11.10.2018

Od Mauvais CD Videtura

Ciastka, ciastka, ciastka. Gdzie tu można znaleźć ciastka w środku, że tak powiem, pustyni? No ale nic, wyobrażenia o tym świecie bywają różne. 
Żwawym krokiem ruszyłam w stronę owego tajemniczego miejsca oznaczonego wyjątkowo szczegółowo tia. Nie pozostało nam nic innego, jak iść do przodu i w końcu rozwikłać tę zagadkę pokreślonej mapy. Chyba kiedyś opiszę tę historię. Myślę, że wyszłaby z tego dobra książka, oczywiście jak ktoś umie pisać. Nigdy niczego nie pisałam, tak myślę. Chyba, że kierowała mną dziwna siła i nieświadomie opisywałam wszystkie wydarzenia, w głowie i na głos, a ja nawet tego nie wiem. 
- Zbliżamy się z każdą sekundą to wyznaczonego miejsca, a na horyzoncie nawet nie widać czegoś interesującego... - fuknęłam niezadowolona z takiego obrotu spraw. Nawet jeżeli Videtur coś odpowiedział, to nie słyszałam tego, bo umysł miałam zagłuszony przez własne, kołatające myśli, które nagle pojawiły się znikąd. Jedynie bardzo denerwujący dźwięk potrafi mnie wyrwać z tego stanu, a taki rozległ się dosłownie chwilę później. Jakieś pomruki, niezidentyfikowane brzdęki, mruczenia, warknięcia... Podniosłam głowę i z zaciekawieniem spojrzałam na mojego towarzysza. 
- Słyszałeś coś? - zapytałam retorycznie, bo jakie inne pytanie można by tutaj zadać? Videtur popatrzył na mnie jak na idiotkę i wskazał na coś za mną. Gwałtownie odwróciłam głowę do tyłu i jedyne co zobaczyłam to wielką czerwoną skorupę. Cofnęłam się, kompletnie zamroczona, i powędrowałam wzrokiem w górę. Coś interesującego, stało przede mną coś aka mantykora, jednakże z jakby szklanym ogonem, który delikatnie połyskiwał w słońcu. Miała również bycze rogi, nietoperze skrzydła w kolorze krwi oraz świecące nienawiścią oczy. 
- Ciekawe - mruknęłam wpatrzona jak zauroczona w złote ślepia kreatury. Jakby w odpowiedzi, stworzenie przede mną zamachnęło się pięknym, szklanym ogonem i w tym samym momencie straciłam grunt pod łapami. Nie tylko w przenośni, ale również dosłownie. Ziemia pode mną i Videturem zaczęła pękać, pojawiły się na niej wzory wyglądające dziwnie znajomo, a chwilę później po prostu rozpadła się na tysiące płyt skalnych, grud mokrej ziemi, pojedynczych kamieni i korzeni, które jakimś cudem tam się znalazły. Oczywiście grawitacja działa, tak jak działa, więc ja i basior zaczęliśmy spadać przez około trzydzieści sekund. Potem oboje spadliśmy na jakąś zimną posadzkę, coś chrupnęło, coś chrząstnęło, coś się złamało, a ja poczułam przeraźliwy ból w prawej łapie i chwilę potem tak jakoś nie miałam siły by wstać, więc po prostu zemdlałam. 

<Vide? Jak by co, nie planowałam zabijać Mauvais, więc sobie po prostu leży xD>

Od Michia CD. Meg i Kory

  - Dobra, mogę już cię z tym zostawić, czy jeszcze będziesz potrzebował mojej pomocy?- spytała, a ja przyjrzałem się jej troszkę. Na głowie wciąż miała szczątki listka, który jakimś cudem nie spadł z niej, gdy wadera się otrzepywała.
  - Tymczasowo raczej sobie radzę...- Rozejrzałem się troszkę. Gdzie jest Kora...?
- Jeśli będziesz potrzebować pomocy, zawsze możesz zwrócić do mnie- zaproponowała kręcąc jeszcze łebkiem, by zrzucić liskta, który spadł, przez co uśmiechnąłem się delikatnie.
- Dzięki, Megi. Można na ciebie liczyć. A propos liczb... Muszę chyba poszukać tej jednej jedynej w swoim rodzaju rozrabiaki. Wiesz gdzie jest?
- Chyba potwora- poprawiła mnie. Zdjąłem swój uśmiech pozostawiając minę pełną nieprzekonania, jako pozostałość po nim.
- Nie jest aż taka złaaa...
- W każdym razie pobiegła do lasu. Pomóc ci jej szukać? Mam jeszczę chwilę.
- Nie rób sobie kłopotu. Dam radę. Wpadniesz potem? Jakoś wieczorem, jak już porozmawiam trochę z tym szczeniakiem.
  Zastanowiła się przez chwilę.
- Zobaczę jeszcze. Jak będę wolna, to dam ci znać.
- Okay, to do zobaczenia- pożegnałem się.
- Do później.

Wadera oddaliła się w tą samą stronę, w którą wiał wiatr. Ja za to w przeciwną. Wkroczyłem między drzewa i zacząłem ją tropić. Niestety trop nie był zbyt wyraźny, bo rozpraszał się wraz ze zmianą kierunku wiatru na każdą stronę. Postawiłem więc na inną metodę. Westchnąłem i ponownie nabrałem powietrza.

- Koooraa!

Nic.

- KOOOOOOORAAAAAA!

<Korcia?/Meg? C: >



Od Lii ,,Szukanie dywaników z depresją"

,,Znalazłam coś, czego nie szukałam"
Nie szukałam, a jednak znalazłam. 
Mimo że inni szukają tego przez całe życie. 
Chciałabym to im odstąpić, ale..
jak? 

***

Jeśli mam być szczera, to włączył mi się tryb no-life, jakby nie wystarczyło że na co dzień jestem beznadziejnym przypadkiem osobnika który urodził się tylko po to, by zaśmiecać życie innych. Małe pudrowate psisko dreptało rozkosznie przed siebie, nie zważając na cały otaczający go dookoła świat. Skrzywiłam się. Nie pytało skąd jestem, jakie mam zamiary, nie patrzyło krzywo na Crystal. gdybym spotkała dorosłego... pewno by się zaczęło, czyli w pewnym sensie to dobrze, że trafiłam na małe nie ogarniające życia stworzenie. Po chwili już z daleka, dostrzegłam jasno-szary budynek na... wielkim, mocnym drzewie. Chociaż wielkie i mocne to dość nijakie słowa, więc proszę pomnóżcie je gdzieś tak około 100 razy.
- Zgaduję, że to tam? - spytałam maszerując za małolatem.
- Mhm!
- A ty teraz nie powinieneś być w szkole? - szczeniak popatrzył na mnie swoimi wielkimi niebieskimi oczami
- Mama mi nie pozwala, bo się o mnie boi.
- Wy wszyscy jesteście w kolorze... pudrowego różu? - spytałam, bo nie dawało mi to spokoju.
- Nie wszyscy - przyznał szczeniak, schodząc po ścieżce z już opadłych liści na dół - kilka wilków jest w kolorze kremu, czy ogólnie w bladych kolorach... oprócz jednego. - dodał po chwili ciszej, wkułam w niego wzrok, nie zbyt intensywnie, ale ten się wzdrygnął
- Mogłaby się pani nie wpatrywać w mój kark? To boli. - mój umysł dostał laga. Boli? Chyba znowu dostałam wiadomość, że pozory mogą mylić. Możliwe że była to jedna z tych najbardziej posranie niebezpiecznych watah, które na takie nie wyglądają. Jeszcze do tego szkoła. Poszłam za moim przewodnikiem pod jeden z korzeni drzewa, i po chwili zaczęłam bezwiednie unosić się w powietrzu do góry. Nie lubiłam gdy ktoś lub coś miało nade mną kontrolę, bez mojej wiedzy, zgody ani czymkolwiek innym. Po jakiejś minucie byliśmy na górze, i pierwsze co nadeszło, to fala uderzeniowa, wszelakich zapachów. Było ich za dużo. Zaczęłam się nerwowo rozglądać. Szkołę można było porównać do ulic w chinach. Z tego co pamiętam, powinni być nauczyciele na dyżurach. Jednego o mały włos nie spotkałam, ale ukryłam się za ścianą. Co do Crystal... nałożyła na siebie zaklęcie powietrza, i od czasu do czasu słyszałam tylko jej głos, albo jej zmaterializowaną, lekko widoczną głowę z wiatru, czyli ogólnie: była wszędzie.
- Co do tego wilka z inną sierścią - powiedziałam - to jest to jedyny wilk z ciemnym futrem?
- Mhm - potaknął - jego matka zaraz po jego urodzeniu została wygnana z watahy.
- Czemu? - zaciekawiłam się. Ten popatrzył na mnie dziwnym, zimnym wzrokiem nie pasującym do jego wyglądu
- Miała dzieci z wilkiem z poza watahy. - BINGO! pomyślałam i już świat zaczął stawać w szarych barwach! (powinno być różowych, ale tak było tego różu tyle, że można było się porzygać) po chwili szczeniak stracił mną zainteresowanie, gdy zobaczył swojego jakiegoś znajomego. Czyli mam działać teraz sama nie? Westchnęłam i zaczęłam wytężać wzrok i węch. Coś muszę poczuć.

