Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tłusty Czwartek 2021. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tłusty Czwartek 2021. Pokaż wszystkie posty

22.02.2021

Od Tsumi do Antilii

Ignorując fakt iż nienawidziłam oparzeń (serio, lepsze jest nawet dźgnięcie nożem) moją głowę zaczęła zaprzątać nowa myśl. Właśnie. Co z tym zrobić? Przez chwilę patrzyłam w przestrzeń nad wypiekami, szacując wszystko.
- W tydzień dam radę zjeść połowę, jak nie wszystko - uśmiechnęłam się szeroko - Ale, bierzesz połowę. Więc zjem połowę - dodałam, obojętnym tonem. Samica popatrzyła na mnie, jakby zaczęła się bać o stan mojego żołądka po zeżarciu ich wszystkich. Nie pomijajmy również faktu, iż sama przyniosła do mnie pączki, które też trzeba by było zjeść. - Jeszcze wcisnę coś pewnie Vespre i komuś z rady... może zaniosę też Rose...? - zaczęłam od nowa myśleć, przypominając sobie że prawie wszystkie szczeniaki w sierocińcu są już dorosłe, a budynek sam w sobie za jakiś czas stanie się opustoszały. 
- Możliwe że mam komu coś wcisnąć... chyba..?- powiedziała, patrząc w sufit 
- No, czyli nie ma się czym martwić - odpowiedziałam, coraz bardziej żałując że wszystkie moje maści zostawiłam w bazie za wodospadem. No ale nic, przynajmniej zaklęcie działa. 
- Ile nam jeszcze zostało do pieczenia? - dotarł do mnie głos samicy 
- Trochę blach - mruknęłam, spoglądając przez okno. Haaaa..... późno skończymy. No nic. 

Przez następne kilka godzin, oprócz robienia ciastek zdążyło się również zrobić więcej pączków, oponek i faworków, jednakże gdy patrzyłam na ten olej, miałam ochotę schować moje i jak już poparzone łapy do śniegu, co oczywiście również zrobiłam, tylko że weszłam do niego cała, nie zważając na  fakt, iż potem będę miała mokre, przylegające futro, jednak jako iż miałam zimową sierść, nagrzana kuchnia była dla mnie zbyt duszna. Patrząc na górę jedzenia zastanawiałam się, czy rzeczywiście dam radę zjeść chociaż ćwiartkę tego. Znaczy, dać radę -dam, ale zajmie mi to gdzieś z dwa tygodnie. Zwłaszcza jeśli chodzi o chrust. Niby jest dobre, ale w małej ilości, bo strasznie zatyka. I potrzeba cukru pudru. Właśnie, została tylko końcówka. Bogowie, ześlijcie na mnie więcej tego zmielonego cukru. Ale niech będzie trzcinowy, bo zwykły jest taki bez smaku. 
Zrobił ktoś kiedyś tak właściwie cukier puder z cukru trzcinowego? 
- Koniec... ~! - Antilia usiadła ciężko na podłodze, patrząc na nasze wielkie dzieło. Czyt: Góra jedzenia. Omyłam łapy wodą, po czym poszukałam tych fajnych lnianych toreb. Podczas gdy wadera pozwoliła odpocząć swoim łapom, ja, która jakiś czas siedziała w śniegu, zaczęłam zgarniać połowę tego wszystkiego do toreb. Wyszło tego... dużo. 
- Uh... 
- Będę do tego potrzebowała pomocy - mruknęła, patrząc na poukładaną połowę 
- Tak, mam wrażenie że twoja umiejętność  tworzenia stworzeń będzie tutaj idealna - kiwnęłam głową, jakby potwierdzić swoje słowa. Ogólnie to tak minął cały dzień, a już pod koniec, kiedy Antilia miała iść, ciemność za oknem była przebijana tylko przez blask śniegu. 

