20.10.2020

Od Fluffiego do Nuty

 Był to zwykły dzień, kiedy Fluffy spał sobie na półce skalnej w swojej jaskini. Poprzednia noc go ostro wykończyła, gdyż razem z kilkoma innymi wilkami spędził całą noc w bibliotece, poszukując książki o magicznych stworzeniach, którą Shira gdzieś zapodziała. Obudziło go jego burczenie w brzuchu. Wstał i podszedł do półki z zapasami po coś do jedzenia. Były tam różne owoce i zioła. Nie było jednak pożywnego mięsa. Udał się więc do rzek pajęczych, żeby zapolować na coś małego. Zobaczył kilka królików biegających po leśnych ścieżkach,  sarny czające się w trafie i dziwne istoty skaczące po skałach. Nie miał jednak ochoty na gonitwę i wolał coś prostszego do złapania. Wszedł więc do płytkiej, delikatnie płynącej rzeki. Złapał kilka ryb, a następnie sobie je zjadł. Potem położył się na skale i zaczął się suszyć. Po powrocie miał zamiar wrócić w spanko, gdyż nie do końca się wyspał. Jednak nie było mu to pisane. Na ścianie jaskini wisiał przyklejony liścik.


"Witam. Byłam u ciebie, ale nie zastałam cię w środku. Prosiłabym cię, żebyś przyrządził miksturę na kaszel, gdyż ja muszę udać się do brunatnego lasu. Nie będzie mnie do jutra, a mikstura jest potrzebna do wieczora. Gotowy napar zostaw na półce w sklepie wonny".


Basior popatrzył smutno na liścik i postanowił od razu wziąć się do pracy. Nie był może jakimś mega dobrym alchemikiem, ale na lekarstwach się znał. Udał się więc do biblioteki po książkę z przepisami, a następnie do ogrodów pałacowych po potrzebne zioła. Gdy wyciągnął łapkę po kwiaty, usłyszał szelest i kichnięcie. Odwrócił się i zobaczył rudą, puszystą kulkę buszującą w krzaczkach.



<Nuta?> ~Proszę, Nutka. Jest pierwsze opowiadanie ;3

Od Wichny do Aidena

 Przez długi czas przyglądałam się basiorowi z zainteresowaniem. Bardzo wprawnie przygotowywał jedzenie, czego szczerze się nie spodziewałam. Obserwowałam jak dorzuca kolejne składniki i szykuje je do podania. W pracowni zaczął unosić się piękny aromat ziół i pieczonego mięsa. Wilk wydawał się odzyskiwać siły, miałam więc nadzieję, że moje antidotum zadziałało odpowiednio i nie spowoduje żadnych powikłań. Jedyne do mnie zaniepokoiło to ciemna aura, która coraz bardziej wzbierała wokół niego. Nieświadomie zaczęłam mierzyć basiora wzrokiem jakby był obiektem badawczym, jak przez lupę, próbując określić czym dokładnie jest smolista łuna. Nie zauważyłam kiedy on odwrócił się w moją stronę.

Poczułam jakby coś wyrwało mnie z czasu. Przez chwilę nie znajdowałam się już w mojej pracowni, ale w pustej przestrzeni, jakby próżni. Nic nie słyszałam, widziałam tylko zarys smug czarnego dymu, który odczepił się od nieznajomego i podążył za mną. Po chwili zaczęłam słyszeć ciche, syczące głosy, dochodzące to do jednego, to do drugiego ucha. Nie rozlegały się w przestrzeni, tylko jakby w mojej głowie.

Nie raz doświadczyłam już przeniesienia do Otchłani, ale jeszcze nigdy nie wyrwano mnie ze świata tak brutalnie. Przejście zawsze odbywało się po długich przygotowaniach, medytacji, rozmowach z istotami, które miały być moimi przewodnikami albo pomocnikami. Tym razem to było coś innego. Coś wciągnęło mnie na drugą stronę wbrew mojej woli jak zakładniczkę.

Nagle coś dotknęło mojej sierści na grzbiecie i zaczęło przesuwać się w stronę głowy. Poczułam, jak coś śliskiego oplata powoli moje nogi i coraz bardziej się zaciska. Spojrzałam w dół i zobaczyłam czarne, nieprzeniknione macki pochłaniające powoli całe moje ciało. Nie mogłam się ruszyć i zaczęłam panikować. Do głowy przyszło mi tylko jedno rozwiązanie. Jeśli mi się nie uda, prawdopodobnie zginę. Nie chcę tego robić. Muszę to zrobić.

Nabrałam powietrza, o ile można mówić o powietrzu w tym miejscu. Jadowity odór sparzył mi drogi oddechowe jak żrący kwas. Wreszcie wydusiłam z siebie kilka słów, które utknęły w niemej próżni. Macki coraz szybciej mnie oplatały, połowa mojego ciała pogrążyła się już w cieniu. Moje białe futro zamieniało się w popiół.

Zaczęłam zapadać się w nicość.

W ostatnim momencie, kiedy na powierzchni pozostała już tylko moja kufa, poczułam jak coś wyszarpuje mnie z odmętów. Usłyszałam wrzaski, przeraźliwe krzyki i odgłosy rozrywanego ciała. Uścisk zelżał, ale nadal czułam ciężar czarnego cielska. Po chwili i on zniknął. Moim oczom ukazała się znajoma postać, której nigdy nie chciałam zobaczyć w pełni. Ujrzałam stworzenie, które towarzyszyło mi od miesięcy, a które zawsze kryło się w innych formach. Głos, który zawsze słyszałam przy swoim uchu. Zobaczyłam jak unosi kończynę. Wykonał drobny ruch i nagle znalazłam się z powrotem w mojej pracowni.

Wilk wpatrywał się we mnie jakby nigdy nic. Dało się poznać, że w tym świecie nie minęła nawet sekunda. Wzięłam głęboki wdech i z ulgą powitałam świeże, chłodne powietrze. Powoli wypuściłam je z płuc. Spróbowałam sprawiać wrażenie jakby nic się nie stało. Niestety, w ogóle mi się to nie udało. Patrzyłam na basiora jak na wybuchającą gwiazdę, która śle w moją stronę miliardy śmiercionośnych odłamków. On za to złapał ze mną kontakt wzrokowy i czekał aż coś powiem.

- Słuchaj… Jak ty właściwie masz na imię? - zapytałam, otrząsając się. Widziałam, że basior patrzy na mnie jakoś szczególnie.

- Aiden. Przepraszam, zapomniałem, że wcześniej się nie przedstawiłem. Wyglądasz na zmieszaną, coś się stało?

- Nie… Chociaż tak, tak, chyba się stało. Jednak nie wiem jeszcze co. Przypuszczam jednak, że to może mieć związek z tym, co cię ukąsiło. Możliwe, że przeniosło na ciebie coś, jakby chorobę. Obawiam się, że możesz mieć przez to kłopoty.

- O czym mówisz? Przecież to był tylko wąż. Może i jadowity, ale nadal wąż…

- Jeszcze nie wiem co to, naprawdę. Wiem tylko tyle, że zaprezentowało mi przed chwilą próbkę swoich mocy. Jak mówiłam, to może być coś w rodzaju rozszerzającej się choroby, tyle że nie z tego świata. Z tego drugiego, poza osłoną śmiertelności… Nie wiem jak ci to wytłumaczyć, tak żebyś nie uciekł albo nie uznał mnie za wariatkę. Chcę ci pomóc.

Aiden cały czas spoglądał na mnie z niekrytą ciekawością. Mówiłam chaotycznie, może nawet nie powinnam mu wspominać o swoich przeżyciach sprzed kilku minut. Oczywiście nie zamierzałam ujawnić mu wszystkiego, tym bardziej tego kto mnie uratował. Czułam jednak, że musi wiedzieć, że coś może mu grozić.

- Może usiądźmy i zjedzmy - odezwał się - i przy okazji powiesz mi coś więcej?

- Nie obiecuję, ale tak, usiądźmy i zjedzmy.

Aiden postawił przede mną naczynie z jedzeniem, po tym wziął swoją i usiadł naprzeciwko mnie. Wzięłam kilka gryzów w milczeniu. Z zadowoleniem przyznałam, że to, co przygotował było wyborne.

- Może najpierw ty powiesz mi coś o sobie? - zagadnęłam - Wpadłeś tutaj właściwie bez słowa i nie wiem nawet kim jesteś. Chciałabym wiedzieć kogo leczę i z kim jem. - uśmiechnęłam się do niego zachęcająco.


<Aiden?>

19.10.2020

Event z okazji Święta Zmarłych

Droga społeczności! 

Zbliża się święto zmarłych, ale to nie czas by się smucić. W tym roku obchodzimy je na wesoło, czyli jako: Dia Todos los Santos. Czas więc na zabawę wraz ze zmarłymi! Łapcie za farbki i pędzle! Pomalujcie wasze pyski aby przypominały czaszki, przystrójcie się w kwiaty, przebierzcie się za waszych bliskich zmarłych i tańczcie z duchami. Zbudujcie ołtarzyk dla duchów i złóżcie im hołd. Ozdóbcie go w kolorach tęczy, niech to będzie wesoły czas, albowiem czas się radować ze spotkania. Nie zapomnijcie również o wspólnym posiłku! W tym roku polecamy cukrowe czaszki, babeczki i ciasta w  motywie czaszki oraz wiele, wiele innych.  Koniecznie spróbujcie huesos de Santo - czyli marcepanowych kości świętych. 


Ogłaszamy również 2 konkursy z nagrodami, a oto i one:


1. Naj aktywniejszy wilk
Wilk o największej ilości opowiadań wstawionych w czasie trwania eventu zostanie nagrodzony, dzień po jego zakończeniu. Nic trudnego ;3
Wskazówki: W opowiadaniach powinniście zawrzeć wątek święta. Kto wie kim okaże się ten podejrzany przebieraniec zza rogu? Może to ktoś z watahy, a może duch? A może masz szansę złapać złodzieja słodyczy? Odbijesz słodkości, czy przyłączysz się do kradzieży? 
Obowiązkowo: oznacz opowiadanie odpowiednią etykietą "cukrowa czaszka


2. Konkurs plastyczny: "Wilk Dia Todos los Santos"
Wskazówki: masz pomysł na Wilka z makijażem? Może to czas by zaprezentować waszą postać z garścią słodyczy, albo w towarzystwie ducha? 
Obowiązkowo: Wyślij podpisaną pracę na discorda w #twórczość. W opisie podaj imię wilka (nawet jeśli masz ich kilka to tylko jeden wilk dostanie nagrodę) oraz podpisz: "Konkurs". ZGŁASZAMY TYLKO JEDNĄ PRACĘ! 


Event trwa od 20 października do 3 listopada, do godziny 23:59


Tak więc życzymy powodzenia i miłej zabawy ;3

~Administracja

13.10.2020

Od Aidena do Wichny

Wadera stanęła ze świeżym jedzeniem w wejściu i spojrzała na mnie badawczo.

- Przyniosłam Ci jedzenie. - powiedziała. Uśmiechnąłem się lekko.