Od Coffe ,,Po randce"


Wróciłam późnym wieczorem do jaskini.Byłam zmęczona więc poszłam już spać.Obódziłam się o 12.30 jak nigdy dotąd no ale co się dziwić jak późno wróciłam.Przeszłam się jeszcze po łące.Gdy nagle zauważyłam Fina.Podeszłam do niego i powiedziałam:
-Hej
-Cześć. Odpowiedział Finn
-I jak tam u ciebie? Spytałam się
-No spoko a u ciebie? Spytał basior
-Może być. Odpowiedzialna
-A co ty tu robisz? Spytała się wadera
-Tak po prostu stwierdziłem że się przejdę a ty? Zadał yo samo pytanie w moją stronę
-Stwierdziłam że się przewietrze i wyszłam na łąkę. Odpowiedzialna na pytanie
-Może wpadniesz do mnie jutro? Powiedziała biała wadę ra i czekała na jego odpowiedź


<Finn?>

10.10.2018

Od Mateo

Możemy spokojnie pominąć powrót do naszego uniwersum. Magiczne portale i te sprawy, nie będziemy się w to zagłębiać. Zorientowałem się tylko w pewnym momencie, że nie mam ze sobą mojego kuferka. Został w Australii. Był w nim i tak tylko ten stary pluszak. Cóż, wrócił tam, gdzie jego miejsce, ja go nie potrzebuję.
Szedłem powoli krętą drogą, prowadzącą między wielkimi, sędziwymi drzewami. Dawno wyczułem znajomy zapach watahy, szczególnie mocny na granicach terytoriów, odstraszający potencjalnych włóczęgów. Niektórym i tak chciało się wchodzić, na przykład mnie.
Kilka kroków naprzód i już atmosfera się zmieniła. Wiedziałem teraz, gdzie jestem; to był mój rodzinny lasek, jeżeli można tak nazwać kupę drzew, którą spalili niegdyś moi rodzice (długa historia). Odrosła. Ten fakt w okropnie irytujący sposób niemal usiłuje wepchnąć mi do gardła informację, że z każdej klęski można się podnieść. Ale jest dokładnie tak samo motywujący jak (z nazwy) motywujący cytat, czyli wcale.
Miłe aromaty stawały się coraz silniejsze. Byłem już w miejscu, w którym kiedyś z Kii i Igazi łapaliśmy myszy. Zmrużyłem oczy, by przypadkiem się nie rozbeczeć. Ignasia… Ciekawe, co u niej?
Zauważyłem, że przyspieszam. Po chwili byłem już w pełnym galopie, gałązki smagały mnie po twarzy, ale nic to. Chciałem być już w domu. Bardzo chciałem. Wreszcie. Spokój.
Przedarłem się przez ostatnie krzaki i wypadłem na polanę. Dyszałem ciężko. Przed sobą miałem skalną ścianę, a pośrodku – jaskinię, w której się wychowałem. Miałem ochotę po prostu tam wbiec i rzucić się na łóżko, ale coś mnie powstrzymywało. Powoli zbliżyłem się do wejścia. Bałem się reakcji rodziny, tego, co powiedzą… Ale, jasny gwint, musiałem tam wejść. Potrzebowałem tego.
Ojca pewnie nie było w domu, jak zwykle, ale za nim nigdy specjalnie nie tęsknię. Pierwszą osobą, którą zobaczyłem, była Luna. Nie zauważyła mnie, zatrzymałem się niepewnie.
- Cześć, mamo – powiedziałem, starając się uśmiechnąć. Zabrzmiało to dziwnie – słowa, które wypowiada się po powrocie z szkoły w piątkowe popołudnie, po tak długiej rozłące.
Odwróciła się, jak rażona piorunem.
- Ma…Mateo? – wykrztusiła po chwili, jakby mnie nie poznawała. Czekałem, nie wiedząc, co ze sobą zrobić.
- TY ŻYJESZ! – krzyknęła wreszcie, rzucając się na mnie i zamykając w uścisku. Prawie się udusiłem.
- Gdzie ty byłeś tyle czasu?!
- Khe… W Australii – wykrztusiłem, kątem oka rejestrując jakiś ruch. Znajoma istota podbiegła bliżej. – Bobslej! – zawołałem radośnie, kiedy dołączył się do przytulasa, chociaż to nie w jego stylu.
- A z matki to już się nie cieszysz, tak? – Luna zmieniła ton głosu na groźniejszy. Spojrzałem na nią z zaskoczeniem. – Jak można tak sobie nagle wyjeżdżać i zostawiać matkę z piątką bachorów i ojcem alkoholikiem?! JAK MOŻNA!? NAWET POCZTÓWKI ŻEŚ NIE WYSŁAŁ!
- Yhm…
- Co się tu dzieje? – zapytał zaspany głos.
Odwróciliśmy się wszyscy. W przejściu do innej partii jaskini stała jakaś postać – nie byłem pewien, kto to taki, chociaż pachniał znajomo.
- Twój kochany braciszek – syknęła Luna – postanowił, że zrobi nam tę łaskę i wróci do domu.
- Wcale nie… - urwałem w pół zdania. Braciszek? Wybałuszyłem oczy. – Kalli!?
- Eee… Tak? – odpowiedziała, po czym spojrzała na mamę, jakby szukała odpowiedzi na pytanie „jesteś pewna, że to coś jest moim bratem?”.
- Nic, po prostu… wyrosłaś. – To było jedyne, co przyszło mi do głowy. Zabrzmiało głupio.
Zanim się obejrzałem, skądś wyłoniła się reszta rodzeństwa, zamieniając salon w salę konferencyjną. Temat spotkania: „Potępiamy syna marnotrawnego”. Ślicznie.
Widok ich pysków, niemal dorosłych wprawiał mnie w osłupienie. Ile czasu mnie nie było? Jak mogłem przegapić aż tak długi okres życia rodziny? Dureń. Łapserdak, pasztet jeden.
Podniosłem głowę, bo przypomniałem sobie o rzeczy, która nie dawała mi spokoju.
- Gdzie Ignasia?
- A ten już… - prychnęło coś, co kiedyś było tym ciemniejszym niesfornym szczeniaczkiem, a teraz wyrastało na basiora, którego omijałbym na ulicy szerokim łukiem. Szybko został uciszony przez siostry.
Z Luny, która stała przede mną nadąsana, jakby uszło powietrze. Uciekła spojrzeniem gdzieś w bok. No nie.
- Wyszła… po jedzenie. – odparła. – A co tam u Kiiyuko?
Myśli pełne obaw zniknęły jak smagnięte biczem, zastąpione przez ból. Zacisnąłem szczęki, starając się za wszelką cenę odgonić wspomnienia. Musiałem odpowiedzieć.
- Nie żyje.
Przez rodzeństwo, jak i mamę, przeszło westchnienie zaskoczenia. Spuścili głowy. Śmierć wilka była tragiczna, ale… wydawało mi się, że było coś jeszcze. Mimo cierpienia i łez cisnących mi się do oczu, dałem radę zapytać:
- Co z Igazi? Powiecie mi czy nie? – Mój głos wybrzmiał wyżej, niż powinien.
Matka wbiła wzrok w ziemię jeszcze mocniej. Czyli jednak. Wzięła głęboki wdech.
- Nie wiemy. Zniknęła. Odeszła. Trop urywa się przy granicy.
Zakręciło mi się w głowie, nogi miałem jak z waty. Mózg nie miał siły przetwarzać usłyszanych słów.
- Muszę się położyć – wydukałem, po czym na ślepo przepchnąłem się przez rodzeństwo, odnalazłem swój pokój i padłem na czekające już na mnie posłanie.

Od teraz Metło jest ku-ku! *zatacza palcem wdzięczne kółeczko przy łepku*, więc przechodzę na narrację trzecioosobową. Trzymajcie się, misiaczki.