<Koniec. Trochę późno ale koniec. Końcówka boli ale nie miałam pomysłu jak to zakończyć.>

13.02.2021

Od Tsumi do Antilii

 Nie zwróciłam uwagi na odgłos niedźwiedzia. A przynajmniej nie widocznie. Znacie ten moment, kiedy przypominacie sobie o zadaniu na kolejny dzień, ale kompletnie nie chce wam się go robić, więc oglądacie/robicie dalej to co robiliście wcześniej, ale w stresie? To byłam ja teraz. Ruszając nerwowo uszami i czując sztywną sierść na karku, obierałam szybciej maliny z krzaka, ignorując zmarzniętą ziemię pod łapami i fakt, iż gdzieś z tyłu głowy mój organizm zaczął wyczuwać iż zacznie za jakiś czas porządnie sypać śniegiem. Moje umiejętności tutaj na niewiele się zdadzą. Poza tym nawet jeśli użyłabym luster, to zaraz by się rozsypały po wczorajszym treningu tej umiejętności. Opcje są dwie. Albo się pośpieszymy i szybko zbierzemy te wszystkie maliny, zanim dotrze tu ta podróba Kubusia puchatka i odlecimy, albo będę musiała liczyć na pomoc Antilii. Tu bokiem popatrzyłam na samicę, która zdenerwowana próbowała wyszukać miejsca przebywania niedźwiedzia, co jakiś czas węsząc w powietrzu, raz za razem  rozkładając skrzydła do wzlotu. Uh... jak ja teraz żałowałam że nie wzięłam ze sobą tych kotów darmozjadów! 
- Dałabyś radę jakoś odwrócić jego uwagę? - spytałam, nie odwracając wzorku od owoców na krzaku. Jeszcze połowa i wystarczy na ten sos. 
- Jak tylko go namierzę, mogę wysłać wod- tutaj urwała, gdyż najprawdopodobniej właśnie dowiedziała się, gdzie znajduje się stworzenie. Po chwili zmaterializował się obok mnie dzik stworzony z wody, o którego swoją drogą zaczynałam się martwić, bo zaraz potem kopyta zaczęły mu blednąc, zamieniając się w gęstą śnieżno-zimową papkę, co jednak wcale mu nie przeszkadzało. Mogłabym powiedzieć, że to zignorował i po prostu popędził w stronę wskazaną przez Antilię. No, w przeciwieństwie do mnie ma jakąś przydatną umiejętność. Zdając się na wodnego przyjaciela dzika, zabrałyśmy się za kończenie zbierania malin, ignorując odgłosy niedźwiedzia i dzika. W pewnym momencie zapach niedźwiedzi był na tyle silny, że mogłam go poczuć bez chodzenia z nosem w powietrzu. Albo to po prostu wiatr się zmienił? 
- Koniec! Tyle starczy! - oderwałam się, nagle wstając przez cały czas czując jakby mnie ktoś gonił. Zdenerwowanie przenosiło się na łapy, sprawiając że chciało mi się stąd uciec nie oglądając się za siebie. 
- Na pewno? Mogę wysłać więcej wodnych stworzeń - zaproponowała Antilia, nadal zbierając z krzaka. 
- Tak, tak, chodź już. - Chwyciłam w zęby koszyk zaraz po tym, jak wylądowała w nim ostatnia malina.

*kuchnia już, bo nam się Tsumi zestresowała*

Poczułam się pewnie dopiero wtedy, kiedy wylądowałam na zimnej posadzce. Chociaż przyjemniejsze wrażenie sprawiała stara, drewniana podłoga kuchenna, która nie ziębiła już i tak zmarzniętych łap. Po odstawieniu koszyka na blat, próbowałam wydostać spomiędzy opuszek zbrylony przyczepiony do futra śnieg, chociaż fakt iż to białe cholerstwo wtopiło się kolorystycznie w sierść, utrudniał pracę i irytował. Uznając iż więcej śniegu nie wydobędę, popatrzyłam  na prawie całkiem suchą waderę, mrucząc pod nosem monolog niezadowolenia z powodu mokrego futra na brzuchu i łapach. 
- Czas ucierać maliny - powiedziałam w końcu, widząc jak Antilia wyciąga dodatkową miskę z szafki.

