała, jednak najpewniej po trochę bliższym poznaniu rozwieje to wrażenie docinkami i skłonnością do obrażania się. Mimo jakże pretensjonalnego (aczkolwiek niestety bądź stety trochę adekwatnego do jej charakteru) przezwiska, w środku tak naprawdę jest ciepłym puszkiem potrzebującym miłości. Czasem puszczą jej nerwy i się popłacze, ale w większości przypadków stara się trzymać fason. Jest... wymagająca? Nie lubi, gdy ktoś nie rozumie, o co jej chodzi i potrafi się zezłościć, pozostawiając osobę zmieszaną; spokojnie, po jakimś czasie wybaczy. W chwilach kryzysu potrafi powstrzymać chęć powiedzenia czegoś niekoniecznie miłego na czyjś temat i pomóc.
Cechy szczególne: Umaszczenie i akcesoria.
Lubi: mieć rację, mówić "a nie mówiłam?", romantyczne zachody słońca, maliny
Nie lubi: gdy coś idzie nie po jej myśli, braku kultury (a.k.a. wieśniactwa), wrzasku, tłumu
Boi się: odrzucenia
Moce:
- potrafi wywołać u kogoś halucynacje bez użycia grzybków, hehe
- potrafi tworzyć fatamorgany,
- portafi kontrolować czyjeś pole widzenia,
- potrafi tworzyć zasłonę z fejkowej iluzjonistycznej mgły.
Historia: Urodziła się w skromnej watasze w Japonii, wraz z szóstką swojego rodzeństwa. Była najsłabasza z miotu, została wyrzucona z terenu stada na zbity pysk, tak samo jak jej brat, który po kilku dniach zmarł. Kiiyuko przygarnęła podróżująca wataha będąca akurat w pobliżu, ale waderka była dla nich nie do zniesienia - wciąż narzekała, płakała i była niemiła dla innych szczeniąt; ba, nie tylko szczeniąt, dla starszyzny również. Ale co się dziwić- przezywali ją od wpadek i wyrzutków, urządzali sobie konkursy na najlepszy docinek na jej temat - właśnie tam nauczyła się swojego fachu. W końcu, pewnego dnia, powiedzieli, że mają jej dość i ma wysmerfiać z ich wspólnoty ile sił w nogach, a jak nie, to ją solidnie smerfną i popamięta ich aż do końca swoich dni. Więc Kijek grzecznie wysmerfił z watahy, z tą różnicą, że byli tysiące kilometrów od znanych jej terenów - wyrzucili ją pod próg Watahy Mrocznych Skrzydeł i posmerfili w dalszą podróż, a Kijczyks został tutaj.
Zauroczenie: Kluszczyks Pogodowy, Mateo
Głos: Paramore - Still Into You
Partner: Na razie brak. I nie spoileruj na przyszłość! x3 ~M
Szczeniaki: okrągłe zero zera to elipsy ~Mateo
Rodzina: nie pamięta.
Jaskinia: hopsasa!
No, kolorowo tu ma. I wiemy już, skąd te smerfy w historii wysmerfowały. ~M
Medalion: Różowy króliczek na łańcuszku.
Towarzysz: brak, kiedyś Fasolka, ale gdzieś zesmerfiła.
Przedmioty kupione w sklepie: Bieda w kraju, brak.
Umiejętności:
: Siła: 100
: Zręczność: 150
: Wiedza: 150
: Spryt: 200
: Zwinność: 100
: Szybkość: 100

: Mana: 24 h

Od Michia, czyli Swatanie na śniadanie

 Góry Pochyłe. Obszedłem całe. W sensie... Do jaskiń wchodzić nie mogłem. Znaczy nie do wszystkich. Ale pozostały ich teren przemierzyłem dwa razy w poszukiwaniu bezkresnego hymnu. Widziałem kilka rzeczy. Czasami wydawało mi się, że to to, ale to było niemożliwe. Po prostu nie. Nie znalazłem niczego sensownego. Nazajutrz widziałem brata. Cokolwiek. Nie wiedziałem, czy to halucynacja, czy... Yh. Six powiedział, że to bez znaczenia. Ważne, że go widzę i że rozmawiamy. Spytałem go, o co w tym wszystkim chodzi. Powiedział mi, że to nic. To i tak dużo. „Dobrze, że o tym myślisz. Tyle wystarczy. Będzie dobrze, braciszku”.

