11.04.2020

Od Shiry CD Tenshi "zabawa w hodowanie" #9

Oh, to cudownie! Już niedługo będą gościć w jaskini małe, żywe smoczęta! No, może nie takie małe, zważając na rozmiary ich rodziców jak i samych jajek. Ciekawe jak będą wyglądać? Jakie będą z charakteru? W końcu przyjdzie czas, kiedy się dowiemy.
- No, to musimy dalej czeeekać - mruknęłam.
Tenshi westchnęła, jeszcze raz oglądając jajka z każdej strony, jakby dla upewnienia szukając najdrobniejszych pęknięć.
- To ja sprawdzę czy nikt niczego nie potrzebuje i lecę do domu, późno się robi - oznajmiłam.
Zostawiłam dzisiaj Raylę w domu, bo nie chciała iść. W sumie takie niemalże codzienne latanie z domu do jaskini hodowlanej zaczynało robić się uciążliwe, ale co mam zrobić? Dawno temu zauważyłam, że kiedy jeszcze mieszkaliśmy na starych terenach Tenshi najczęściej zostawała właśnie w jaskini hodowlanej, a do tej swojej zaglądała raczej rzadko. Hah, pewnie z czasem ze mną będzie tak samo. 
Szybko przemknęłam pomiędzy wszystkimi stworzeniami, ale wyglądało na to że żaden nie wymagał już większej uwagi. Nasza nowa grota była ogroomna, a co za tym idzie - ogromny był również teren po którym rozproszyły się zwierzaki. Gdy skończyłam chciałam jeszcze oznajmić Tenshi, że idę do domu, ale zastałam ją... Śpiącą. Widocznie musiała zasnąć przy pracy. 
- Dobranoc Tenshi - szepnęłam, aby przypadkiem jej nie obudzić. Niech śpi, co jej szkodzi. 

***
*kolejne kilka dni później*


- Heej Tenshi! - zawołałam donośnie, przekraczając próg groty. 
- Chodź, szybko! - usłyszałam głos gdzieś z góry.
Szybko domyśliłam się, że dźwięk dochodzi z miejsca, w którym trzymałyśmy smocze jaja. Oh, czyżby to już? Zerwałam się do lotu, żeby było szybciej. Jak myślałam, przywitał mnie widok wadery z wlepionym uważnym wzrokiem w duże jaja.
- To już? - rzuciłam retorycznie.
Dostrzegłam, że na jednym z jajek pojawiło się większe pęknięcie.
- To już! - podniosłam głos podekscytowana.
W końcu, zobaczymy efekty naszej pracy!

<Tenshi?>

10.04.2020

Od Tsumi do Vespre

Po tym jak szczeniak wybiegł na zewnątrz, wcześniej patrząc na mnie jak na kosmitę, stałam przez chwilę w milczeniu, patrząc w pustą przestrzeń przy wejściu do jaskini. Co się właściwie przed chwilą stało? Po tym otrzeźwiałam. Odwróciłam szybko głowę w stronę sierocińca, gdzie byli moi opiekunowie. Znaczy jeden, bo drugi pilnował pałacu. Dobra, walić to. Moja kondycja przez fakt, iż byłam zamrożona i dopiero od niedawna się ruszałam, była mizerna, więc wspinaczka po kamieniach mnie zmęczyła, a jeszcze musiałam poszukać tego kłębka nerwów. Zaczerpnęłam nieco letniego powietrza w swoje płuca, zamykając oczy. Gdzieś.... gdzieś w bok...? Nie... prosto. Trzymając nisko głowę, ruszyłam truchtem w las, przebiegając po kamieniach na drugą stronę rzeki, coraz bardziej oddalając się od groty pod pałacem. Jedyne z czego się cieszyłam to fakt, iż Vespre postanowił nie biec w górę na łąkę. A teraz... małe przyspieszenie. Omińmy fakt, iż jak go już wreszcie znalazłam, to łapy się pode mną uginały, a on sam dusił się z niewiadomych przyczyn, jęcząc coś nie wyraźnie. Droga powrotna była jeszcze bardziej męcząca, do tego przy rzece musiałam wołać o pomoc bo bym się jeszcze utopiła razem z moim towarem. Potem... dostałam opieprz. Od jednego opiekuna, drugiego opiekuna.... chociaż ten drugi tylko spojrzał na mnie swoim zimnym wzrokiem bez wyrazu. Potem od Rose, która beształa mnie przy tym jak próbowała pomóc Vespre, a jeszcze potem od Zahiry. W końcu, aktualnie, stałam zbita z tropu w głównym holu, zanurzając łapy w miękkim dywanie, nie wiedząc co ze sobą zrobić, podczas gdy Rose próbowała coś zrobić z Vespre, który nadal zachowywał się co najmniej dziwnie. A jego matka próbowała nie przeszkadzać. Właśnie. Próbowała. Nie czułam się komfortowo  przy innych szczeniakach. Miałam wrażenie że zaraz mnie zjedzą albo zabiją wzrokiem, dlatego przez cały czas unikałam ich spojrzeń.
- To astma - usłyszałam w końcu, w pokoju leczniczym Rose w sierocińcu, która właśnie dyskutowała z Zahirą. - Dałam mu nieco ziół na to oraz na uspokojenie i miejmy nadzieję że się poprawi. Poza tym, podejrzewam coś jeszcze, jednak z tym będziemy musieli jeszcze chwilę poczekać. Na razie jest osłabiony i trzeba dać mu odpocząć. - Słuchałam tego wszystkiego w milczeniu,   po czym gdy usłyszałam kroki, odskoczyłam od drzwi, po czym schowałam się za pufą, by nie narazić się na kolejny deszcz uwag w moją stronę.

<Vespre? Nie żeby coś, ale to zaczyna przypominać ten rodzaj rp, kiedy ty się rozpisujesz, a ja tylko ,,*śpi*". Tyle że na odwrót.>