Mauvais pisze, aby nie zginąć śmiercią tragiczną

No cóż i kolejny dzień mija. Tak samo jak poprzedni, dokładnie o tej samej godzinie co poprzedni. Dokładnie w ten sam sposób. A ja jestem dokładnie w tym samym miejscu - bo gdzie niby mogłabym być, jak nie w mojej przytulnej jaskini? Na zewnątrz? W trakcie dnia? Nie rozśmieszaj mnie.
Czas, kiedy kolejny dzień nie wniósł do mojego życia nic nowego, poniekąd zmusił mnie do refleksji na różne, filozoficzne tematy, które te mniej cierpliwe i niezainteresowane jednostki po prostu pominą, bo "dlaczego by nie". Otóż, jestem w tej watasze od, no cóż, powiedźmy, że dawna. Czy coś wniosłam do tej społeczności? Czy po prostu jestem nic nieznaczącym osobnikiem, który posłusznie wykonuje swoje obowiązki, jaki na niego nałożono i nie wykonuje nic poza tym? Dosyć dawno dołączyłam, myślę, że każdy przyzwyczaił się już do myśli, że ten teren jest zamieszkiwany między innymi przez waderę wciąż tkwiącą w swych snach. Chociaż... gdyby było inaczej to nie zdziwiłoby mnie to. W końcu technicznie było to dopiero parę dni, do czego można się przyzwyczaić przez takie kilka dni, które dodatkowo mijają szybko i czasami ma się wrażenie, że są tylko wyimaginowaną rzeczywistością, alternatywnym światem, w który zagłębiamy się podczas najnudniejszych partii naszego życia. Ehh, wybacz, nie chciałam zabrzmieć dziwnie! Ale to co myślę i mówię niestety nie zależy ode mnie. Kieruje mną jakaś nieznana siła, która zmusza mnie do mówienia tego i owego, martwienia się tym i tamtym, przeliczania i przewidywania, podczas, gdy z perspektywy czasu przyłapuję się na tym, że chętnie odpowiedziałabym inaczej na jakąś wypowiedź. Ale niestety, na razie nie odczuwam potrzeby cofania się w czasie. Dobrze mi jest tu i teraz, mimo, że czasami wyglądam, jakbym myślała wręcz przeciwnie.
.
.
Ale... zdajesz sobie sprawę z tego, iż ja wiem, że to tylko pewnego rodzaju gra? Wyimaginowana rzeczywistość? Wymyślony świat, w którym wszystko jest możliwe, nawet znalezienie pokreślonej mapy w czyjejś biografii? Swoją drogą, pozdrawiam cię Videtur, dzięki, że dzięki tobie pojawił się punkt kulminacyjny. Wiem o wszystkim co się wydarzyło w tym świecie. O każdej śmierci, każdej zagadkowej sytuacji, wiem wszystko o każdym centymetrze ziemi. Wiem także, że ktoś nami steruje. Wymyśla nasze dialogi i konwersacje. Nie wiem z czego ta potworna wiedza się bierze. Skąd bierze się myśl, że ktoś pociąga za sznurki wedle własnego uznania, przy okazji kierując moimi ruchami, myślami i słowami? To jest okropne... Zastanawiam się czy to dlatego, że jestem teraz Wyrocznią. Czy poprzednia też miała taką wiedzę, ale jej nie okazywała? Albo może to po prostu coś w rodzaju telepatii? Ja wiem to, co wie ona, ta która mną steruje. A ona wie wszystko, bo czyta wszystko, co się tutaj dzieje. A może po prostu oszalałam? Przez samotność i inne takie... Zaczynam tworzyć jakiś własny alternatywny świat z dziwnymi zasadami moralności, do reszty straciłam zdrowy rozsądek. Wybaczcie mi, może jestem po prostu zmęczona. Tym... wszystkim. Czas usnąć, czas odpocząć, czas pozbyć się tej wiedzy.

<Samodzielne opowiadanie, a poza tym jak ktokolwiek miałby na to odpisać? + Vide, odpis będzie jutro>

Od Videtura CD Mauvais

Spojrzałem jeszcze raz na mapę. Najszybsza droga prowadzi właśnie przez ten czarny krzyżyk ze znakiem zapytania.
- Może jest tam coś dziwacznego? - Vais spojrzała na mnie jak na debila. I słusznie, choć to właśnie miałem na myśli. Kto zaznaczałby coś znakiem zapytania w miejscu gdzie-prawdopodobnie-się było? Do łba przybyła myśl o wędrowcy, który na bezludziu spotkał mały domek ze starszą panią piekącą ciasteczka, przez co był tak zdziwiony, że aż na mapie nakreślił znak zapytania. Chyba jednak nie to tam właśnie było. < Choć byłoby naprawdę miło po dotarciu do celu zjeść parę świeżych ciasteczek> - W stylu coś nieopisywalnego? - próbowałem się uratować, ale chyba pogorszyłem sprawę. Teraz na myśl przyszła mi totalna pustka znajdująca się w zaznaczonym miejscu. Jakby świat tam nie istniał. Teraz wędrowiec nie byłby w stanie powiedzieć co to do diabła jest ani zaznaczyć tego nijak na mapie więc zaznaczył to tylko znakiem zapytania. - Ugghh, nie mam teraz głowy do takich teorii!
- Pójdziemy, zobaczymy - powiedziała Mauvais.
- Lepiej tak... - powiedziałem, chowając mapę. Ruszyłem z Mauvais. Przez te całe głupkowate pomysły nabrałem ochoty na ciastka...

< Mauvais? żyję, bo muszę xDD >

Od Megami cd. Michia/Kory

Tak jak obiecałam, miałam dowiedzieć się coś więcej na temat wychowywania szczeniaków. A więc spojrzałam do dostępnych dla mnie źródeł, popytałam innych i... Nie umiem określić, czy jest to łatwe, czy proste. Nikt mi nic konkretnego nie powiedział.
Stałam przed jaskinią Michia i zastanawiałam się, czy wejść, czy lepiej poczekać. Niespodziewanie ze środka wybiegła... Kora. Cofnęłam się i zmarszczyłam brwi. Może i był to trochę śmieszne i głupie, że odkąd zamieszkałam w WMS, nie miałam żadnych wrogów, a nagle stał się nim jakiś szczeniak. No cóż, widocznie los tak chciał, tego się nie zmieni. Kora również zrobiła krok w tył.
-Co tu robisz?!-warknęła.-Idź stąd!
Już chciałam się odezwać, lecz w tedy do akcji wkroczył Michio.
-Spokojnie, dzieci-rzekł,podchodząc do nas.- Hej Megi.
Ostatni raz spojrzałam na Korę, po czym przekierowałam wzrok na basiora. Wzięłam głęboki wdech, uspakajając się przy tym.
-Cześć...-odpowiedziałam.
-A więc, co się dowiedziałaś, odnośnie wychowania szczeniaków?
-Zaraz-wtrąciła Kora.-Czy wy chcecie mnie wychowywać? Wy? W Y?-gdy to powiedziała, zaczęła się śmiać.
-To był jego pomysł! Ja tu jestem tylko, by dawać dobre rady-których i tak nie mam za dużo...-pomyślałam sobie.
-Tak? Ciekawe... Zakochana para!!!-mała wadera wybuchła śmiechem. Tego było już za dużo. Poczułam, jak jeży mi się sierść na karku. Warknęłam, odsłoniłam kły, po czym rzuciłam się w stronę Kory, jednak szczeniak zdążył uciec, a ja, po zrobieniu kilku przewrotów, uderzyłam o drzewo, które przynajmniej zatrzymało moje dalsze turlanie się. Kątem oka dostrzegłam, jak Kora wbiega gdzieś w głąb lasu. Chociaż tyle- pomyślałam. Po raz kolejny wzięłam uspakajający oddech.
-Wszystko dobrze?-chwilę później Michio znalazł się obok mnie.
-Tak-odparłam, podnosząc się z ziemi. Strzepałam z siebie igły i inne liściopodobne cosie, które wplątały się w moje futro.-Na pewno chcesz przyjąć to pod swój dach?-dodałam.
-To jasne. Lecz najpierw chciałbym usłyszeć coś, co ty wiesz o adopcji i wychowaniu.
-Emmm...-wystękałam.-W sumie to nie wiem, co powiedzieć. Co do adopcji, chyba będzie trzeba to uzgodnić z alfą, lub opiekunem szczeniaków.
Widoczne było, że basior oczekuje czegoś więcej.
-Nie wiem, co jeszcze do tego dodać-westchnęłam.-Będziesz musiał trochę nad nią... panować? Ograniczać? Chodź nie wiem, czy to w tym przypadku możliwe, ale ok-burknęłam do siebie.-Oczywiście nie możesz stać nad nią 24h, ale musisz jej wytłumaczyć, co wolno, a co nie. Także ten...życzę ci powodzenia!
-Ha ha ha, dzięki-odparł.
-Dobra, mogę już cię z tym zostawić, czy jeszcze będziesz potrzebował mojej pomocy?