skip later
Wróciłem do swojej jaskini. Czekała tam na mnie wiadomość. Zaproszenie. Przeczytałem szybko.
- Nie sądzę. Mam ważniejsze rzeczy na głowie.- Westchnąłem przeciągle, zauważając ostatni wers, który znalazł się na odwrotnej części zaproszenia.
„Odmowa w twoich opcjach nie występuje. Miłej zabawy”

skip later

  Rozejrzałem się. Miejsce było naprawdę ładne. Patrzyłem przez chwilę jak wzdłuż zapalonej, latającej świecy powolnie spływał wosk. Kusiło mnie, żeby podejść do niej i sprawdzić, czy na pewno lata, a nie jest chociażby zawieszona na cieniutkich sznureczkach, podtrzymujących ją na tej wysokości. Powstrzymałem się jednak, widząc kropelkę laku w powietrzu, a po chwili na zimnym podłożu, gdzie zastygła w ciągu niecałych czterech sekund. Słyszałem w tle ciche, spokojne nuty, grane na jakimś instrumencie strunowym. Po chwili rozpoznałem w nim harfę. Mój ulubiony instrument. Czy to nie trochę straszne? Nie rozmawiałem z nikim z watahy na temat tego, co lubię.
Czułem zapach mojego ulubionego kwiatu. Cofnąłem się nieznacznie. Usiadłem i wlepiłem wzrok w stół. Po chwili zamknąłem oczy. Kwiat... Zawsze kojarzył mi się on z mamą. Nie wiem czemu. Po prostu go uwielbiałem. Musiałbym sobie przypomnieć, dlaczego właśnie tak jest.
  Mimo tego, że uwielbiałem jego zapach, nigdy nie lubiłem na niego patrzeć. Znaczy... Był piękny. Prosty, nie duży, ładny i najważniejsze — nie taki przewidywalny jak, na przykład, róża. Róża jest śliczna, to fakt. Klasyczna, ma miły, mocny zapach... Jednak każdy o tym pomyśli. Przewidywalne. Ale miłe. Patrzeć na hiacynty nie lubiłem tylko ze względu na jakieś moje podprogowe przemyślenia. Przypomina mi się wtedy, jak dawno nie widziałem rodziny, a w szczególności mamy. Z bratem kojarzyło mi się coś innego, ale to już nieważne. Nie teraz.  
  Podniosłem głowę, czując nagle woń ciasteczek. Po otworzeniu oczu zobaczyłem znaną mi już waderę. Właściwie zamieniłem z nią tylko kilka zdań, pytając o drogę, ale i tak cieszyłem się, że nie będę musiał tu siedzieć z kimś zupełnie obcym. Uśmiechnąłem się promiennie, kiedy przysiadła się do stołu.
- Witaj, Demo.
- Cześć.
- Cieszę się, że to ty.- powiedziałem, a zaraz miałem ochotę wyrwać sobie język i powiesić się na nim. „Cieszę się, że to ty"?! Głupota.- Że... Yhm. Że to ty, a nie ktoś inny- dokończyłem, ale wcale nie brzmiało to lepiej. Ja się załamię... Za co?! Po co ja tu przyszedłem?
- Miło mi to słyszeć — posłała mi niemrawy uśmiech. Wyglądał jak bardziej grzecznościowy, a nie radosny. Może jednak ją uraziłem? Proszę, nie... Ja jestem za młody na takie rzeczy! Nie znam się na tym!
  Ym... Temat! Rozmowa!
- Więc... Co lubisz?- gdybym miał niewidzialnego asystenta, który kazał mi się o to zapytać w TAKI sposób i TAK szybko, to przyrzekam na własny ogon, że już bym go nie miał. Jak ja mogę być taki... taki głupi?!
- A konkretniej?- Mała ciemnoszara wadera nie zdawała się poruszona moim nietaktem i oczywistością. Odetchnąłem.
- Ym... Jaką muzykę lubisz?
- Z muzyki to wokal. Szczerze mówiąc, słucham czegokolwiek, byleby nie było cicho.- Szare oczy pozbawione wszelkich emocji wpatrywały się we mnie. A może jednak nie pozbawione emocji? Zdawało mi się tylko, że ktoś wyssał życie ze zwierciadeł duszy tej wilczycy. Tylko kto byłby na tyle okrutny? Przecież...- A ty jaką muzykę lubisz?
- Ja raczej cichą - odpowiedziałem od razu.
- A co sądzisz o śpiewie?- pytanie wadery dało mi trochę do myślenia. Nieważne. Ale znowu ten obojętny głos. Nie lubi mnie?
- Lubię go o wiele bardziej, od kiedy nie słyszę go każdej nocy.- uśmiechnąłem się niepewnie, nie wiedząc, czy nie będę musiał tłumaczyć dokładniej, o co w tym chodzi, ale Demoness tylko skinęła głową w milczeniu, za co byłem jej wdzięczny.
- A z przedmiotów?- starałem ją zachęcić do rozmowy, ale zapowiadało się na to, że cały czas będzie to szło trochę opornie.
- Rzeczy? Dywany i wszystko, co związane z sowami. To moje ulubione zwierzęta.- Oh, mam dodatkową informację! Ulubione zwierzę!- A ty? Jaki masz ulubiony przedmiot?
- Ja w sumie... Nie wiem. Nie zastanawiałem się nad tym.- przyznałem.- A co lubisz robić?
Wilczyca zajęła się pałaszowaniem jedzenia, więc poszedłem w jej ślady.
- Czytać.
Odpowiedź jednym słowem. Zachowanie, które w rozmowie towarzyskiej mało się sprawdza. Demo sprawia wrażenie, jakby przyszła tutaj za karę. Znaczy... Może ja też się tego nie spodziewałem, ale jakiś entuzjazm wykazuję. A może coś wcześniej powiedziałem? Dlatego ona test taka... obojętna na to, co się dzieje.
- Ja raczej piszę, ale tylko, gdy mam chwilkę. Ostatnio jakoś brakuje mi czasu.- Przypomniałem sobie mój ostatni wiersz. Nie wyszedł za dobrze. Właściwie samemu autorowi nie wychodziła jego interpretacja, a jeszcze poprzedni był zbyt oczywisty.
- A co piszesz?
- Ostatnio wiersze... Tylko idzie mi tak jak kiedyś. Chyba nie mam wizji twórczej.
- Wizji twórczej?
- To coś jak natchnienie. Muszę to mieć, kiedy zaczynam. Inaczej z pracy nie wychodzi nic dobrego. Chodzi o wenę. Pomysł musi przyjść sam.- Wadera skinęła głową. Chyba nad czymś myślała. Ale szczerze mówiąc, to cały czas wyglądała na znudzoną i zamyśloną.
- Wiesz... Ja też coś czasem napiszę, ale to tylko moje wymysły i tandety nieposiadające sensu. Ale to nawet fajne. Jak błędne koło, w którym musisz chodzić po obręczy, żeby nie spaść w nicość. Jeśli spadniesz, na dole jest jeszcze drugie, trzecie, czwarte. I tak dalej. Jak życie. Dzięki temu ma się zajęcie.
- Ciekawe porównanie.- przyznałem, składając je sobie keszcze w głowie- Nieźle rozbudowane. Głębokie.