Od Jasona i Alastaira


Leżałem w cieniu drzew obserwując przelatujące nade mną ptaki. Dyskutowałem z Alem o tym jak piękna jest wiosna i co w niej lubię. On oczywiście nie zgadzał się ze mną i stwierdził że wiosna jest obrzydliwa. Ale czego można było się spodziewać po demonie? Nagle zauważyłem zająca. Pomyślałem, że zapoluję żeby zrobić zapasy czy coś... tak naprawdę mi się nudziło. Przyczaiłem się więc i kiedy tylko Al przestał mi narzekać ruszyłem na zwierzę. Zwierze jak tylko mnie zobaczyło zaczęło kicać w moją stronę więc zatrzymałem się i spoglądałem.
-Ofiara się raczej tak nie zachowuje - powiedziałem
-Bo to Kenny idioto jest... - zaśmiał się demon
Jak tylko zając do nas podszedł przemienił się w wilka. Okazało się że basior chciał poćwiczyć swoje moce i walkę więc idealnie się złożyło że byliśmy w pobliżu. Zgodziłem się więc na mały sparing. Oddałem kontrolę nad ciałem Alastairowi. Zaczęło się od tego, że przez dłuższą chwilę staliśmy w miejscu.
-Al zrobisz coś? - zapytałem znudzony
-Czekam na pierwszy ruch przeciwnika
-Ale on patrzy w przyszłość - westchnąłem
Demon krzyknął coś tylko w stylu "ja ci dam oszukiwać" i ruszył na niego. Kenny w ostatnim monecie odskoczył od nas i przemienił się w gryfa.
-Jo! Kiedy ty widziałeś gryfa?! - zapytałem lekko zdziwiony
-Podczas mojej podróży...
Kenny wzbił się w powietrze tak, że jak Al próbował go dostrzec to oślepiało go słońce. Po chwili udało nam się ujrzeć stworzenie, ale było za późno i udało mu się nas udrapnąć. Krzyknąłem do niego żeby uważał bo to później ja będę chodził z tymi ranami, a ten tylko przeprosił. Kiedy ponownie wykonał taki ruch stwierdziłem, że koniec zabawy i trzeba zacząć walczyć na poważnie. Demon oddał mi kontrole nad ciałem (ponieważ Al nie może używać magii będąc w moim ciele) i teleportowałem się kilka razy docierając do gryfa. Teleportowałem się za niego i zanim zdążył się odwrócić rzuciłem w niego kulą wody. Teleportowałem się na ziemię i używając magii utoczyłem się korzeniami pobliskiego drzewa. Kiedy usłyszeliśmy pisk i zobaczyliśmy pazury próbujące rozerwać nasz schron oddałem kontrolę Alowi, który rzucił się na Kennego gdy tylko temu udało się przebić. Powalił go na ziemię i nie pozwolił się podnieść.
-To nie fair! - krzyknął basior wracając do swojej wilczej formy
Przejąłem kontrolę nad ciałem.
-Dobra robota Al- uśmiechnąłem się
-Dobra z nas drużyna - powiedział
Po ćwiczeniach Kenny stwierdził, że zgłodniał i poszedł polować a ja wróciłem do obserwowania przyrody. Słońce powoli zachodziło więc widok był piękny. Na parę sekund Alastair wyszedł z ciała żeby błagać o powrót bo mu niedobrze się zaczynało robić. Zgodziłem się i pozwoliłem mu doprowadzić nas do domu. Po wejściu do jaskini pierwsze co zrobiłem to poszedłem spać.

Od Ichaboda "Taktyczne jajko"

Ichabod wracał właśnie z samotnego polowania na wieczorną przekąskę (nieudanego nawiasem mówiąc), marudząc pod nosem na tego wstrętnego zająca, który nie tylko bezczelnie uciekł, ale również kopnął go w pysk na pożegnanie. Ugh, głupi szarak. Wilk oblizał obolały nos, a podczas wchodzenia do jaskini coś zwróciło jego uwagę. Cofnął się parę kroków, a jego wzrok spoczął na niewielkim, jasnym przedmiocie. Ichabod podszedł bliżej i obwąchał to dokładnie. Przedmiot po bliższym przyjrzeniu okazał się... jajkiem! Jajko to niekoniecznie było idealnie owalne - na jego powierzchni znajdowało się parę nierówności i wypustek, jednak nie to zastanawiało basiora. Jego pytanie brzmiało - skąd samotne jajko się tutaj wzięło? Nie było w pobliżu żadnego gniazda, a ptaki raczej niechętnie się zapuszczały w pobliże jego jaskini. Może... może ktoś lub coś po nie przyjdzie? W końcu raczej ktoś się powinien nim w końcu zainteresować. Basior pokręcił głową, po czym wszedł do jaskini, obiecując sobie, że przyjdzie sprawdzić, czy jajko nadal tam leży za jakiś czas, gdy zajdzie słońce. I tak jak pomyślał, tak zrobił. Po jakimś czasie wychylił łeb za wejście i sprawdził, mając cichą nadzieję, że już go tam nie będzie. Cóż, ku niezadowoleniu basiora, jajko pozostało na swoim miejscu. Czyli co teraz? Powinien się nim zająć? W końcu za jakiś czas będzie żywym stworzeniem. A może już jest? Ichabod niekoniecznie znał się na jajkach, ale jedno wiedział - przydałoby się nim zająć. Jednak wilk napotkał problem numer jeden, mianowicie - jak przetransportować coś tak delikatnego bez naruszenia? Na pewno na początek przydałoby się przygotować miejsce w środku, gdzie będzie można je łatwo położyć bez stresu o rozbicie skorupki. Przyniósł z zewnątrz do jaskini trochę mchu, trawy i liści po czym ułożył wszystko w niewielkie gniazdko przy jego posłaniu. Przyłożył nos do zielska, by chociaż trochę podgrzać nowe "legowisko" dla jaja. Teraz zaczynała się ta najgorsza część, czyli przeniesienie samego jajka w odpowiednie miejsce. Basior najdelikatniej jak umiał wziął jajko do pyska, starając się nie naruszyć jego powierzchni kłami. Powolnym, ostrożnym krokiem przeniósł je i położył na przygotowane wcześniej miejsce. Pięknie. Więc... teraz co? Co się robi z takimi jajkami? Trzeba je karmić czy coś? Może trzeba z nimi rozmawiać? I kiedy się z nich coś wykluwa? Tyle pytań. Za dużo. O wiele za dużo. Może powinien się wybrać do jakiejś Opiekunki Magicznych Zwierząt? Wiedział, że coś takiego jest w watasze, więc może powinien zasięgnąć porady u kogoś bardziej doświadczonego? Uznał jednak, że jak na razie najlepszym rozwiązaniem będzie zostanie przy jajku i ewentualne ogrzewanie go przez noc, żeby nie zmarzło.

Od Ichaboda CD. Lucyfera

Ichabod znów wybrał się na spacer, by poznawać tereny watahy. Tym razem wywnioskował coś z ostatniej wyprawy i zdecydował się trzymać bliżej własnej jaskini, na wypadek, gdyby znowu miał zacząć padać deszcz. Czuły na nowe zapachy nos basiora wyczuł nową woń, najpewniej innego wilka. Chociaż żył teraz w watasze, to jej tereny były na tyle ogromne, że rzadko spotykał nowe wilki od tak. Zainteresowany przybyszem postanowił udać się za tropem nieznajomego. Im bardziej zbliżał się do jego położenia, tym mocniej w powietrzu wyczuwał zapach wody, a dokładniej - rzeki. Ichabod nie lubił tej mokrej cieczy, ale jednak zainteresowanie nowym zapachem przezwyciężyło niechęć, a sam basior obiecał sobie, że nie podejdzie do rzeki bliżej niż na długość pnia drzewa. Przy wodzie basior dostrzegł owego jegomościa, który zawędrował nad rzekę. Nowo napotkany basior łowiący ryby miał całkiem interesujący wygląd. Gdzieniegdzie z jego sierść wystawały biało niebieskie pióra, długi ogon był zakończony całkiem pokaźnym pióropuszem, a futro miało kolor nieba pokrytego w różnych miejscach chmurami. Najpierw napotkał skrzydlate wilki, a teraz niebieskie? Wataha Mrocznych Skrzydeł rzeczywiście mocno różniła się od poprzedniego domu. Widząc, jak tamten go zauważył, postanowił się przynajmniej przywitać. Uniósł wysoko ogon i pewnym siebie krokiem zbliżył się delikatnie.
— Witaj. — powiedział Ichabod spokojnie, nastawiając uszu w kierunku nowego, wyczekując odpowiedzi. — Nie widziałem cię wcześniej w tej okolicy. Masz jaskinię niedaleko?