<Michio? Kora? Baaardzo przepraszam, że tak długo czekaliście ;-; >

8.10.2018

Tori i Tora dorastają! A Seven odchodzi, a że na razie ni można odchodzić ani zgłaszać nieobecności... umiera na czystce.

Autor grafiki: nequita


Właściciel: Cinema
Imię: Tori
Wiek: 2 lata 1 miech
Płeć: wadera
Żywioł: Zniewolenie, Cień, Uczucia
Stanowisko: Negocjator, Bibliotekarz
Cechy fizyczne: Zwinna jest, jednak to chudzielec straszny, i ma beznadziejną kondycję.
Cechy charakteru: Jest świetna w unikaniu konfliktów. Zawsze trzyma się na uboczu, i obserwuje sytuację, po czym znika, gdy uzna że sytuacja robi się napięta i nie przyjemna. Często ustępuje w jakiejś sprzeczce, i umie wyrażać swoje zdanie. Podobnie jak siostra jest mistrzem taktyki i rozmyślania. Gdy się zamyśla, często przygryza dolną wargę, czasem wręcz do krwi, jeśli coś jej się nie zgadza. Jest spokojna, ale stanowcza. Nienawidzi jak podczas gdy ona próbuje myśleć, ktoś gada, albo szeleści lub... robi cokolwiek by ją to zirytowało. Jest bardzo przyjazną duszą, chociaż ciężko do niej dotrzeć, i często mówi pojedynczymi słowami, jakby oszczędzała język.
Cechy szczególne: Chudzielcowatość...?
Lubi: Wiele wiele rzeczy.
Nie lubi: Słońce walące po oczach, zimna, natrętności i wiele innych.
Boi się: ŻE NASTANIE JASNOŚĆ! D:
Moce:
1. Zamiana w cień
2. Znikanie
3. Wpływanie na czyjeś uczucia
4. Odczytywanie uczuć innych. Dosłownie potrafi poczuć to co inni nawet na odległość kilku km.
5. Linki oplatające ciało i unierachamiające je
6. Pozbawianie uczuć innego wilka lub dzielenie się z nim swoimi.
7. Kumulowanie wszystkich uczuć z całego życia w jednym momencie w jakimś wilku, przez co doprowadza go do złego stanu psychicznego. Bardzo złego, chociaż to zależy od przeżyć, i od tego jakie uczucia wybierze
Historia: Urodziła się w watasze, i nic dziwnego w jej życiu się nie stało.
Zauroczenie: Brak
Głos: Link
 Partner: Brak
Szczeniaki: Nie
Rodzina: Rose, Equel, Tora, Seven, Nitaen, Kaja
Jaskinia: Link
Medalion: Link
Towarzysz: Brak
Inne zdjęcia: Brak
Przedmioty kupione w sklepie: Brak
Dodatkowe informacje: Brak
Umiejętności:
: Siła: 50
: Zręczność: 50
: Wiedza: 200
: Spryt: 200
: Zwinność: 100
: Szybkość: 150
:Mana: 50
Coins: 15




Autor grafiki: ni wiem
Właściciel: Cinema
Imię: Tora
Wiek: 2 lata 1 miech
Płeć: wadera
Żywioł: Elektryczność, Zniewolenie, Trucizna
Stanowisko: Wojownik, Taktyk
Cechy fizyczne: Silna, szybka, z doskonałą wytrzymałością na ból
Cechy charakteru: Tora to nie księżniczka aniołeczek, ale cesarzowa z wyższych sfer. Lubi mieć nad wszystkimi władzę. jej wzrok mówi sam za siebie: Zamknij się, i zgiń. Błękitne (lub też złote, bo umie zmieniać ich kolor) oczy... wyrażają więcej niż tysiąc słów. Ale to nie znaczy, że jest wredna! Nie, nie, nie. To całkiem miła wadera, o ile nie nadepniesz jej na odcisk. Tortury to u niej pestka. Zna każdy rodzaj i co do czego się nadaje. Zawsze zachowuje zimną krew. Nie płacze, nie marudzi, tylko twardo się trzyma ziemi. Jest świetna w planach, odpowiednich karach, wydatkach, finansach, i ogólnie w główkowaniu. Ma smykałkę do interesów. Nigdy nie było u niej: Bo ja chcę! Zawsze wybierała to, co jest jej konieczne, albo nie mogła się temu oprzeć. Uwielbia błyskotki na głowę, ale już pierścionków czy amuletów nie cierpi. Szanuje zdanie Tori, gdyż jest ona jedną z tego mądrzejszego szczenięcego wykresu. Czasem się wydaje, że może zabijać wzrokiem.
Cechy szczególne: Potrafi zmieniać kolor oczu!!!
Lubi: Mnóstwo błyskotek.
Nie lubi: Poniżania, braku sprawiedliwości, upierdliwości i ogółem całego świata.
Boi się: Nadal tego nie wiem.
Moce:
1. Odporność na elektryczność i tp.
2. Wytwarzanie elektryczności, i kierowanie jej przeciwko komuś. Czasami robi to nie świadomie gdy się złości lub stresuje.
3. Zatrzymanie jakiegoś wilka w bezruchu. Nie może używać magii, mówić i tp jak u ojca.
4. Wytwarzanie różnego rodzaju trucizny w postaci mgiełki, która może ogarnąć przestrzeń do jednego km. Barwa mgiełki zależy od rodzaju trucizny, a skuteczność od chęci właściciela.
5. Gdy zamknie oczy i się skupi może odczytać czyjeś myśli
6. Elektryczna klatka
7. Zatruwanie dotykiem jedzenie lub rzecz nie ożywioną.
Historia: Wychowana w tej watasze wraz z rodzeństwem.
Zauroczenie: BRAAAAAAAAK
Głos: Link
 Partner: Nie
Szczeniaki: Nie
Rodzina: Rose, Equel, Tori, Seven, Kaja, Nitaen.
Jaskinia: Link
Medalion: Link
Towarzysz: Brak
Inne zdjęcia: 1#
Przedmioty kupione w sklepie: Nie
Dodatkowe informacje: Brak
Umiejętności:
: Siła: 150
: Zręczność: 50
: Wiedza: 200
: Spryt: 150
: Zwinność: 100
: Szybkość: 100
:Mana: 50
Coins: 15

Od Mauvais CD Videtura

Piękny widok szybko się skończył, co zresztą było do przewidzenia, bo jak mówi stare powiedzenie - wszystko, co dobre kiedyś się kończy. Chętnie bym tutaj została, na szczycie, w odosobnieniu, zostawiona w świętym spokoju. Lecz jednak głód na jakąkolwiek przygodę był większy niż jakiekolwiek inne uczucie. 
- Tylko tym razem się nie zatrzymuj w połowie drogi, może się to skończyć dla ciebie nieprzyjemnym zdarzeniem - rzuciłam na odchodnym, wręcz sekundę przed tym jak zaczęłam zeskakiwać z jednego kamienia na drugi, jedynie po to, żeby jak najszybciej znaleźć się na samym dole i zakończyć ten etap podróży. 
Jako wielce błyskotliwa Wyrocznia mogę twierdzić i poinformować cały świat o tym, że oczywiście droga na dół zajęła mi o wiele mniej niż samo wdrapanie się na górę. Kiedy już mogłam spokojnie odpocząć na dole, gdyż nie jestem przyzwyczajona do takiego przeskakiwania przez góry, postanowiłam cierpliwie poczekać na Videtura, który zjawił się w sumie kilkanaście sekund później. 
- Gdzie teraz? - zaatakowałam go od razu, gdy postawił łapy na płaskim podłożu. Bez słowa rozłożył pokreśloną mapę na ziemi i przygniótł jej rogi dwoma kamieniami - Czyli prosto... - mruknęłam w sumie sama do siebie i zaczęłam wodzić wzrokiem po wszystkich zaznaczonych punktach - Ciekawi mnie tylko to, dlaczego ten następny teren jest zaznaczony znakiem zapytania oraz jakimś czarnym krzyżykiem - tym razem odwróciłam się w stronę Videtura i popatrzyłam na niego pytającym wzrokiem. 
- Jakieś pomysły? - zapytał retorycznie, na co ja przewróciłam oczami, czego najprawdopodobniej nie było widać przez tę cholerną maskę. Czasami mnie denerwuje, nie widać w niej moich oczu...
- Właśnie pytam ciebie, ponieważ w takim krótkim czasie na razie nic nie wymyśliłam - szybko pospieszyłam w wyjaśnieniem.