Zastanowiłem się przez chwilę. Jeśli wziąć to porównanie homeryckie na odwrót, równie dobrze mogło być one metaforą życia, przedstawiającym je jako bezkresny okrąg wzniesień i upadków. Sukcesów i niepowodzeń. Spada się w dół lub skacze do góry. W takim razie zadaniem żyjących byłoby... Utrzymać poziom. A martwi? Czy to ktoś, kto z tego okręgu spadł? Czy może go strącili...?

Dokończyliśmy kolację, przerywając ciszę tylko zwrotami grzecznościowymi. Potem ponownie zajęliśmy się rozmową.
- Co jest dla ciebie najważniejsze? Chodzi mi tu o system wartości. Co uważasz za najcenniejsze, gdy patrzysz na drugą osobę?
- Z cech?
- Z cech.
- Chyba... Szczerość i lojalność. To takie dwa przodujące czynniki, które zależnie od poziomu ich wygórowania pomagają mi wydać świadectwo o drugiej osobie. A ty? Co najbardziej cenisz?
- Ogólnie?
- Nie, w przyjaźni.
- Ja... W sumie nie wiem. Raczej nie mam przyjaciół. Każdego staram się oceniać obiektywnie. Miarą jego dobrych i słabych stron. To chyba mi przeszkadza.- zamyśliłem się trochę- Bo nie widzę ich wszystkich, więc brak piramidy wartości jest tu nie do przejścia.
- Och, moją pierwszą przyjaciółką była Lia. Nauczyłam się doceniać przyjaźń za wszystko. Nawet jeśli czasami wywołuje szkody. Tak jak...- Wadera zamilkła na chwilę. Też byłem cicho, myśląc, że chce ona dokończyć zdanie, ale po dziesięciu minutach ciszy zajęliśmy się znowu rozmową. Wypowiedzi Demo znowu były krótkie i wyczerpujące tematu. Nie patrzyła na mnie teraz nawet tymi swoimi szarymi oczami. Czułem się źle. Jakbym coś źle powiedział.
- Demo?
- Tak?
- Chyba nie za bardzo cieszysz się ze spotkania.- To nie miało sensu, jeśli nawet się nie lubimy. To się nie uda. Znaczy, ja do Demo nic nie mam, ale... ona chyba już nie za bardzo za mną przepada.- Znaczy... Lubisz mnie chociaż trochę?- spytałem, chcąc wiedzieć, czy jest na co liczyć i czy nie marnujemy tu oboje czasu.
- Ta, fajny jesteś.- odpowiedziała, nawet nie patrząc w moją stronę. Nie doszukałem się ironii w tym stwierdzeniu, ale nie było też... emocji.
Coś źle zrobiłem?