< Lucyfer? K, jeszcze nie jestem pewna, jak miałby się zachowywać Luc, więc wole odpowiedzi jak na razie dać tobie XD >

Od Lucyfera

Błękitno-biały wilk przeciągnął się oparty o gałeź niezbyt wysokiego drzewa, o na tyle rozłożystych i grubych gałęziach, że bez większego problemu mógł na nie wskoczyć i przenocować tam całą noc. Basior ziewnął rozproztowując łapy i uderzając raz ogonem w powietrzu o konar drzewa po czym zeskoczył z niego bez trudu i wolnym krokiem ruszył przed siebie. Było jeszcze wcześnie, powietrze było chłodne i rześkie, a słońce dopiero co unosiło się ku górze. Idealna pora by ruszyć dalej w drogę. Jak na razie kierunkiem w który zmierzał zdawała się być północ, jednak słysząc cichy szmer rzeki gdzieś po jego prawej stronie szybko uznał, że wschód będzie o wiele lepszym wyborem, więc i tam się udał.

Spacer w kierunku jak przypuszczał rzeki trwał krócej niż by się tego spodziewał, jednak słuch go nie zawiódł i już po krótkiej chwili stał nad jej brzegiem. Była dość płytka do tego z wyjątkowo słabym nurtem, bardziej przypominała strumień. Niestety przez to, że woda ledwie sięgała mu do brzucha szansa złapania ryby na śniadanie właśnie sobie odpłynęła. Nie zbyt zafiwolony z tego wilk jednak nie miał zamiaru rezygnować, stojąc w wodzie ledwie za łapy ruszył korytem rzeki lekko w jej dół licząc, że tam będzie co raz głębsza. Jak się okazało miał rację, trafił na miejsce gdzie nie był w stanie nawet dotknąć dna opierając się na tylnych łapach. Gdy już zauważył dość sporej wielkości łososia zastygł w miejscu czekając żeby ten przepłynął obok niego po czym gdy ten był już blisko niego szybko zaatakował łapiąc rybę i wyrzucając najdalej jak mógł na brzeg po czym sam wyskoczył z wody i ponownie złapał rybę tym razem ją zabijając. Jednak gdy już miał zabrać się za jej jedzenie nagle poczuł nowy zapach, jakiegoś innego wilka. Basior zastrzygł uszami dalej stojąc z rybą w pysku gdy nagle przed nim pojawiła się nowa postać, inny basior.

<Ichabod?>

Od Ichaboda

Noc minęła basiorowi spokojnie. Żadnego deszczu spadającego mu na grzbiet czy łeb, żadnego wiatru rozgarniającego jego grube futro - po prostu cudowny spokój i cisza. Ichabod wziął głęboki wdech porannego powietrza, po czym wypuścił je nosem z cichym świstem. Powoli wstał, rozciągając po kolei każdą kończynę i grzbiet, ziewając szeroko. Basior szybkim ruchem strzepnął z siebie osiadły na nim w czasie snu kurz, a ziewnąwszy ostatni raz, oblizał pysk i ruszył do wyjścia z jaskini. Słońce zawędrowało na jego nos, łaskocząc go przy tym ciepłymi promyczkami. Powinien iść coś upolować? W końcu skoro jest się łowcą w watasze to przydałoby się zebrać grupę i iść uzupełnić zapasy. Ichabod w końcu wylazł ze swojej jaskini i postanowił poszukać reszty zespołu od polowania. Widział ich już na początku, gdy dopiero dołączał do watahy, jednak nie wyłapał porządnie ich imion. Przynajmniej wyczucie ich nie powinno być trudne. Z drugiej strony Ichabodowi nie podobało się to, że nie ma w watasze dowódcy całego polowania. Pamiętał, jak w jego poprzednim domu polowania przebiegały i co się stało, jak tego stanowiska zabrakło.
Basior truchtał, podążając za wonią, którą najbardziej kojarzył z członkami reszty łowców. Szybko znalazł wilka imieniem Ren, który podobnie jak on, był łowcą. Trochę dziwny typ, przynajmniej tak się wydawało Ichabodowi na pierwszy rzut oka. Brakowało jeszcze zaganiacza i wywoływacza. Razem z czerwonookim basiorem włóczyli się po terenach bez wymieniania słowa, szukając tej pozostałej dwójki. Gdy w końcu się znaleźli, w końcu mogli zacząć normalnie polowanie. Razem poszukali tropu, po czym każdy ustawił się w pozycji, która wydawała mu się odpowiednia, co niekoniecznie zgrywało się z położeniem innych. Equel wystraszył zwierzynę, po czym Tibia zaczęła ją gonić jednak... nie w tą stronę, co powinna. Ichabod westchnął, widząc, jak spory jeleń biegnie łukiem i ucieka w innym kierunku. Ran warknął pod nosem, po czym puścił się galopem za zwierzęciem. Brązowy basior ruszył za nim i po paru sekundach oba wilki znalazły się przy kopytnym. Ichabod wbił ostre zęby w bok zwierzęcia na tyle głęboko, by mógł się chociaż utrzymać i zwolnić rogacza. Metaliczny smak ciepłej krwi zwierzyny podrażnił delikatnie jego język i gardło. Gdy jeleń zaczął słabnąć, Ren dorwał się do jego szyji. Ichabod z tym czasie dostał mocno w brzuch kopytem, przez co rozluźnił zgryz. Jeleń najwidoczniej widząc, że nie ma szans już uciekać, stanął i próbował atakować grupę. Jednak w tym czasie jakby znikąd pojawił się Equel na grzbiecie rogatego, atakując jego kark, a Tibia mocno wygryzła się w tył przedniej nogi. Ren wciąż mocno trzymał za szyję kopytnego, który już ledwo co trzymał się na nogach. Niedługo potem zwierze padło, oddając ostatni dech. Icky oblizał pysk z krwi, po czym zmarszczył brwi. Chociaż akcja się udała, przez brak dowódcy trwała dużo dłużej niż powinna. Atak powinien być szybki i zorganizowany. Cała grupa przeniosła upolowaną zdobycz do miejsca z zapasami watahy, po czym rozeszli się, ustalając przedtem następne polowanie. Ichabod odgryzł zwierzynie kawałek dla siebie, by moc w spokoju skonsumować śniadanie. Podczas jedzenia basior rozmyślał nad organizacją polowań. Może on by się nadawał na dowódce? Czemu nie. Wiedział, jak powinny wyglądać polowania, a grupa raczej szybko mu się podporządkuje, bo kto by się jemu nie podporządkował. W takim wypadku powinien udać się do rady jak najszybciej. Czemu miałby czekać dłużej?
***
Po skończonej rozmowie Ichabod dumnie poszedł do swojej jaskini, już mianowany jako dowódca polowań. Icky uśmiechnął się - nigdy nie miał jakieś dużej władzy nad czymkolwiek, ale grupa podwładnych na polowaniu napełniała go radością. Kto wie? Może w przyszłości czeka go rola przywódcy czegoś większego? Miło było sobie czasem o tym pomarzyć.