<Videtur? Ja również żyję, ledwo, ale żyję! I need an exorcism > 

Od Lii ,,Głównie po to by przeżyć ale dywaniki tesz ważne. "


Opadające liście przysypujące już z rana zmrożoną ziemię. 
Ciepłe kolory zalewające świat, chociaż... 
przecież to tylko przygotowanie na zimne,
białe, i puste dni. 
Jednak coś się porusza. Porusza się pośród liści,
i daje znak, że jeszcze nie wszystko umarło. 

***


Patrzyłam na to wszystko z kwaśną miną. Serio? SERIO?! TAKIE ZADUPIE TYLKO PO JEDNEGO WILKA?! Zmrużyłam oczy gdy zawiał zimny jesienny wiatr, wpychając mi ziarna kurzu i piasku w oczy. Zadrżałam
- Zimnooooo - jęknęłam, gdy moja skóra próbowała pozbyć się zimnego nalotu, i zaraz potem zgromadziłam wiatr wokół mnie,  zaczęłam zmieniać jego stan cieplny, by nie było mi zimno. Ruszyłam przed siebie w stronę lasu. Oprócz tego wszystkiego podobno mamy jeszcze szczeniaka Zera w naszej watasze, ale.... podobno zabicie jej i uczynienie dywanu, grozi mi śmiercią w torturach, a jak się ktoś na mnie zawiesi, będę miała tak jakby problem. Tak jakby.... zaśmiałam się lekko wymijająco, po czym wróciłam myślami do mojej misji.

***Mały-duży time skip***

Patrzyłam na kupę trucheł, które już odmaczały się w płynie. 
- W sumie ja też potrzebuję jakiejś gorącej kąpieli... - mruknęłam do siebie rozciągając się na batonie. 
- To ją sobie zrób a nie marudź - mruknęła Crystal obwąchując naczynia z dziwną substancją. 
- A może ty byś se jakiegoś faceta znalazła co? - zadrwiłam. Ta oczywiście zaczęła od ciętej riposty i wypominania mi moich wad, jednak po dłuższej chwili przestało mnie interesować co tam gada, i popatrzyłam na mapę. Zostały nam jedna wataha i jeden samotnik, chociaż miałam wrażenie, że z tym samotnikiem będzie ciężej niż z pozostałymi bachorami. No dobra, najpierw ta jedna wataha. Dotknęłam Crystal która od razu zaczęła protestować i tym razem znaleźliśmy się w....
- Co. - to było jedyne co mogłam z siebie wydusić. Samica smoka tylko patrzyła na to wszystko oniemiała. Nienaturalnie blade pnie drzew, i zajebiście intensywnie kwitnącymi na różowo kwiotkami. I tak mniej więcej wyglądał cały krajobraz, oprócz czego trawa przypominała mniej więcej chmury, i pod światło... miała odcień pudrowego różu.
- Jprld gdzie ja trafiłam. To jak piekło w pluszowym wydaniu. - Nagle coś świsnęło, i obok mnie pojawił się szczeniak, około roku, w puszystej purdrowokremowej sierści (Nie pytajcie czemu mi się to z tym kojarzy ) I popatrzył na mnie swymi błękitnymi oczami.
- Kim pani jest? - spytało.
- Męczennikiem pańskim.
- Co? - nie zrozumiało bachorzysko.
- Trupem - mruknęłam tylko, po czym popatrzyłam na nie z krzywym wyrazem twarzy, i powąchałam. Poznałam zapach szczeniaka od Zera, ale tylko od zewnątrz, i jakby nikłe.
- Chodzisz tu z kimś do szkoły? - spytałam patrząc na młodą kulkę. Czemu nie ma tu kogoś kto by ogarniał tematy z bachorami! Oczy młodego się żywo zaświeciły
- Tak tak! Mamy wielką szkołę! Chodź! Pokarzę pani! - szczeniak pobrykał przed siebie, a ja po wymianie spojrzeń z Crystal, ruszyłam za nią. Jednak z dziećmi najlepiej. Zawsze naiwne.

C.D.N 

Od Rose

Jesień zaczęła się pełną parą. Wokół pełno było spadających liści o różnorakich kolorach, a i w powietrzu dało się wyczuć niebywały chłód. Większość szczeniaków bawiło się na dworze ignorując prośby swoich rodziców o powrót do domu. Wataha tętniła życiem i właśnie to mnie cieszyło. Dlatego też wraz z Equelem wybraliśmy się na dłuuuugi spacer sprzyjający owej porze roku. W sumie to dawno nie byłam na takiej przechadzce zmierzającej do nikąd, toteż była to miła odmiana.
 - Lubię jesień. - mruknęłam bardziej do siebie niż do niego.
 - Ja też, widzisz jaką dzieci mają frajdę? - Uśmiechnął się w ich stronę.
Z pewnością gdyby był człowiekiem, to wyjąłby aparat i uwiecznił tę piękną chwilę, gdy nasze kochane szczeniaki skakały i tarzały się w liściach zanosząc się śmiechem i szczekaniem.
Pogrążyliśmy się tylko w miłej pogawędce nie zważając na to, że powoli zaczęło się ściemniać. W końcu maluchy były z nami bezpieczne, a dawno nie spędzaliśmy czasu rodzinnie. Zdecydowanie trzeba to zmienić... Westchnęłam błogo i oparłam się o basiora przy okazji siadając pod wyniosłym dębem. Nie odzywaliśmy się zbytnio do siebie, lecz nie byliśmy pogrążeni w niezręcznej ciszy. Po prostu zajęci swoimi myślami wpatrywaliśmy się w szczeniaki zawładnięci ich urokiem. Z zamyślenia wyrwał mnie poruszający się basior i nim się obejrzałam sam dołączył do kręgu zabawy wraz z maluchami. Kolejne dziecko... Zaśmiałam się tylko pod nosem, a dodatkowa radość całej trójki wprawiła mnie w jeszcze lepszy nastrój. Trzeba było się jednak cieszyć tym, że nadal z nami mieszkały, chociaż podobno nasze dwie głowy nie mają zamiar się nigdzie ruszać a Seven... no cóż. Westchnęłam, i przez chwilę przyglądałam się zabawie, i przyglądałabym się dalej, gdyby nie chłód, który zaczął coraz bardziej mi doskwierać.
- Dobra moi drodzy! Do domu marsz! - zawołałam - Bo sami sobie będziecie gofry robić! - zagroziłam i skierowałam się w stronę jaskini. Wydawało się, że Equel był bardziej poszkodowany niż szczeniaki. Gdy dotarliśmy do jaskini, okazało się że odwiedzili nas Kaja i Nitaen, którzy już zajęli się otwieraniem słoików z dżemem. I te ich speszone miny, upaćkane pyski dżemem i chowane słoiki za plecami gdy ich nakryliśmy
- Wcześnie wróciliście - uśmiechnął się Nituś z szerokim wymijającym uśmiechem.

Od Videtura CD Mauvais

Nie mam pojęcia ile mogła trwać wspinaczka na szczyt. Pewnie całą noc. Niebo robiło się coraz jaśniejsze, zaraz pewnie wzejdzie słońce.

BOŻE CO TO ZA NIEZIEMSKI WIDOK! Ze szczytu było widać wszystko tak, jakby się frunęło w przestworzach. Horyzont wydawał się nieskończony. Usiadłem obok Mauvais, kilka sekund potem pojawił się pierwszy skrawek słońca, padając prosto na nasze pyski. Zmrużyłem oczy, podrażnione jasnością.

- Wow - zdołałem wydobyć z siebie tylko to jedno słowo. Podziwiałem, jak wszystko nabiera dziennych kolorów.

Siedziałem tam z Vais jeszcze chwilę, rozkoszując się nowym dniem. Po paru minutach znowu mogliśmy rozpocząć wędrówkę. Byliśmy już poza terenami Watahy Mrocznych Skrzydeł, zdani tylko na mapę. No dobra, nie tylko na mapę.