Pogadaliśmy jeszcze chwilę. Nic szczególnego. Poznaliśmy się trochę lepiej. Minęła niecała godzina, kiedy wspólnie uznaliśmy, że lepiej będzie już rozejść się do swoich jaskiń. Pożegnaliśmy się.
  Poszedłem jednak do lasu i usiadłem pod jakimś drzewem, znajdującym się stosunkowo niedaleko ścieżki, żeby łatwiej było mi potem na nią wrócić i dotrzeć do swojej jaskini.
  Było już ciemno i nie mogłem za bardzo skupić się na aspektach wizualnych tego miejsca. Nie chodziło o to, że nie było nic widać. Oczy w końcu przystosowałyby się do znikomej jasności i wszystko byłoby bardziej możliwe do dostrzeżenia. Po prostu nie miałem w tamtej chwili ochoty podziwiać świata. Tak jakby... To nic nie znaczyło. Zamknąłem oczy i skupiłem się na dźwiękach. Nie byłem pewny, ale tak chyba łatwiej było rozróżniać je. Dziesiątki, jeśli nie setki dźwięków dobiegały do mnie z każdej strony. Nocne ptaki, szelest liści, cichy, lekki wiatr... Wszystko zlewało się w taki mini, przyrodniczy akompaniament muzyczny. Bez znaczenia.
  Wracając myślami do wieczoru z Demoness nie mogłem przypomnieć sobie, co zrobiłem źle. Co złego powiedziałem, zanim przestała na mnie patrzeć i stała się... cichsza? Uznała, że to bez znaczenia, że i tak nie warto ze mną rozmawiać? A może ja coś chlapnąłem? Nie umiałem udzielić sobie odpowiedzi na te pytania, chociaż była to kwestia tylko prostych „tak” lub „nie”. To było bez sensu. Te rozmyślania. To wszystko. Pewnie i tak wyszłoby na jedno. Że to moja wina. Jak wszystko. Wszystko, co złe w moim życiu to ja. Widocznie tylko spadam po tych bezkresnych okręgach, o których mówiła Demo. Wystarczy czekać tylko na moment, w krórym one mi się skończą i sięgnę dna. Ale tu nie chodzi o mnie. Tylko o Demo. Pewnie coś źle zrobiłem. Źle powiedziałem. Źle...
  Poczułem ciepłą łzę na skórze. Pięknie. Popłakałem się. Tylko to potrafię. Jak debil. Najpierw psuje innym dzień czy całe życie, a potem zwykle płaczę. Prawda jest taka, że jestem bezwartościowym śmieciem, którego system powinien się pozbyć. Pewnie uraziłem ją i dlatego była taka obojętna. Ale kiedy? Teraz? Przy poprzednim spotkaniu? Nie mogłem powstrzymać łez, ani potoku myśli. Chciałbym wiedzieć, co zrobiłem źle i to naprawić. Chciałbym, ale n...

- Co ci?- gwałtownie wstrzymałem powietrze, słysząc głos Demo. Zachciało mi się kaszleć, kiedy łza wpłynęła mi do gardła przy wdechu. Oczy zeszkliły mi się bardziej, kiedy na nią spojrzałem.
Opanuj się no! Zachowaj resztki dumy!

- Nie... Nieważne. - uśmiechnąłem się do niej delikatnie, chcąc sprawiać wrażenie miłego wilka, a nie mazgajowatego szczeniaka, ale w tym samym momencie poczułem spływającą mi z prawego oka łzę. A zaraz potem z lewego. Zamknąłem oczy i z całej siły chciałem zapaść się pod ziemię.
Myślałem, że Demo teraz pójdzie. Że westchnie i odejdzie. Albo wrzaśnie, żebym wziął się w garść.
Nie przewidziałem tylko jednego...

Przytuliła mnie.

- Jak nieważne, jak ważne. Jakby nie było ważne, to byś nie płakał.

Było mi nieznacznie lepiej.

Tylko czemu ona to robiła? To przecież była moja wina tak? Jestem beznadziejny. Tylko płaczę. Dlaczego nie mogę być normalny, nie sprawiać problemów i się ogarnąć?!

- Przepraszam...

- Za co ty mnie przepraszasz? Każdy musi się czasem wypłakać.

skip later (do normalnej rozmowy)

- Jeśli chodzi o moją obojętność, to ja taka jestem dla każdego. Nie za bardzo rozumiem wszelkie „uczucia". To dla mnie coś obcego.- mówi, a ja wpatruję się w nią jak w obraz, analizując treść jej wypowiedzi.

- To niemożliwe. Uczuć nie trzeba rozumieć. Je się po prostu ma. Prawie nikt ich nie rozumie.- kręcę głowa w nadziei, że przez to nowo zdobyte informacje poukładają się w mojej głowie w jakimś szyku, jednak nic się nie dzieje.

- Hym... Możliwe, ale ja zaczęłam je ignorować już w młodych latach. Teraz już nie czuje ich zbyt mocno. Nauczyłam się żyć bez nich.