Lucyfer

Właściciel: juliagaw1120p3@gmail.com / Ripred na doggi
Imię: Jego imię dawnej brzmiało Soaren, tal właściwie mało kto go używa. Teraz został okrzyknięty Lucyferem, choć częściej wołają go po prostu Lucy, zdarza się też Lu lub Fer, ostatni skrót najbardziej lubi. Czasem też nazywali go upadłym aniołem, ale te przezwisko podobnie jak i Lucyfer mocno mijają się zcjego osobowością.
Wiek: 2 lata
Płeć: basior
Żywioł: Parapsychiczny
Stanowisko: taktyk, ale z nudów dorabia też jako egzorcysta
Cechy fizyczne:  Jest to wysoki, szczupły wilk z budowy raczej przypominający charta niż swój gatunek. Na większości ciała ma krótką, przylegającą do ciała sierść w kolorze błękitnym z ciemniejszymi plamami. Oprócz tego przez mutację ma wiele białych plan spowodowanych częściowym bielactwem. Na jego klatce piersiowej oraz szyi występuje wiele pojedynczych piór, które również wyrastają za uszami oraz tworząc wachlarz na końcu ogona. Ma wyjątkowo długie i smukłe uszy z jasnym środkiem. Jego nos jest brązowo różowy, a oczy są barwy złotej, w świetle wyglądają zupełnie jak ten metal odbijając światło z brązowymi odcieniami.
Cechy charakteru: Lucyfer należy do tej wspaniałej grupy wilków przy której nie sposób przewidzieć co może zrobić, jest nieprzewidywalny i wyjątkowo chaotyczny w swoim zachowaniu. Jednak mimo bycia zdrowo  kopniętym zdarzają mu się przebłyski inteligencji , a nawet więcej, można powiedzieć, że jest on całkiem inteligentny, choć przekłada się to głównie umiejętne oszukiwanie w grach hazardowych za którymi przepada. Mimo wszystko umie też wykorzystać inteligencję do innych celów, jest bardzo twórczy i nie raz udało mu się zrobić coś ciekawego. Pomijając jednak te co dziwniejsze cechy, jest to basior, którego trudno wytrącić z dobrego humoru, co jest dość zabawne patrząc na przydomek jaki dostał. Z samym Lucyferem nie ma wspolnego nic więcej niż vrak skrzydeł. Jest wilkiem czynu, choć dla odmiany zamiast najpierw robić, a potem myśleć on jakoś upycha to razem i zazwyczaj myśli i robi w tym samym czasie jak się można domyśleć nie zawsze z dobrym skutkiem. Jest on też dość opanowany i z pewny pewnym siebie, zawsze dąży do celu, a sprawienie żeby się poddał jest praktycznie nie do wykonania. Nie umie odpuszczać. Nie lubi przegrywać, ale umie pogodzić się z porażką, mimo, że z pewnym trudem.  Raczej nie jest pamiętliwy, choć te większe krzywdy pamięta długo, choć stara się wybaczać. Mimo wszystko zdarza mu się być nadmiernie dramatycznym i wyolbrzymiać sprawy, choć robi to głównie dla żartu, jednak mało kto jest w stanie stwierdzić czy udaje czy nie. Woli gdy ludzie w jego towarzystwie mają równie dobry humor co on, a jeśli akurat zdarzają się jednostki smutne, czy przygnębione jest w stanie zrobić dużo aby to zmienić. Mimo, że jest mocno towarzyski nie przywiązuje się zbytnio do innych, gdy chcą pozwala im odejść. Oprócz tego bywa bardzo opiekuńczy wobec osób, które uznał za swoją rodzinę, według niego więzy krwi się nie liczą, ważniejsze są uczucia. Dlatego też bardzo często można spotkać szczeniaki nazywających go bratem, czy kuzynem bo po prostu tak go traktują i vice versa.
W sytuacjach zagrożenia przejmuje szybko kontrolę nad sytuacją, stara się opanować innych i nie dopuścić do paniki. Prawdopodobnie byłby dobrym przywódcą ale jest na to zbyt leniwy, a przynajmniej sam tak uważa.
Cechy szczególne: Z pewnością rzuca się w oczy cały jego wygląd, ale dość szczególnym punktem jego opusu jest brak skrzydeł, kiefys wielkie, potrafiące unieść go do nieba skrzydła zostały mu wyrwane, a jedyne co mu po nich zostało to braki sierści na kikutach na grzbiecie.
Lubi: Fer lubi przebywać w gronie wilków które dobrze zna bo może przy nich po prostu być sobą, oprócz tego wyjątkowo lubi zimno, może nie wygląda ale bardzo dobrze znosi niskie temperatury. Lubi też morze, ogólnie wszystko co jest związane z wodą. Kocha też przebywać na dużej wysokości.
Nie lubi: Ciepła, wyższa temperatura go męczy, woli przebywać wtedy w cieniu. Nie przepada też za całkowitą samotnością.
Boi się: Zostać całkowicie sam.
Moce:
— Memokineza - Lucyfer potrafi kontrolować pamięć i wspomnienia innej osoby. Musi nawiązać z kimś do tego bezpośredni kontakt, wzrokowy, albo fizyczny nawet przez zwykłe dotknięcie łapą. Jest w stanie sprawić żeby ktoś zrobił dokładnie to czego on chce myśląc, że to jego pomysł.

— Moc której jeszcze nie nazwał i nie do końca wie na czym polega, wydaje się mieć jakiś związek z impulami.

Historia:Urodził się w pewnej wyjątkowo konserwatywnej watasze zamieszkiwanej przez plemię skrzydlatych wilków na dalekiej północy w jednej z tych krain gdzie śnieg praktycznie nigdy nie topniał. Panowało tam parę zasad, których złamanie kończyło się tylko jednym - śmiercią. Przypadki w których oszczędzali za łamanie prawa były rzadkie i zdarzały się raz na paręnaście, jak nie parędziesiąt lat. Więc szczeniak od najmłodszych lat był uczony przestrzegania ich, tego żeby bez względu na wszystko słuchać przywódcy i nie zadawać zbędnych pytań. Jednak gdy miał parę miesięcy raz zapuścił się odrobinę za daleko od swojej jaskini i spotkał wilka samotnika. Był to stary basior, o futrze czarnym jak noc i skrzydłach w kolorze piasku. Szczeniak, jak to szczeniak z ciekawości do niego podszedł chcąc móc opowiadać później jak to on sam przepędził złego wilka z ich terytorium! Jednak stary basior nie wydawał się być wcale zły jak się okazało, a fo tego był ranny. Młody Soaren chciał pomóc, mimo, że jedna z głównych zasad mówiła, że wilki z poza ich watahy są złe i nie można im ufać ten wydawał się naprawdę miły. Nazywał się Rotene i jak się okazało był medykiem, dzięki czemu podał szczeniakowi jakie zioła mu potrzebne aby zająć się raną. Basior szybko poradził sobie ze znalezieniem odpowiednich roślin i w sumie spodobało mu się to, patrzył z ciekawością jak starszy wilk robi maść ba ranę. Chciał się tego nauczyć i sam móc tak robić.
Rotene nie był jak żaden wilk którego znał, on nie miał żadnych zasad, a jaj wilczek powiedział mu o tych panujących w watasze ten był wyjątkowo zdziwiony, że gdzieś jeszcze panuje coś takiego. Tak mnie więcej przez rok wilczek dorastał ucząc się potajemnie medycyny, jednak nie wiedział, że jedna z bet kiedyś go zauważyła jak spotykał się ze starym basiorem. Szybko obaj zostali przechwyceni. Mimo, że na początku obaj mieli dostali karę śmierci, później zmieniono tą dla szczeniaka na w teori mniej drastyczną, a w praktyce o wiele gorszą dla szczeniaka. Wyrwali mu skrzydła. Były one bowiem jednym ze znaków tej watahy, silne, pierzaste skrzydła mogące unieść ich aż do samych chmur, a teraz zostały mu odebrane, oprócz tego został też wygnany. Został całkowicie sam, a rodzina nawet nie pisnęła słówkiem w jego obronie. Mimo wszystko nie stracił ducha, sam opatrzył własne rany i ruszył w podróż, nie na długo samotną. Poznał po drodze wiele świetnych wilków i nie tylko aż trafił tu.
Zauroczenie: brak
Głos: Adam Lambert 
Partner: brak
Szczeniaki: brak
Rodzina: nie chce pamiętać ich imion
Jaskinia: 1 wschód
Medalion: Link