<Antilia?>

Od Antilii do Tsumi

 Tsumi rzucała mi składniki a ja starałam się je wszystkie złapać. "Dobrze, że mam taki dobry refleks" – pomyślałam, łapiąc ostatni słoiczek z konfiturą. Wyszła na chwilę do innego pomieszczenia, szukając lodówki. Skorzystałam z okazji i przeczytałam listę składników potrzebnych do tych wyrobów cukierniczych. Po pewnej chwili zaczęłam myśleć o osobowości Tsumi. Nie wiem dlaczego, ale czasami zdarza mi się mimowolnie analizować wilki które obecnie są w moim towarzystwie ale niewiele o nich wiem… "Kolejny dziwny nawyk…" – pomyślałam, nadal myśląc o wilczycy. Wcześniej spotkałam ją tylko kilka razy i tylko przelotnie wymieniliśmy zdania, mówiąc tylko o jakimś sztywnym temacie na temat watahy. Wydawała się być w porządku, zarówno jako wilk jak i alfa, choć sprawiała wrażenie lekko… nieogarniętej. Wtedy, kiedy powiedziałam jej, że dzisiaj jest Tłusty Czwartek, podskoczyła jak poparzona i równie szybko wybiegła ze swojego gabinetu. Z pozoru przypominała mi nieco Nashi – nie potrafiąca usiedzieć w miejscu na dłużej niż minutę a poziom entuzjazmu były prawie że równy u obu dziewczyn. W międzyczasie postanowiłam przygotować potrzebne przyrządy – miski, rózgi, łyżki, wałki… Musiałam się trochę naszukać ale udało mi się znaleźć odpowiednią miarkę. Nagle z zaplecza wyszła Tsumi, niosąc pudełeczko które tak szukała w lodówce. Nie mogłam powstrzymać cichego chichotu, gdy zobaczyłam twarz alfy całą w śniegu i w lodzie. Nos był cały w białym puchu, podobnie jak czoło jak i uszy, które dodatkowo miały małe sopelki.
– Nie wiem kto był taki cwany ale nie ma już malin – burknęła wadera, kładąc ze złością puste pudełeczko. Szybko ponownie przebrałam neutralny wyraz twarzy, aby jeszcze bardziej nie jej zdenerwować. Zajrzałam do środka, ciekawa czy rzeczywiście nie tam nie ma. Malin nie było ale było coś innego.
"TSUMIŚ, KRADNĘ MALINKI NA TEGOROCZNY TŁUSTY CZWARTEK! NIE GNIEWAJ SIĘ, TEŻ CIĘ KOCHAM!!!
~ Vespre"

– Znamy przynajmniej złodzieja malin – skomentowałam po przeczytaniu nieco przymarzniętego liściku. Odłożyłam na bok pojemnik i spojrzałam pytająco na przywódczynię watahy. – Robimy bez sosu malinowego?
– Sos musi być, inaczej głupio smakuje ze spirytusem… – mruknęła lekko zdenerwowana. Coś mi się wydaje, że Vespre doskonale zna Tsumi ponieważ żaden normalny wilk nie wkurzyłby tak alfy. A przynajmniej tak mi się wydaje.
– Tyle że mamy zimę tak więc znalezienie żywego krzaka malin graniczy z cudem – dodała po chwili.
– Niekonieczne – wtrąciłam się. Wadera spojrzała na mnie pytająco a więc po chwili dodałam: – Czasami niektóre doliny mają bardzo łagodne zimy więc niektóre rośliny rosną i owocują w środku zimy – wyjaśniłam. Przez chwilę patrzyła się na mnie w bezruchu aż nagle wystrzeliła tak, jakby piorun ją poraził.
– Nowa misja – szukanie malin! – Jakimś cudem, podczas swojego wzbicia się, nie trafiła w sufit, co mnie bardzo ucieszyło. Nie miałam ochoty zajmować się teraz nabitym guzem. Chociaż z drugiej strony cieszyłam się, że Tsumi nie jest taka sztywna, jakby ktoś jej wsadził patyk do kręgosłupa. Umie być sobą, choć widzę, że jest nieco podobna do mnie – stara się zachowywać neutralnie w obecności innych wilków ale pewnie z innych powodów niż ja. Przejmuje się też swoją watahą, co zauważyłam przy wcześniejszych spotkaniach z nią oraz po dokumentach, jakie dzisiaj akurat miała na biurku. Nawet nie zauważyłam kiedy mnie o coś zapytała.
– Co? – wypaliłam, od razu żałując, że nie powiedziałam czegoś bardziej złożonego.
– Znasz jakieś doliny gdzie znajdziemy krzewy malin? – powtórzyła pytanie, tym razem z lekką irytacją w głosie.
– W okolice gór Ciętych. Dzisiaj miałam tam patrol i widziałam kilka zielonych kęp trawy z powietrza. Możemy tam zacząć – powiedziałam i ruszyłam do wyjścia. Alfa podążała za mną jakbym to ja była przywódczynią stada. Dziwnie się czułam… 