- Dziękuję, ale niegrzecznie będzie wykorzystywać Twoją dobroć do najedzenia się. W podzięce złożyłem koc i chyba odłożyłem na miejsce. Nie będę Cię dłużej zajmował głupotami. - poczułem się jak idiota, kiedy ogarnąłem, że pogryziony przez węże dotarłem do niej i nawet nie powiedziałem co się stało. Poczułem się jak przegryw. Padłem jak mucha, jak w ogóle to możliwe, że jeden mały wąż omal mnie nie zabił?

- Chyba żartujesz? Nie jesteś jeszcze w pełni zdrowy. Musisz tutaj zostać, zdrzemnąć się, a ja w tym czasie dokonam obserwacji. Muszę jeszcze sprawdzić na przestrzeni doby bądź dwóch w najgorszym przypadku, czy trucizna w pełni została usunięta z Twojego organizmu. Detoksykacja jaką Ci zrobiłam była w pełni uniwersalna, ponieważ nie wiedziałam jakie wąż dokładnie Cię pokąsał. - wadera wyjaśniła mi wszystko po czym w skrócie dodała jak tu trafiłem, nic kompletnie nie pamiętałem.

- Dobrze, ale pozwól, że zrobię w zamian za to jedzenie. Chciałbym się jakoś odwdzięczyć, a mam nawet pomysł na tego bażanta. - uśmiechnąłem się robiąc krok w stronę wadery. Odwzajemniła uśmiech i speszyła się. - Jestem Aiden. Dziękuję za pomoc i opiekę. - ukłoniłam się po czym zabrałem od niej pożywienie i skierowałem się w stronę ogniska.

- Wichna. Jestem Wichna. Gdybyś potrzebował ziół i przypraw to wszystko znajduje się po Twojej lewej na szafce ze szkatułkami. - uśmiechnęła się siadając obok mnie i patrząc na moje ruchy. Zgrabnie zabrałem się za przygotowywanie ruszta z drewna. Po piętnastu minutach składania patyków i gałęzi w idealny kształt wziąłem się za bażanta. Szybko, ale starannie i dokładnie przygotowałem go, zdarłam pióra i usunąłem niejadalne kończyny, z dziobem i głową. Opaliła go delikatnie nad ogniskiem po czym umieściłem na ruszcie. Wcześniej obsmarowali go wywarem z Czarnego Bzu, Orchideii i Miodu, aby nadać aromatu i smaku. W między czasie przygotowałem coś w rodzaju dodatku do mięsa z owoców, które przyniosła Wichna. Musieliśmy odczekać jednak jakieś piętnaście minut, aż mięso osiągnie odpowiedni stopień pieczenia. Nie mogłem popisać się surowym jedzeniem. Wadera uważnie mi się przyglądała, jakbym był jej celem. Od góry do dołu. W końcu odwróciłem się do niej i nawiązałem kontakt wzrokowy. Zrobiło się jakoś... Jakoś inaczej.

Wichna w końcu odezwała się pierwsza...


> Wichna? Wybacz że tak długo to trwało ,praca :c<

Od Aidena do Makreli

- Wyrzuć to z kieszeni, mówię serio. - zaskakujące było to, jak bardzo ciekawa była tych wynalazków. Nie chciałem, żeby komuś stała się krzywda. Warto było zbadać ten teren.

- Ale dlaczego? Przecież to tylko ludzka zabawka! Możemy razem z nią coś pokombinować? Proszę, takie cacka to unikaty! - krzyknęła wręcz z podekscytowaniem, a ja widząc dym unoszący się z kieszeni zamarłem. Boże... Przecież to się zaraz tam zapali...

Nie czekając ani chwili dłużej szybkim i zwinnym ruchem lapy powaliłem waderę na ziemię. Starałem się zrobić to jak najdelikatniej, żeby nic ją przypadkiem nie zabolało i chyba akurat mi się udało, ponieważ teren był bardzo zakrzaczony i trawiasty. Wadera była spanikowana i wystraszona, ale nie próbowała ze mną walczyć. Leżała w bezruchu, jak żuk w momencie zagrożenia czekając, aż odpuszczę. Nie mogłem jednak dać jej się tym bawić. Może z wyglądu jestem potworem, mam grubą skórę, ciemne futro i przeszywające spojrzenie, a moje ukształtowanie i postawa pokazują jakim jestem „nieustraszonym wojownikiem”, ale w głębi od zawsze chciałem tylko spokoju, pokoju i tego, aby nikomu nie stała się krzywda. Ludzie to potwory, a samiczka najwidoczniej tego jeszcze nie doświadczyła...

- Przepraszam, ja... Nie rób mi krzywdy! Już sobie stąd pójdę jeśli wpadłam na Twoje terytorium... - wadera spojrzała na mnie błagalnie, a ja myślałem jak wyjąć dymiące ustrojstwo z jej kieszonki. Dym unosił się coraz bardziej i bardziej nad torbą, aż samiczka spojrzała to na mnie, to na torbę i tak kilka razy, aż zorientowała się dlaczego tak reaguję. Minęła dosłownie chwila, chociaż ta scena dłużyła się z mojej perspektywy okropnie. Jęki przerażenia wadery zmusiły mnie do natychmiastowego reagowania. Złapałem kłami za torbę samicy i najmocniej jak mogłem szarpnąłem nią, żeby rozerwać pas i móc z niej to ściągnąć. Kiedy udało mi się rozerwać solidny pasek torba zaczęła się palić. Wadera oniemiała. Zostawiłem ją w tym miejscu i z płonącym gadżetem ile sił w nogach pobiegłem w las. Omijałem drzewa, krzaki i krzewy, aby jak najdalej od naszej dwójki zostawić ten cały szajs. Czym ona się tak ekscytowała?! - pomyślałem zły na siebie, że pozwoliłem temu tak długo zostać w jej torbie. Upuściłam ustrojstwo w jakiś średniej wielkości wykopany dół i zawróciłem na pięcie bez zatrzymania. Biegłem jeszcze szybciej niż wcześniej. Musiałem dobiec do miejsca naszego spotkania, żeby znaleźć się w bezpiecznej odległości. Kiedy wybiegałam z lasu za sobą usłyszałem dość głośny huk. Wybuchło...

- Nie! Nie! Nie! Pomocy! Tam zginął wilk! - samiczka we łzach w oczach skomlała i nawoływała pomocy, ale z znikąd ratunku. Nerwowo obracała się i szukała kogoś wzrokiem. Kiedy się pojawiłem zamarła.

- Naprawdę myślałaś, że pobiegłem tam z tym, żeby rozerwało mi głowę? - uśmiechnąłem się. Dymiący wrak za nami byl okropnym widokiem w zaistniałej sytuacji.

- Ty żyjesz... Ty żyjesz! - wadera zaczęła skakać i łasić się do mnie, ale łzy nie zniknęły. - Myślałam, że umarłeś w tym lesie! Z moją torbą i tą zabawką i... I moja torba! Pewnie została zniszczona...- samiczka posmutniała wyraźnie wspominając o kieszonce w której schowała palącą się zabawkę.

- Spokojnie, pomogę Ci w zrobieniu, albo dobraniu nowej. Apropo... Chciałbym Cię przeprosić za tę akcję, wiesz... Mam nadzieję, że powalenie łapą Cię nie bolało. Chciałem Ci pomóc, rozumiesz sama. Jestem Aiden. A Ty?


> Makrela, przepraszam że tak długo, ale praca ;c<

10.10.2020

Od Kennego cd Allen

Jak tylko szczeniak odszedł, zawołałem Jasona z którym przed chwilą rozmawiałem. Basior pojawił się przede mną. Skarżył się ostatnio na problemy z Alem. Demon nie potrafił przejąć kontroli nad jego ciałem. Tak na wszelki wypadek postanowiłem mieć go na oku. W końcu to Al był tym co potrafił walczyć. Poprosiłem więc o trzymanie się blisko mnie przez następny tydzień, chyba że będzie poprawa. Wróciliśmy więc do jaskini i poszliśmy spać. Następnego dnia, koło południa udałem się w towarzystwie Jasona do sierocińca. Nie zdążyłem jeszcze wejść do środka, a Allen już skakał dookoła mnie.
-Oszczędzaj siły na trening – powiedziałem, a on zatrzymał się i czekał na mój ruch.
Odwróciłem się i zobaczyłem jak indoraptor obwąchuje Jasona. Spojrzałem na szczeniaka i kiwnąłem głową w stronę dwójki. Młody szybko załapał o co mi chodziło i zawołał do siebie towarzysza. Sprawdziłem czy z wilkiem wszystko dobrze i ruszyłem na polanę. Po dotarciu na miejsce poprosiłem Jasona o przypilnowanie Haxa.
-Nie bój się, on wyczuwa strach i będzie próbował cię odgonić. W razie czego krzycz – powiedziałem i widząc minę wilka zaśmiałem się
Zapytałem szczeniaka czy jest gotowy.
-Dzisiaj trzy ćwiczenia. Pierwsze z nich to bieg. Musisz mnie złapać. - wypowiadając ostatnie zdanie zamieniłem się w sokoła. Allen swoją postawą dał znać, że jest gotowy. Wzbiłem się więc w powietrze i lecąc nisko, co jakiś czas zerkałem w tył. Po kilku minutach biegu, zatrzymałem się i czekałem aż młody doczołga się do mnie.
-Trzeba poćwiczyć nad tym – powiedziałem, kiedy szczeniak usiadł przede mną. Pozwoliłem mu odpocząć i kiedy powiedział, że jest gotowy wróciłem z nim tam gdzie zaczynaliśmy. W tym ćwiczeniu poprosiłem o pomoc Jasona. Basior ukrył się gdzieś w lesie, a zadaniem Allena było znaleźć go i podkraść się do niego. Zmieniając się w sowę, poleciałem za wilkiem. Obserwowałem każdy jego ruch. Chodził z głową przy ziemi, co jakiś czas dźwigając się i rozglądając dookoła. W końcu (przy pomocy) odnalazł on „zdobycz” i teraz musiał tylko podkraść się do niej. Na początku szło mu świetnie. Uważał na każdy krok i nie spuszczał oczu z wilka. Jednak za szybko chciał skończyć i Jason zauważył go. Cierpliwość – trzeba poćwiczyć. Ostatni test to walka. I tu poszło mu najlepiej ze wszystkich. Mimo przegranej zauważyłem wolę walki i nadzwyczajną siłę.
-Na dzisiaj to koniec. Poćwiczymy nad dzisiejszymi problemami i gdy znikną weźmiemy się za następne. A teraz zadanie. Codziennie biegasz z Haxem, bo twoja kondycja płacze.
-Okay – powiedział szczeniak
-Za dwa tygodnie przychodzisz tutaj i ćwiczymy. A teraz wracaj – po tych słowach Allen i Hax poszli w swoją stronę, a ja i Jason w swoją.