Rozmawiamy jeszcze trochę. Zdaje się, że powoli zaczynam wszystko rozumieć. Cały dzień składa się w logiczną całość. Chyba w końcu rozumiem.

- Chyba już wiem, co jest bezkresnym hymnem...- szepczę, będąc już sam u siebie w jaskini.- W końcu wiem...

<Luna/Lia/Demo? Jedna niech odpisze. Tyle się naklikałam w klawiaturę, że chyba wam wakacje zrobię>


16.07.2018

Od Mateo CD Rose

- Widziałem go raz, przechodząc korytarzem. Przypomina mi kogoś, dlatego byłem ciekawy... - urwałem na chwilę. Rose pewnie wie, skąd ten szczeniak się tu wziął; warto byłoby o to zapytać i uwolnić się od myśli natrętnej jak komar, raz po raz atakującej mój spokój ducha. - Wiadomo, kim są jego rodzice?
- Nie. Prawdopodobnie został porzucony - odpowiedziała wadera, kręcąc głową ze smutkiem. - Ktoś znalazł go poturbowanego w jakiejś norze. Biedny mały... - westchnęła, zaraz jednak rzuciła mi zaciekawione spojrzenie. - Mówiłeś, że kogoś ci przypomina. Kogo?
- Gdybym sam wiedział... Może to tylko wrażenie, a jeśli nie, to pewnie już dawno nie widziałem tej osoby - zakończyłem, po czym nagle coś przyszło mi do głowy. - A jeżeli nikt go nie porzucił? Może po prostu zdarzył się jakiś nieszczęśliwy wypadek, mógł go przecież porwać jakiś drapieżnik. To przynajmniej wyjaśniałoby obrażenia.
- Możliwe, ale... Kiedyś pytałam go o to, co się przed nim działo, zanim trafił tutaj. Chyba nie pamięta zbyt dobrze, co się wydarzyło, a ja nie naciskałam, bo widać było, jakie to dla niego trudne. - Wadera spojrzała na mnie bystro. - Wątpię, żeby udało ci się znaleźć jego rodziców, Mateo. Zresztą, jeżeli go porzucili, to nie miałoby to większego sensu.
Z zakłopotaniem przestąpiłem z łapy na łapę. Czy naprawdę aż tak dobrze widać, co mi chodzi po głowie?
- Mimo to ktoś powinien spróbować. Nie chcę, żeby następny szczeniak spędził dzieciństwo w sierocińcu, jeśli można tego uniknąć.
- Dobrze... Ale niech ci nawet przez myśl nie przejdzie wypytywać go o coś teraz! Musi odpocząć. No już, sio! - ze śmiechem udała, że przegania mnie spod 'szpitala'. - Muszę już iść. Pacjenci czekają.
Rose weszła z powrotem do środka i wróciła do swoich obowiązków, a ja znów zostałem na sam z pytaniem, które dręczyło mnie odkąd zobaczyłem wesołego szczeniaka kilka dni temu: kogo, u licha, mi on tak bardzo przypomina?
- Dzisiaj nie znajdziesz już odpowiedzi - mruknąłem do siebie, obserwując, jak schodzące ku zachodowi słońce wydłuża pasma cienia, ciągnące się po ziemi. Skoro nie mogę zapytać małego o przeszłość dziś, poczekam do jutra. I tak nie mam nic lepszego do roboty.
<Rose?>

14.07.2018

Od Rose *

Weszłam do czegoś w postaci przychodni. Dzień mijał mi wyjątkowo nudno, więc stwierdziłam, że aby zabić czas udam się do mojego miejsca pracy. Znajdowali się tam wszyscy poszkodowani w trakcie jakichś misji oraz ranni członkowie, jak i matki w ciąży. Po prostu uwielbiałam tę pracę! Cieszyło mnie pomaganie innym i ich uśmiechy, kiedy udało mi się ich uleczyć. Co prawda były też przypadki, w których nie zawsze się to udawało, ale o tym lepiej nie wspominać...

Przekroczyłam próg jednego z pomieszczeń, gdzie leżał mój ulubiony ,,pacjent". Mały szczeniak zamachał wesoło ogonem.

 - Cześć Rose! - Wykrzyknął szczęśliwy.

 - Witaj, witaj! Dawno cię nie widziałam... - Zamyśliłam się.

Tak jak zwykle pogrążyliśmy się w miłej pogawędce. Mimo dużej różnicy wieku nie przeszkadzało mi to, gdyż mały był naprawdę bardzo mądry, a przy tym słodki i kochany. Trafił tutaj jakieś dwa tygodnie temu, gdy jego rodzice zostawili go na pastwę losu. Był w bardzo złym stanie, ale jakoś się z tego wygrzebał i całkiem dobrze sobie radzi za co bardzo go podziwiam.