~*~*~*~

– Dalekooo jeszczeee? – po raz etny Tsumi przeciągała głoski, aby pokazać jak bardzo jest zniecierpliwiona.
– Jeszcze kawałek – odpowiedziałam ponownie. – Niecierpliwisz się? – zapytałam, ciekawa dlaczego średnio co 3 minuty pyta jak długo będziemy jeszcze lecieć.
– Po prostu mi się nie chce… Najchętniej poszłabym spać. – Na dowód tego ziewnęła długo. Szczerze mówiąc też powoli byłam senna. W myślach przeklęłam cholerną zimę, kiedy zawsze jestem senna. Na szczęście zauważyłam rysy doliny, nad którą dzisiaj przelatywałam.
– To tutaj – oznajmiłam, szukając wzrokiem jakiegoś fajnego miejsca do lądowania. – Tam. – Wskazałam łapa i zniżyłam lot. Tsumi zrobiła podobnie i chwilę później byłyśmy na miękkiej, trawiastej ziemi. Wilczyca chwyciła kępkę trawy aby sprawdzić, czy jest prawdziwa.
– Ciekawe… – powiedziała.
– Zasługa mikroklimatu, jaki teraz tutaj panuje. – Ziewnęłam dosadnie. Co ciekawe, po chwili Tsumi również ziewnęła. "Jakie to bywa zaraźliwe" – pomyślałam, już myśląc o ciepłym łóżku. Czułam silne bicie czystej magii tak więc skorzystałam ze swoich magicznych zdolności i rzuciłam zaklęcie pobudzające oraz regeneracyjne, żeby pozbyć się nieznośnego uczucia zmęczenia. Myśl o odpoczynku nadal jednak trzymała się, jak natarczywy owad latający wokół twojego ucha.
– Chodźmy tam – zasugerowała alfa, przejmując pałeczkę dowodzenia nad naszą dwójką. Poszukiwania zajęły nam dwie godziny, trzy moje ziewnięcia i dziewięć Tsumi oraz kilkunastu minutowe wspólne marudzenie. Naprawdę chciałam już wrócić do domu, do mojego ciepłego domku…
– TAM SĄ! – zawołała uradowana wadera, podbiecając do dorodnego krzaka malin. Owoce były niestety niedojrzałe, choć powoli przybierały odcień soczystego różu.
– Naprawdę?! – krzyknęła, zauważając jasnozielony kolor malin. Powoli podeszłam do rośliny, przyglądając się jej. – Taki szmat drogi po niedojrzałe jagódki?!
Nie zwracając uwagi na Tsumi przeklinającą wszystko co żywe i martwe, ja skupiłam spojrzenie na krzewie, kierując do jego owoców magię z pobliskich podziemnych źródeł, nakazują tej mocy aby owoce dojrzały. Po kilku chwilach maliny przybrały swój dojrzały, różowo–czerwony kolor.
– Już! – zawołałam i zaczęłam zbierać maliny.
– Co już? – spytała zaskoczona wadera
– Maliny dojrzały – odpowiedziałam. – Masz koszyk? Nie mam gdzie je dać.
– Jak? I jaki koszyk?
– Przecież jestem białym magiem – wyjaśniłam. – Masz ten koszyk?
– ...nie…? – Tsumi każdą literę dawała na wyższą tonację. – Ale zaraz skołuję jakiś kosz! – I zniknęła w lesie. Nie czekałam długo, ponieważ kilka minut później niosła w zębach koszyk z gałęzi. Postawiła go na ziemi i już chciała wziąć się za zbieranie malin gdy nagle leśną ciszę przerwał jakiś ryk. "Błagam, tylko nie to" – przypominając sobie raport jaki składałam Stormy. Niestety, jak na złość bogowie zesłali nam tutaj dużą, niewyspaną kulę brązowego futra.
– Czy choć raz mogę zrobić coś bez ataku niedźwiedzi, gryfów czy innych smoków?! – krzyknęłam na całe gardło, mając dość takich komplikacji przy tak prostym zadaniu jak zbieranie głupich malin. 