9.04.2020

Od Vespre c.d Tsumi

– Nie widzisz tego?! – spytałem, próbując nie patrzeć w kierunku jaskini.
– Nie – zaprzeczyła takim tonem, jakbym to ja postradał wszystkie zmysły.
– Nie ma tam nic? – Przez myśl przeszło mi, że może to coś już się uspokoiło.
Wadera spojrzała jeszcze raz w kierunku sierocińca.
– Nic a nic, jaskinia stoi tak jak stała.
– Napra… – Odwróciłem łeb w stronę miejsca zamieszkania.
Podskoczyłem z przerażenia wydając z siebie przyduszony pisk. Położyłem uszy jeżąc się jeszcze bardziej, niż byłem najeżony wcześniej. Jak najprędzej mogłem, schowałem się za waderką.
– Vespre! – burknęła oburzona, chcąc odsunąć się ode mnie.
– A-ale to tam dalej jest! – kwiknąłem, wsadzając pysk w bok jej ciała.
– Co tam jest?
– To coś! – Nie potrafiłem opisać tego, co przed chwilą zobaczyłem.
– Przecież nic tam nie ma. – A ta dalej upierała się przy swoim.
Futro wadery w mgnieniu oka stało się zimne, tak jakby w błyskawicznym tempie z jej ciała uleciało całe ciepło. Odkleiłem pysk od jej boku patrząc się na nią pytającym, lekko przestraszonym spojrzeniem.
– Vespre? – zapytała chyba lekko zaniepokojona.
Otworzyłem oczy szerzej, widząc jak futro Tsumi zaczyna odpadać, jakby ktoś właśnie golił je maszynką. Goła skóra zaczęła zielenieć, by w końcu stać się smoliście czarna i tak jak śluz ściec po szkielecie waderki. Gałki oczne porosły licznymi guzkami, które w mgnieniu oka stały się niewyobrażalnie wielkie. Tak wielkie, że błona trzymająco oko razem rozprysła się jak bańka mydlana. Na trawę spadły żółto-pomarańczowe, liczne kamienie, okryte lekko białą cieczą, pozostałością po oczach młodej alfy. Kamyczki dalej rozrastały się w zatrważającym tempie. Kości stały się jedynie sypką mączką kostną, która zaczęła rozpuszczać się w brei która jeszcze chwilę temu była wnętrznościami mojej znajomej.
Strach był tak silny, że nie pozwolił mi się ruszyć przez pierwsze chwile śmierci Tsumi. Dopiero w momencie, kiedy krwisto-biała maź zaczęła bulgotać i rosnąć, przybierając tylko sobie znany kształt, moje nogi same z siebie zaczęły biec w nie wiadomą stronę, byle tylko jak najdalej od zwłok waderki. Potykałem się raz za razem o swoje łapy, zdające się być z rozciągliwej gumy. Kolory rozmazywały mi się przed oczami, zdawało mi się że trawa zaczęła być fioletowa, a ja sam zacząłem zmieniać kolor sierści.
Nabierałem powietrza coraz łapczywiej, nie zdając sobie sprawy, że nie jest to już zwykłe dyszenie podczas biegu. Każdemu wydechowi towarzyszył głośny świst. Czułem, jakbym w gardle miał miliony małych kamieni, uciskających boleśnie moją krtań i nie pozwalającą mi swobodnie oddychać. Potknąłem się o wystający konar, lądując twardym lądowaniem w błocie. Sapałem coraz ciężej, tak jakby moje płuca w błyskawicznym tempie zmniejszyły się parukrotnie. Ale jakie płuca? Czy ten ból w klatce piersiowej nie jest przypadkiem po tym, jak ta fioletowo biała postać stojąca tuż nade mną, otworzyła moją klatkę piersiową wywalając wszystkie moje wnętrzności na zewnątrz. Przecież widzę, na tej gałęzi wisi moje jelito!

<Tsumi? Chyba mu się oszalało>

8.04.2020

Od Ichaboda

Basior truchtał naprzód, stawiając rytmicznie łapy na niezbyt suchym, skalnym podłożu. Z jego uchylonego pyska zwisał długi, różowy jęzor, pomagając utrzymać organizm basiora w odpowiedniej dla niego temperaturze. W powietrzu unosił się zapach deszczu zmieszany z tą charakterystyczną dla gór świeżą wonią. Całkiem przyjemna mieszanka, jednak nie dla kroczącego przed siebie pana. O nie, Icky burczał do siebie nerwowo pod nosem, wyczuwając woń tych małych kropelek zwykle spadających z pokrytego chmurami nieba. Dlaczego? Proste - deszcz oznaczał wodę, woda oznaczała zimno, a zimno oznaczało ochłodzenie ciała. Że też zawsze musiało zbierać się na deszcz kiedy akurat ON wychodził. Ichabod chciał o prostu wyjść z jaskini i nacieszyć się wiosennym, jeszcze nie aż tak grzejącym słoneczkiem, zanim utonie za linią horyzontu pogrążając tereny watahy w ciemności. Ale nie, oczywiście po tym, jak zawędrował już jakiś kawałek od swojej jaskini, chmury zakryły w całości niebo i zbierało się na deszcz. Ichabod zaczął dokładnie analizować sytuację w jakiej aktualnie się znalazł - był zbyt daleko od swojej jaskini, by zdążyć tam na czas, unikając zmoknięcia. A jeśli nawet deszcz miałby spaść trochę później, to jeśli teraz zawróci to jak dotrze na miejsce będzie mokry w każdym calu, a jego futro będzie nasiąknięte wodą aż do skóry. Icky szybko wstrząsnął głową, próbując się pozbyć okropnej wizji z głowy. Inną opcją było poszukanie schronienia tutaj, na zachodzie, co było bardziej interesującą propozycją. Niekoniecznie jeszcze orientował się na nowym terenie, ale był pewien, że w pobliżu znajdują się jakieś puste jaskinie, jeszcze niezamieszkane przez nikogo. Ichabod z każdą kolejną kroplą rozbryzgującą się na jego ciemnym nosie i karku czuł uciekający czas. Basior w końcu zaczął biec w kierunku najbliższej jaskini w jego zasięgu wzroku, próbując unikać przynajmniej tych większych kropli. Wbiegł między wysokie skały, co już dało mu częściowe schronienie przed deszczem. Wilk zaczął oruszać delikatnie noskiem, wyczuwając coraz więcej zapachów. Ups, jaskinia raczej nie była niezamieszkana, a po świeżych zapachach Icky wywnioskował, że na pewno nie jest pusta w tym momencie. Basior jednak widząc pogodę, jaka szalała na zewnątrz, usiadł gdzieś w kącie i liczył na to, że nikt go nie wyczuje bądź nie zobaczy. Niestety, szybko po tym, jak zaczął pozbywać się kropel wody z futra, usłyszał czyiś głos. Wkrótce przed brązowym pojawiła się wysoka, smukła wadera, świdrująca przybysza fiołkowym spojrzeniem. Basior szybko zmierzył samicę wzrokiem od pazurów do czubka głowy. Białe futro z czarnymi łapami i końcówką ogona były dosyć niespotykane w jego poprzednim domu, jednak tym, co najbardziej przykuło uwagę samca były duże skrzydła wyrastające z grzbietu najpewniej właścicielki jaskini. Za nią dostrzegł ciemne, pokryte złotymi pręgami cielsko wielkiego kota. Patrząc na potwora znajdującego się za waderą, może jednak złym pomysłem było pchać się do czyjejś jaskini?
— Czego tu szukasz? — zapytała ostrożnie, bacznie obserwując niespodziewanego gościa.
— Zaczęło padać, więc szukałem schronienia na chwilkę. — odpowiedział basior, skupiając swoją uwagę bardziej na dużym kocie niż na waderze. — Mógłbym... posiedzieć sobie tutaj, skoro już rozmawiamy? Powiedzmy, że nie przepadam za deszczem...