Od Allena cd Nashi

 -Wybacz Nashi, ale jestem zmęczony – powiedziałem i po pożegnaniu się udałem się do pokoju, gdzie zasnąłem obok Haxa.
Następnego dnia udałem się na zajęcia na których praktycznie wcale nie uważałem. Po wszystkim niemal natychmiast wybiegłem z budynku i pobiegłem szukać Kennego. Chciałem poprosić go o trening. Zobaczyłem go z jakimś innym wilkiem, jednak kiedy tylko mnie zaóważyli, nieznajomy odszedł, a drugi basior podszedł do mnie.
-Co tutaj robisz? - zapytał i spojrzał na Haxa – robicie? - poprawił
-Chciałem się zapytać, czy mnie potrenujesz?
Wilk zamyślił się i przez dłuższy czas milczał. W końcu się odezwał:
-Dzisiaj nie mam czasu. Ale przyjdź do mnie jutro – uśmiechnął się a ja szczęśliwy spojrzałem na indoraptora który zamruczał. Wróciłem do sierocińca i resztę dnia spędziłem na zabawie z resztą szczeniaków.


<Kenny?>

Od Wichny do Aidena

Stałam i patrzyłam na basiora przede mną. Mówił nieskładnie i ledwo trzymał się na nogach. Szybko wyczułam zbierające się wokół niego cienie, co oznaczało, że jest bliski przejścia na “tamten” świat. Czyjaś śmierć w mojej pracowni to ostatnie czego w tej chwili potrzebowałam! Nagle wilk upadł, jego oczy się przewróciły, ukazując przekrwione białka. Musiałam działać szybko, a nie wiedziałam nawet dokładnie co mu się stało.
Co on bełkotał na wejściu? Że pogryzły go węże? Tak, ale oczywiście nie wiedział jakie… Zdecydowałam się przygotować uniwersalne antidotum i preparat na wzmocnienie organizmu. Przykryłam nieznajomego kocem i rzuciłam się do flakonów ze składnikami na lekarstwa. Sięgnęłam też do szafki z truciznami… Błyskawicznie rozpaliłam płomień pod kotłem i zaczęłam mieszać mikstury. Przepisy znam na pamięć, zresztą w tej sytuacji działałam, opierając się głównie na intuicji i nadziei na to, że uda mi się uwarzyć coś skutecznego. Przez cały czas słyszałam za sobą ciężkie dyszenie basiora. Co i raz zerkałam przez ramię. Cóż, szkoda by było, gdyby taki okaz padł i zmarnował się tak szybko.
Po kilku minutach trzymałam gotowe, jeszcze parujące preparaty. Wzięłam ze stołu dużą misę i nalałam do niej źródlanej wody ze zbiornika przyczepionego do ściany. Podeszłam do basiora i wprawnie wlałam mikstury do jego rozchylonego pyska. Po chwili, gdy zaczął się wybudzać, podsunęłam mu wodę, którą najpierw powąchał, po czym wziął kilka łyków.
- Masz wyjątkowe szczęście, że udało ci się tutaj dotrzeć - odezwałam się, żeby przerwać ciszę. - węże, na które trafiłeś musiały być bardzo jadowite. Nie wyczuwam u ciebie żadnych innych nieprawidłowości. No, może oprócz głodu. Okropnie burczy ci w brzuchu.
Basiorowi wyraźnie ciążyły powieki. Nie odpowiedział, a jedynie spojrzał na mnie, przymykając to jedno, to drugie oko.
- Możesz się tutaj zdrzemnąć. Poszukam czegoś, co mógłbyś teraz zjeść. Radzę ci nigdzie się stąd nie ruszać.
Wyszłam z jaskini i ruszyłam do lasu, z nadzieją, że szybko trafię na coś jadalnego. Na szczęście prędko znalazłam sporo owoców i samotnego bażanta. Zawróciłam do pracowni.
Kiedy weszłam do środka, zastałam tam basiora, siedzącego, już całkiem przytomnego. Zauważyłam, że złożył koc i odłożył go na półkę. Spojrzał na mnie.
- Przyniosłam ci jedzenie. Przy okazji, mam na imię Wichna, mi mi cię poznać - przedstawiłam mu się. Wilk lekko się uśmiechnął.

<Aiden? Sorry, że tak długo>

5.10.2020

Od Allena cd Strażniczka Pełni

-To kto teraz liczy?- zapytała Pełnia i wszyscy spojrzeli na mnie.
Zacząłem się kłócić, jednak jeden na trzech nie miałem szansy. Odwróciłem się tyłem i zacząłem liczyć. Po zakończeniu, rozejrzałem się szybko dookoła, czy nie ma żadnych śladów, które pomogłyby mi, ale kiedy nic nie rzuciło mi się w oczy pobiegłem przed siebie. Długo... i to bardzo długo zeszło mi na znalezienie kogokolwiek. Pierwszą znalazłem Pełnie i to tylko dlatego, że wadera postanowiła mnie wystraszyć, kiedy przechodziłem obok krzaków. Szliśmy razem szukając pozostałej dwójki i rozmawiając o jakiś pierdołach. W końcu znaleźliśmy Moon. Na samym końcu znaleźliśmy indoraptora, który uciął sobie drzemkę na gałęzi drzewa.
-Teraz ja liczę! - krzyknęła Pełnia
-Wybacz, ale muszę iść do Kennego – powiedziałem i zacząłem iść
-Poczekaj, pójdziemy z tobą. – odwróciłem się żeby spojrzeć na waderę, a ta uśmiechnęła się do mnie. Kiwnąłem głową i po chwili była już koło mnie. Szliśmy spokojnie w stronę jaskini basiora. Podczas naszej wędrówki zatrzymaliśmy się tylko raz, bo zauważyliśmy stado pięknych motyli, które wyglądały jakby były zrobione z niebieskiego szkła. Pewnie przyglądalibyśmy się im dłużej, jednak Hax postanowił sobie zapolować i kiedy tylko skoczył w ich stronę, motyle odfrunęły. Dosyć szybko znaleźliśmy się przed jaskinią wilka. Co prawda nie zastaliśmy jego, tylko Jasona. Ten zaproponował, żebyśmy poczekali, bo Kenny ma wrócić za niedługo. Zamiast poczekać na niego przed lub w jaskini, postanowiliśmy przejść kawałek i się zawrócić. I tak cztery raz, aż w końcu pojawił się basior. Szedł dziwnie jakby... kulał? Kiedy podszedł bliżej zauważyłem, że był on ranny. Wyglądał na zmęczonego, ale mimo to kiedy nas zobaczył, uśmiechnął się. Jason spojrzał na wilka i wywarczał coś w stylu „pogadamy o tym później” i zniknął w jaskini.
-Co się stało? - zapytałem
-Nic ważnego – odpowiedział i zmienił temat – co tu robicie?
-Przyszedłem się o coś zapytać, ale już wiem – powiedziałem szybko. Zapytam się basiora o trening jak będzie w lepszej formie.
-Rozumiem... A ty? - spojrzał na Strażniczkę Pełni

<Pełnia? Wybacz, że tak długo>

3.10.2020

Wilczu nowy Demoness

Autor grafiki: Awkwardos


Właściciel: marysia.cocieto27@gmail.com
Imię: Demoness, w skrócie Nes albo Demo
Wiek: 5 lat
Płeć: wadera
Żywioł: Śmierć, Muzyka, Materia, Dusza
Stanowisko: Strażnik Nocny
Cechy fizyczne: Wysoka, szczupła, czarna wadera. Nad ogonem są pióra, A sam ogon przypomina czarną mgłę. Tylne łapy przy stopach posiadają dłuższą sierść. Poduszki są złote. Ma czarny nos. Na głowie są duże uszy. Demo posiada duże i twarde, czarne pazury. Ma bardzo długie łapy. Niektóre części futra są pokryte delikatnymi piórkami. Sierść odstaje prawie wszędzie, jednak wbrew pozorom jest bardzo miękka.
Cechy charakteru: Złośliwa, cyniczna, ironiczna i sarkastyczna- te cztery słowa doskonale opisują Nes. Jednak oprócz tych cech jest jeszcze wybuchowa, impulsywna i uparta. To nie tak, że ma tylko wady, ma też plusy jednak są one ukryte pod grubym płaszczem nienawiści. Gdy się przed kimś otworzy to jest miła, wyrozumiała, dowcipna etc. etc. Długa rozłąka z rodziną i śmierć źle na nią wpłynęły, stara się pogodzić to wszystko i się jej uda, przynajmniej kiedyś. Może kiedy spotka się z bratem wszystko wróci do normy.
Cechy szczególne: Jej oczy zmieniają kolor w zależności od tego co czuje ( zwykle
Lubi: Noc, Śpiewać w nocy i w dzień (Ma piękny głos ale wstydzi się śpiewać przy innych)
Nie lubi: krytyki, ludzi
Boi się: ludzi, odrzucenia
Moce:
- Śpiewem potrafi uśpić, wtedy zostaje wymazana z wspomnień
- Potrafi czytać w myślach
- Może wyjąć z siebie lub kogoś duszę i z powrotem ją włożyć do ciała jeśli tego chce, ale to kosztuje ja bardzo dużo wysiłku i leży potem przez 2 tygodnie (nie wie, że to potrafi)
- Kiedy się wkurza zamienia się w demona (Potrafi się kontrolować)
- Potrafi sprawić, że wyrosną jej skrzydła
- Może wytworzyć coś na kształt cieni, które mogą przekazywać wiadomości albo kogoś zranić
Historia: Pewnego dnia na świat przyszły dwa młode wilczki. Żyły sobie szczęśliwe, aż tu nagle zabili im tatę. Parę dni minęło i zabili mamę, jej braciszek uciekł, a ją porwali ludzie. Żyła sobie u nich do drugiego roku życia, aż nagle ja wkurzyli, ona zmieniła się w demona i ich pozabijała. Uciekła do lasu i zaczęła szukać jej brata. Wpadła na jego nikły trop i ruszyła jego śladem. Po paru dniach weszła na teren watahy i została zaprowadzona przed oblicze tamtejszej alfy, która była szczeniakiem i przyłączyła się do watahy j tak teraz sobie żyje na tych terenach, do dnia dzisiejszego, a jej duch pewnie będzie straszył na tamtejszych terenach.
Zauroczenie: Może znajdzie się ktoś kto będzie potrafił się przebić przez jej cynizm.
Głos: Jej głos ma to do siebie, że dla każdego brzmi tak jak on bądź ona wyobraża sobie najpiękniejszy głos
Szczeniaki: Brak partnera=Bark szczeniaków
Rodzina: Brat Adien, rodziców zabili ludzie
Jaskinia: Południe nr. 4
Medalion: Jej medalion to łuska zmiennoskrzydłego smoka.
Towarzysz: -
Inne zdjęcia:
Kiedy zmienia się w demona: Link
Jak wyrastają jej skrzydła: Link
Stan furii: Link
Przedmioty kupione w sklepie: brak
Dodatkowe informacje: - Jej śmiech jest czarujący, ale niezwykle rzadki. Więc prawie nikt go nie słyszał.
- Kiedy jest w stanie furii lepiej zwiewać, nie potrafi się wtedy kontrolować i może nieświadomie wyrządzić komuś krzywdę (staje się to tylko wtedy, gdy się bardzo boi lub jest straszliwie wkurzona).
- Ma różne rodzaje śpiewu jeden z nich ma specjalną moc (patrz wyżej), a inne są niegroźne.
Umiejętności:
: Siła: 50
: Zręczność: 100
: Wiedza: 100
: Spryt: 150
: Zwinność: 150
: Szybkość: 150
:Mana: 100

29.09.2020

Od Makreli do Aidena


 
Coś spadło z nieba. Ziemia zatrzęsła się w posadzkach, gdy próbowałam wygramolić się z posłania. Wielki huk wypłoszył wszystkie ptaki z okolicy, a piski i skrzeki zwierząt odbiły się echem w uszach. Wielki słup dymu przyozdobił horyzont tuż nad koronami drzew, psując panoramę pogodnego, urokliwego jesiennego poranka. 
- Złom?- Mały mechaniczny ptaszek usiadł mi na czole, świergoląc metalicznie, że aż uszy zabolały. - Pójdziesz przodem. Zrób zwiady, dobra?