(Tsumi? Włochaty kolega się nie wyspał więc będzie się pruł)


11.02.2021

Od Tsumi do Antilii

 Arararara

Kompletnie o tym zapomniałam.
Ostatnim razem, gdy był tłusty czwartek, z ciekawości robiłam pączki w sierocińcu, z Vespre jako asystentem. Miało to oczywiście tragiczne skutki i to był właśnie ten moment, kiedy zaczęłam zastanawiać się kiedy Zahira mnie zabije za narażanie zdrowia i życia jej syna podczas wymyślania swoich jakże genialnych pomysłów. Wstałam gwałtownie, przez co koty rozproszyły się na różne strony, pobudzone gwałtownym ruchem i popatrzyły na mnie z wyrzutem. Po rozciągnięciu swoich kończyn, uśmiechnęłam się od ucha do ucha. Antilia najpewniej jeszcze nie miała pojęcia co to oznacza, jednak właśnie wtedy mój mózg przetwarza jedno: Mam plan. 
- No nic, Vespre napakuję tym później - mruknęłam sama do siebie
- Mówiłaś coś? - wadera wyglądała jak wybudzona z transu, przerywając tym samym wykładanie pączków. 
- Chodź! - krzyknęłam entuzjastycznie, wcześniej chwytając w pysk zrobionego przez nią pączka i popchnęłam ją w stronę wyjścia. Nie specjalnie oglądając się za siebie, poprowadziłam ją po schodach w dół, potem skręciłam w prawo i tak oto znalazłyśmy się w kuchni, która była używana tylko kiedy się komuś chciało robić coś bardziej wymagającego niż po prostu świeżo upolowany zając. Otworzyłam drewniane drzwi, zlizując z warg resztki pączka. 
- Oprócz kolejnej tony pączków, swoją drogą dobre ci wyszły, mam zamiar zrobić jeszcze faworki i oponki. I może jeszcze rogale! - Samica zdawała się być zdezorientowana - A.... wybacz że tak nagle - zaczęłam się denerwować, przebierając łapami - Zazwyczaj nikt sam nie proponuje żeby coś zrobić, więc no... a moi opiekunowie raczej się do tego nie nadają... -zaczęłam się tłumaczyć.
- A, nie, nic nie szkodzi. I tak został mi teraz czas wolny więc... - Odpowiedziała, poruszając skrzydłami, próbując na mnie nie patrzeć. Ja, chcąc to zignorować, podreptałam do jakiejś półki i całkowicie nie przejmując się kurzem, wyjęłam jakąś starą książkę z przepisami.
- Wszystkie składniki raczej mamy... - mruknęłam do siebie, szukając odpowiedniej strony. - Twaróg, jajko, cukier, miska..... mąka. O! Na pewno mamy spirytus! - ucieszyłam się ze swojej wiedzy, którą raczej nie powinnam się chwalić. 
- Tu jest coś jeszcze o sosie malinowym - odezwała się Antilia, patrząc na odległość w kartkę. 
- O, rzeczywiście - przejechałam wzrokiem nieco w dół - Malinki. 
- Macie jakieś zapasy? - spytała, nadal jakby nie obecna. 
- Ech, dobre py-.... tak, chyba mamy. Kiedyś radni poprosili o pomoc jakiegoś wilka z watahy żeby zrobił nam mini lodówkę za pomocą swojego żywiołu. Nie jestem pewna czy nadal jest. O Boże jak dawno to było? Tego wilka od wieków nie widziałam - zaczęłam mamrotać do siebie, kierując się w stronę spiżarki. Antilia została w pomieszczeniu kuchennym. Zastanawiałam się tylko, czy gdy wrócę to ona nadal tam będzie, czy gdzieś zniknie. Otworzyłam pierwsze drzwi, a zaraz potem drugie, od których bił chłód. O, czyli jednak magia tego wilka nadal działa. Nabrałam w płuca nieco powietrza, po czym ruszyłam w zimową otchłań, szukając zakopanego w lodzie i śniegu pojemnika, czy koszyka z malinami. 