<Shira? Pozwolisz przeczekać deszczyk? >

Od Shiry CD Tobiasa

Słuchałam, jak basior wymawiał swoje imię. Powtórzyłam je sobie kilka razy w głowie, aby nie zapomnieć. Wilk przełknął ciężko ślinę, zdawał się być przerażony. Raczej nie uda nam się teraz nawiązać dobrej rozmowy, nie przy Rayli. Może lepiej zostawić go teraz i dać mu spokój, do następnego razu?
- No... - zaczęłam - to ja się chyba będę zbierać, nic tu po mnie. Miłego dnia życzę!
Szybko oddaliłam się w podskokach od roztrzęsionego basiora, a Rayla poczłapała za mną, wydając z siebie jeszcze krótki śmiech na koniec.
- Rayla... To było bardzo niegrzeczne - odezwałam się, kiedy byłyśmy już daleko.
- Ale jakie śmieszne! - przerwała mi.
- To nie ma znaczenia. Masz nigdy więcej tak nie robić. Zrozumiano?
Podniosłam brew, rzucając jej wyczekujące spojrzenie.
- Jasne, mamusiu.
Pokręciłam głową.


***
*Krótko po przeprowadzce*

- A więc to tutaj będziemy mieszkać! - wręcz krzyknęłam, a moje echo rozniosło się po obszernej jaskini.
Znajdowała się zaraz obok górskiego jeziora, w śnieżnych górach! Było trochę zimno, ale co to za przeszkoda. Tu jest pięknie! Zdążyłam już znaleźć idealne miejsce do spania, jak i inne ciekawe zakamarki.
- Ciekawe czy ktoś jeszcze będzie z nami mieszkał - rozmarzyłam się.
- Oby nie - twardy głos Rayli przerwał moją wędrówkę po krańcach wyobraźni.
- Jak to "nie"?! Przecież, taka wielka jaskinia nie może się marnować, zmieści się tu ktoś jeszcze! A może będzie miły? Skąd wiesz?
- Ja na pewno nie będę miła.
- Oj skooończ.
W tym momencie musiałyśmy przerwać nasz bezsensowny dialog, gdyż u progu zawitał do nas pewien biały basior...
- Tobias! Będziesz tu z nami mieszkać? Ale super, nie? - zaczęłam cieszyć się jak dziecko, a mój ogon jakoś tak sam wprawił się w ruch.

<Tobias? Żyję!>

Nowy basior! Ichabod

Autor grafiki: właścicielka
Właściciel: barnathebarnuch@gmail.com
Imię: Ichabod, w skrócie Icky
Wiek: 3 lata 2 miesiące
Płeć: Basior
Żywioł: Ogień
Stanowisko: Łowca
Cechy fizyczne: Ichabod to basior raczej przeciętnych rozmiarów. Dobrze zbudowane łapy, mięśnie i niezła wytrzymałość pozwalają na pokonywanie sporych odległości na górzystym terenie. Chociaż Icky wygląda na sporawego, w rzeczywistości to głownie jego grube, gęste futro sprawia to wrażenie. Wilk posiada całkiem ładą, beżową szatę oblaną na grzbiecie i pysku ciemniejszym, czekoladowym brązem, a na przednich łapach i piersi rozjaśniała się nieco. Pod sierścią na jego skórze można znaleźć niewielkie blizny, szczególnie w okolicach karku, jednak nie są one normalnie widoczne gołym okiem. Na zaokrąglonej głowie znajduje się para ostro zakończonych uszu, z których jedno zawsze delikatnie opada. Basior posiada szaro zielone oczy oraz ciemny nos, na którym znajduje się jaśniejsza, różowa "łatka".
Cechy charakteru: Trzeba przyznać, że Ichabod to basior o wysokim, nawet bardzo wysokim mniemaniu o sobie. Jeśli chodzi o ocenianie innych przez pryzmat wyglądu czy charakteru, to zdecydowanie najczęściej to siebie stawia nad innymi. Basiorowi zbyt często zdarza się lekceważyć inne wilki, przez co nazbierał już niemało niewielkich ranek na skórze. Icky w większości sytuacji działa pod wpływem impulsu, przez co ciężko mu się opanować podczas różnych akcji, oraz bywa, że nie zawsze działa zgodnie z zasadami czy ogólnie logicznie. Jednak jeśli już coś robi, to bardzo, bardzo dokładnie. Przykłada wagę do nawet najmniejszych, najmniej znaczących szczególików w jego działaniach. Trzeba przyznać, że chociaż na co dzień działa dosyć spontanicznie, to na horyzoncie jaśnieje pewien cel i nic nie powstrzyma go do dotarciem do niego. A potem do następnego szczebla, i kolejnego. Basior jest mocno ambitny i nie boi się podejmować radykalnych środków. W stosunkach między-wilczych, Ichabod jest osobnikiem szczerym i zwykle nie owija rozmówcy w bawełnę, chyba, że akurat tego wymaga sytuacja. Chociaż Icky nie lubi się płaszczyć przed alphą, szczególnie, że ta jest sporo młodsza od niego, po dołączeniu do watahy stał się jej jednym z lojalniejszych członków, i chociaż nie jest ideałem jeśli chodzi o członkostwo i obcowanie z innymi, to dla bliższych członków watahy byłby skłonny poświęcić wiele.
Cechy szczególne: Icky ma zawsze mocno podwyższoną temperaturę ciała.
Lubi: Ichabod przepada za wyższą temperaturą oraz drzemkami w pełnym słońcu. Oprócz wylegiwaniu się na nagrzanych powierzchniach, basior przepada również za towarzystwem jakiejś niewielkiej grupki przy boku.
Nie lubi: Icky nie przepada za chłodem, unika wszelkich zimnych i wilgotnych miejsc. Basior nie lubi również ciemności oraz zbyt długiej samotności.
Boi się: Ichabod niemalże panicznie boi się głębszej niż kałuża wody. Jeziora, rzeki czy inne stawy odpadają i lepiej go do wejścia do nich nie zmuszać.
Moce:
- odporny na bardzo wysokie temperatury
- potrafi podgrzać swoje ciało/części ciała do wysokich temperatur
- potrafi odpalać niewielkie przedmioty/obszary, jednak moc wymaga od niego opanowania, a od środowiska niezwykle dużej zawartości tlenu w powietrzu
Historia: Ichabod urodził się w niewielkiej watasze jako syn alphy i jednej z członkiń grupy. Razem z rodzeństwem wychowywał się w spokoju, ucząc się polować oraz panować nad swoimi mocami. Jego życie mijało spokojnie, aż do momentu ociągnięcia przez miot 3 lat, bowiem Oighrig zaczął postrzegać swoje silne, zdrowe młode jako konkurencję do władzy (cóż, on już do najmłodszych nie należał), więc wydalił z watahy męskie potomstwo. Od tamtego czasu Icky razem z bratem zaczęli szwendać się po bezpańskich terenach, szukając nowego domu. Dotarliby do Watahy Mrocznych Skrzydeł razem, gdyby nie to, że braci rozdzieliła kłótnia i oboje niepogodzeni rozeszli się w swoje strony.
Zauroczenie: brak
Głos: link
Partner: brak
Szczeniaki: brak, ale po cichu liczy, że kiedyś się ich doczeka
Rodzina:
- Matka - Rhona (delikatna, kremowo-szara wadera. Otaczała swoje szczeniaki opieką i miłością jak najlepiej mogła. Ichabod kochał matkę i od czasu do czasu przyłapuje się na rozmyślaniu o niej)
- Ojciec - Oighrig (ciemny, czekoladowy basior z niemalże czarnym "siodłem". Alpha poprzedniej watahy, do której należał Ichabod. Z ojcem nie miał tak bliskich relacji jak z matką, od zawsze był raczej neutralny. Jego stosunki do niego zmieniły się wraz z dorośnięciem, gdyż Oighrig zaczął postrzegać swoje dorosłe, męskie potomstwo jako konkurencję o władzę w watasze)
- Rodzeństwo - dwie siostry: Orlaith i Irvette oraz brat - Oidhche
Jaskinia: Góry zębiaste
Medalion: Niewielki ametyst umocowany w sierści na szyji Ickiego za pomocą rzepów (roślinek)
Towarzysz: brak
Inne zdjęcia: -
Przedmioty kupione w sklepie: brak
Dodatkowe informacje: Temperatura jego ciała samodzielnie podnosi się w wyniku odczuwanych emocji.
Umiejętności:
: Siła: 140
: Zręczność: 100
: Wiedza: 150
: Spryt: 190
: Zwinność: 100
: Szybkość: 80
:Mana: 40