Machineryjka pomachała miedzianymi skrzydełkami i wyleciała z jaskini. Szybko dokończyłam smażyć kacze jajka na blaszce falowanej (śmiejąc się w duchu z tych wszystkich "tradycjonalistów" którzy pewnie wcinają teraz żylastego, surowego zająca na śniadanie), doprawiłam solą i ziołami, a gorąco-zbieracz przełożył mi je na coś chłodniejszego.  Niedługo później wybiegłam na rozeznanie, czy z tego wielkiego "boom" cokolwiek dałoby radę ukraść.
Bazgrołek dla złapania mooda
                       
***
       
Miejsce wybuchu to było istne pogorzelisko. Ziemia została przeryta w płytki wąwóz przez wielkie żelazne, dymiące się monstrum. Wokół unosił się niezbyt przyjemny zapach, ale jakoś dziwnie znajomy. Metalowe pręty odstawały od ścian maszyny we wszystkich kierunkach, ze środka buchał ogień, a większość stalowego potwora leżała w kawałkach, rozrzucona po całym zagajniku. Zaczęłam buszować w najlepsze i do swojej torby chować wszystko co mogłoby dostać drugie życie. W końcu zobaczyłam coś zabawnego. Prostokątny przedmiot z czerwonym guzikiem, który- gdy na niego przez przypadek stanęłam- strzelał drobnymi błękitnymi iskierkami i skrzeczał jak łamana gałąź.
-Hohoho!- Złapałam cośka w obie łapki, strzelając łuną iskier.- To jest broń! Czy to kumuluje jakąś magiczną energię, czy coś w tym rodzaju?...
Nagle coś zaszeleściło w pobliskich chaszczach, a ja podskoczyłam ze strachu, kierując "broń" w stronę podejrzanego hałasu.
- No już, wyłaź.- Wymamrotałam.- Nie chcę cię skrzywdzić. "I obyś ty nie chciał tego samego...". Z zarośli wyszedł postawny, czarny basior (co nie rozluźniło mnie ani trochę). Gdy tylko zauważył, co trzymam, źrenice mu się zwężyły, a zęby lekko obnażyły.
- Rzuć...to coś, to mogło być ludzi...- Z mowy ciała wydawał się trochę poruszony tym, co kątem oka ujrzał w zagajniku.
- No ba że jest! Super, nie?- Zaśmiałam się i podeszłam bliżej, chcąc pokazać mu, co znalazłam.
Basior warknął na mnie ostrzegawczo. Widać, że nie życzy sobie "tego czegoś" w swoim otoczeniu.
- Nie mów, że się boisz? To tylko zabawka. Mała, strzelająca magią, niewinna zabawka. Niesamowite, że ludzie wymyślili i zbudowali coś takiego, nie? Co masz taką minę...no nie gadaj, że ty też jesteś od tego "Ludzie to zaraza tego świata"? Są całkiem łebscy, w przeciwieństwie do nas.- Zaśmiałam się, chowając broń do kieszeni torby.
(Aiden?)


26.09.2020

Od Tsuri'ego do Eve

 Popatrzyłem na Eve, po czym tyknąłem krzak z owocami. W milczeniu zacząłem pyskiem urywać czarne kulki, próbując nie jeść przy okazji liści. Jak to działa? Nie możemy dotknąć królika ale jagody już tak? Jak to wygląda z perspektywy osoby "żyjącej"? Widzi ruszające się krzewy i znikające jagody? Jeśli będę miał na sobie sok z jagód albo wodę, to to zniknie jak ja, czy będzie widoczne jako lewitująca plama? Czy po prostu nie można dotknąć tylko "żywych" istot? W sensie.... w gruncie rzeczy to takie jagódki to też żyjąca roślinka, więc może to się jakoś różniło? Potrząsnąłem głową, po czym wróciłem do swoich jagód, próbując ich nie zgniatać, a połykać w całości. Gdy uznałem, że zaczynam zjadać liście a nie jagody, cofnąłem się nieco. Przynajmniej nie byłem głodny.
- Nie ma jeszcze jakiejś książki, która by to opisywała? -spytałem. Samica odwróciła głowę w moją stronę, nadal jedząc owoce. 
- Mam tylko ten notatnik. Można by sprawdzić w bibliotece, jednak to zajęłoby więcej czasu.
- Lepsze to niż nic, możemy tam iś- urwałem. Popatrzyliśmy na siebie, po czym nasz załamany wzrok poszedł w stronę ziemi. Przed chwilą byliśmy w sierocińcu. Dosłownie zaraz obok pałacu w którym znajdowała się ogromna biblioteka. Bogowie, czemu ja o tym wcześniej nie pomyślałem. I czemu ten cholerny Bóg śmierci nie pilnuje tych dziwnych upierdliwych demonów. 
- No nic - Wadera wstała, po czym wytarła swoje łapy w kępkę trawy rosnącej obok. - Chodźmy do tej kapliczki. Aktualnie to nasz jedyny punkt zaczepienia. - Zgodziłem się z nią w myślach, po czym ruszyłem w dalszą drogę. Po chwili skręciliśmy, omijając tym samym zachodni las, gdzie z utęsknieniem wpatrywałem się w wielkie drzewa, przez które przeciskało się złote światło słońca. Jak ja bym się teraz chętnie tam położył! Teren zaczął się robić suchy. Roślinność zmieniać. Już się cieszyłem, jednak zaraz potem znowu weszliśmy w ciemne miejsce. Nadłożyliśmy trochę drogi, omijając rzeczkę, aż w końcu moje łapy natrafiły na śliski, zimny, omszony kamień. Poczułem wilgoć, a moje uszy wyłapały dźwięk spadającej wody. Byliśmy blisko. W końcu naszym oczom ukazał się pomost. Mimowolnie poczułem ulgę, która rozpłynęła się po moim ciele. Chwilę potem byliśmy na miejscu. Przecisnąłem się między kamieniami, po czym rzuciłem w stronę schodków i kapliczki jak głupi, by wyłożyć się na nich plackiem. 
- Nigdy nie sądziłem, że tak ucieszę się na widok świętego miejsca -wymamrotałem, czując całe kumulujące się we mnie wcześniejsze zmęczenie. 

<Eve?>

20.09.2020

Od Eve CD Tsuri

Rozejrzałam się dokoła. Otrzepałam się jeszcze i podeszłam do basiora. 
-Tak, chyba  tak. -odpowiedziałam -Kto to był?- spytała myśląc o wilczycy, którą wcześniej ledwie zauważyła. Zaciekawiła ją możliwość "żyjących" w tym wymiarze rozpłynięcia się w powietrzu. Tsuri pokręcił głową.
- Nie wiem - przyznał po czym oboje ruszyliśmy w dalszą drogę, w kierunku  kapliczki. Na razie droga mijała nam w spokoju. Gdy doszliśmy do Bagnistego lasu zgłodniałam. 
-Tsuri? Nie jesteś może głodny?- Spytałam towarzysza niedoli. Basior skinął twierdząco głową. Szliśmy dalej, a w drodze odpytywałam Lux. -Czyli duchy nie jedzą, A duchy mogą zostać zjedzone? -Lux tylko się zaśmiała. 
-Ty głuptasie! Jak można zjeść coś, co jest niematerialne?
-Już nawet zapytać się nie można.- mruknęłam przewracając oczami. -A gdybyśmy spróbowali złapać królika, albo wiewiórkę? - spytałam, ale już bardziej samą siebie. -Co powiesz na to Tsuri? Ja będę zaganiaczem i wywoływaczem zwierzyny jednocześnie, a Ty łowcą. - basior się zgodził cichym skinieniem głowy. Zboczyliśmy trochę z kursu i wskoczyliśmy w krzaki. Tsuri truchtał za mną, gdy złapałam trop młodego zająca przypadłam do ziemi i ruszyłam za nim. ~Jak to było? Złap królika zanim cię usłyszy, mają słabszy wzrok i węch, więc trzeba podejść tak, aby go spłoszyć w stronę czającego się Tsuriego. -pomyślałam. Gdy dotarliśmy na jakąś polanę dostrzegłam nasz cel. Zaszłam zwierzątko o tyłu i go nieco nastraszyłam. Zając skakał zygzakiem w stronę, gdzie czekał basior. Doprowadziłam go do końca i zostawiłam kilka metrów przed Tsurim. Gdy natrafił się odpowiedni moment, basior wgryzł się w kark naszej ofiary, ale jak się okazało, nie zrobił mu krzywdy, gdyż przeleciał przez nie go i obił sobie trochę nos. Basior syknął cicho i pomasował bolące miejsce łapą. 
-NO BEZ JAJ! JAK TAK MOŻNA NAS POKARAĆ?! I WSZYSTKO TO Z POWODU GŁUPIEJ KSIĄŻKI?!- Byłam poważnie zdenerwowana. Zając sobie uciekł, a my musieliśmy wymyśleć coś innego. -Zjemy owoce - mruknęłam przechodząc obok jasnego kolegi. Tsuri w milczeniu szedł za mną. Dotarłam do sporego kraka z najzwyklejszymi w świecie czarnymi jagodami. A zaraz obok były czerwone "płomienne jagody". Nie wiem czy mój towarzysz zna się na roslinach ale zapobiegawczo powiedziałam - Jeśli zjesz te czerwone, to będzie chciało ci się pić, zapiecze Cię w pysku, lub opcjonalnie zwiększy się temperatura Twojego ciała. Odradzam jedzenia, chyba, że zimą. - Nie patrzyłam już na to co robi basior po prostu wzięłam się za jedzenie czarnych jagód. ~O bogowie jak ja nie znoszę tych owoców!

<Tsuri?>
Wybacz, że musiałaś czekać.