<Antilia? Czas na męczenie twojego wilka>

Od Antilii ,,Pączki"

 Z zamkniętymi oczami wsłuchiwałam się w szum wody, siedząc na krawędzi jednej z kaskad Wodospadu Niedźwiedzi, delektując się porannymi promieniami słońca tańczących na powierzchni płynącej wody. Stormy poprosiła mnie, abym dzisiaj przyjrzała się terenom na wschodzie tak więc zrobiłam. Przymierzyłam zarówno Grot Szpiczaste jak i Cięte, nie znajdując nic podejrzanego. Wracając, zauważyłam, że mam jeszcze trochę czasu do odprawy, tak więc postanowiłam zrelaksować się, korzystając z siły krystalicznie czystej wody aby zasilić swoje rezerwy magii. Przysiadłam na płytkim brzegu, kilka centymetrów nad przepaścią, pozwalając, by woda obmywała moje futro, zabierając wszystkie złe myśli i odczucia ze sobą w dół rzeki. Uwielbiałam ten moment – panował spokój oraz czułam potęgę jednego z czterech moich żywiołów. Z mojego transu wyrwało mnie skrzeczenie jakiś ptaków, które odbiło się echem wśród szczytów chroniących wodospad. Uznałam, że to czas, aby wrócić. Wstałam i rozłożyłam swoje skrzydła, podobne do tych, które posiadają ptaki i wzbiłam się w powietrze. Mimo panującej zimy i niskich temperatur na ziemi, górna warstwa powietrza była wystarczająco ciepła, abym mogła pozwolić sobie na lot szybowy. Kierowałam się na północ, w stronę Jaskini Patroli, gdzie spotykałam się z moją przełożoną, składając jej raport i ucinając sobie szybką pogawędkę. Kilkanaście minut później zobaczyłam charakterystyczne elementy krajobrazu, wiedząc, że zaraz będę musiała nieco zwolnić aby bezpiecznie wylądować. Już z daleka widziałam sylwetkę Stormy, czekająca na mnie. Kilka uderzeń skrzydeł dalej byłam już na stałym gruncie, witając się z wilczycą.
– Cisza i spokój, tak jak zawsze – powiedziałam na przywitanie.
– Ciebie też miło widzieć. – Uśmiechnęła się, pokazując zadbane zęby. – Znalazłaś coś ciekawego?
– Kilka niedźwiedzi robił rozwałkę w dolinie Gór Ciętych. Pewnie za mało się obżarły na zimę… – Na to Stormy zaczęły się śmiać, mówiąc, że pewnie mam rację. Złożyłam jej szczegółowy raport, opisując pogodę, obecność i liczebność zwierząt oraz ewentualne niuanse, które przykuły moją uwagę. Już miałam się zbierać do siebie, kiedy wadera zadała mi ciekawe pytanie.
– Masz już pączki?  – spytała skrzydlata wilczyca.
– Słucham? – zapytałam, lekko zdziwiona pytaniem.
– No na Tłusty Czwartek. To już dzisiaj – odparła, lekko unosząc jedną brew.
– Nie wiem o co Ci chodzi… – odparłam lekko burkliwie.
– Naprawdę nie wiesz co to Tłusty Czwartek? – Zdziwiona Stormy sprawiała wrażenie zaskoczonej. Zaprzeczyłam, kiwając głową na boki. – Tłusty Czwartek to czas, w którym robimy słodycze, by się później nimi zajadać. Głównie robimy pączki ale też jemy inne tłuste potrawy czy smakołyki. Myślałam, że wszystkie wilki znają to święto…
Ja się nic nie odzywałam, jedynie słuchałam. Jako medyk nie popieram jedzenia tłustych rzeczy jednak nie jestem niewinna – czasami lubię zjeść coś bardziej kalorycznego.
– Masz sprzęt do robienia pączków?
– A co potrzeba? – odpowiedziałam na pytanie pytaniem. Stormy zamiast powiedzieć, zniknęła gdzieś w dalszych częściach jaskini. Nagle rozległ się brzęk a następnie krótkie szuranie. Po chwili wilczyca wyszła, niosąc ze sobą pudło wypełnione różnymi przyborami kuchennymi oraz składnikami. Położyła pudło na ziemi, objaśniając co jest potrzebne. W środku była jeszcze instrukcja wykonania samych pączków. Podziękowałam za wszystko, a gdy wilczyca uniosła się w przestworza, ja zaczęłam się zastanawiać jak to wszystko sensownie przetransportować…