 - Myślisz, że moi rodzice kiedyś do mnie wrócą? - spytał sennym głosem.

 - Nie mam pojęcia... Może kiedyś. - Uśmiechnęłam się smutno. - Powinieneś już iść spać, widzę że jesteś zmęczony. - powiedziałam. - Dobranoc. Wrócę tu jutro! - Pomachałam mu wesoło i wyszłam.

Od razu wyszłam na zewnątrz aby odetchnąć świeżym powietrzem. W mojej głowie kotłowało się milion myśli. Chciałam by jego rodzice wrócili, by poczuł się tak jak wcześniej... Ah, to chyba jednak nie będzie zbytnio możliwe.

 - Często go odwiedzasz, prawda? - Usłyszałam czyiś głos za sobą i podskoczyłam na jego dźwięk, odwracając się szybko. Ujrzałam znajomą sylwetkę i mimowolnie się uśmiechnęłam.

 - Można tak powiedzieć. Czemu pytasz?

Ktoś coś?

Od Luny "Swatamy ze sobą dwie osoby... To chyba już kryzys wieku średniego."

A więc zgodziłam się na propozycję zeswatania niejakich Demoness i Michia ze sobą. Nasza droga Alfa to ma pomysły... Niemniej jednak uważam, że to może być ciekawe. Na pewno ciekawsze niż siedzenie 24/7 ze szczeniakami w jaskini, a tym zazwyczaj się zajmuję. Z drugiej strony takie swatanie jest dosyć dziecinne, ale trudno. Wolę się trochę powygłupiać jak szczeniak niż siedzieć jak stara zrzędliwa baba.
Szczeniaki się bawiły, podczas gdy ja czekałam na Lię. Miała do mnie przyjść z załatwionymi rzeczami na zorganizowanie randki i miałyśmy omówić czego jeszcze potrzebujemy.

Wkrótce Lia wparowała do mojej jaskini z koszykiem lawendy w pysku. Szczeniaki nawet nie zwróciły na nią uwagi i dalej się bawiły.
- Masz te... Och... Czyli masz... - mruknęłam, gdy postawiła koszyk na ziemi.
- Pola lawendowe mają ich aż za dość. Skołowałam też ten naszyjnik... - wadera wyciągnęła z czerwonego pudełka naszyjnik ze srebrną, błyszczącą sową mającą małe kawałki ametystu jako oczy.
- Ładne. - wadera schowała wisiorek i odłożyła pudełko.
Lia zaczęła wymieniać rzeczy, które mam "skołować". Czerwone wino, róże, hiacynty ka-cośtam... Pogubiłam się.
- Chwila, zaraz, zastopuj - powiedziałam, po czym usiadłam i wyjęłam wcześniej przygotowany notes i długopis. Alfa westchnęła i wszystko od początku powtórzyła. Podrapałam się długopisem po głowie. Czyli tak, mam załatwić:

  • Czerwone wino
  • Jakieś róże (sądzę, że najlepsze będą czerwone)
  • Hiacynty kalifornijskie
  • Grajka na harfie (ciekawe skąd ja niby mam go wziąć...)
  • Świece (ale myślę że Lia też jakieś załatwi, bo jak sama powiedziała, potrzeba ich DUŻO)
Myślę, że świetliki będą same z siebie w miejscu, które wybrałyśmy na randkę, i nie muszę ich załatwiać. No bo ciekawe jak, do słoika mam ich sobie nałapać? Trzeba będzie jeszcze zrobić mangowy deser lodowy z bitą śmietaną i coś innego dla Michio.
Westchnęłam przytłoczona ilością rzeczy do zrobienia.
- A na kiedy to wszystko? - spytałam patrząc w notes i zastanawiając się gdzie poszczególne rzeczy mogę znaleźć.
- Na dzisiaj wieczór. - odpowiedziała Alfa. Tak, no bo dokładniej określić czasu nie można. Czasu, który w dodatku będzie mi dzisiaj bardzo potrzebny.
- Wieczór, czyli kiedy? - zadałam kolejne pytanie, tym razem patrząc na waderę.
- Gdzieś tak 20.00? Nie wiem. Ty się zajmiesz przygotowaniem kartek z zaproszeniami czy ja mam to zrobić?
Co proszę? Mam jeszcze zaproszenia robić? A może jeszcze frytki do tego? Mam już wystarczająco na głowie. Poza tym... Zaproszenia mojego wykonania byłyby nieczytelne, patrząc na to jakie mam pismo.
- Zależy. - powiedziałam w końcu.
- Od? - wadera uniosła brew.
- Kto ma ładniejsze pismo.
- Uch... - jęknęła wadera, po czym usiadła na podłodze. - Czyli może lepiej ja... Tylko muszę iść do sklepu papierniczego.
Sklepu papierniczego? Ciekawe czy dla wilków, czy dla ludzi, bo nie widziałam żadnego wilczego papierniczego w okolicy...
Wadera wyszła. Wstałam z podłogi i spojrzałam jeszcze raz w notes. Czerwone wino.. Hmm... Sądzę, że Kage ma takie w swojej skrytce. Poszłam do owej "tajnej skrytki" mojego mensza i wyjęłam z niej czerwone wino. Owinęłam butelkę jakąś szmatą, by dzieci nie odkryły, że ich ojciec jest alkoholikiem.
Okej, jedną rzecz z listy już mam, teraz następne...