9.09.2020

Od Aidena do Wichny


Po dotarciu na tereny watahy byłem skonany. Nie miałem pojęcia gdzie wsadzić najpierw poranione łapy. Mogłem ominąć najzwyczajniej w świecie zbiorowisko węży po drodze, ale nie... Musiałem sobie tamtędy przejść, bo chyba byłbym chory. Dotarłem do jamy i zauważyłem innego wilka. Wyczułem że to wadera. Z racji tego, że gady pogryzły mi lapy i prawie ich nie czułem postanowiłem zagadać, poprosić o pomoc i poznać kogoś nowego w stadzie. Lepiej mieć sprzymierzeńca.
- Właśnie dotarłem do watahy... Jestem okropnie skonany, podczas wędrówki spotkałem węże... Wdepnąłem w nie i godziny pogryzły mi nieco łapska... Teoretycznie mógłbym wyleczyć się sam, bo również jestem szamanem, ale bez zdrowych łap za wiele nie zdziałam. Ledwo tu przyszedłem...- nie mogąc już stać padłem na bok i straciłem czucie w łapach. Najgorzej bolała mnie lewa z tylu, bo to właśnie na tę rzucił się wąż.
- Zwróciłeś uwagę na barwy węża? Nie wiesz czy był jadowity?
- Ja... - w mojej głowie zaczęło coś wirować. Brak jedzenia przez ostatnie kilka dni i brak wody znacznie mnie osłabiły. Myślałem, że dam radę, ale droga była zbyt męcząca jak na samotnika. Nikt mi nie pomógł, byłem zupełnie sam, a jak na złość po drodze nie było nawet żadnej zwierzyny...
Wadera spojrzała na mnie z lekkim zdenerwowaniem bacznie obserwując moje oczy. Starałem się dokończyć wypowiedź, ale już nie mogłem... Nie miałem sił.
- Wszystko w porządku? - zapytała.
To jedyne co usłyszałem nim padłem konkretnie z mroczkami na glebę... W duchu miałem nadzieję, że wąż, który tak mnie urządził nie był jadowity...

< Wincha? >

Nowy wilczu


Autor: Mac Ponce
Właściciel: NevadaParadise na Howrse
Imię: Aiden
Wiek: 5 lat
Płeć: Basior
Żywioł: Aiden włada Mroczymi Żywiołami, głównie Śmiercią, Cierpieniem i Mrokiem.
Stanowisko: Psycholog, Szaman
Cechy fizyczne: Aiden to zwinny, szybki i sprytny wilk. Szybko porusza się po otwartym terenie, idealnie potrafi oszacować swoje położenie. Świetny z niego zabójca, a polowanie ma w małym palcu. Zwinnie porusza się także po wymagających terenach takich jak mgliste bory, góry. Jest dobrze zbudowany co pozwala mu na częste wygrane w walkach i potyczkach. Ma doskonały słuch, węch i wzrok. Żadna ofiara mu nie umknie.
Cechy charakteru: Aiden jest bardzo skrzywdzonym przez przeszłość wilkiem. Z powodu swojego losu nauczył się więcej milczeć, mniej mówić, a przy tym doskonale słuchać. Mimo wrogiego spojrzenia i swojej postury Aiden jest bardzo romantycznym i wrażliwym wilkiem. Nigdy nie zaznał prawdziwej miłości, stara się poznać kogoś do kogo bez obaw będzie mógł się przywiązać. Mimo złych wspomnień basior potrafi kochać, być lojalnym i uczciwym. Jednak jest mściwy i nigdy nie zapomina tego, co się kiedyś stało. Jego pamięć jest doskonała, najmniejsze szczegóły zakotwiczają się w jego głowie. Wiele czasu spędził w samotności co nie odbiło się na nim dobrze. Pewnego dnia zrozumiał, że samotność i brak drugiej istoty obok nie jest dla niego dobrym rozwiązaniem. Aiden odkrył, że bardziej jego charakter przypomina stadny, niż samotny. Z racji swojej tolerancji i zdolności akceptacji dobrze czuje się w towarzystwie i lubi inne wilki. Nie jest on jednak milo nastawiony do ludzi. Kiedyś mial styczność z człowiekiem co nie skończyło się dobrze ani dla niego, ani dla jego rodziny. Idealny słuchacz, idealny doradca, świetny przyjaciel, z naciskiem na cechę pamiętliwy.
Cechy szczególne: Jego spojrzenie jest bardzi przenikliwe, te oczy wiele widziały i wiele można z nich odczytać jeśli znajdzie się na to właściwy sposób. Kryją one w sobie wiele tajemnic.
Lubi: towarzystwo, rozmowy, doradzać i pomagać, chodzić na nocne spacery
Nie lubi: Ludzi, kłamstwa, fałszywości, zdrad
Boi się: Ludzi
Moce: potrafi zamroczyć napastnika czy ofiarę, wpada w szaleństwo i ciężko go zatrzymać, wzrokiem zniewala podatne na manipulacje ofiary, w nocy jest o wiele bardziej silniejszy.
Historia: Aiden urodził się jego pierwszy z trzech wilczków w nocy, w mglistym i niebezpiecznym lesie. Jego matka chciała jak najszybciej uciec z lasu wraz z jego ojcem, ponieważ na ich watahę natrafili źli ludzie, którzy wtargnęli na tereny stada z bronią i psami, próbując pozbyć się wilków. Było to odległe miejsce pełne niebezpieczeństwa i zła. Jego rodzice po odwróceniu od siebie uwagi udali się w las, aby wadera bezpiecznie urodziła. Jego ojciec czuwał przy niej. W końcu po wielu godzinach pod ściętym drzewem matka urodziła trzy wilki. Jedno bylo zbyt słabe i nie dożyło do rana, natomiast Aiden z siostrą byli dość silni. Jednak spokój nie trwał długo. Rano psy wytropiły w lesie rodziców Aidena wraz z młodymi. Ojciec poradził sobie z odparciem psów, jednak ludzie byli silniejsi. Matka siedziała pod ściętym drzewem cicho i tuliła potomstwo z nadzieją, że żadne z nich nie mruknie. Patrzyła jak jej partnera rozdzierają i mordują, pękało jej serce, lecz wiedziała, że musi chronić szczeniaki. Matce udało się wydobrzeć na tyle, żeby wynieść się z lasu. Aiden nie pamięta swojego ojca. Do roku wychowywał się z matką i siostrą. Jednak pewnego dnia ludzie powrócili do lasów, odkryli kryjówkę wadery i również została ona zabita. Siostra Aidena została zabrana, Aiden mial sporo obrażeń, które sam musiał sobie wyleczyć. Był jeszcze młody kiedy to się stalo. Doszedł do siebie i długo warował przy ciele matki. Nie wiedział co ma robić i postanowił udać się w stronę ludzi, aby odnaleźć siostrę. Nigdy jej nie odnalazł, ale ma nadzieję, że ona również żyje i ma się dobrze. Liczy na to, że kiedyś się odnajdą...
Zauroczenie: Wincha
Glos: Jednolity, głęboki, męski i łagodny. Czuć kiedy jest stanowczy a kiedy wściekły. Świetna dykcja, wypowiadane słowa są bardzo zrozumiałe i odpowiednio akcentowane. Niczym lektorzy w filmach.
Partner: Szuka
Szczeniaki: Nie ma, ale chciałby mieć
Rodzina: Rodzice nie żyją, siostra zaginęła
Jaskinia: Południe nr 4
Medalion: Czarny Diadem wysadzany małymi czerwonymi kamieniami, błyszczący, lśniący pod światło. W srebrnej obramówce, na cieniutkim ale niemożliwie wytrzymałym łańcuchu.
Towarzysz: -
Inne zdjęcia: Brak
Kupione przedmioty: Brak
Dodatkowe informacje: Brak
Umiejętności:
Siła > 150
Zręczność > 150
Wiedza > 160
Spryt > 120
Zwinność > 120
Szybkość > 100
Mana: Po ciężkiej walce Aiden regeneruje sie okolo 22-24 godzin

21.08.2020

Od Wichny

Minęło kilka tygodni odkąd Wichna dotarła na tereny watahy. Z niemałym zaskoczeniem stwierdziła w końcu, że się zadomowiła. Z racji na jej pracę, przez większość czasu nikt jej nie przeszkadzał i mogła w spokoju kształcić się i doskonalić w różnych sztukach. Tak naprawdę, tylko kilka razy ktoś odwiedził ją zasięgnąć rady albo coś kupić. Jeszcze rzadziej przychodzili po przepowiednie.

Tego dnia wadera szykowała ampułki z ziołami, których używa do widzeń. O poranku weszła w głąb lasu, by rozejrzeć się za potrzebnymi roślinami. Nie wiedziała gdzie dokładnie ma szukać, za każdym razem rosły gdzie indziej, ale podążała za znajomymi zapachami. Prędzej czy później w końcu na coś trafi.

Rozejrzała się wokół siebie. Ciemną korę drzew oświetlały pierwsze promienie letniego słońca, mech lśnił się od wilgoci, a nad głową wilczycy świergotały liczne ptaki, budzące się ze snu. Uśmiechnęła się w duchu. Dawniej nie zwróciłaby na to wszystko uwagi. A jeżeli nawet, odepchnęła by to z obrzydzeniem. Spojrzała pod nogi i zauważyła liście, których szukała. Zerwała je i schowała do saszetki przewieszonej przez szyję.

Zawiał ciepły wiatr i szarpnął mocno sierścią wadery. Przyniósł ze sobą ostry odór siarki. Spojrzała w stronę, z której dochodził i zobaczyła kilka ciemnych postaci, stojących na wzgórzu nieopodal. Wichna lekko skinęła im głową. Odpowiedziały, ale wciąż patrzyły na nią pustymi, czarnymi oczami. Odwróciła się w inną stronę i ruszyła żwawo przed siebie. Po jakimś czasie znalazła resztę potrzebnych składników i zawróciła do jaskini.

Szybko przygotowała zioła i podzieliła je na porcje, które włożyła do małych, szklanych flakonów. To, co zostało z ich ucierania, przerobiła na oleje i również schowała do pojemników. Kiedy skończyła, usłyszała kroki przy wejściu do jamy. Zwróciła się w ich stronę. Stanął przed nią wilk, którego jeszcze nie znała.

- Jesteś szamanką, prawda? Potrzebuję pomocy. - powiedział szybko, ale spokojnie. Nie wyglądał na zaniepokojonego, więc to raczej nic pilnego.

- Tak, jestem szamanką. - pokiwała głową Wichna - Od niedawna. Co mogę dla ciebie zrobić?