6.04.2020

Nowy basior: Fluffy

Autor - Rachel

Właściciel:
Email: kudlacz166@gmail.com.
Discord: ...#3058.
Imię: Fluffy.
Wiek: 6 lat, 2 miesiące.
Płeć: Basior.
Żywioł: Noc, Umysł, Czarna Magia, Czas.
Stanowisko: Wyrocznia.
Cechy fizyczne: Basior jest średniej masy. Ma duże, puchate uszy, długie łapy i ostre pazury. Ma też długi i puszysty ogon.
Cechy charakteru: Jest neutralny do większości stworzeń. Ogólnie jest pokojowo nastawiony i zazwyczaj nie szuka zaczepek. Walczy tylko w samoobronie lub, gdy musi to zrobić. Jest bardzo nieufny, przez co ciężko zdobyć jego zaufanie. Jeżeli już kogoś polubi, to może zrobić dla niego wszystko. Jednak potem lepiej nie niszczyć więzi z nim, bo grozi to nawet śmiercią.
Cechy szczególne: Ma puchate futro na głowie, czerwone oczy i magiczne tatuaże pod oczami.
Lubi: Ciepło, jedzenie, mieć rację, polowania, punktualność, alchemię, magię.
Nie lubi: Ludzi, kłótni, ciasnych pomieszczeń, wysokości, dotykania jego ogona, natrętności.
Boi się: Wody, ognia.
Moce:
-Noc - Dookoła niego na obszarze 100 metrów zapada ciemność.
-Przepowiednia - Przewiduje przyszłość na tydzień w przód. Nie jest ona jednak do końca jasna i nie wiadomo w którym momencie się spełni.
-Zawsze przed tobą - Przewiduje kilka najbliższych ruchów przeciwnika i trzy różne wersje wydarzeń.
-Odepchnięcie - Raz na jakiś czas może użyć telekinezy, by odepchnąć przeciwnika i obiekty dookoła w tył.
-Wyssanie życia - Wysysa z przeciwnika 25% swojego maksymalnego życia i leczy się o tę wartość.
-Żywy koszmar - Wybrana osoba przez kilkadziesiąt sekund przeżywa na jawie swój największy koszmar.
Historia: Kiedyś mieszkał z rodzicami i młodszym rodzeństwem blisko ludzi. Dogadywali się ze sobą. Ludzie dostarczali im żywność, a ci w zamian chronili ich wioskę przed dzikimi zwierzętami i najeźdźcami. Pewnej nocy Fluffy wybrał się na patrol wokół wioski. Obok jednego ze straganów zobaczył złodzieja podbierającego żywność z koszyków. Gdy ten go zobaczył, zaczął uciekać. Wilk pogonił za nim aż nad skalny klif za wioską. Zagryzł go, gdy ten nie miał już gdzie uciekać. Jakiś czas później, gdy wracał do wioski, zobaczył przyszłość swojej rodziny. Gdy dobiegł do jaskini, jego rodzina już nie żyła. Obok zakrwawionych, płonących ciał stali ludzie z wioski. Nie było wiadomo, o co chodzi. Jeden z nich zaczął iść w stronę basiora z pochodnią i sztyletem w rękach. Reszta ludzi patrzyła się na nich. Wilk powoli wycofał się. Ludzie ruszyli za nim. Widząc przewagę liczebną, zaczął uciekać. Podczas przebiegu pod wodospadem, poślizgnął się i spadł z półki skalnej o rzeki. Płynął nią kilkadziesiąt metrów. Sam nie wiedział ile. Jako iż nie umiał pływać i tonął, to ciężko było to określić. Najprawdopodobniej właśnie wtedy, przeniósł się do tego wymiaru. Został wyłowiony przez jakiegoś wilka z watahy. Tak zaczęła się jego przygoda.
Zauroczenie: Brak.
Głos: Fall Out Boy - My Songs Know What You Did In The Dark
 Partner: Brak.
Szczeniaki: Brak.
Rodzina: Brak...
Jaskinia: Północ: Nad drugą częścią źródła.
Medalion: Talizman Vegvisir, który zawsze wskazuje mu drogę do domu.
Towarzysz: Brak.
Inne zdjęcia: Brak.
Przedmioty kupione w sklepie:  Brak.
Dodatkowe informacje: Podczas używania mocy, jego oczy świecą. Rozpoczął trening nad mocami dopiero po odkryciu możliwości przepowiadania przyszłości.
Umiejętności: 
: Siła: 60
: Zręczność: 100
: Wiedza: 180
: Spryt: 120
: Zwinność: 100
: Szybkość: 100
:Mana: 140

Mazikeen oraz Rimmon odchodzą!