Jakiś czas później miałyśmy już wszystko. Zebrałyśmy całość przed moją jaskinią. Jeszcze przed wyjściem by pozbierać róże i hiacynty poprosiłam Miranę by zajęła się szczeniakami. Lia w międzyczasie napisała zaproszenia i wręczyła je naszym gołąbkom. Zbliżał się już wieczór.
- No to teraz trzeba przygotować miejsce i to wszystko tam zanieść. - powiedziałam patrząc na masę zebranych rzeczy.
- Okej, rzeczami do zaniesienia dzielimy się po połowie, tylko ja biorę tą mniejszą połowę. - odezwała się Lia z przekąsem.
- Nie ma czegoś takiego jak mniejsza połowa, połowy są równe... - przekręciłam oczami. - Lepiej już chodźmy...

Jeszcze jak zanim było blisko linii horyzontu miałyśmy wszystko przygotowane. Wszystko wyglądało pięknie. Maki, zachód i nakryty "stół". Zapalone świece unosiły się w powietrzu, ale z dala od miejsc siedzących naszych gołąbeczków, by topniejący wosk nie kapał im na głowę. Lia dookoła siedzeń posadziła lawendę i hiacynty, a trochę dalej zasadziła jeszcze jakiś inny kwiat, którego nazwy nie znałam. Na stole stała róża w wazonie i czerwone wino. Lia załatwiła jakieś dania i muzykę.
- No, to teraz kryć się - Lia poczłapała w maki, w miejsce, gdzie nie było nas widać ale mogłyśmy dobrze obserwować rozwój sytuacji, a ja poszłam za nią. Tak ukryte obserwowałyśmy "stół". W niedługim czasie zjawił się Michio. Był dosyć zdezorientowany, ale usiadł na miejscu. Jakiś czas później zjawiła się Demo, która również usiadła do stołu. Czuć było od niej... Ciasteczkami? Chyba tak.. Dziwne. Popatrzyłam na Lię.
- Czujesz ten zapach ciasteczek? - spytałam szeptem.
- To perfumy, które dałam Demo. - odparła również szeptem.
Mój wzrok powrócił znowu na nasze gołąbeczki. Ciekawe jak to się dalej potoczy...

<Lia/Michio/Demo? C:>

12.07.2018

Niemiła informacja, ale jest

Powróciłam! I zgodnie z zapowiedzią, wszyscy dostają po upomnieniu. Evan, ty masz dwa. Jeszcze jedno Evuś! A teraz będę dość często wstawiać, bo za długo wszyscy wszystko olewali. SĄ WAKACJE, POWINNIŚCIE PISAĆ. Chyba że wolicie wziąć się za pisanie dopiero w roku szkolnym, ale wtedy nie będzie już co pisać, bo wszyscy zostaną odesłani z watahy.

PS: Yuko, przecież tacy wszyscy byli chętni do pomocy, i mówiłam ile przynajmniej opowiadań na dzień.
P.P.S
 Ale wiesz, jest takie coś jak brak weny i kolonia
P.P.P.S
Trwające wiecznie?

9.07.2018

Od Michia CD Mauvais

  - Coś jeszcze?- spytała spokojnie wadera. Byłem taki podekscytowany faktem, że w końcu wiem gdzie szukać, że nawet, jeśli musiałem się dowiedzieć czegoś jeszcze, zwyczanie nie miałem głowy do tego, żeby zadawać pytania.
- Chyba nie. Bardzo mi pomogłaś, dziękuję!- Czułem się jakbym dostał zastrzyk energii. W tamtej chwili miałem wrażenie, że zdołam wspiąć się na te całe Góry Pochyłe mając do dyspozycji tylko jedną łapę. Chodźby w pięć minut.
- Nie ma za co. To moja praca.- Może mi się wydawało, może nie, ale moim zdaniem wilczyca się uśmiechnęła. Przyjrzałem się jej masce. Ten, który ją zrobił chyba od razu wiedział dla kogo. Idealnie dopasowana. Widać było przez nią tylko oczy. Wydawały mi się takie tajemnicze... jakbym miał się czegoś z nich dowiedzieć, a przez ich głębię i kolor nie był w stanie. Zupełnie jakbym miał czytać z pustej kartki.
  Pożegnawszy się uprzednio z Mauvais, wybiegłem z jej jaskini. Nawet na chwilę się nie zatrzymałem. Tym razem doskonale wiedziałem gdzie i którędy podążać. Kierunek: Góry Pochyłe!
  Gdy biegłem, wiatr przeczesywał moje futro i muskał delikatnie moją skórę, dzięki czemu odczuwałem lekki chłód, który był wtedy bardzo mile widziany. Dłuższy bieg w tak ciepły, letni dzień byłby kłopotliwy, ze względu na to, że dodatkowego ciepła dostarczał mi jeszcze wysiłek. Oh, tak. Wiatr to najlepsze co mogło mnie wtedy spotkać.