< Wilku? >

13.08.2020

Od Tsumi ,,Piórka mi się zepsuły"

Ogólnie to było lato. Znaczy, teraz jest lato. I już wiem, że go nienawidzę. Całe dnie upały, na łąkach nagrzana ziemia oddaje swoje ciepło, przez co jesteś niczym na patelni, dodatkowo podgrzewanej od góry. Nie zmienia to faktu, iż zioła i kwiaty na górskich łąkach pachną intensywniej niż zazwyczaj i aż z chęcią się wdycha zapach suszonej trawy, wymieszanej z tymi właśnie kwiatami. Na upartego można również w górach pozjadać masę jagód, a prądy powietrzne przepływające między dolinami górskimi, po czym lecące wzwyż, nadają się do swobodnego szybowania w jednym miejscu, pozwalając by wiatr unosił cię, głaszcząc od dołu twoje futro. I tu się fajność w sumie kończy. Potem jeśli nie masz wachlarza lub jakiegoś zamontowanego przepływu powietrza, to się dusisz i umierasz, leżąc plackiem na podłodze. A potem przychodzą czarne chmury z gradem. Znaczy, w większości to tylko o mnie chodzi. Większość wilków nie przejmuje się upałami, jednak ja z niecierpliwością czekałam na jesień i możliwość zbierania liści i kasztanów, ciesząc się złotym światłem przechodzącym przez rudawe liście. No, ale to też tylko chwila dobrego. Późniejszą jesienią zaczyna się oberwanie chmury i błoto wraz z porannym i wieczornym bólem kości u starszych wilków, do czego przyczyniła się wilgoć. Ale zaraz... o czym to ja... a tak. Lato. Lato, gorąc i.... stara księga leżąca w dalszym pomieszczeniu byłego schowka na miód pitny. Wąskie, dobrze ukryte wejście zlewające się z tłem, zostało przeze mnie i Vespre już dawno poszerzone od dołu i wygładzone śladami łap, co nie znaczy, że wejście straciło swoją anonimowość. Nadal było prawie niezauważalne. Dopiero z bardzo bliskiej odległości można było coś zobaczyć. Chociaż to też zależy na co patrzysz i jak szukasz. Może się zdążyć, że będziesz szukać czegoś, co dosłownie wisi ci przed nosem, ale ty będziesz patrzeć na dalszy plan i tego nie zauważysz. Tak to mniej więcej działa.  Jednak, wracając do księgi. Chciałam coś stworzyć. Poeksperymentować. Za mną obok, nadal były nie sprzątnięte resztki po tworzeniu tych takich ozdobnych mydełek wyglądających jak np: owoce lub ciasta, z których tak szczerze byłam zadowolona. Jednak, jak już mówiłam, nie chciało mi się tego sprzątać. Mydła były w worku z czarnego materiału obok, a to co z tego zostało, poniewierało się na drewnianym blacie, którego przed użytkowaniem, musiałam naprawić. Właściwie to wszystko przed użytkowaniem musiałam odnowić, bo po 100 latach nie było w szczególnie dobrym stanie. Księga z którą teraz siedziałam przed pyskiem, również do najnowszych nie należała. W sumie to była starsza od tego wszystkiego, co tu było. Żółtawe kartki i zniszczone strony mówiły też same za siebie. A ja znalazłam tam właśnie coś ciekawego. Omijając niektóre rzeczy  będące wcześniej w sklepie, widniejące też na mojej górnej półce, i przepisy na rozmaite mikstury, była tam jedna, bezbarwna, jak i również nie posiadająca zapachu. I nie, nie chodzi tu o wodę, chociaż tutaj też była instrukcja jak przemienić jakąkolwiek rzecz tą życiodajną ciecz. Mikstura, która chodziła mi po głowie to taka, która potrafiła skopiować umiejętności. Jak to działało? Już wyjaśniam. Wystarczyło uzyskać włos/kawałek sierści, łuskę, czy cokolwiek innego z głowy osoby, której wiedzę chcesz posiąść, dać do fiolki z miksturą, poczekać chwilę, po czym wypić. Po jednej przespanej nocy powinno się uzyskać wszelkie umiejętności/informacje od osoby której część była dodana do cieczy. Znaczy... najlepiej działałoby, gdyby pobrać trochę białka ocznego, lub pobranie trochę próbek z rdzenia kręgowego, ale nie dość że to ryzykowne i bolesne a i nie komfortowe, to nikt by się nie zgodził. Znaczy.... i tak nikt by nie chciał, by jego wiedza całkowita i umiejętności zostały skopiowane i posiadane przez inną osobę. No, chyba  że w nagłych wypadkach.
Skąd ja mam niby wziąć korzeń prawie wymarłej rośliny – burknęłam sama do siebie, odczytując z run składniki. - Ph, a ta to tutaj nawet nie rośnie, trzeba by wybrać się nad ocean by ją wyłowić – warknęłam, a po chwili czytania, gdy doszłam już do końca, walnęłam pyskiem w otwartą księgę, garbiąc się przy okazji. Z prawie wymarłą rośliną, trzeba by coś zrobić. Chętnie zapobiegłabym jej wymarciu, jednak musiałabym nie dość że ją znaleźć, to rozmnożyć w odpowiednim czasie i klimacie, a nie jest to zapisane w pierwszym lepszym zielniku. Z oceaniczną rośliną jest już nieco lepiej. Może być zasuszona, a takie można spotkać na targach, w odpowiednim czasie i stoisku. Problem w tym że targi daleko, a u nas były w czerwcu. Może Rose by miała? Ale nie chciałam jej zamęczać, poza tym, gdyby się dowiedziała co szykowałam, pewnie by się albo sprzeciwiła, albo sprzeciwiła i poinformowała o tym radę i moich opiekunów. To drugie było bardziej możliwe, zwłaszcza, że nie chciałabym ustąpić. Odchyliłam głowę w tył, by popatrzeć na sklepienie groty w której aktualnie siedziałam. Czas wstać i szukać roślinek. Ale to jutro. Wstałam, po czym zeskoczyłam z drewnianego pieńka, służącego mi jako krzesło. Podreptałam do komory ~gazowej~ obok, gdzie były beczki z miodem i gdzie wpadł Vespre. Przez kamienne ala lustro weneckie i spadającą po tamtej stronie masie wody, mogłam zobaczyć już pomarańczowawo-złote promienie słońca, otulające swoją poświatą drzewa, nadając niebu piękny kolor, a wodzie błysk. Wyszłam, by potem poszybować w dół, by popatrzeć na światło słońca na brzegu. Oświetlało podwodne kamienie, skrząc się niby magicznie. Odwróciłam się jednak by odejść w stronę pałacu, gdy światło padło pod takim kontem, iż blask wręcz oślepił moje oczy, gdy to odbiło się od tafli wody. Wracając miałam czarne plamki przed oczami.