Mazikeen

Rimmon

Powód: Decyzja właściciela

5.04.2020

Od Kennego


Ostatnio przy polowaniu, kiedy skakałem na zwierzynę ta odsunęła się a ja wylądowałem na ostrym kamieniu. Najbardziej ucierpiała moja łapa. Nie potrafiłem na nią stawać. Zatamowałem krwawienie i stwierdziłem, że za niedługo się zagoi. Gdy tylko przyszedł mój współlokator nawrzeszczał na mnie. Jason cztery razy zmuszał mnie do pójścia do medyka, aż w końcu zgodziłem się pod warunkiem że będzie mi towarzyszył. Cała droga zajęła nam dłużej niż normalnie, a to dla tego że musiałem się zatrzymywać co chwilę. Łapa bolała mnie jak tylko próbowałem na niej stanąć. W końcu Alastair się zdenerwował i zaproponował, że weźmie mnie na plecy. Nie miałem siły na walkę więc zgodziłem się. W końcu dotarliśmy do medyka. Powoli i niepewnie wszedłem do środka. Od razu zwróciłem uwagę na szczury biegające po ziemi. Sprawdziłem czy Jason nigdzie nie uciekł. Stał on przy wyjściu i walczył na wzrok z jednym krukiem. Stałem przez chwilę czekając, aż pojawi się medyk ale w końcu mi się znudziło. Kiedy chciałem wychodzić w drzwiach stanął mi jakiś szczeniak.
-Mógłbyś się przesuń- - zacząłem ale ten mi przerwał
-Usiądź na tamtym stole, a ja w tym czasie pójdę po coś żeby odkazić twoją ranę - powiedział
Zrobiłem jak kazał i czekałem. Bardzo szybko się pojawił przy mnie z bandażem i miską w której jak się domyślałem był środek odkażający. Odwiązał mój opatrunek rzucając coś na temat tego jak beznadziejnie ktoś to zawiązał, oczyścił moją ranę i opatrzył mnie. Dał mi jeszcze leki przeciwbólowe.
-Dziękuję - powiedziałem schodząc ze stołu
-Nie ma sprawy, a teraz jeśli pozwolisz mam eksperyment do przeprowadzenia
Opuszczając jaskinię odciągnąłem Jasona od kruka i wyszedłem. Kiedy wróciliśmy do jaskini Haku przypełznął do mnie i sprawdził moją łapę. Uśmiechnąłem się do niego i poszedłem się położyć. Byłem zmęczony dzisiejszym dniem, więc szybko zasnąłem.

4.04.2020

Od Tsuri do Eve

Wpatrywałem się w waderę, stojącą nad brzegiem. Obudzenie mnie było marnym pomysłem. Gdy nie spałem wystarczająco długo, rano zazwyczaj bolała mnie głowa, a mój mózg był przepalony i nie zdolny do myślenia.
- Honto..... dlaczego ty zawsz...- Zauważyłem jej wyraz twarzy. Zmarszczyłem brwi, cofając się nieco - co ci.
- Hm? Nie nic - powiedziała próbując coś zrobić koło swojego pyska - Chociaż pewnie i tak byś mi nie uwierzył, albo uznał za wariatkę.
- To całkiem możliwe, zwłaszcza że krzyczałaś do pustej przestrzeni nad wodą - mruknąłem, zbyt śpiący żeby myśleć. Zauważyłem speszenie wadery, ale nic poza tym, pomimo iż spojrzałem dla upewnienia się, za samicę. - Eve... idź spać... może to z wrażeń albo ze zmęczenia czy coś... - próbowałem ją jakoś uspokoić, chociaż wątpiłem by to się udało. Ważne, że jak tak dalej pójdzie, to wszystkich obudzi. - Poproś Rose o jakieś zioła. Lepiej byś obudziła tylko ją, niż cały sierociniec - uśmiechnąłem się blado, po czym poczekałem, aż ta kiwnęła niemrawo głową na potwierdzenie, po czym poszła przede mną w stronę sierocińca.
- Nie uwierzyłbyś... - usłyszałem cichy, poddający się głos Eve, gdy byliśmy przy wejściu do sierocińca.
- Nie masz pewności - odpowiedziałem spokojnie, wskakując na wycieraczkę, by nie wnosić na dywan niepotrzebnego piasku. Odprowadziłem samicę wzrokiem, by mieć pewność że poprosi Rose o zioła, po czym sam wtuliłem się w koszyku w poduszkę. Nie miałem ochoty teraz o tym myśleć. Może większość wilków to nocne stworzenia, jednak ja zdecydowanie się do nich nie zaliczam. Przed snem słyszałem tylko ciche szepty rozmowy między Rose a Eve, po czym pochłonął mnie całkowity mrok. Nic mi się raczej nie śniło przez całą noc, a przynajmniej tego nie pamiętałem. Po czym można rozpoznać sen? Zazwyczaj znajdujesz się w jakimś miejscu, sytuacji, jednak nie jesteś w stanie stwierdzić co robiłeś wcześniej. Może po prostu tam mieszkasz? Poza tym... po przebudzeniu, o ile pamiętasz sen, mimo iż w twojej głowie wyglądało to zupełnie normalnie, w realnym świecie zaczynasz myśleć, jak absurdalne to było. Rankiem jednak nie pamiętałem nic. Pustka. Nie przeszkadzało mi to zbytnio, jednak gdzieś moja podświadomość była zaniepokojona. Pewnie to przez ukrytą naturę flegmatyka i przesadnego depresanta. Wychyliłem głowę z koszyka, by poszukać czegoś do jedzenia i Eve.

<Eve? Wybacz że tak długo>

Żegnajcie!


Lykka



Midnight


Powody: Wszystko to z własnej decyzji 

Od Allena cd Nashi



Uh... Faktycznie mi się wymsknęło. Nie wiedząc co robić spojrzałem na Haxa, który tylko patrzył to na mnie to na waderę.Długo stałem zastanawiając się co powiedzieć. W końcu stwierdziłem, że jest za wcześnie na opowiadanie o mojej przeszłości. Pamiętam jak ostatnio zareagowałem. Hax przez cztery dni próbował mnie ruszyć z miejsca, a ja leżałem skulony bo miałem przed oczami tych ludzi, sprzęty których używali do badań i te wszystkie martwe stworzenia z areny.
-Em... No więc żyłem w laboratorium. Tam też poznałem Haxa i... jestem bardzo zmęczony - udałem, że ziewam po czym uśmiechnąłem się. A przynajmniej próbowałem.
Jaszczur stanął przede mną, zasłaniając mnie i odprowadził Nashi do wyjścia. Chwilę tam jeszcze postał po czym wrócił do mnie. Nie wiedząc co robić położyłem się i próbowałem zasnąć. W końcu po długim czasie udało mi się to.
Obudziłem się późno w nocy. Na niebie było doskonale widać księżyc i gwiazdy. Znowu śniło mi się laboratorium. Te wszystkie eksperymenty, walki na arenie, krew. Bojąc się zamknąć oczy podszedłem po cichu do indoraptora i skuliłem się przy nim. Stworzenie gdy tylko położyłem się, wstało i poszło po koc. Po tym jak mnie przykrył położył się obok mnie i poczułem się bezpieczniej. Nawet nie wiem kiedy zasnąłem. Obudziło mnie trzaskanie i krzyki. Okazało się że było już koło południa i szczeniaki bawiły się w berka. Jak tylko wyszedłem z pokoju podeszła do mnie opiekunka mówiąc że dzisiaj jest ładna pogoda i z racji tego że ostatnio wygrałem zawody mogę wyjść. Po usłyszeniu wiadomości pobiegłem do Nash, która prawdopodobnie została wcześniej złapana.
-To co pokażesz mi to miejsce o którym wczoraj mówiłaś?

<Nashi?>
Niektóre wspomnienia są dla Allena bolesne. Poczekaj troszkę i na pewno się otworzy

3.04.2020

Abir odchodzi!


A więc tak, Abir odchodzi

Abir: Brak grafiki 

Z racji odejścia, Hirvi wraca do adopcji postaciowej

Bezpiecznej podróży ^^

Velg odchodzi!

Spokojnej drogi w trakcie dalszej podróży ^^
Powód: Decyzja właściciela