~*~*~*~

– Cholera! – zawołałam, kiedy już udało mi się wylądować przed moją jaskinią ale przy okazji z kartonu wyleciała co najmniej połowa zawartych w nim rzeczy. Szybko pozbierałam rozsypane przyrządy kuchenne i inne składniki, po czym zaczęłam ciągnąć karton po surowej skale, modląc się, aby jego dno nagle nie rozwaliło się. Na szczęście udało mi się bezpiecznie przetransportować wszystko do mojej kuchni. Zaczęłam wszystko wyjmować i przygotowałam blat kuchenny, bym mogła spokojnie pracować. Początki nie były najlepsze, ponieważ pierwsze partie albo wyszły surowe albo zbyt spalone. W końcu znalazłam rytm, dzięki czemu pączki wyszły niemalże idealnie, przynajmniej dla mnie. Znalazłam kilka słoików z dżemami, które bardzo lubię, i zaczęłam nadziewać pączusie. Kilka pierwszych nie wyszły najlepiej ale nie chciałam marnować dobrego ciasta dlatego je zjadłam. “Już mam jakiś wynik” – pomyślałam radośnie, starając się nie myśleć ile kalorii wchłaniam. “A co! Zima jest i muszę nieco przytyć, żeby było mi ciepło!” – pomyślałam, dalej tworząc nowe sztuki. Postanowiłam lekko zaszaleć i przyozdobiłam kilka pączków wymyślnymi wzorkami. Zadowolona ze swojej pracy, zaczęłam je pakować i przygotowywać do podróży. Stormy napisała, abym wzięła gotowe oponki do Tsumi – alfy watahy. Szczerze mówiąc zastanawiałam się dlaczego właśnie do niej a nie do kogoś innego. Nie dyskutowałam z tym tylko postanowiłam zrobić tak jak napisała a sama się dowiem dlaczego właśnie mam lecieć ze swoimi pączkami do alfy Watahy Mrocznych Skrzydeł.

~*~*~*~

Tym razem udało mi się wylądować bez niepotrzebnego bałaganu i, dzięki bogom, bez pączkowej rozwałki. Udałam się do gabinetu Tsumi, mając nadzieję tam ją zastać. I rzeczywiście, była tam. Zapukałam do drzwi a gdy usłyszałam “wejść!”, delikatnie otworzyłam je, wchodząc do środka. Poczułam się jakbym znów po raz pierwszy tutaj wchodziła – duże okno wychodziło na południową część pałacu, która, moim zdaniem, była najpiękniejsza. Wilczyca siedziała przy oknie na poduszkach, patrząc na coś w oddali.
– Coś się stało, że mnie odwiedziłaś? – zapytała alfa, spoglądając na mnie.
– Tłusty Czwartek się stał – odpowiedziałam żartobliwym tonem.
– To już dzisiaj?! – zawołała wadera, zrywając się na nogi.
– Też nie wiedziałam, że to dzisiaj… – odpowiedziałam, po czym odchrząknęła. – Stormy przekazała mi, abym Ci je przyniosła. – Położyłam pączki na biurku, mając nadzieję, że jej zasmakują. “Czy można wyrzucić kogoś z watahy za pączki?” – zaczęłam gorączkowo myśleć.


(Tsumi?)