**Ranek, dzień drugi**


Rankiem wyszłam wcześnie. Znaczy dla mnie wcześnie, dla innych było to już przed południe. Słońce jak zwykle nie miłosiernie smażyło, przez co można było umrzeć.
Gdzie wychodzisz? - Usłyszałam znajomy głos wadery, jak i odgłosy kroków wydane przez jednego z moich opiekunów. Odwróciłam się, by odpowiedzieć. Przede mną stała szaro-niebieska samica ze skrzydłami, która dołączyła nieco później do rady, jak i Arietes.
- Muszę gdzieś polecieć poza tereny, by zerwać kilka ziół. Powinnam za niedługo wrócić – powiedziałam nie do końca prawdę. Mój opiekun popatrzył na mnie, podchodząc nieco, i zbliżając do mojego pyska, swoją maskę. Nie byłam pewna jaki jest wyraz jego twarzy, o ile takową w ogóle posiadał. Wiedziałam jednak, że nie był szczególnie zachwycony takową informacją.
- Sama?
- A to źle?
- Nie jesteś wystarczająco silna, by poradzić sobie z jakimś niebezpieczeństwem
- A co może mi się stać w powietrzu?
- Nie licząc stworzeń które są większe i silniejsze od ciebie? - Arietes wyprostował głowę, nadal się kłócąc
- Będę się trzymać wyznaczonych szlaków
- Wątpię, by to czego szukasz, rosło na szlakach. - odpowiedział spokojnie, jednak jak dla mnie ten spokój prowadził do powstawania ciarek pod moim futrem. Dalej już poszło prawie że z górki. Licytacje, wymiana zdań, próba przydzielenia mi jakiejś osoby do pomocy albo nawet propozycja, by mój opiekun się tam ze mną osobiście wybrał. W końcu gdy zabrakło mi argumentów, zerwałam się do biegu, by uciec zanim się zbiorą
- WRÓCĘ SZYBKO! - krzyknęłam tylko wzlatując, gdyż moje ciało odmawiało posłuszeństwa po krótkim, jednak szybkim  biegu.
- C-... Ej! - Usłyszałam za sobą, gdy już wylatywałam przez otwarte okno. Od razu jednak musiałam zniżyć poziom lotu, pod koronami drzew, by nie musieć umierać od słońca. Oczywiście, wiązało się to z ryzykiem i faktem, iż musiałam unikać gałęzi i pni, manewrując pomiędzy nimi, niczym między przeszkodami podczas konkursu lub nauki latania. Przeleciałam z kilometr, dwa. Po jakiejś godzinie mogłam poczuć morską bryzę. Po kolejnej, zamiast morskiej bryzy, szum oceanu. Oczywiście, podczas lotu było to o wiele łatwiejsze i szybsze. Zwłaszcza, że często ignorowałam niemiłosierne słońce i leciałam ponad koronami drzew i wzniesień z górami, lecąc prosto. W końcu dostrzegłam płaski horyzont. Potem klify, oraz inne szczegóły oceanicznego krajobrazu. Zmieniło się również powietrze, chociaż nasze górskie tereny nie znajdują się specjalnie daleko od oceanu. Zniżyłam lot, ciesząc się wiatrem, nadlatującym znad wody. Zauważyłam kamieniste budowle, przypominające świątynie, jakieś budynki... jednak nie tego szukałam. Chciałam targi. Roślinę wodną tak szybko i tak nie zdobędę. Musiałabym przeszukać mielizny by ją znaleźć. Poleciałam w stronę zapachów innych wilków, jak i mieszaniny zróżnicowanych stworzeń. Mogłam wyczuć lisy, koty, smoki, gremliny.... i inne gatunki, których nie specjalnie chciało mi się wymieniać, lub zapomniałam ich nazwy. Zleciałam na ziemię, gdy tylko zauważyłam ścieżkę wśród drzew, wyłożoną płaskimi, dużymi kamieniami, między którymi wyrosła trawa. Obejrzałam się za siebie, unosząc głowę, by zobaczyć czy ktoś za mną nie leci, co zrobiłam również wcześniej. Nic. Wypuściłam z siebie powietrze, po czym potruchtałam przed siebie. Plus był taki, iż ścieżka była na równi. Nie z górki, nie pod górkę. Zwykła płaska ścieżka. Jednak po chwili przyjemnego spaceru w cieniu drzew, otwarła się przede mną polana, przez którą ścieżka szła w górę. Wciągnęłam zapachy. Targi były na wzniesieniu u góry. Na moim pysku zawidniała mina niezadowolenia, po czym rozpostarłam skrzydła, by wzlecieć w powietrze. Jakie szczęście moje było, gdy wreszcie znalazłam się na skraju targowisk. Było gwarno, a nagrzane kamienie mogłam sobie wyobrazić nawet stąd. Popatrzyłam na ten obraz od góry, wodząc wzrokiem po budkach z rzeczami. Było od groma wszystkiego. Jednak ja miałam szukać tylko jednej, suszonej roślinki. No, chociaż wolałabym żeby jeszcze była w miarę żywa. Prowadzona przez wzrok i węch (ten drugi nieco zawodził, zwłaszcza iż wiatr często powiewał z różnych stron, albo w ogóle się mieszał), poszybowałam wolno nad targowiskami. Sporą chwilę mi zajęło, zanim znalazłam to, czego szukałam. Schowana budka, była nieco za tą bardziej popularną strefą. Dotknęłam łapami nieco zacienionych kamieni, co zawdzięczały rosnącej obok jarzębinie, po czym złożyłam skrzydła.
- Ano.... przepraszam, szukam-
- Tak? - Przerwał mi nieco ochrypły głos, jednak wydawał się przyjemny dla ucha, pomimo swojej ochrypłości. Znad blatu wyłoniła się stara, borsucza głowa, o nie spotykanych, intensywnie morskich ślepiach. Z tyłu głowy, wiły się jakby dwa czułki, zakończone jakby listkami, poruszające, zdaje się, mimo woli osoby, na której ów wyrosły.
- Szukam ten rośliny – Pokazałam zwitek papieru, z opisaną i narysowaną roślinką. -Może być suszona jak i żywa, mi to obojętne – powiedziałam szybko, zanim borsuk cokolwiek odpowiedział. Zwierzę pomilczało chwilę, po czym wyszło z budki i podeszło do wozu. Czekałam cierpliwie. Zdążyłam pogryźć się chwilę w nasadę ogna, by pozbyć się swędzenia.
- O to chodziło? - podniosłam głowę, gdy borsuk postawił przede mną zawiniątko. Powąchałam, po czym ostrożnie rozwinęłam. Była tam marna, zasuszona roślinka. Widać, że od dawna nikt jej nie używał, ani nie kupował.  Nawet jej suchość wydawała się stara. Jednak zamerdałam ogonem, gdy zobaczyłam nasionka wysypane z połamanego strączka. Zdecydowałam.
- Ile za to? - spytałam, patrząc w oczy borsuka. Samiec przez chwilę milczał, jakby odpłynął.
-  2 srebrniaki -odparł, po chwili. Zmarszczyłam brwi. 2? Srebrniaki? Co? To dużo w ogóle? Położyłam na blacie sakiewkę z monetami z watahy
- Posiadam inną walutę, przyjmuje pan? - Borsuk zmrużył oczy. Wysypał pieniądze na blat. Przyjrzał się, przeliczył. Sprawdził coś w jakimś zeszycie i... zabrał jakoś ponad połowę tego, co było w sakiewce.
- Następnym razem – popatrzył na mnie mało przyjaznym wzrokiem – wymień walutę w jakimś kantorze. Chociaż-tu chował zabraną porcję pieniędzy do swojego woreczka- Pieniądz to pieniądz. - Szybko wzięłam do pyska roślinę owiniętą w materiał, kiwnęłam głową na pożegnanie, i szybko wzleciałam w powietrze. Gdy wróciłam, było już sporo po południu. Nie miałam czasu specjalnie się babrać z miksturą o tej porze, zwłaszcza, iż jeszcze przez jakiś czas brodziłam  w oceanicznym  mule szukając drugiej, wodnej rośliny. Po drodze do pałacu jeszcze poszybowałam nisko nad wodą, mocząc sobie futro, by zmyć z siebie smród glonów i resztki błota i słonej wody. Potem wstąpiłam szybko do sierocińca, by porozmawiać z Rose, która zbierała się by wyjść do swojej jaskini, spotkać się ze swoim partnerem. I tak właśnie dotarłam wreszcie do pałacu. Moje skrzydła były zmęczone, jednak nie obolałe. Padłam na posłanie, zostawiając dwie rośliny schowane pod poluzowaną płytą podłogową, po czym zostałam obsiadnięta przez koty.
Na następny dzień szybko zerwałam się rano, by zrobić to, co zrobić miałam. W nocy nie mogłam spać, więc wstałam wcześniej niż zazwyczaj. Można by powiedzieć, że obudziłam się i żyję jak inni żyją i jak żyć powinnam. Koty się rozproszyły po pomieszczeniu, a Tamahi uniósł swoją czaszkowatą głowę, by na mnie popatrzeć. Przekręcił nieco głowę w bok, ze zdziwieniem.
- Mam kilka spraw do załatwienia – wyjaśniłam, biorąc swoje zioła w pysk. Opiekun kiwnął tylko głową, po czym położył swój łeb na łapach, zapadając w stan nicości. Wyleciałabym przez okno, jednak zatrzymałam się gwałtownie w podniesieniu na dwóch łapach by wzlecieć, gdyż przypomniałam sobie, iż miałam iść opowiedzieć wszystko Vespre. Okręciłam się w miejscu i wybiegłam przez drzwi szukając szczeniaka. Gdzie on może być? Pałac. Jak nie w pałacu, to w sierocińcu, gdzie jego matka pewnie nadal robi za zastępczą matkę dla półbogów. W pałacu nie było, więc poszybowałam w dół, bawiąc się podmuchami powietrza, przelatującymi mi przez skrzydła. Skręciłam na lewo, chwilę jeszcze poszybowałam, po czym wleciałam nie zatrzymując się do sierocińca. Wylądowałam na piasku w połowie drogi, chwilę potruchtałam, irytując się, iż piasek spowalnia moje ruchy, po czym stanęłam u progu budynku sierocińca. Rose tam nie było. Był natomiast Iwo, siedzący markotny w kącie na piaskowym dywanie, czytając jakąś książkę. Nie było kilku szczeniąt, jednak ja szukałam jednego, konkretnego. W końcu znalazłam.
- Vespre! Potrzeba cię na chwilę – zawołałam w głąb budynku, patrząc na szczeniaka. Basior odwrócił do mnie głowę, przyozdobioną zaskoczonym wzrokiem. Zahira również na mnie spojrzała, jednak jakby bardziej podejrzliwie, najprawdopodobniej obawiając się, iż znowu wpakuję go w jakieś tarapaty. Samiec przekręcił oczami, po czym wstał, by potem do mnie potruchtać.
- Co jest? - spytał, patrząc na mnie podejrzliwie – I nie, od razu mówię że żadnych prób z jedzeniem nowych rzeczy dzisiaj nie będzie.
- Nie o to chodzi – odparłam, nieco zniżając głos – chciałam się spytać, czy nie chciałbyś pomóc mi w nowej miksturze, jaką znalazłam. - Basior zmrużył oczy
- Po co ci ona?
- Tak w skrócie? Wygląda ciekawie i kopiuje umiejętności innych. - Jego ogon poruszył się niespokojnie. Lustrował mnie przez chwilę oczami, zamknął je, po czym wziął wdech, jakby się chciał uspokoić.
- Przyjdę potem, teraz nie mogę – Wychyliłam głowę, by spojrzeć czym tak właściwie jest zajęty. Nie było to odkrywcze, iż raczej niczym szczególnym. Problemem jednak była Zahira, której wzrok napotkałam, od razu wróciłam do patrzenia na Vespre, płynnie przechodząc z jej oczu, do oczu basiora. Bycie przez nią obserwowaną czasem mnie przerażało.
- Dobra, to do potem – uśmiechnęłam się zawracając, czując narastającą ekscytację. Pozostało jeszcze pytanie, na kim to wypróbować. Chciałam skopiować jakieś przydatne umiejętności i wiedzę, która mogła mi się przydać potem. Najlepiej od kogoś starego, mądrego lub starego i mądrego jednocześnie. Im starszy tym więcej doświadczenia. No, a przynajmniej tak powinno być. Ale tym się będę martwić później. Skoczyłam na ostatni wielki głaz, z których zrobione było wejście do sierocińca, odbiłam się od niego i wzleciałam w powietrze. Leciałam nad rzeką, a gdy byłam już przy wodospadzie niedźwiedzim, obejrzałam się uważnie, czy nikogo nie ma w powietrzu, po czym zleciałam w dół, na jedną z wystających z wody części kamiennej wodospadu. Zamachałam skrzydłami, gdy miałam wylądować. Gdy moje łapy dotknęły mokrego mchu i kamienia, od razu poczułam chłód bijący od wody i skały. Ignorując ciarki, potruchtałam do głównej kamiennej ściany wodospadu i wcisnęłam się w ukrytą  boczną szczelinę obok drzewa. Potem tylko przejść z pomieszczenia do pomieszczenia obok innego pomieszczenia i wziąć się do roboty. Otwarłam księgę, przyszykowałam fiolkę. (Zignorujmy te resztki mydła za mną, proszę.) Wszystkie składniki miałam ładnie porozkładane i naszykowane. Niektóre z nich, nie ukrywam , były obrzydliwe. Abo obrzydliwy był sposób ich wydobycia. Chwyciłam w zęby roślinkę i położyłam ją na desce. Potem spędziłam jakiś czas na postępowaniu według wskazówek. Po pewnym czasie, skupiłam się tylko na tym, ignorując cały świat zewnętrzny i to co mnie otacza. Do moich nozdrzy dochodziły intensywne zapachy, nie tylko ziół i nie tylko te ładne. W końcu wszystkie się ze sobą zmieszały, a ich ostrość, o dziwo, zamiast przybrać na sile, tylko się zmniejszała. Jakby zlewała z otoczeniem. Taka bezwonna ciecz, to byłaby świetna trucizna... Pomyślałam, dalej skupiając się na tym, co robię, szybko odganiając tamtą myśl. Jak już mówiłam, wyłączyłam się. Czas jakby stanął w miejscu, a gdy w końcu miałam skończyć..
- Tsumi? Jesteś tu jeszcze? - Wyrwałam się z laga, przez chwilę analizując swoją siedzącą pozycję, czucie ciała i czyj to tak właściwie był głos.
Co.... A! Tak, jestem! - zawołałam, zdając sobie sprawę, iż raczył przyjść Vespre, po swoim jakże zajmującym zajęciu. Usłyszałam dźwięk łap, odbijających się od podłogi, która nadal była w niezbyt dobrym stanie – Zaraz kończę! - odchyliłam się łapami od blatu, wychylając głowę – Chodź zoba- Nie dokończyłam, gdyż pieniek na którym siedziałam, postanowił odchylić się jeszcze bardziej w tył, tym samym powodując do mojego upadku z niego, z zaskoczeniem wciągając do płuc powietrze. Walnęłam skrzydłami półkę z tyłu podczas tego krótkiego spadania, dodatkowo wzniecając powietrze, które wraz z drganiami wywołanymi moim walnięciem w drewno obok, spowodowało iż najpierw spadło kilka wiórek z tworzenia mydła, po czym z niektórych półek pospadały eliksiry. Kroki z pomieszczenia obok przyspieszyły.
- Jit – Zasłoniłam głowę skrzydłem, przetaczając się w bok, by nie dostać w pysk szkłem, które zaraz potem się roztrzaskało. Podobnie było z resztą. Do mojego nosa dotarł dziwny swąd, jakby spalenizny i czegoś nie dobrego. Odsłoniłam głowę, by zobaczyć co się dzieje. Kilka żrących substancji zaczęło przeżerać się przez drewno do ziemi, chociaż gdzieniegdzie tego drewna nie było, więc płyn próbował walczyć ze skałą i glebą, jednocześnie w nie wsiąkając. W powietrzu unosiła się popielata mgła, która najprawdopodobniej wydostała się z butelki, a ja leżałam w różnobarwnym płynie z pomieszanych cieczy, które nie chciały się wymieszać, tańcząc między sobą niczym olej między wodą. Jedna z nich właśnie przypominała wodę. Nie, zaraz. To nie woda.
- Moja mikstura! -  Zawołałam z żalem i oburzeniem, gdy coś chwyciło mnie za kark i z pomocą skrzydeł wydostało mnie z mini groty napełnionej mgłą, gdzie ta już się rozprzestrzeniała. Zakaszlałam, gdy już stanęłam na łapach. Byłam cała w płynach i mydle.
- Wyjdźmy stąd szybko
- Ale – Vespre pociągnął mnie za ucho, kierując moją głowę ku wyjściu. Westchnęłam tylko, po czym pobiegłam za nim na zewnątrz. Przecisnęliśmy się przez wejście, a gdy byliśmy poza zasięgiem mgły, siedzieliśmy chwilę patrząc, jak ta "spływa" w wodną toń na końcu wodospadu, mieszając się z pianą.
Potem było nie bardziej kolorowo niż dotychczas, chyba że będziemy liczyć kolorowy płyn, który spłynął ze mnie wraz z prądem wody, gdy zmywałam z siebie wszelkie "trunki". Poza tym, musieliśmy jeszcze pilnować, by nikt nie był w pobliżu, i nie odkrył groty za wodospadem. Milczenie Vespre zdawało się mnie pożerać od środka. Był zły. Czułam to. I to było prawie tak straszne jak wściekły człowiek który niby nie jest wściekły, albowiem "ukrywa" to, uśmiechając się i wręcz promieniując do tego stopnia, iż można zauważyć wokół niego kolorowe kwiatki niczym z przedszkola. Potem musiałam się spowiadać u moich opiekunów, czemu mnie nie było i czemu specyficznie pachnę. Powiedziałam tylko połowę prawdy. Resztę ominęłam lub pozmieniałam z lekka. I następne dni powinny być już lepsze prawda? Otóż nie. Na następny dzień, gdzieś koło południa (bo wtedy mniej więcej się obudziłam), posłałam po Vespre Yoru, gdyż odkryłam coś, co mnie mocno... zaniepokoiło?
- Co jest. Jeśli myślisz, że dam się wrobić w sprzątanie tego całego bałaganu, to wiedz, iż- usiadłam i rozłożyłam swoje skrzydła na pełną długość. Były błękitno-białe. No. Już nie do końca. Popatrzyłam na basiora, po czym uśmiechnęłam się krzywo i jakby z zakłopotaniem
- Wiesz może... - zaczęłam – czemu niektóre z moich piór.... są czarne?