<KONIEC! nie prowadze już wątku z Vais>

2.07.2018

Od Mauvais CD Michia

Dziwny sen... Jakieś hymny i tajemnicze istoty. Pewnie śniło mu się to wiele razy skoro tak szczegółowo to zapamiętał. Mówią, że ponoć warto zapamiętywać sny. Niestety nigdy mi się to na razie nie udało.
- I tak..? Wiesz coś..? Cokolwiek..? Wiesz o co w tym chodzi..? Miałaś umieć mi to wytłumaczyć i...- zaczął mówić basior wręcz gorączkowo, patrząc na mnie z nadzieją, w jednym momencie nawet błagalnie - Umiesz..? - zakończył, jakby dziwnie zmęczony. Przymknęłam na chwilę oczy, chcąc dokładnie poukładać sobie w głowie wszystkie zdobyte informacje. Gdy je otworzyłam, pokiwałam lekko głową i natychmiast na pysku Michia pojawił się szeroki uśmiech i jakby przez chwilę w oczach pojawił się błysk ulgi. Ponownie zamknęłam oczy, tym razem by móc się mocno skoncentrować. Wysiliłam całą moc mojego umysłu, całą moją zdolność przepowiadania przyszłości. I nagle wokół mnie zrobiło się ciemno... Granatowo- fioletowa kosmiczna mgła, w kilku miejscach jaśniały małe punkciki. Jeszcze raz prześledziłam słowa piosenki, starając się zrozumieć jej przekaz. Nagle, w mojej głowie pojawiły się obrazy. Było ich pełno, każdy z nich nawiązywał do jednego wersu śpiewanej opowieści. I zrozumiałam. To przyszło nagle i niespodziewanie, niczym błyskawica co trzaska o ziemię. Otworzyłam oczy i popatrzyłam na Michia.
- Umiem. I wiem o co chodzi - odpowiedziałam na ostatnie pytanie zadane przez basiora. Oczy mu zabłysły, jakby pokładał we mnie wielkie nadzieje.
- I co? Co wiesz? Kim są "oni"? - popłynął potok pytań, jeden z tych, który ciężko zatamować.
- Bogowie. Dokładniej Bogini Światła i Bóg Śmierci - odpowiedziałam krótko, zwięźle i na temat.
- A ten bezkresny hymn? Gdzie go szukać? - tym razem jedno, jednoznaczne pytanie.
- Tego hymnu szukaj w Górach Pochyłych. Reszta mam nadzieję jest jasno wyjaśniona - rzekłam pochylając lekko głowę - Coś jeszcze? - zapytałam, gdy nie usłyszałam kroków przez dłuższą chwilę.


<Michio? Przepraszam za to skąpe opisanie i w ogóle>

1.07.2018

Brak mojej osobowości c:

Witajcie w ogłoszeniach parafialnych! Nie będzie mnie od jutra rano (2 lipiec) przez dziesięć dni. taki mały wypad sobie robię na kolonie c: Tak więc, do rzeczy. Dwie informacje:
1. Jeżeli nie wstawicie przez ten czas gdy mnie nie będzie PRZYNAJMNIEJ 5 OPOWIADAŃ ZGINIECIE MARNIE. WSZYSTKIM POWSTAWIAM PO UPOMNIENIU, BEZ WZGLĘDU NA TO CZY NAPISAŁ CZY NIE, DO TEGO BĘDĘ WRZESZCZEĆ NA FB JAK I NA CHACIE BLOGOWYM, DISCORDZIE RÓWNIEŻ. A więc postarajcie się. Przynajmniej 5 opowiadań przez 10 dni gdy mnie nie będzie.
2. Kiju masz napisać form dorosłego Kija c: Inaczej również będzie upomnienie, a jak nie będzie tego u góry, to będą dwa upomnienia, bo piszesz to już chyba z pół roku, a masz na to 10 dni. Z PEWNOŚCIĄ SIĘ WYROBISZ

Życzę miłego dnia c:
~Lia


PS: Mizerio moja kochana! Z okazji urodzin życzymy wszystkiego dobrego i daję bonus w postaci 100 cs. Może jakiś rysunek na zamówienie do tego? Wybierz sobie coś oprócz nagrody standardowej.