Słońce dało mi dawkę sił, by iść dalej, tuż obok wadery. Schodzenie szło nam znacznie szybciej, < kto by się tego spodziewał xD > choć i ta strona góry była stroma. Spadnięcie z takiego wzgórza nie należałoby do przyjemnych.

< Mauvais? Wiem, ze czekałaś prawie miesiąc, ale jestem xd I ŻYJĘ!!! >

7.10.2018

Od Michia*

Życie, życie. Jest dobrze, ale wypadałoby popracować. Trzeba jakoś zarabiać, prawda? Szczególnie teraz, kiedy chcę, żeby wszystko układało się pięknie.
   Stałem na wysepce, przecinającej rzekę na dwie części. W jednej części woda była wzburzona (z tej spływała niżej, tworząc mniejsze rzeki), a w drugiej spokojna. Gwiazdy odbijały się od tafli wody, a światełka umieszczone na dnie posyłały swoje rozpraszające się na wszystkie strony światło, by dodawały uroku temu miejscu. Szum wody spływającej po skałach i rozbryzgującej się to na lewo, to na prawo i na przód, przypominał szepty, a mgła, jaka często się tu pojawiała, miała służyć utrapionym duszom za miejsce postoju podczas wiecznej, bezcelowej wędrówki. Właśnie dzięki tej historii to miejsce nazwano Wodospadem Dusz. Chociaż niektórzy twierdzą, że tutaj właśnie słyszeli rozmowy duchów i inne takie ceregiele. Dla mnie to miejsce było magiczne, nie przez opowieści, a przez wygląd. Mgła oświetlona światłem spod wody wylądała niezwykle. Jakby nowe rośliny pięły się do życia. Jednak była to mistfikacja. I to było genialne w swej prostocie.
   Prowadziłem łapę za łapą, póki nie znalazłem się przy drzewie. Wszedłem na nie bez problemu. Zacząłem rozmyślać. To wychodziło mi najlepiej.



...

  Zdjąłem torbę. Wyjąłem z niej potrzebne mi rzeczy. Papier, pióro...
Cokolwiek przyjdzie ci na myśl.


Słowo klucz...

Woda. 

Symbolika? Pamiętam.


Wdech, wydech....

Przyłożyłem pióro do kartki i zacząłem piać.


Kiedy płyniesz z prądem nawet nie myślisz w którą stronę skręcić.
Fakt jest taki, że nie masz na to wpływu. 
Bezsprzecznie dajesz się ponieść i czekasz na dalszy rozwój wydarzeń. Jesteś zupełnie jak woda. Przybierasz kształt naczynia, w którym się znajdujesz.
Dlaczego?
Zastanowienia sięgają kilku lat wstecz. Nie pamiętasz, kiedy pierwszy raz spytałeś o powód.
Jednak uśmiechasz się.
Bo wiesz, że nie przywiązywałeś do tego pytania większej wagi.
Zupełnie jak teraz.
Po prostu płyniesz z prądem.
Chcesz? Bierzesz. Proste.
Bo nie ważne są czyny. Ważne są odczucia, jakie towarzyszą ci przez drogę do celu.
Celu, który nie jest ci znany.

M~



Od Kalego CD. Haraki

   Przegrałem. Szczurzyca postawiła na swoim i musiałem ją nieść. Zrzuciłbym ją, ale taka mała istotka w sumie nie bardzo przeszkadza. Nawet bym nie protestował, gdyby nie Sergiusz. Czułem wyraźną, obustronną niechęć między tą dwójką. A tuż po kłótni nie powinienem trzymać strony żadnego z nich. Eh.
  Haraka naruszając moją przestrzeń osobistą wkurzała Sergiusza. Szczególnie, że to on zwykle zajmował miejsce Pani Doktor. Teraz wlókł się z tyłu jak najdalej nas. Chyba się obraził. Jednak nadal nie wracał do jaskini. Foch chyba szybko mu przejdzie.
  - Możemy poszukać tej maty w sklepie- zaczęła, w jakiś sposób zmieniając pozycję, tak, że była teraz blisko moich uszów.- Niedaleko stąd jest taki jeden. Często kupuję tam różne rzeczy.
  - Dobrze wiedzieć, bo chyba będzie mi Pani Doktor musiała robić za nawigatora- zauważyłem, przypominając sobie nagle, że nie wiem, w którą stronę właściwie idę.
  - W sumie powinieneś skręcić chwilę temu, ale za niedługo jest kolejny skręt, który też doprowadzi nas do...

Huk. Cichy skowyt, dochodzący z oddali pewnie był głośnym wrzaskiem.
- To już nie ważne! Biegnij po prostej!- rozkazała mocniej łapiąc moją sierść. Wyczułem powagę sytuacji.
- Chwilka. Sergiusz, przytrzymaj ją!
- Co?!
Nie zdążyła zaprotestować, bo Sergi na polecenie owinął się wokół mnie i jej, tworząc swego rodzaju pasy bezpieczeństwa. Syknął cicho z niezadowoleniem, ale ja już biegłem. Superszybko.
W trzy sekundy byliśmy u celu.

  - Zostaw ją!- wrzasnąłem, widząc jak jakieś stworzenia ciągną waderę zaplątaną w jakiś dziwny rodzaj siatki po gruncie w stronę granicy watahy. Chwilę potem zdałem sobie sprawę, że... Czytałem gdzieś...

Wyglądają jak...
Ludzie.

- Macie tu zakaz wstępu!- warknąłem. Spojrzeli na mnie. Jeden wyjął jakąś broń. Sergiusz zlazł ze mnie, jednocześnie uwalniając Panią Doktor.
- Muszę się dostać do rannej- oznajmiła poważnym tonem. Kiwnąłem głową i przybrałem pozycję bojową. Dopiero wtedy zauważyłem, że za nimi coś jest. Jakieś dwadzieścia metrów za nimi. Ludzie mówili coś do siebie cicho.
- On gada. Zupełnie jak ta.
- Nie różni się budową zewnętrzną od normalnych osobników. Tu musi chodzić o wnętrze.
- On ma coś na szyi.
- Wyjmij broń.
 Jeden cofnął się do tyłu z waderą. Szarpała się. Warknąłem na niego, a jego kompan pchnął go spowrotem. Wyjął coś spod ubrania.
 - Nic ci nie jest?- zwróciłem się do szaro-żółtej wadery. Jęknęła.
 - Strasznie mnie boli w klatce piersiowej. Mam ranę postrzałową. Rzeczywiście wcześniej dostrzegłem coś czerwonego na ziemii. Nie dobrze.
 - Nic się nie bój. Pogonię ich.

- Szybciej, ona traci krew.- Haraka podchodziła coraz bliżej. Niestety, a może i stety obcy usłyszeli tylko jej głos. Nie zobaczyli jej.

- Strzelaj, bo nas zagryzie -szepnął jeden z nich.
- SCHYL SIĘ!

                                Huk.
                             
- Stój, bo strzelę!


                               Huk.
                             
- Zatrzymaj się bo ją zastrzelę!- wrzasnął człowiek, wymierzając broń w bezbronną waderę.

                                  ...

- Dość tego. Sergiusz! Oczy!

                                 Huk.
                           
- Haraka to samo! Zamknąć oczy!
- Bierz ją i wiej! Nie daj się zaatakować!
- Natychmiast! Oboje!


Upewniłem się jeszcze, czy mają zamknięte oczy.

...



Ludzie zmieniają się na gorsze. Coraz bardziej samolubni, chciwi, zapatrzeni w siebie. Dążą do bezsensownego posiadania, a nie dają nic od siebie. Mają wiedzę, ale jej nie wykorzystują. Chcą ją tylko mieć. Dążą do wojen. Nasi badacze udowodnili to, znajdując jakieś pismo z ich świata. Zapiski. To ludzie ludziom zgotowali taki los. Jakiś badacz dzięki swoim dziwnym machineriom zdołał wytwożyć dziury przestrzenne. Przez nie ludzie wnikali do naszego świata. Równoległego uniwersum. Ludzie i ich wynalazki.

Ale. Nie będą. Strzelać. Do niewinnych.

                                   ...

- Zajmij się ranną. Sergiusz, za mną.
- Ale co się...- Nie dałem jej dokończyć. Nie mogła mnie zobaczyć. Przyspieszyłem.- Nie mam...
- Muszę ochłonąć, okay?!