12.08.2020

Od Tsuri do Eve

Nie miałem zielonego pojęcia co powinienem robić. Byłem w kropce. Nie znałem się na duchowych sprawach, to wszystko jakby wychodziło poza moje pojęcie. Patrzyłem na kruki krążące nad naszymi głowami. Cofnąłem się nieco, gdy jeden z nich poszybował trochę bliżej nas. Zacząłem się rozglądać po pomieszczeniu. Myśleć. Gdzie złe duchy nie miały wstępu?
- Kapliczka... - szepnąłem sam do siebie, patrząc uważnie w podłogę.
- Co? - Eve zdawała się być zdezorientowana
- Kapliczka! - podniosłem głowę i spojrzałem jej w oczy - Przecież to...
- ... Święte miejsce, nie powinni nas tam gonić - Eve zaczęła błądzić wzrokiem po pomieszczeniu - Ale jest do niej daleko, to prawie drugi koniec watahy.
- Wątpię, by szybko nam coś zrobiły - odparłem patrząc na nie pewnym wzrokiem - To tylko pionki. Posłańce, prawda? - Znów spojrzałem na Eve
- Nie jestem pewna - zaczęliśmy się cofać do wyjścia - Ale mniej więcej. Nie są one głównym złem.
- Przynajmniej tyle- zdążyłem odpowiedzieć, zanim nie zerwaliśmy się do biegu, odwracając się gwałtownie w tył. Nie specjalnie bawiłem się w omijanie przedmiotów. Część z nich, przeze mnie przelatywała. Inne natomiast, stawiały opór. Pobiegliśmy na południe, wzdłuż rzeki. najchętniej wskoczyłbym w tą wodną topiel i dał się porwać prądowi do celu, jednak po drodze było kilka wodospadów, a często nurt nie był wystarczająco szybki, by oddzielić nad od ptaszysk, które nadal wirowały nad naszymi głowami, tyle, że już nieco z tyłu. Dobiegliśmy tylko do wodospadu niedźwiedziego. Dalej moje łapy odmawiały posłuszeństwa. Towarzyszka Eve natomiast wydawało się iż w ogóle się nie zmęczyła. Szybowała sobie w powietrzu, jakby-a. no tak. Ona była martwa. Spojrzałem w pieniącą się wodę w dole wodospadu. Potem na waderę obok mnie. Na kruki. Może nie dopłyniemy, ale je zgubimy? Wtedy ,,główne zło" nas nie znajdzie? Wziąłem rozpęd, by po raz kolejny prawie się utopić i skoczyłem w stronę wodospadu, by zaraz potem być porwany na sam dół przez rwącą wodę. Usłyszałem jeszcze zdumiony dźwięk wydany przez Eve, po czym lecący za mną ruch, który zniknął w wodzie. Potem tylko zalewająca mnie ze wszystkich stron woda, nie przyjemny ucisk w nosie i wir pchający mnie do przodu i ku powierzchni. Przez chwilę szamotałem się z wodą, obijając o kamienie. Wychyliłem pysk na zewnątrz, by zaczerpnąć powietrza. Nurt przyspieszył. Chciałem wydostać się na spokojny brzeg. Potem woda i tak by zwolniła, jednak popłynęłaby okrężną drogą, co tylko pochłonęłoby więcej mojego czasu jak i energii. Wysiliłem łapy, by dopłynąć do spokojnego brzegu. Po chwili wysiłku, coś złapało mnie za kark i pociągnęło w stronę kamienistego brzegu. Nie opierałem się. Nie miałem siły. Po chwili leżałem wyłożony na kamieniach, tyle że tym razem nie pod Starym Drzewem, a  na brzegu przy rzece pajęczej, a raczej jej początku. Z tej odległości jeszcze całkiem dobrze widać było wodospad. Rzeka plątała się dopiero jakiś czas przede mną. Obok mnie, nieco dalej, wypluwała wodę Eve, obok swojej siedzącej towarzyszki. Poszukałem wzrokiem osoby, która mnie wyciągnęła. Przede mną stała jasna, smukła wadera, pokryta plamami na grzbiecie, z ala wiankiem we włosach. Była sucha. Patrzyła na mnie dziwnie łagodnymi, jakby tęsknymi oczami.
- Zobaczymy się jeszcze - Powiedziała cicho, po czym jakby wtopiła się w otoczenie. Potrząsnąłem głową, po czym podszedłem wolno do Eve, na chwiejnych łapach.
- Zgubiliśmy ich? - spytałem

< Eve? Chaotycznie to napisałam, nie powiem>

9.08.2020

Od Kiomi

To był jeden z tych niewielu dni, kiedy nie było gorąco ani nie padał deszcz. Pogoda była po prostu świetna. Słońce świeciło i było ciepło, jednak nie upalnie, a przyjemny, zimny wiaterek przyjemnie orzeźwiał. Niebo było bezchmurne. Jak zawsze wstałam stosunkowo wcześnie i obudziłam towarzysza. Razem polecieliśmy się posilić. Po upływie około 30 minut, już najedzeni, wróciliśmy do sierocińca. Już nikt nie spał. Przez następne kilka minut nic, tylko patrzałam jak inni się bawią. Nudziłam się. Siedziałam. Leżałam. Zauważyłam, że niektóre szczeniaki mają swoje hobby. Albo zajmowali się tym, co lubili robić, albo bawili z innymi. Stwierdziłam, że fajnie by było też mieć jakieś zajęcie. Rozejrzałam się wokoło i doszłam do wniosku, że nie mam nic, co lubię robić. Poleciałam spytać Rose, czy wie może, co może być moim nowym hobby. Odpowiedziała, że w sumie wszystko, jeśli tylko sprawia mi to radość. Na jej biurku było kilka teczek, papierów i… książki. Wcześniej nie próbowałam jeszcze ich czytać bo wydawało mi się to nudne, ale skoro i tak nie mam niczego lepszego do roboty, to czemu nie. Zapytałam jeszcze tylko gdzie znajduje się biblioteka i podekscytowana się tam udałam. Podeszłam do biurka i zapytałam siedzącego tam basiora, czy ma coś dla szczeniaków. Okazało się że tak i była tego cała masa. Jedna za drugą byłu poustawiane w półkach na regałach, które zdawały się ciągnąć w nieskończoność. Mijałam jeden za drugim, w poszukiwaniu czegoś, co mogło mnie zainteresować. Trafiłam na „Atlas ziół i roślin dla początkujących”. Nie brzmiało zbyt ciekawie, ale postanowiłam ją wypożyczyć. Pospiesznie leciałam między drzewami w stronę sierocińca, a gdy doleciałam, wpadłam tam jak tajfun, zatoczyłam koło przez cały sierociniec i wleciałam na swoją półkę. Trafiłam w dziesiątkę. Zielarstwo okazało się dokładnie tym, czego potrzebowałam. Przez kolejne godziny tylko czytałam, aż w końcu nastał mrok. Zasnęłam ze świadomością, że jutro mam co robić i dlaczego wstać. Byłam bardzo szczęśliwa.

1.08.2020

Obóz

Obóz letni!

Witajcie! Przeglądam sobie watahę i co widzę w zakładkach? Obozik dla szczeniąt! Na śmierć o tym zapomniałam, a chciałabym trochę to ożywić. W poprzednim roku nasze "zasoby szczeniąt" były dość marne, jednak w tym roku jest cudnie. (a mam ochotę trochę pomęczyć moje postacie) A więc, siadajcie i nasłuchujcie!


Odbędzie się wycieczka integracyjna, do istniejącej obok nas watahy/klanu nocnej bryzy, która ma swoją siedzibę nad oceanem.




Lista opiekunów do szczeniaków:
-Rose
-Iwo
I jeszcze wolne dwa miejsca, zgłaszajcie się c:



Lista szczeniąt wyjeżdżających na obóz:
Wszystkie c: Czyli:
-Tsumi
-Osami
-Kiomi
-Maillo
-Pełnia
-Allen
-Vespre
-Nashi
-Tsuri
-Eve
-Nuta
-Sokar
-Hirvi


Gdzie będziemy stacjonować?
Część plaży i zewnętrzna część klanu. Jak chcecie iść w głąb terenu klanu, to tylko z opiekunem
TERENY GDZIE BĘDZIEMY: Skraj/klifyŁagodna część/plażamiejsce obozubibliotekaGranica i główny zamek



Od i do kiedy będzie to trwać?
Cały obóz będzie trwać od 1 do 14 sierpnia.


Plan:
Od 9 rano do 20 przez dwa tygodnie są organizowane zajęcia ze szczeniakami watahy w będą przebywać kaszojady.  Nie wliczają się w to dni burzowe/deszczowe. Wtedy zostajemy w miejscu obozowiska. Rozpocznie się nauka pływania, poznawania świata podwodnego, łowienia oraz topienia pianek na ogniu c: Co wieczór będzie organizowane ognisko na plaży. Zostaną też zorganizowane zawody.



Głównym organizatorem i za razem opiekunem szczeniaków z drugiej watahy jest Arne.