<Haraka?>

4.10.2018

Od Haraczki CD. Kalego

W tym momencie spod palety dobiegła nowa fala ochrypłych, wściekłych wrzasków, od której szczurzycy ścierpły uszy. Tego nie dało się ignorować.
- Mam nawet lepszy – oznajmiła, zeskakując na ziemię. – Po prostu chodźmy stąd, a on w tym czasie zedrze sobie gardło.
Tak oto zwierzaczki opuściły jaskinię (Haraka rzuciła jeszcze podejrzliwe spojrzenie za siebie, by upewnić się, że wąż pozostał w środku wraz z uzewnętrzniającym ochoczo swe cierpienie Zerem) i ruszyły w losowym kierunku. Kiedy wreszcie krzyki basiora przestały być słyszalne, oboje odetchnęli z ulgą.
- Nie wiem, czy on wytrzyma choć ułamek tego, co chcesz mu zgotować – odezwała się szczurzyca.
- Cóż, będzie musiał – odparł Kali. – Dopóki nie odpokutuje za swoje obrzydliwe zbrodnie…
- Żebyś tylko nie przegiął – przerwała mu ostrzegawczo. – Inaczej mieliby obowiązek torturować ciebie, a tego chyba nie chcemy?
- Nie chcemy. Będę uważał, Pani Doktor.
- Uważać! – parsknęła śmiechem. - Kiedy ostatnio uważałeś, to prawie skończyłeś jako kaleka. Ale nie martw się, przypilnuję cię tym razem.
Basior uniósł brew w zdziwieniu; lekkim tonem oznajmiła, że zamierza dalej utrzymywać z nim kontakt, a nawet wmieszać się w sprawy, jak by nie patrzeć, zawodowe. Harace udało się jednak nie zauważyć tego gestu, gdyż zajęła się swobodnym oglądaniem przydrożnych roślinek, co dobitnie dowodziło tego, że nie widzi w swoim podejściu niczego niecodziennego.
W momencie, gdy ponownie otwierała pyszczek, by rzucić jakąś uwagę, nagle zamarła.
- Słyszałeś to?
- Co? – spytał Kali, lecz po chwili i do niego dotarł cichy szlelest. – Ach, to tylko…
- PARSZYWA PRZEROŚNIĘTA GLIZDA W TRAWIE! ALARM! – wrzasnęła Haraka, w dzikim pędzie tratując źdźbła. A raczej zrobiłaby to, gdyby czyjaś łapa nie spoczęła na jej ogonie. Odwróciła się błyskawicznie, a w jej oczach płonęła furia. – Puszczaj mnie w tej chwili! Ta dżdżownica planuje zamach! TERRORYSTA!
- Żaden terrorysta! Uspokój się, bo… - W tym momencie z krzaków wypełzł rozzłoszczony Sergiusz. – Obydwoje się uspokójcie! Sergiuszu, co ty tu robisz?
Wąż syknął tylko, po czym prychnął pogardliwie pod adresem szczurzycy, na co ta odsłoniła zęby.
- Dlaczego nie możecie się zwyczajnie pogodzić…?
- Wyjaśnię to najprościej jak się da, jeśli tylko raczysz łaskawie zejść z mojego ogona – powiedziała Haraka, gromiąc jeszcze Sergiusza spojrzeniem. Po chwili była wolna. -  A więc: Węże. Jedzą. Szczury.
Źrenice gada rozszerzyły się w zdumieniu.
- Jak śmiesz! – syknął z wściekłością. – To wy atakujecie nas! Jak możesz sugerować, że wziąłbym do pyska coś tak obrzydliwego, jak twój wyłysiały ogon?
To była najdłuższa wypowiedź węża od momentu, w którym szczurzyca go napotkała, i prawdopodobnie jedna z dłuższych w ogóle.
- Twierdzisz, że kłamię? – Zmrużyła oczy. – Poczekaj, aż…
- Haraka, w jaki sposób Sergiusz miałby cię zjeść? – przerwał jej Kali, zapewne zirytowany całą sytuacją, co aktualnie szczurzycy nie obchodziło. Chociaż ciekawie było słyszeć z jego pyska swoje imię zamiast nazwy zawodu.
- Może i ten akurat jest mały. Ale co, jak urośnie?... – wyszeptała proroczo.
Sergiusz nie odpowiedział, a jedynie głośno wypuścił nozdrzami powietrze.
- A inaczej, skoro on mnie nie zje, to niby ja go mam zeżreć!? Te łuski są obrzydliwe! Takie śliskie i… śliskie.
- Może już Pani Doktor skończyć? – poprosił basior, a wąż przytaknął zadowolonym spojrzeniem. Haraka rzuciła Kalemu mordercze spojrzenie, po czym jej pyszczek się rozjaśnił.
- Oczywiście – powiedziała z przerysowanym spokojem. – Jeżeli tylko weźmiesz mnie na grzbiet.
- Co?
Szczurzyca jednak zdążyła już wskoczyć na wilka i teraz sadowiła się gdzieś w okolicy kłębu.
- Ej! – prychnął basior, odwracając głowę. – Nie ma tak. Złaź ze mnie.
- Cicho, szkapo – odparła, rozglądając się. – No, niezły widok masz z góry. Świetnie.
- Mówię poważnie.
- Ja też. Z dołu wszystko wygląda inaczej.
- Nie chodziło mi o…
- Już, już. Jeszcze ci język odpadnie z wysiłku. Dalej! Ruszamy po matę dźwiękoizolacyjną!
- Jaką matę!?
- Dźwię-ko-i-zo-la-cyj-ną, mówię przecież! Wio!
- Dosyć tego. – W głosie wilka zabrzmiała ostrzegawcza nuta. – Jeżeli zaraz nie przestaniesz mnie obrażać i nie znikniesz z mojego grzbietu, to będę cię musiał zrzucić.
Szczurzyca posmutniała lekko. Przekaz był jasny: koniec żartów.
Ponieważ jednak Pani Doktor jest z natury ryzykantką…
- Przegryw – rzuciła bezgłośnie w stronę Sergiusza, po czym prędko wspięła się po miękkim futerku na szyi Kalego na czubek jego głowy.
- Co ty…
- A mogę tutaj? – powiedziała przesłodzonym głosem dziecka, które za wszelką cenę chce dostać lizaka. – O łepku nic nie mówiłeś.
- Spadaj stamtąd.
- Będę grzeczna…
Z tyłu dało się słyszeć pogardliwe prychnięcie Sergiusza. Wilk westchnął.
- Jeżeli będziesz trzymać język za zębami, to zgoda. Ale idź do tyłu, bo przeszkadzasz.
- Dobziu, przepraszam – odparła, gnieżdżąc się gdzieś w sierści przed karkiem. – Czyli nie mogę nazywać cię szkapką?
- Nie. – Mimo irytacji i zmęczenia sytuacją w głosie Kalego dało się słyszeć śmiech – jakby dostrzegł teraz absurd tej sytuacji.
- A osiołkiem?
- Po prostu siedź cicho. – Odwrócił głowę w jej stronę, co wymagało pewnego wysiłku. – Myśli Pani Doktor, że mata dźwiękoizolacyjna powstrzyma krzyki tego partacza?
- Warto spróbować – wzruszyła ramionami. – Gdzie to tutaj sprzedają?
- Obawiam się, że nigdzie.
- Cóż, w takim razie im prędzej wyruszymy, tym lepiej – podsumowała raźno. Kali przewrócił oczami (czego akurat nie mogła zauważyć) i ruszył z miejsca.
- Wio, koniku – wyszeptała niemal bezgłośnie Haraka, patrząc melancholijnie w dal niczym kowboj przemierzający step.
<Kali? Ja nie umieć pisać>


3.10.2018

Od Kalego CD. Haraczki

– Co zamierzasz z nim teraz zrobić?- spytała głosem tak zwyczajnym, jakby to było zupełnie normalne.
  Zaskoczyła mnie. I nie tylko mnie z tego, co widziałem. Sergiusz też się nieźle zaskoczył. Chyba nawet chciał odpuścić w połowie ataku. Sama szczurzyca nie wydawała się wzruszona. Może była tylko bardziej czujna. Nic oprócz tego. Zaimponowała mi.
  - Najpewniej go stąd wezmę. Nie będzie mieszkał w mojej jaskini. Załatwię tylko kilka rzeczy i go przeniosę.
  - Nie o to mi chodziło- powiedziała, trochę jakby zawiodła się moim brakiem pomyślunku. Szybko poprawiłem swoją wypowiedź.
  - W najbliższym czasie spróbuję zamienić jego życie w piekło, żeby może wykazał trochę skruchy za swoje przewinienia.- wywarczałem z pogardą, patrząc na paletę.- Piekło. Rozumiesz, Zero?!

- Piekło to patrzenie na twoją krzywą mordę!- wrzasnął z dołu.
- Nie będziesz mnie...
- Co zrobił?- przerwała mi, wskakując na wystającą ze ściany półkę, by znaleźć się na mojej wysokości.
- Może sam się pochwali?
- Jeszcze czego! Wypuśćcie mnie!

Usłyszałem szorstki dźwięk.
- Nie drap tego.
- Wypuść mnie!
- Może opowiesz Pani Doktor, co zrobiłeś?
 - Ch*j ją to!
   Znowu drapnięcie.
- Otóż Zero dopuścił się tylu zbrodni, że dostałem na niego dwa zlecenia. Jedno było od basiora z innej watahy. Wkurzył się, jak odkrył, co nawywijał z jego wybranką.
- A drugie?
- Mniejsza. Anonim.
- Anonim czy tajemnica?

- Daj. Mi. Wyjść!
- Zamknij japę!

- Więc?- Szczurzyca przypomniała mi o swoim wcześniejszym pytaniu.
Zastanowiłem się chwilę. Mówić jej, czy nie?
- Powiedzmy, że coś pomiędzy.

- HALO! JA TU SIEDZĘ!
- No wow! Wsadziłem cię tam.
- WY-PUŚĆ MNIE!

- Może nie zwracaj na niego uwagi?- zaproponowała z nutą rozbawienia, ale idącego raczej w kierunku... może lekkiej irytacji? W każdym razie nie powinienem przerywać konwersacji z nią, na rzecz Zera. Miała rację.
- Dobry pomysł.

Także po chwili mój gość wiedział już o tym, o czym i ja.

<Haraka? Słabe to ._. Może troszkę podkręcimy? C: >

1.10.2018

Do zainteresowanych

Proszę o usunięcie postaci Vergila i Shella z bloga. Z góry zastrzegam, że nie pozwalam na żadne, "krwawe" pożegnanie czy ruszanie formularzy w żadnym stopniu. Jak jakieś rzeczy posiadają, równo między ludzi rozdzielić.

Nowa wadera! Sora!

 Snow Dancing by Luna-v

Grafika:
Autor grafiki: Luna-v



Właściciel: Demoneczek
Imię: Sora
Wiek: 3 lata
Płeć: wadera
Żywioł: Magia, Życie, Śmierć
Stanowisko: Szaman
Cechy fizyczne: Dość niska, bardzo szybka, ale niezbyt silna. Posiada blond grzywkę oraz futerko pod pyszczkiem. Grzbiet ma czarny, a brzuch jest w białych odcieniach tak samo jak palce u łap. Ma także czekoladowe oczy.
Cechy charakteru: Nikogo nie urazi, jest delikatna i taktowna. Zawsze stara się pomóc, gdy widzi taką potrzebę. Nie odwróci się od drugiego i nie przejdzie obok niego obojętnie. Sora bardzo nie lubi być sama, dlatego jest otwarta na innych i posiada liczne grono przyjaciół. Jak mało kto rozumie, że każdy posiada zarówno zalety jak i wady, dlatego szybko wybacza tym, którzy wyrządzili jej krzywdę. Jest wrażliwa, energiczna i pomysłowa, przy tym przez częste opętywania zyskała dużą wiedzę. Nie przepada za krwią, zabijaniem, ani inną krzywdą która się zazwyczaj dzieje. 
Cechy szczególne: widzi duchy
Lubi: Pomagać, alchemie oraz zioła i szczerość.
Nie lubi: kłamstw, smutku, samotności
Boi się: Być opętywaną, bólu, wody.
Moce:
1. Widzi niedaleką przyszłość zwiastującą złe wydarzenia.
2. Czuje aury emocji, życia i śmierci.
3. Może zostać opętana przez duchy 
4. Wytwarza błękitną kule aury mogącą leczyć rany lub przesyłać błądzące dusze do zaświatów przynajmniej na jakiś czas.
5. Bariera ochronna
6. Gdy przyjmie jakąś duszę, to przyjmuje też jej moce
7. Odczytywanie wspomnień jakiegoś wilka, którego leczy, a wspomnienia są dla niego ważne. Czasami przychodzą one niespodziewanie, jak wizje.
8. Kopiowanie czyjejś mocy dotykiem, po czym możliwość używania jej przez jakieś 10 minut.
Historia: Sora od zawsze była blisko ze śmiercią. Nawet przy narodzinach o mało nie spotkała Nestera. Na szczęście umknęła oślizgłym łapą śmierci, a do tego zyskała dzięki wizycie w zaświatach swój amulet. Naszyjnik sprawił, że wadera zyskała nową moc, choć równie dobrze można to nazwać klątwą. Moc chodź dawała nowe możliwość to także niosła ze sobą nieszczęście. Amulet dał Sorze umiejętności leczące, dzięki którym mogła pomagać w swojej watasze. Z biegiem czasu odkryła nowe moce bijące od amuletu. Zaczynała widzieć aury dusz oraz emocji. Kolejną zdolnością jaką zyskała było widzenie duchów błąkających się po świecie żywych. Jedne z nich były przyjazne, a inne pochłonięte w części lub całości przez szaleństwo. Byłą wiele razy opętywana przez dusze, co przynosiło ból Sorze. Ale dzięki temu poznawała historię duszy oraz przejmowała wiedzę jaką posiadał.
Pewnego dnia w watasze do której należała ogłoszono ewakuację. Rozkazano skryć szczeniaki a dorosłym stanąć do walki. Przeciwnikiem okazał się być stwór zbudowany z czarnej materii - zmaterializowanego ducha opętanego przez szaleństwo. Wadera nie myśląc zbyt długo od razu pobiegła pomóc pozostałym wilkom w ucieczce. Gdy zbliżyła się do bestii zdała sobie sprawę, że jest on prowadzony przez więcej mniejszych szalonych dusz. Prowadziły one bestię w nieznane waderze miejsce, ale to nie jest ważne. Postanowiła uwolnić stwora i pomóc przybrać mu jego poprzednie wcielenie. Ruszyła do ataku. Przesłała dusze do zaświatów. Utrzymując spokój zbliżyła się do stwora. On zaś zbliżył się do niej, a ta korzystając z okazji oczyściła ducha. Bestia zmieniła się w małą uroczą myszką - Jiwo. Dusza zwierzęcia zaczęła towarzyszyć, a niekiedy nawet bronić Sory. Stali się najlepszymi przyjaciółmi. Sora postanowiła, że opuści swoją watahę, po długiej wędrówce dotarła na tereny nowej watahy - Watahy Mrocznych Skrzydeł.
Zauroczenie: Six
Głos: Posiada bardzo miły, kojący głos.
Partner: brak
Szczeniaki: brak
Rodzina: Matka - przebywa w poprzedniej watasze wadery.
Jaskinia: Linkeł
Medalion: Link
Towarzysz: Jiwo
Inne zdjęcia: brak
Przedmioty kupione w sklepie: brak 
Dodatkowe informacje: brak
Umiejętności: 800:
: Siła: 50
: Zręczność:100
: Wiedza: 200
: Spryt: 100
: Zwinność:100
: Szybkość: 100
:Mana: 150
Coins: 10





Towarzysz

Grafika:
White Fires by Fayven
(autor grafiki: Fayven)

Właściciel: Sora
Imię: Jiwo
Wiek: ok. 40 lat
Gatunek: duch, mysz
Płeć: samiec
Opis: Jest to uratowana przez Sore dusza, która towarzyszy waderze. 
Cechy charakteru: Jest nad wyraz opiekuńczy. Chroni Sore odstraszając szalone duchy by mogła np. zasnąć w spokoju.

Lia zaczyna robić nic ciekawego c:

Witajcie drodzy ludzie! Dla rozruszania szarych komórek (xDD no mogło być gorzej no xD) Wszyscy rysują panią jesień! Wracamy do przedszkola! Zamienia się w przedszkolankę 
A więc! Drogie dzieci! na zadanie domowe rysujecie jesień pod jakąś ciekawą postacią. Pewnie i tak 99% uczniów nie odrobi zadania, ale w sumie to nic nowego prawda? c: 

To tylko takie przygotowanie do nadchodzącego evenciska! I jeszcze jedno. W możliwe iż tym miesiącu zrobię czystkę. Tą krwawą jak kiedyś, w opowiadaniach, bo wszyscy wybyli. Nawet nie chodzi o to że niektórzy się nie piszą... ALE SIĘ NIE ODZYWAJĄ. To takie wkurwiające.... Dobra! A teraz życzę miłego nie odrabiania zadania domowego! Macie czas do 14.10.2018. 
Bayo!